Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Życie za życie, rana za ranę, siniec za siniec.

Ja jestem Chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli ktoś spożyje z tego chleba, żyć będzie na wieki; a chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało – za życie świata.
Żydzi zaczęli się więc sprzeczać między sobą i mówić: Jak On może nam dać do spożycia swoje ciało? 
Jezus im na to odpowiedział: Amen, amen, mówię wam – jeśli nie będziecie jeść Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pić Jego Krwi, nie będziecie mieć w sobie życia. (J 6, 51-53)

Czytałem te słowa podczas liturgii Mszy żałobnej, mając przed sobą kir i poruszane wiatrem płomyki świec. Ulotne ogienki życia…

Myślałem wtedy nie tylko o przemijalności, ale także o tym jak przeżywamy to ziemskie życie, o tym jak chybotliwa bywa jakość życia, czy może nawet byle-jakość, jego smak lub ab-smak.

A przecież Pan powiedział:

Ja przyszedłem, aby (moje owce) miały życie i to miały je w obfitości. (J 10,10) 

Nie jesteśmy panami swego życia. Nie jesteśmy w stanie go poddać kontroli, swoistej cenzurze woli. Ono się wymyka naszym pragnieniom, oczekiwaniom. Niszczymy je, zatruwamy, zabijamy, tkwimy w śmiercionośnych przekonaniach pozbawionych ufności. Czy zasługujemy na to życie? Na to dobro, które Bóg nam czyni z dnia na dzień? Na spoglądanie na owoce własnych trudów? 

Wiadomo, że nie. 

Jesteśmy grzesznikami, którzy – zgodnie z Pismem – zasługują na śmierć.

W księdze Wyjścia czytamy o konsekwencjach, jakie spotkają tego, kto uczyni krzywdę kobiecie brzemiennej – czyli tej, która nosi w sobie życie:

Jeśli zaś poniesie jakąś szkodę, wówczas odda życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, rękę za rękę, nogę za nogę, oparzenie za oparzenie, ranę za ranę, siniec za siniec. (Wj 21,23-25)

Wiemy, że ten motyw: “życie za życie”, pojawia się w księgach Mojżeszowych często. Czy to ma jednak jakieś odniesienie dla nas? Dla mnie? Dla Ciebie, czytającego te słowa? Pewnie nikt z nas nie jest zabójcą w dosłownym znaczeniu, nikt z nas nie przelał niczyjej krwi, nie odebrał nikomu życia. Ale przecież czytamy w Piśmie:

My sobie uświadamiamy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, ponieważ kochamy braci; ten, kto nie kocha, trwa w śmierci. Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest mordercą, a wiecie, że żaden morderca nie ma życia wiecznego, które by w nim pozostawało. (1 J 3,15)

Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie będziesz mordował, a kto by zamordował, będzie podlegał sądowi. Ja natomiast wam mówię, że każdy, kto się gniewa na swego brata, będzie podlegał sądowi, a kto by powiedział swemu bratu: Raka, będzie podlegał Sanhedrynowi, a kto by powiedział: Głupcze, będzie zasługiwał na Gehennę ognia. (Mt 5,21-22)

Skoro więc Pan mówi, że nawet żywiony gniew zasługuje na stanięcie przed sądem, to warto się zastanowić nad twardym starotestamentalnym prawem w mniej literalnym kontekście. Kto bowiem z nas może powiedzieć o sobie, że nigdy nie ubliżył bliźniemu, nie osądził go, nie doświadczał gniewu i złości.

Komu więc odebraliśmy życie? Komu czyste spojrzenie? Komu siłę? Komu możliwość bronienia się, a może zarabiania, czy wręcz utrzymania? Kogo skazaliśmy na bezruch, na zamknięcie, przyczyniliśmy się do jego utknięcia życiowego? Kogo depresji jesteśmy współwinni? Kto się sparzył na naszej pseudożyczliwości? Kogo poraniliśmy? Kogo uczyniliśmy posiniaczonym w relacji z nami? Z kogo życie uciekło bośmy go w kimś nie ustrzegli wołając, że nie jesteśmy stróżami swych braci i sióstr? A jest powiedziane, że krew brata woła z ziemi wielkim głosem do Pana. Krew, oko, ręka, oparzenie.  Siniec za siniec. Rana za ranę. Obojętność za obojętność. Niewysłuchanie za niewysłuchanie. Nieprzebaczenie za nieprzebaczenie.

Czemu Bóg ma nas słuchać, gdy my nie słuchamy tych, którzy są obok nas? Czemu Bóg ma nas rozumieć, gdy my nie chcemy rozumieć – męża, żony, dziecka, bliźniego?

A z drugiej strony – nas też ktoś posiniaczył, pobił, poranił. Grzechem, słowem, czynem, brakiem.

Biada, występny narodzie, ludu obciążony grzechem! Plemię złoczyńców, synowie przewrotni! Opuścili Pana, porzucili Świętego Izraela, odwrócili się zupełnie.
Jakiego jeszcze chcecie doznać ciosu, skoro jeszcze trwacie w buncie? Cała głowa chora, całe serce niemoc ogarnia. Od stopy aż do głowy nie ma w nim zdrowego miejsca! Rany, guzy i sińce po niedawnych uderzeniach, nie wyciśnięte ani nie przewiązane i nie złagodzone oliwą. (Iz 1,4-6)

Jak się wydostać z tej sieci wzajemnych razów? Może dobrze, że wielu ciosów (i tych zadanych przez nas, i tych zadanych przez kogoś) nie jesteśmy świadomi… Choć przy wielu razach zrzucamy odpowiedzialność na innych – jak mąż regularnie bijący żonę, który mówi: “To przez ciebie, głupia, taki jestem! Sprowokowałaś mnie!” A ona kiwa głową w poczuciu winy, przekonana, że na pewno to prawda… Mogła przecież inaczej się zachować…

Co będzie gdy oboje przejrzą na oczy? Z jakiej mocy mają skorzystać by przerwać ten łańcuch “kąsania i pożerania” (Ga 5,15), siłę wyrzutów sumienia, “serca, które oskarża” (1 J 3,20), traktowania siebie nawzajem jak bezrozumnego osła do okładania kijem (Lb 22,27). Skąd wezmą siłę, aby nie mścić się, by przebaczyć sobie i innym? Jeśli wszystkie dzieci boże tak samo się mordują, któż ocaleje? Któż się Panu odpłaci, bo przecież: 

…każdy da okup za życie swe Panu przy spisie, aby nie spadło na nich nieszczęście. (Wj 30,12)

Nie ma siły na tym świecie, która przerwie tę sieć. Wszyscy jesteśmy w nią zaplątani. Pan jednak uznał że nie można inaczej przemienić życia człowieka, jak tylko samemu w to życie wejść i je przeżyć. Cuchnący oddech, który wydobywamy z naszych płuc stał się oddechem Pana. Smród trupiego odoru Bóg zamienia na ruah hakodesz, święte tchnienie życia! Duch mordu przemieniony na Ducha Świętego!

Życie musiał dać tylko Ten, którego ofiara jest nieskończenie większa, od naszych marnych wysiłków. Musiała zostać wylana Krew, która nie szuka zemsty i nie zada razów – i dlatego woła głośniej niż krew Abla! (Hbr 12,24) Krew pierwszego zabitego człowieka domagała się odpłaty u Boga. Powiedział bowiem Pan do Kaina:

Krew brata twego głośno woła do mnie z ziemi. (Rdz 4,10)

Krew Chrystusa wołała głośniej, ale nie o pomstę, ale o miłosierdzie! 

Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez niego. (Iz 53,10)

W poranek Zmartwychwstania wzeszło nad Golgotą słońce. Rozpoczął się ów dzień, w którym:

…Pan opatrzy rany swego ludu i uleczy jego sińce po razach. (Iz 30,26)

Pan sam przyniósł życie. Jego życie za nasze życie. Jego rany za nasze rany. Jego sińce za nasze sińce. Wpatruję się więc w te rany , chcę kontemplować Jego zadrapania, obtłuczenia, opuchnięcia, rozbite kolana, poorane barki, sine usta, wyrwane włosy. Pragnę, aby głośno do mnie wołały strużki i strugi Jego Krwi. 

Rany, guzy i sińce po niedawnych uderzeniach, nie wyciśnięte ani nie przewiązane i nie złagodzone oliwą. (Iz 1,6)

W tych ranach są ukryte te wszystkie razy, które zadałem, w swojej pysze, bliźniemu. Ja zadałem Tobie. Ty zadałeś mnie. Razem zadaliśmy innym. Razem zbiliśmy naszego Zbawcę.

W tych ranach, jaśniejących wiekuiście chwałą, są wszystkie niechęci wobec drugiego człowieka, wszystkie pragnienia zemsty, wszystkie żachnięcia się i uderzenia słowem jak biczem. Tam, na Jego Ciele, zakwitają – teraz chwalebnie – lekceważenie, złośliwość, pogarda, nieprawy gniew, kłótnia, zawiść, złość, znieważanie, pycha, egoizm. 

Tam, na Krzyżu jest wszystko to, cośmy uczynili, aby życie zatruć, zohydzić, zniszczyć – sobie i innym. 

Obraz Jego zhańbionego Ciała, to mapa naszej morderczej nienawiści, czy niechęci do miłowania drugiego człowieka. Makabryczny plan ludzkiej złości. Odrażający przewodnik po naszych gestach, słowach, czynach, po osądach na miarę Sanhedrynu, i obojętnościach na miarę obmytych rąk Piłata. Tam, między Raną Boku a kolcami cierniowej korony jesteśmy my wszyscy.

To prawda – ta Krew woła…

Ale Jej głos nie jest wyrzutem, lecz przebaczeniem. To zaproszenie do naśladowania. Nie pysznego realizowania zadań z serii: “Jak być katolikiem – punkt po punkcie.”, ale pokornej kontemplacji i wsłuchiwania się w Jego prowadzenie. W ten sposób uczy nas cierpliwości, ciszy, pokuty i skruchy. Ten, który rozumie człowieka uczy zrozumienia. Ten, który doprowadził Swą Matkę na szczy Kalwarii uczy wytrwałości. Ten, który jest Świadkiem Prawdomównym uczy poszukiwania prawdy. Ten, który tu, na ziemi:

…trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi… (Mt 12,20)

…uczy czułości i delikatności.

Nauczy tego Piotra, chełpiącego się podczas Ostatniej Wieczerzy, że to on odda swe życie za Jezusa! Że to on, Szymon Piotr, będzie kochał taką miłością, jakiej Pan oczekuje! On będzie inny, szczególny, zmusi się do dawania życia! 

Mówi do Niego Piotr: „Panie, dlaczego nie mogę pójść za Tobą teraz? Oddam swe życie za Ciebie!” (J 13,37)

Wiemy jaka była reakcja Jezusa…

Odpowiada Jezus: „Chcesz za Mnie oddać swe życie? Zaprawdę, zaprawdę mówię Ci, nim kogut zapieje, trzykrotnie Mnie się zaprzesz”. (J 13,38)

Trzeba znać miarę swojej pychy…

Piotr poszedł za Panem dopiero, gdy nauczył się pokory i ujrzawszy pełne mocy rany Zmartwychwstałego pozwolił się napełnić Duchem Świętym, zaczął stawać się człowiekiem duchowym. Wcześniej nie rozumiał swego Mistrza.

Gdy Chrystus, w przywołanym na początku fragmencie Pisma, mówi o spożywaniu Jego Ciała, aby mieć życie, jest napisane, że właśnie wtedy Żydzi zaczęli się sprzeczać. Ze słów ich sprzeczki wynika kompletne niezrozumienie słów Jezusa.

Słowo Pańskie jest jak papierek lakmusowy – wydobywa z nas prawdę o naszej kondycji, choćby o tym, że jesteśmy wciąż cieleśni, że nie postąpimy za Nim dalej, póki nie zgodzimy się na Jego sposób życia, miłowania, funkcjonowania.

Św. Tomasz z Akwinu w swoim komentarzu do Ewangelii Janowej, napisał:

Pan mówił im o pokarmie jedności, że jeśli się nim posilą, staną się jednego ducha (…) A ponieważ Żydzi nie przyjęli pokarmu zgody, dlatego sprzeczali się wzajemnie, 

Oto odbywacie post wśród sporów i sprzeczek, bijąc niegodziwą pięścią. Nie jest postem to, co czynicie obecnie, by miał być usłyszany wasz głos na wysokości. (Iz 58,4)

W tym więc, że spierali się między sobą okazali się cieleśni

Skoro bowiem między wami zazdrość i niezgoda panuje, czyż nie jesteście cieleśni i czyż nie postępujecie według zasad czysto ludzkich? (1 Kor 3,3)

Dlatego pojmowali cieleśnie powyższe słowa Pana, że mianowicie mieliby spożywać ciało Chrystusa tak, jak cielesny pokarm.

Słowo wydobyło prawdę o słuchających Go. W noc przed Paschą wydobyło prawdę z Piotra. Wydobywa i z nas. 

Żydzi się podzielili. Piotr się zaparł. Ale potem każdy, kto chciał, kto uwierzył w Jego Życie, które przyszło przez wylaną Krew i poranione Ciało, każdy mógł otrzymać “łaskę po łasce”.

Jeden ze świadków życia św. Filipa Nereusza wspominał:

Przypominam sobie, że pewnego dnia Filip powiedział mi, że śmierdzę. Otóż tak było – wtedy popełniłem grzech cielesny.
Innym razem Filip powiedział mi, żartując: Myślisz, że nie czuję grzechów? Rozpoznaję je nosem! 

To od nas zależy czy nasze życie będzie wonią miłą Bogu i ludziom, czy raczej smrodem, przed którym święci i aniołowie zakrywają nos i twarz. 

Pan dał swoje życie, swoje Ciało, swoją Krew – aby odmienić nasze życie. Sami z siebie nie potrafimy Go naśladować. Dopiero wtedy będę mógł ofiarowywać siebie, gdy będę wciąż miał przed oczami posiniaczone Ciało, z którego odpłynęła wszelka Krew, z którego wyciekło życie. Gdzie ono jest? We mnie i w Tobie. Dopiero gdy ten dar przyjmę, gdy w skrusze uznam zbrodniczość moich słów, myśli i czynów – On mnie uzdrowi.

Patrzę więc na Niego.

Podnoszę oczy moje ku górom.
Skądże przyjdzie dla mnie pomoc? 
Pomoc moja od Pana…  (Ps 121,1)

Morze Goryczy

Św. Alfons Maria Liguori, komentując słowa św. Bernarda z Clairvaux, w myśl których męka Chrystusa Pana rozpoczęła się od chwili, gdy przyszedł na świat, pisał: 

Męczeństwo Maryi – we wszystkiem było podobne męczeństwu Jej Syna i trwało przez cały ciąg Jej życia. 
Imię Maryja, w języku hebrajskim pomiędzy różnymi alegorycznymi znaczeniami, wyraża także „morze goryczy” (…)
Jak morze którego niezmierzone wody napełnione są goryczą, tak całe życie Maryi, pełne było goryczy i boleści, z powodu męki Jezusa bezustannie będącej Jej na myśli.

Pamiętałem, że w Jej imieniu, wg wielu komentatorów, kryje się pojęcie goryczy, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. A przecież jest to tak bardzo biblijne i w jakże wymowny sposób rzuca światło na ludzkie życie, tak trudne na tym “padole łez”, o czym każdy z nas się nieustannie przekonuje. 

Myśląc o imieniu Niepokalanej trzeba przypomnieć sobie inną Marię, tę z Pięcioksięgu, prorokinię i starszą przyrodnią siostrę Mojżesza. Pisze biblista Marcin Majewski:

Jeśli (imię) Miriam pochodziłoby od hebrajskiego rdzenia מר (mar – gorzki, zgorzkniały) i מרר (marar – być gorzkim, strapionym, napełnionym goryczą), to mogłoby wskazywać na osobę „pełną goryczy”, “pełną smutku”. Dokładając do tłumaczenia końcówkę ים (jam – morze, wody) otrzymamy „gorzkie wody” lub „morze goryczy”. Czy w ten sposób (matka Miriam) Jokebed chciała wyrazić swój ból z powodu zrodzenia pierwszego dziecka w niewoli egipskiej?

Powrócimy jeszcze do tej etymologii.

Istnieje też inna możliwość. Podstawą słowa Miriam może być hebrajskie מרה (mara – buntować się). Wówczas imię oznaczałoby „buntownicza” lub „zbuntowana” i również mogłoby wywodzić się z kontekstu doświadczenia narzuconej niewoli. 

W życiu Matki Bożej nie znajdziemy cienia buntu, przeciwnie, jest Ona (o wiele bardziej aniżeli jej starotestamentalna imienniczka, o której pamiętamy, że wyśpiewała hymn wyzwolenia po przejściu przez Morze Czerwone) osobą, która najpełniej skorzystała ze swej wolności, jednocześnie będąc wolną od grzechu pierworodnego. Odrzucamy więc wszelkie buntownicze interpretacje Jej Imienia. Co najwyżej możemy widzieć w Niej Tę, która “zbuntowała się” wobec panowania zła i grzechu,wybierając pokorę i posłuszeństwo Bogu. Przyznajmy jednak, że to dość karkołomna zabawa leksykalna.

Marcin Majewski wyjaśnia:

Dzieci Jokebed i Amrama – Miriam, Aaron i Mojżesz – urodziły się w Egipcie. Co więcej, zarówno imię ojca: Amram, jak i imię brata: Mojżesz oraz inne lewickie imiona w Biblii są wyraźnie pochodzenia egipskiego, a nie hebrajskiego. Wiele więc wskazuje na to, że również imię Miriam może mieć korzenie egipskie. Wówczas oznaczałoby „ukochana, „napawająca radością”, a nawet „będąca upragnionym dzieckiem” (rdzeń mrj). Byłby to wyraz ogromnej miłości, fascynacji i radości rodziców wobec pojawienia się oczekiwanego dziecka.

Czyli – imię w rdzeniu egipskie! 

Imię, jako pozostałość Ziemi Ucisku! „Micraim” bowiem, to egipska nazwa Egiptu, która brzmi w hebrajskim tak samo jak słowo “ucisk”. Ktoś, pośród ucisku, trudu, może braku nadziei, nazwał swoją córkę “upragniona”, “ukochana”, “dająca radość”… Bardzo to poruszająca myśl.

Nasze życie także jest “micraim” – żmudną egzystencją w ucisku. 

Wg Słownika Języka Polskiego termin „ucisk” oznacza uczucie ciśnienia, gniecenia, ciążenia, bądź też ograniczanie czyjejś wolności.

Co nas uciska? Skutki grzechu pierworodnego, miłość do grzechów uczynkowych, trud codzienności, rozczarowania, choroby, samotność, smutek przemijania, nieufność innych, niezrozumienie. Czasami jakaś słabość, czy konsekwencja grzechów naszych rodziców, czy bliskich. 

Co jeszcze może uciskać wnętrze człowieka? Coś, czemu się nie można oprzeć i za czym się idzie – mechanizm emocjonalny, jakiś niezbyt chlubny nawyk, niekoniecznie nałóg, może ciężar własnej niedojrzałości, przeżywanej świadomie. 

Wezwać więc Jej Imienia, to pośród przygniecenia ciężarem grzechu, wśród jakiegoś zniewolenia czy ciążenia niechcianych mechanizmów (na przykład emocjonalnych), przylgnąć do nadziei, że jest gdzieś ta Ukochana i nie jest nam obojętna! Że jest odmiana na nasze życie. 

Dlatego w chwilach ucisku chcę Ją wzywać! 

Chcę pamiętać, że pośród tego przyrodzonego “ciśnienia” jest też Ta, o której sam Bóg powiedział, że daje radość, bo obdarował Ją pełnią łaski. 

Czy jest także dla Ciebie światłem, obdarowaniem,a nawet radością w Twoim ucisku? 

Jeśli czytając te słowa przychodzi Ci na myśl jakiś własny ciężar leżący Ci na sercu, jakieś własne ograniczenie, może wolności – zwróć się do Niej. Osobiście doświadczam w ostatnich dniach Jej interwencji, Jej odpowiedzi na wytrwałe wołanie, czy to Nowenną Pompejańską, czy to Nowenną Do Rozwiązującej Węzły.

Tak więc w imieniu Miriam kryją się paradoksy – hebrajska gorycz i egipska radość. Wydawałoby się, że sensowniej byłoby na odwrót: hebrajski radość i egipska gorycz, ale Bóg lubi – w przeciwieństwie do nas – paradoksy… 

Miriam. Morze goryczy. Czy tylko przez ogrom boleści związanych z Męką Chrystusa?

Przywoływane już hebrajskie wyrażenie מרר (marar – być gorzkim, strapionym, napełnionym goryczą) pojawia się w Piśmie św. kilkukrotnie.

Mówiliśmy o Miriam, siostra Mojżesza. Jest w Piśmie jeszcze jedna kobieta, którą należałoby tu przywołać – to teściowa Moabitki Rut, Noemi. Przykład kogoś, komu Bóg odmienił w sposób diametralny życie i z depresji wywołanej śmiercią męża i synów, samotnością i wielkim bólem, doprowadził do wielkiej radości i odzyskania chęci do życia. A uczynił to wszystko posługując się otwartym sercem młodej Rut, jej miłością i oddaniem! Po powrocie – uczynionym wraz z nalegającą na to synową – Noemi odpowiada na słowa dawnych sąsiadek, które powtarzają sobie: “Przecież to Noemi”:

Nie nazywajcie mnie Noemi, ale nazywajcie mnie Mara, bo Wszechmogący napełnił mnie goryczą. Pełna wyszłam, a pustą sprowadził mnie Pan. Czemu nazywacie mnie Noemi, gdy Pan wydał świadectwo przeciw mnie, a Wszechmogący uczynił mnie nieszczęśliwą? (Rt 1,20-21)

Tak było na początku pobytu w Betlejem, na początku Księgi Rut. Pod koniec zaś widzimy Noemi, jak trzyma na kolanach dziecko Booza i Rut, tym samym wszczepiając ich syna w swój ród. Z niego wyjdzie po wiekach Mesjasz.

Dzięki pokornej miłości młodej niewiasty, inna kobieta, zgorzkniała i pełna bólu z powodu śmierci bliskich, dozna przemiany i szczęścia.

Dzięki pokornej miłości innej młodej Niewiasty, cała ludzkość pełna goryczy i buntu z powodu śmierci grzechowej, dozna szczęścia na wieki. Pośród tej ludzkości jesteśmy także i my.

Wróćmy jeszcze do odpowiedzi jaką daje Noemi betlejemskim kobietom. Mówi:

“Wszechmogący napełnił mnie goryczą… uczynił mnie nieszczęśliwą”.

Dzieci Izraela wszystko przypisywały Bogu, jako przyczynie wszechrzeczy. Nie wiemy, czy w jej ustach tliła się wówczas gorzka resztka wypalonego buntu, czy też użyła ona jedynie swoistego związku frazeologicznego, nieco mieszając dopust boży z wolą bożą. Tak, czy inaczej, to zdanie Noemi, może być bliskie wielu z nas, tym, którzy doświadczają goryczy. 

Według przywoływanego już Słownika Języka Polskiego “gorycz” to gorzki smak, lub smutek, żal czy rozczarowanie. Któż tego nie przeżywa, choć w różnej skali i z różną częstotliwością! Słownik Synonimów wymienia ich przy słowie “gorycz” aż 227! Mamy tam: rozczarowanie, rozżalenie, zawiedzenie się, zawiedzenie kogoś, zawód, zgorzkniałość, zrezygnowanie, żal, rozgoryczenie, skarga, smutek, strapienie, frustracja, niezadowolenie, marazm, cierpienie i wiele innych. Czyż to uczucie i towarzysząca mu postawa nie jest jednym z bardziej codziennych smaków naszego życia, o których nie mówimy, które w sobie kryjemy (chyba że w przypływie gniewu, czy użalania się), których nie otwieramy nawet na modlitwie przed Bogiem? Od których uciekamy? A przecież Bóg zlitował się nad gorzkimi dniami Noemi i dał jej Rut! Czy nie zlituje się też nad goryczą naszych dni, jeśli tylko o tym Mu powiemy? Za wzór możemy brać psalmistów, często skarżących się na swój los, a nawet Syna Bożego, który modlił się o odsunięcie „kielicha goryczy”.

Do każdego więc, kto dziś chciałby powtórzyć za Noemi:

Wszechmogący napełnił mnie goryczą… uczynił mnie nieszczęśliwą,

każdemu kto chciałby powtórzyć za lamentujący Jeremiaszem…

Jam człowiek, co zaznał boleści pod rózgą Jego gniewu; On mnie prowadził, iść kazał w ciemnościach, a nie w świetle, przeciwko mnie jednemu cały dzień zwracał swą rękę. Zniszczył me ciało i skórę, połamał moje kości, osaczył mnie i nagromadził wokół jadu i goryczy; ciemność mi dał na mieszkanie, tak jak umarłym na wieki. (Lm 3,1-6)

…należy przywołać Oblicze młodej Niewiasty z Nazaretu. Tej, która gorycz zamienia na obdarowanie. Gorzki smak na słodycz radości.

Ale nie można przeżyć radości z obdarowania Łaską, gdy wpierw nie skosztuje się z Nią goryczy odrzucenia…

Noemi kazał się nazywać “Mara”, a nie Noemi. Mara, czyli pełna goryczy. W miejscowości o tej samej nazwie Izrealici rozbili obóz po przejściu Morza Czerwonego:

Mojżesz polecił Izraelitom wyruszyć od Morza Czerwonego,
i szli w kierunku pustyni Szur. Szli trzy dni przez pustynię,
a nie znaleźli wody. I przybyli potem do miejscowości Mara,
i nie mogli pić wód, gdyż były GORZKIE; przeto nadano temu miejscu nazwę Mara. Szemrał lud przeciw Mojżeszowi i mówił: «Cóż będziemy pili?» Mojżesz wołał do Pana, a Pan wskazał mu drewno. Wrzucił on je do wody, i stały się wody SŁODKIE.
Tam Pan ustanowił dla niego prawa i rozporządzenia
i tam go doświadczał. I powiedział: «Jeśli wiernie będziesz słuchał głosu Pana, twego Boga, i będziesz wykonywał to,
co jest słuszne w Jego oczach; jeśli będziesz dawał posłuch
Jego przykazaniom i strzegł wszystkich Jego praw,
to nie ukarzę cię żadną z tych plag,
jakie zesłałem na Egipt,
bo Ja, Pan, chcę być twym LEKARZEM». (Wj 15,22-26)

Drewno, które sprawia, że gorzkie wody stają się słodkie… Najczęściej interpretuje się owo drewno jako krzyż, który nadaje sens naszej goryczy codzienności. Dzięki niemu da się pić z ludzkiego życia, jest ono owocne i życiodajne. Aby jednak zobaczyć w krzyżu słodycz, to trzeba mieć niepokalane Serce… Albo się w tym Sercu, na jego morzach, zakotwiczyć… To drugie jest dla nas zdecydowanie bardziej osiągalne.

Nie byłoby jednak krzyża bez miłości, więc drewno wrzucone do gorzkich wód, to miłość, jak ta Rut do Noemi, Maryi do nas. Miłość wierna, nie dająca się zrazić goryczą drugiej osoby, tak  “w ciemno” i “na przepadłe”. Miłość wychodząca naprzeciw, wzbudzająca nadzieję, czujna i czuła jednocześnie, jak ta z Kany Galilejskiej, delikatnie uprzedzająca, niczym Pan, o którym napisano, że podtrzymuje upadającego.

Zwróćmy jednak uwagę, że w powyższym fragmencie Księgi Wyjścia, owo wrzucenia drewna, które wskazał Bóg Mojżeszowi, sąsiaduje ze stwierdzeniem o prawach i rozporządzeniach, które tam właśnie, w Mare, w goryczy, zostały ustanowione. 

Oto pierwszy wybuch buntu (jak się te znaczenia przeplatają – bunt, gorycz i dar; może Twoja gorycz jest pochodną jakiegoś buntu? Może niepodjęty dar, np. Miłości, przyjęcia wezwania do nawrócenia, wywołuje przeżywanie życia o smaku piołunu?), jakim było szemranie o wodę w Mara skutkuje pierwszymi prawami, które mają strzec wiary i świeżo zdobytego daru wolności wśród dzieci Izraela. Nie jest napisane jakiego typu były to prawa, to jeszcze nie jest czas Synaju, Pan tylko wzywa do wierności, słuchania Go i do posłuszeństwa. Bóg daje swoistą receptę na bunt, na dawanie posłuchu pradawnej pokusie upadłego anioła i na wynikającą z tego gorzkość życia. Trwać, usłyszeć i być posłusznym temu, co się usłyszy. 

Czy nie jest to definicja miłowania?

Czy nie jest to krótki opis, plan na życie, jaki przyjęła Miriam z Nazaretu?

Jeśli na końcu tego słowa Pan mówi, że chce być lekarzem Izraela, to czyż nie jest w tym słodka nadzieja, że Bóg, nie tyle odrzuca w gniewie krnąbrny lud, ale chce podać mu, niczym majaczącemu w gorączce dziecku, lekarstwo? 

Bóg chce uzdrowić spragnioną duszę! 

Izraelici chcą pić, ale woda jest gorzka, nie da się nią zgasić pragnienia. Trzeba ją uczynić słodka, zdatną do użytku. Sami z siebie nie są w stanie tego zrobić, rodzi to w nich frustrację i bunt. Sami z siebie nie uczynimy naszego życia „zdatnym do użytku”! Nie staniemy się „słodcy” gdy wypełnieni jesteśmy goryczą – potrzebujemy Lekarza!

Wypełni się ta scena z Mara w pewnym spotkaniu przy studni (a wiemy, że było to miejsce spotkań miłosnych i matrymonialnych):

Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. (J 4,13-15)

Jedynie Bóg ma dla nas lekarstwo, może takie, które:

…napełni wnętrzności twe goryczą, lecz w ustach twych będzie słodka jak miód (Ap 10,9)

Tak, Słowo Boże może stać się dla nas gorzkie. Pojęcie “goryczy” bowiem nie musi być rozumiane pejoratywnie. Jest nam potrzebny pewien rodzaj goryczy, inny aniżeli ten wynikający ze zranień, depresji, rozpaczy, czy nieszczęścia, a związany z jednoczesnym skarbu miłości bożej oraz uznaniem obrzydliwości swego grzechu, zwłaszcza pychy. 

Św. Bonawentura, rozważając to podwójne, gorzko-słodkie znaczenie imienia Maryi pisał do ludzkiej duszy:

Bądź więc „gorzkim morzem” (amarum mare) przez skruchę zalaną łzami, abyś jak najbardziej bolała z powodu popełnionych grzechów, abyś najdogłębniej wyrażała żal z powodu zaniedbanego dobra, abyś nieustannie karciła siebie z powodu zmarnowanych i straconych dni.

Pełen skruchy był św. Piotr, gdy “wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał”.

Pełna skruchy i miłości do innych była św. S. Faustyna, gdy zapisała w Dzienniczku:

Matko Boża, dusza Twa była zanurzona w goryczy morzu, spójrz się na dziecię Twoje i naucz cierpieć, i kochać w cierpieniu. Wzmocnij mą duszę, niech jej ból nie łamie. Matko łaski – naucz mnie żyć z Bogiem. (Dz. 315)

Słowo w łonie Maryi było dla niej słodkimi wodami, ale przepełniło Jej dni goryczą, którą nazywamy Siedmioma Mieczami Boleści. Zgodziła się na nie z miłości towarzysząc swemu Synowi, a także z litości wobec nas, dzieci chorych na grzech. Jak Rut wobec Noemi, tak dobra Matka wobec nas, chce swoją obecnością, trwaniem, uczeniem słuchania Słowa i posłuszeństwa Mu, przemienić gorzkość na radość.

Prośmy ją o to.

Światło nad mrokami

(1) Ludu idący w ciemnościach, spójrz na to wielkie światło!
Mieszkający w mroku krainy śmierci, oto światło wam rozbłyśnie.
(2) Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele.
Rozradowali się przed Tobą,
jak się radują we żniwa,
jak się weselą przy podziale łupu.
(3) Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo
i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy
jak w dniu porażki Madianitów. (Iz 9,1-3)

Tkwimy “w dole głębokim, w ciemnościach i przepaściach” (Ps 88,6) często z winy naszej bezbożności, bałwochwalstwa, zastępowania idolami tych miejsc w naszym życiu, które należą się jedynie Bogu. Nasze “nierozumne serca” (Rz 1,21) umiłowały te mroki, niejasności, półcienie i szarości – bo odwróciły się od prawdy, od szukania tego, co ona przynosi; bo odwróciły się od miłości, od wrażliwości na autentyczne potrzeby bliźniego; bo niekochające i nie doświadczające miłości znalazły pozór tak pożądanej afirmacji pośród mroków grzechu.

I nie widzimy ratunku, jak się wydostać z owego “dołu zagłady, błotnego grzęzawiska”. Nawet wiedząc, że “występni zginą w ciemnościach” (1 Sm 2,9), a Dzień Pański może nas zaskoczyć “jak złodziej” (1 Tes 5,4), nie przerażamy się perspektywą “nieugaszonego ognia” (Łk 3,17) tak mocno, aby zmienić swoje myślenie i postępowanie. Nie rozpoznajemy w naszych ciemnościach Jego wielkich cudów (Ps 88,8) nie widzimy dokąd mamy podążać (J 12,35) a mroki pomału ogarniają całość naszego życia.

Pośród tego wszystkiego prorok zwiastuje Światłość.

Bóg nie poddaje się naszym rozpaczom i beznadziei. Usankcjonowawszy rytm roku liturgicznego posługuje się On ową przemijalnością czasu, a co za tym idzie – świąt i obchodów. W ten sposób czyni obecnym pośród nas, swego nędznego ludu, wielkie Misteria, poprzez które chce wybawiać nieposłuszne dzieci, jeśli tylko uwierzą Jego Słowom. Przyszedłszy raz w historii, narodziwszy się w określonym miejscu i czasie z Maryi Dziewicy w Betlejem Judzkim, przychodzi nieustannie. Nie rodzi się po wielokroć, nie umiera po wielokroć, nie zmartwychwstaje raz za razem, ale zaprasza nas do stanięcia w wiecznym Betlejem. 

Na tym polega Jego miłosierdzie – na stworzeniu nam miejsca na decyzję, na propozycji.

Stojąc więc w pośrodku Bożego Narodzenia, oby się nam udało zawołać za Micheaszem:

Choć upadłem, powstanę, choć siedzę w ciemnościach, Jahwe jest światłością moją! (Mi 7,8)

Oby się udało odpowiedzieć na wezwanie Izajasza i spojrzeć na “to wielkie światło” (Iz 9,1)! Jak spojrzenie na miedzianego węża ratowało synów Izraela, tak oderwanie wzroku od ciemności i skierowanie go na Wschodzące Słońce, musi obudzić ufność i nadzieję! Musi! Kraina śmierci okazuje się bowiem pozbawiona swej złowrogiej mocy, gdy rozświetli ją blask Słowa Wcielonego. W tym świetle ostro uwidacznia się Jego zbawienna propozycja dla mnie i dla Ciebie – dla wszystkich, którzy “są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz” (Dz 2,39).

Izajasz woła:

Bo jarzmo przygniatające go, drąg na jego barkach, kij jego nadzorcy złamiesz jak w dniu Madianu (Iz 9,4). 

Tak, przygniata nas ciężar naszych grzechów i jego konsekwencji,  skutki raz rozbudzonych pożądań przyginają nasze karki do ziemi i karzą na niej szukać pokarmu mogącego nas nasycić. A przecież prawdziwy plon, autentyczny spichlerz pełen życiodajnego ziarna jest u Ciebie! I nie zamykasz go przed nami, ale szczodrym gestem zapraszasz, abyśmy się z niego sycili. Nasza nędza polega na tym, żę bujemy spichlerze ziemskie, komory pełne pustych ziaren, myśląc, że da nam to bezpieczeństwo na lata, by jeść, pić i dobrze się bawić. Nie pamiętamy Józefowych wykładni, według których może nadejść siedem lat chudych, może nadejść chuda wieczność, może przyjść Anioł Zagłady i odebrać nam to, w czym pokładaliśmy ufność.  A wtedy zostaniemy z niczym – za życia jęczący pod jarzmem pracy i przyrodzonych trudów, a po śmierci jęczący pod wieczną rózgą demonów…

Ty jednak bierzesz nasze jarzmo na siebie! Ty kładziesz na swój grzbiet drąg naszych grzechów! Ty, niczym Mojżesz w ziemi Egipskiej, niszczysz diabelskiego nadzorcę, który uciska nasze życie (Wj 2,12)!

Gdy na nowo uświadamiam sobie co uczyniłeś zstępując między lud pełen nędzy – jakże mam Cię nie chwalić! Jak Ci nie dziękować!

Gdy zdaję sobie sprawę, że nie chcesz tego jarzma, które mnie przygniata, a o którym często myślę, że jestem na nie skazany – jak Cię nie wielbić!

Niegdyś Gedeon pokonał Madianitów z garstką tylko wojowników. Odesłał najpierw tych, co się zbyt lękali nie mogąc zaufać mocy Pańskiej, potem tych którzy nie chcieli zbytnio się ubrudzić błotem i pili wodę z potoku Charod klęcząc. Wybrał tych, którzy wiedzieli o sobie, że mogą być jak psy – chłeptali wodę językiem. Gedeon zwyciężył z pomocą ludzi, którzy nie mieli złudzeń co do siebie, może byli przekonani, że są najgorsi, może doświadczyli “spsienia” w swoich grzesznych czynach, może byli swoistymi straceńcami, któym daleko do naszego drobnomieszczańskiego samozadowolenia. Stali się jak psy, o których Biblia nie wyraża się zbyt pochlebnie, bo są synonimem powtarzalnej głupoty:

Jak pies powraca do swego zwrócenia, tak głupiec wciąż powtarza swoje głupstwo. (Prz 26,11 – Wujek)

A czyż to nie prawda o wielu z nas? O głupich grzechach powtarzanych od dziesięcioleci nieustannie? 

Ale jest dla “spsiałych” nadzieja, jeśli tylko wejdą na ścieżkę psiej wierności, jak ten czworonóg, który stał się biblijnym towarzyszem Anioła i człowieka w księdze Tobiasza. 

Łaska i wierność spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój. Wierność z ziemi wyrośnie, a sprawiedliwość wychyli się z nieba. (Ps 85,11-12) 

Wierność wobec Boga i drugiego człowieka może być tą decyzją na jaką stać i tchórza i nałogowca, nawet jeśli dotyka już twarzą ziemi i zanurza się w nadrzecznym bądź innym błocie. Wybrani przez Gedeona wojownicy chłeptali wodę wprost z potoku Charod, a nazwę tę można przetłumaczyć jako “drżenie”. Aby się napić musieli się uniżyć, położyć nad brzegiem “drżenia”, a uczyni tak albo ten co się bardzo boi, ale tacy już wcześniej uciekli, albo ten, kogo ogarnia drżenia przez Panem i Jego wyrokami:

Rozdziera się serce we mnie, wszystkie moje członki ogarnia drżenie, jestem jak człowiek pijany, jak człowiek przesycony winem — z powodu Jahwe i Jego świętych słów. (Jr 23,9)

Wojsko Gedeona z bardzo licznego zostało zredukowane do garstki, “małej trzódki” (Łk 12,32), “resztki” (Iz 30,17) – i jako takie, posłusznie wypełniając Boże zamierzenia, odniosło spektakularne zwycięstwo.

(16) Wówczas Gedeon podzielił owych trzystu mężów na trzy hufce, dał każdemu z nich do ręki rogi i puste dzbany, a w nich pochodnie. (17) «Patrzcie na mnie – rzekł im – i czyńcie to samo, co ja. Oto ja dojdę do krańca obozu, a co ja będę czynić, i wy czyńcie. (18) Gdy zatrąbię w róg ja i wszyscy, którzy są ze mną, wówczas i wy zatrąbicie w rogi dokoła obozu i będziecie wołać: Za Pana i za Gedeona!»
(19) Gedeon i stu mężów, którzy mu towarzyszyli, doszli do krańca obozu w chwili, gdy tuż po zmianie następowało czuwanie środkowej straży nocnej. Zatrąbili w rogi i potłukli dzbany, które trzymali w rękach. (20) Natychmiast zatrąbiły w rogi także owe trzy hufce i potłukły dzbany. Wziąwszy zaś w lewą rękę pochodnie, a w prawą rogi, aby na nich trąbić, wołali: «Za Pana i za Gedeona!» (21) I przystanęli, każdy na swoim miejscu, dokoła obozu. Powstali wtedy wszyscy w obozie, poczęli krzyczeć i uciekać. (22) Podczas gdy owych trzystu mężów trąbiło na rogach, Pan sprawił, że w całym obozie jeden przeciw drugiemu skierował miecz. Obóz uciekł do Bet-Haszszitta ku Sartan aż do granicy Abel-Mechola obok Tabbat. (Sdz 7,16-22)

Światło, jakie wyjęli wojownicy Gedeona z wnętrza swych glinianych dzbanów i odważny głos rogu przeraziły demoniczne siły wojsk madianickich. W ludzkiej marności może działać Bóg – w tym co niepozorne, słabe, “gliniane”, czyli kruche:

Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby ogrom mocy był od Boga, a nie z nas. (2 Kor 4,7)

Czasami trzeba stłuc gliniane naczynie, zgodzić się na obumieranie, na trud, na nieustanną walkę wiary z lękiem wewnątrz nas samych. Byle tylko On zwyciężał! Bo przecież o to chodziło Panu z całym tym eksperymentem nad potokiem Charod – pokazać uciemiężonemu ludowi, zniszczonemu butem madianickim, że jedynie Pan ma moc wyprowadzania ku wolności, że mając tylko 300 wojowników, i to o “spsiałym” charakterze, z pochodnią w glinianym garnku i rogiem w rękach ale chcą tracić siebie “za Pana i za Gedeona” – można zwyciężyć.

Nad mrokiem obozowiska Madianitów, w pośrodku nocy, zabłysło światło. Jednym przyniosło popłoch i nienawiść wobec samych siebie, innym zaś życie i wyzwolenie.

Panie, Światłości ponad naszymi mrokami, przynieś nam wolność!
Natchnij odwagą, że wystarczy nam Głos i Światło!

Że nie ważne są szlaczki na naszych glinianych dzbanach, że te skorupy, te spichlerze, te ubłocone ciała – one się nie liczą. Że jeśli o coś należy się trząść, to o Twoje Słowo i jasność Jego zrozumienia!
Panie Nowonarodzony, przynieś radość prawdziwą!
Jak tamtym “narodom w ciemnościach kroczącym”, jak tym trzystu,

gdy pokonali Madianitów, jak żniwiarzom, gdy cieszą się z obfitych plonów, które odsuwają od nich widmo głodu!
Zanim zabrzmi trąba na Dzień Sądu, niech usłyszymy róg zwiastujący zwycięstwo – Twoje zwycięstwo w nas, we mnie! W zgiełku różnych innych głosów, pośród ciszy własnej miałkości, daj słyszeć głos głoszący autentyczne Słowo Dobrej Nowiny, budujące wiarę w moc Twego Imienia, w Twoją troskę i miłość, w rozświetlenie wszelkich mroków, jakie sprawiają, że nie widzimy dokąd podążać!
Skieruj nasze oczy na Twoje Światło, na miejsca w których ono płonie. Tak mało ich dzisiaj, tak mało…

Nie dozwól, abyśmy je stracili.
Nie pozwól, abyśmy je sami zagasili.
Niech nie przykryje tych miejsc żaden gliniany garnek, żaden korzec, żaden grzech ni słabość!
W czasach mroku i życia “ku śmierci” naucz korzystać z błogosławionego “łupu”, jakim jest sakrament, modlitwa,

miłość braterska, przebaczenie – słowem, to wszystko co tak trudne dla nas, i co tak łatwo pomylić z wszechobecnymi podróbkami.
Skieruj ku sobie wszystkich, którzy podobnie myślą, bo tylko Ty możesz przekroczyć wszelkie różnice w nas i zebrać na nowo z rozproszenia – dziesięciu, stu, trzystu, czy tysiące – resztki Twego dziedzictwa.
Niech sępy wyczują padlinę (Mt 24,28)…
Prowadź, Światło!

Przeczysta Dziewico, jaśniejąca niepokalanie, któraś co szabat zapalała świece na stole nazaretańskiego domku, zapal swą modlitwą w każdym z nas płonące pragnienie podążania za Tym, który jest Światłością ze Światłości!
W ciemnościach dziejów świata lśni Twoja pokorna zgoda na poddanie się woli Ojca – naucz nas, jak skłonić swój rozum i wolę, ku temu, co ukazuje Pan!
Wspomożenie wiernych i Uzdrowienie chorych – ulecz nasze chore uczucia!
Ty, która rozwiązujesz splątane węzły ludzkich spraw, która wykupujesz orędownictwem wszystkich niewolników grzechu, która – pełna Ducha Świętego – jesteś naszą rzeczniczką i obrończynią, „advocata nostra” – włóż w nasze splamione ręce gorejącą pochodnię wiary!
Pomódl się za nim, Jutrzenko Zbawienia!

Milczenie na pustkowiu

(1) W piętnastym roku panowania Cezara Tyberiusza, gdy Poncjusz Piłat jest namiestnikiem Judei, Herod – tetrarchą Galilei, Filip, jego brat – tetrarchą Iturei oraz okręgu Trachonu, a Lizaniasz – tetrarchą Abileny, (2) za arcykapłanów Annasza i Kajfasza, stała się wypowiedź (przesłanie, mowa) Boża do Jana, syna Zachariasza, na pustkowiu. ( Łk 3,1-2 )

Boże “rhema”, “słowo wymówione, wypowiedziane” nie zostało skierowane do władców ówczesnego świata, ani do najwyższych kapłanów, tylko do kapłańskiego syna, który trwał w milczeniu pustyni. Ani Tyberiusz, ani Herod, Piłat czy nawet Annasz z Kajfaszem nie czekali na wypełnienie się bożych obietnic. Cesarzowi i jego urzędnikom nie był do niczego potrzebny Zbawiciel a kapłani dawno już utracili w Niego wiarę. Jan zaś czekał. Miał owo czekanie – byśmy powiedzieli Adwent – we krwi. Gdy się poczynał w łonie swej matki, Elżbiety, jego ojciec był jednym wielkim oczekiwaniem – na wypełnienie się orędzia anielskiego, na powrót daru mowy, na syna o którym tak niezwykłe rzeczy opowiadał niebiański posłaniec. Jan wszedł w oczekiwanie pokoleń dzieci Izraela, i zapewne – mimo mijających lat – pamiętał opowieść o dziewięciomiesięcznym czekaniu, które przeżywali podeszli wiekiem jego rodzice – Elżbieta czekała na rozwiązanie a Zachariasz na swoje “rhema”. Bóg nie kazał im czekać na darmo, podobnie jak i ich synowi.

Zaiste był Jan synem czekania, obietnicy, milczenia i z mocą wyśpiewanego, wręcz wykrzyczanego Słowa.

Znał wartość milczenia, podobnie jak jego ojciec. Wiedział, że milczenie też może być mową prorocką. Zachariasz milczał i tą swoją niemotą złożył świadectwo o bożym łamaniu przyzwyczajeń i schematów, o tym, że dla Pana nie ma rzeczy niemożliwych, o wielkiej łasce, jaka spotkałą jego i jego podeszłą żonę. Przyjdzie czas, gdy uwięziony Jan stanie się głośny, swoim milczeniem zza krat, odsłaniając grzeszne zamysły ciemnych zakamarków królewskiego serca.

Milczenie zmusza do kontemplacji. Utrudnia życie, ale zarazem ułatwia rozważanie “wszystkich tych spraw”, jakie odnoszą się do działania Boga. Może być karą, ale może być też bożym znakiem. Może być pyszną ucieczką w izolację, ale może być też jedynym wyjściem, aby “nie rzucać pereł przed wieprze”.

Jan milczał i czekał. Trwał. Nie przymuszał Boga do niczego.

Czy czekasz na zbawienie? Na mowę Boga do Ciebie, która nada sens latom spędzonym na pustkowiu? 

Różne mogą być w życiu ludzkim pustkowia. Może w Twoim przypadku pustkowie to ocean przesypujących się ziarenek samotności, odczuwalne boleśnie pustka powstałą wskutek bycia odrzuconym, czy niezrozumianym, osamotnienie wynikające z błędnych wyborów, albo pychy nakazującej uważać się za kogoś szczególnego.

Może to pustynia choroby i cierpienia, o których wiesz, że nikt prócz ciebie nie pojmie jej natury i  nie będzie mógł powiedzieć z pełnią odpowiedzialności: “Rozumiem Cię”. 

Może to pustynia powołania, tym dotkliwsza, że Pan chciał Cię na nią wyprowadzić, aby mówić do Twego serca, ale Ty nie chcesz wejść w jej głąb, bojąc się szakali i hien, czy gorącego wiatru, jaki mógłby spiec Twoją skórę i wargi. 

A może uczyniłeś sobie pustynię, której Pan nie chciał, a która powstała wskutek Twojej impertynencji, egotyzmu, złośliwości, ostrości czy braku wrażliwości na innych. Odczuwasz teraz wokół siebie bolesny dystans do wszystkich dookoła i chciałbyś się nawet czasem komuś pożalić, ale wiesz, że już nikogo nie ma. Może tak dobitnie doświadczasz własnej bolesnej pustki, że już wyraźnie dostrzegasz wszystkie dzikie zwierzęta, które wychodzą z głębin Twego serca, napawając przerażeniem i zdziwieniem, że takie maszkary w sobie hodujesz od lat. Jezusowi, gdy był na pustyni, dzikie zwierzęta służyły, ale Ty siedzisz na niej sam lękając się własnych demonów. Zapominasz, że właśnie na pustkowiu Pan nakarmił rzesze kilkoma chlebami i rybami. Zapominasz, że On jest w stanie zamienić pustynię w pojezierze. Że Jego Słowo może wszystko odmienić. Że On lubi być na pustkowiach i możesz Go tu spotkać, bo On jest tym który idzie na pustynię szukać jednej owcy zabłąkanej, grzesznika, w którym brak łaski uczynił wstrząsającą pustkę… Zapominasz, że na pustkowiu Mojżesz wywyższył miedzianego węża, znak ocalenia, znak Tego, który osamotniony zostanie zawieszony między niebem a ziemią, wywyższony na wieki.

Jan był na pustkowiu, sam, bez rodziców, bez rodziny. Co miał ze sobą, prócz odzienia z sierści wielbłądziej? Obietnicę. Proroctwo dane Zachariaszowi, przepowiednię o własnym przeznaczeniu. Póki co, nie było widać, aby któreś z tamtych słów miało się zrealizować. Bóg milczał przez długie lata. Może przychodziły na Jana chwile zwątpienia? Może diabeł kusił go rozpaczą, wizją nieudanego i przegranego, zmarnowanego życia? Może poddawał go próbie, jak później będzie kusił samego Chrystusa. Pan odparł diabelskie zakusy Słowem. Jan na Słowo czekał – miał Słowo Obietnicy, ale nie miał jeszcze Słowa wzywającego do działania.

Boże milczenie wobec Jana przez trzydzieści lat życia nie oznaczało jednak bożej bezczynności. Pan przygotowywał miejsce temu, który miał być Jego Głosem. Na arenę dziejów wchodzili kolejno Tyberiusz, Antypas, brat jego Filip, Piłat, Annasz i Kajfasz. Czas się powoli wypełniał, ostatnie ziarnka piasku przesypywały się w klepsydrze historii zbawienia.

Nawet jeśli myślisz, że Bóg nic nie robi w Twojej sprawie, że irytująco nakazuje Ci czekać, to On nie śpi. Nie znużył się Tobą. Nie odwrócił się do Ciebie plecami. Nie lekceważy Cię. 

Być może On tworzy przestrzeń dla swojej woli na Twoje życie. Bądź cierpliwy. Wszystko musi się znaleźć na właściwym miejscu, abyś mógł unieść Jego wolę i aby jej realizacja przyniosła najlepsze, Jego zdaniem, owoce. Nic nie przyspieszaj. Czekaj.

W diabelskim cyrku

Wyobraź sobie cyrk. Cyrkowy treser miał 10 osłów. Wiele lat przyuczał je do pewnych sztuczek – do 10 różnych sztuczek. Wśród nich była i taka, że na okrzyk „hossa!”    osiołki stawały na przednich nogach, podnosiły zadki do góry, kopytkami rzucały w powietrzu, rżały, strzygły uszami…, były posłuszne na ten okrzyk i wyczyniały różne przedziwne ruchy całym ciałem. Żeby tresura dała efekt, treser oczywiście karcił te osły, bił i ranił. A one bojąc się bólu zachowywały się dokładnie tak, jak chciał treser. Treser krzyknął „hossa!” i osiołki w napięciu tańczyły. Ich ruchy były już mechaniczne, rżały nerwowo i na koniec wszystkie kręciły się wokół siebie. O to chodziło treserowi. Osły bardzo lubiły tę ostatnią zabawę, bo ona zwiastowała, że już niedługo będzie koniec numeru i one wszystkie zejdą wtedy z areny. Osły lubią kręcić się wokół siebie w ogóle, z natury…

Ale treser nauczył ich w taki sposób to czynić, że wyglądało to na bardzo piękny balet, wywoływało gromki aplauz publiczności wyrażony oczywiście oklaskami i treser przed każdym przedstawieniem ćwiczył to z osłami wielokrotnie, żeby żaden się nie pomylił. A jeśli się opierały, mocno je kaleczył. Bojąc się kolejnych zranień, osły zawsze posłusznie zachowywały się na arenie cyrkowej. Po przedstawieniu, pochylone, wracały do stajni i tam wiązało się je przy żłobie. 

Pewnego dnia jeden z osłów został wykupiony, no, może inaczej – odkupiony – z cyrku przez jakiegoś księdza, który zamierzał go wykorzystać na procesji w Niedzielę Palmową. Kiedy już zorganizowano procesję, osiołek dźwigał na sobie przebranego za Jezusa miejscowego organistę (bo jako jedyny w tej parafii nosił brodę) i był bardzo zadowolony, strzygł uszami i spokojnie sobie stąpał z kopytka na kopytko. Dzieci były zadowolone, wszyscy klaskali i w końcu z tej radości – i księdza proboszcza i wszystkich, ludzie zaczęli wołać „Hosanna!”. Osioł nagle stanął jak wryty, rzucił nogami w górę, zaczął rżeć… Organista wystrzelił przez jego głowę i wylądował niestety gdzieś tam na bruku z wielkim śliwkowym guzem, takim, że własnymi oczami go widział. Wszyscy byli przerażeni, co się stało?! Jak taki pobożny osiołek, na wskutek jednego okrzyku mógł dokonać takiego wywrotu? Jeden bodziec i nastąpił powrót do starych mechanizmów… Właśnie! Na szczęście ksiądz proboszcz nie zbił osiołka, tylko postanowił oduczyć go tych odruchów, ale musiał zdecydować się na jeszcze jedną kilkuletnią tresurę. Tresurę zmienia się tresurą, czymś innym się nie da. Nie wystarczy jedynie wykupić osiołka, musi być jeszcze jedna tresura – jakiś rodzaj karcenia, który wyprostuje ludzkiego ducha, a nawet i ciało. Dopiero wtedy osiołek może się zmienić naprawdę. No i tak się stało.

Ksiądz oddał osiołka do innego tresera, który też miał dziwnym trafem 9 osiołków, więc była taka ośla wspólnota i te osiołki przeżywały sobie jeszcze jedną tresurę. Tym razem treser stosował inne metody. Osiołek po pewnym czasie na słowo „Hosanna!” szedł majestatycznym, dumnym krokiem, bardzo spokojnie, że nie tylko organista, ale i ksiądz proboszcz mógłby na nim spokojnie zasiąść i bez problemu wjechać do kościoła jak do Jerozolimy… I tak się stało. 

O. Augustyn Pelanowski OSPPE, „Wolni od niemocy”.

W jakim cyrku jesteś? 

Do czego tresuje Cię diabeł? W czym biegasz w kółko wokół siebie, ciesząc się i cierpiąc jednocześnie?

Odkupionemu osłu wystarczył jeden określony bodziec, aby wybić się z obrazu “pobożnego” bydlęcia i wejść na nowo na tory starych zachowań, dawnych mechanizmów i wyuczonych reakcji. Co jest Twoim “hossa!”? Smutek czy poczucie samotności? Histeria, czy zmęczenie? Podniecenie czy wymagająca pociechy beznadzieja? Co uruchamia cały mechanizm nałogu w Twoim przypadku? Może jakieś sytuacje związane z drugim człowiekiem, które odnoszą się do zapamiętanych a nie uświadomionych wzorców zachowań? 

Ten “inny” treser to sam Pan.

Któż zastosuje rózgi na moje myśli,
a do serca mego – karność mądrości,
by nie oszczędzić mnie w moich błędach,
nie przepuść moich grzechów… (Syr 23,2)

I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej Dziecię. I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasał rózgą żelazną. (Ap 12,4-5)

Jaką “rózgą” karci Cię Chrystus, aby “wytresować” na nowo? Czego – a jest to na pewno coś trudnego – używa, by odwrócić system grzesznych nawyków?

I czy masz wokół siebie “oślą wspólnotę”?

Jeśli odnajdujesz się w tym, co tu piszę, jeśli widzisz, że jesteś w diabelskim cyrku nieustannie podrywany do biegania w kółko i wyczyniania najdziwniejszych rzeczy, których potem się wstydzisz, to pomódl się tak, jak uczynili to Tobiasz z Sarą. Oni mieli doświadczenie olbrzymiej niepewności i tragicznej sytuacji życiowej. Tobiasz, może wskutek swej pychy, obłudy i martwych relacji, zaczął doświadczać serii nieszczęść, w których nie mógł wyrwać się z zaklętego kręgu rozpaczy. Dopiero wtedy, gdy zrozumiał że oślepł – a jego kalectwo fizyczne tylko potwierdziło uprzednie kalectwo duchowe – zaczął szczerze i ze skruchą (wśród wielu westchnień i płaczu) wołać do Pana. Ma świadomość swego grzechu i błaga o uchylenie sprawiedliwej kary.

(2) Sprawiedliwy jesteś, Panie,
i wszystkie dzieła Twoje są sprawiedliwe.
Wszystkie Twoje drogi są miłosierdziem i prawdą,
Ty sądzisz świat.
(3) A teraz, o Panie, wspomnij na mnie, wejrzyj,
nie karz mnie za grzechy moje
ani za zapomnienia moje,
ani za moich przodków,
którymi zgrzeszyliśmy wobec Ciebie.
(4) Nie słuchaliśmy Twoich przykazań,
a Ty wydałeś nas na łup,
niewolę i śmierć, na pośmiewisko
i na szyderstwa, i na wzgardę
u wszystkich narodów, wśród których nas rozproszyłeś.
(5) Teraz więc liczne Twoje wyroki są prawdziwe,
wykonane nade mną za moje grzechy,
ponieważ nie wypełnialiśmy Twoich przykazań
aniśmy nie chodzili w prawdzie przed Tobą.
(6) Teraz więc uczyń ze mną według Twego upodobania,
pozwól duchowi mojemu odejść ode mnie:
chcę odejść z ziemi i stać się [znowu] ziemią.
Ponieważ śmierć jest lepsza dla mnie niż życie,
albowiem słuchać muszę wyrzutów niesłusznych
i ogarnia mnie wielka boleść.
Panie, rozkaż, niech będę uwolniony od tej niedoli!
Pozwól mi udać się na miejsce wiecznego pobytu,
nie odwracaj Twego oblicza ode mnie, Panie,
ponieważ dla mnie lepiej jest umrzeć,
aniżeli przyglądać się wielkiej niedoli w moim życiu
i słuchać szyderstw. (Tb 3,1-6)

Podobnie i Sara, atakowana przez demona, które nie chce dopuścić do płodności, do owocowania w życiu człowieka, systematycznie zabija kolejnych jej mężów. Może być jakiś nałóg w nas, który uśmierca wszelki rodzaj owocowania sprawiając że nasza egzystencja wydaje się jałowa i pusta.

(11) Błogosławiony jesteś, miłosierny Boże,
i błogosławione Twoje imię na wieki,
i wszystkie Twoje dzieła niech Cię błogosławią na wieki!
(12) A teraz wznoszę moje oblicze
i zwracam me oczy ku Tobie.
(13) Pozwól mi odejść z ziemi,
abym więcej nie słuchała obelg.
(14) Ty wiesz, o Władco, że jestem czysta
od wszelkiej zmazy z mężczyzną.
(15) Nie splamiłam mojego imienia
ani imienia mojego ojca
w kraju mojej niewoli.
Jestem jedyną córką mojego ojca
i nie ma on innego dziecka, które by po nim dziedziczyło,
ani nie ma on bliskiego po sobie,
ani nie zostaje mu żaden rodak,
dla którego miałabym siebie zachować jako [przyszłą] żonę.
Już siedmiu mężów straciłam,
na cóż miałabym żyć dłużej?
A jeśli nie podoba Ci się odebrać mi życia,
to wysłuchaj, Panie, jak mi ubliżają. (Tb 3,11-15)

O ile Tobiasz uznaje swoją winę, to Sara wprowadza swoją modlitwą Boga w kolejne przestrzeni życia swego i swojej rodziny – szczerze o wszystkim Bogu mówi. Co jeszcze ważniejsze, oboje proszą o śmierć. Ich modlitwa jest jak ostatnia deska ratunku, jak postawienie wszystkiego na jedną kartę. Ta para nieszczęśliwych ludzi wie, że nie ma dla nich ratunku poza bożą interwencją, a śmierć jawi im się jako akt miłosierdzia. Są zdeterminowani wobec cyrku demonów, jaki zostaje im zgotowany.

Czy masz coś z tej determinacji? A może najpierw należy o nią prosić?

Jeszcze raz powiem – jeśli coś z tego jest o Tobie, zamień to na modlitwę!

Boże, tylko Ty jesteś sprawiedliwy i Twoje wyroki są słuszne. Dopuszczasz trudności na moich drogach,
wiedząc co służy mojemu nawróceniu.
Nic co się dzieje w moim życiu nie jest poza Twoim spojrzeniem.

Panie, ja i moi przodkowie zgrzeszyliśmy
wobec Ciebie i Twoich przykazań!
Za światło przyjęliśmy ciemność pychy, wywyższania się, okazywania wyższości, egocentryzmu, nieczystości, pijaństwa i innych nałogów.
Słusznie dopuściłeś na nas konsekwencje kłamstw i uników.
Ale teraz ulituj się nade mną
i wyrwij z diabelskiego cyrku i tresury demonów!
Okaż miłosierdzie i zbaw mnie ze skutków moich decyzji
i z tego co zgotowali mi przodkowie!
Dotknij też wrodzonej pychy serca,
abym w pokorze umiał przyjąć to Twoje karcenie,
to wychowanie, ten sposób Twojego działania,
który ma nas oduczyć śmiercionośnych reakcji na diabelskie bodźce.

Ulituj się nade mną, nad nami!

Przyjdź, Panie Jezu!

« Older posts

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑