Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Wobec bezradności.

W pierwszy dzień tygodnia niewiasty, ledwie zaczynało świtać, poszły do grobu, niosąc przygotowane wonności.

Kamień zastały odtoczony od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa.

Gdy wobec tego były bezradne (pełne niepokoju), nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał. Przypomnijcie sobie, jak wam mówił, będąc jeszcze w Galilei: „Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, lecz trzeciego dnia zmartwychwstanie”». Wtedy przypomniały sobie Jego słowa, wróciwszy zaś od grobu, oznajmiły to wszystko Jedenastu i wszystkim pozostałym. A były to: Maria Magdalena, Joanna i Maria, matka Jakuba; i inne z nimi opowiadały to apostołom. Lecz słowa te wydały im się czczą gadaniną (niedorzecznością, nonsensem, plotkami, baśniami) i nie dali im wiary.

Jednakże Piotr wybrał się i przybiegł do grobu; schyliwszy się, ujrzał same tylko płótna. I wrócił do siebie, dziwiąc się temu, co się stało. (Łk 24, 1-12)

Pierwszy werset tej ewangelii, to jeszcze jest świat uporządkowany – wstaje świt, niewiast zgodnie ze wcześniejszym postanowieniem idą do grobu niosąc wonności wyrażające ich miłość do Zmarłego. Wszystko jest, jak się wydaje, na swoim miejscu. I żal, który musiała przenikać ich serca, i wielkoduszność wyrażająca się w tym, co nazywamy “ostatnią posługą”, i może rozpacz, i stracone nadzieje, i poczucie pustki, może niepewności czy niewiedzy co dalej robić. Są pozbawione oparcia (widać, że mężczyźni pochowali się po kątach – przypomina się sytuacja z raju, kiedy Adam pozostawił Ewę na pastwę kusiciela), więc idą za porywem swej naturalnej dobroci.

I nagle zgrzyt – kamień odsunięty.

I kolejny – nie ma ciała Nauczyciela.

Te dwa zgrzyty są jak wybicie kogoś z utartej ścieżki postępowania. Jak niczym nie przewidziana zmiana trajektorii strzały wypuszczonej z łuku.

Ich pierwszą reakcją na brak Jezusowych zwłok nie mogła być radość. Człowiek, którego przyzwyczajenia zostały zburzone nie cieszy się, lecz najpierw ulega dezorientacji, czy nawet złości. Przecież one szły do grobu – owszem namaścić ciało – niosąc, pośród wonności, swój ból, żal, poczucie krzywdy i niezgodę na to, co się stało! Może ulegały już mechanizmowi, który każe rozmawiać ze zmarłymi. Może chciały wypłakać się przed martwym, zimnym Jezusem. Pójście do grobu Mistrza, było dla nich niczym pójście do własnego grobu, wejściem w te rejony samych siebie, w których jest bolesna pustka, ciemność i rozpacz. Chciały tam napotkać Jego ślad, choćby martwy, ale tam nic już nie było.

Na to nie były przygotowane.

Ogarnęła je bezradność.

To ciekawe uczucie. Charakteryzuje je nie tylko brak pomysłu na zachowanie w danej sytuacji, ale także rodzaj bezsilności i dezorientacji. Człowiek, wybity z rytmu przyzwyczajeń, doświadcza, że jest w sytuacji bez wyjścia, oraz ogarnia go dramatyczne poczucie samotności.

Może to charakteryzuje wielu z nas?

Może jakieś wydarzenia, niekoniecznie będące skutkiem naszych grzechów, wybijają nas z rytmu codzienności, znanych ścieżek postępowania, utartych schematów. Choroba, śmierć kogoś bliskiego, czyjaś zdrada, zagubiona relacja z kimś bliskim, coraz bardziej doskwierająca samotność. A może są jeszcze inne znaki, wykraczające poza nas samych – kataklizm, trzęsienie ziemi, pożar. Czyjeś cudowne ocalenie, albo uzdrowienie, albo w drugą strone – czyjaś nagkla demoniczna głupota kończąca się porzuceniem rodziny i dzieci, lub kapłaństwa.

Znaki. Wstrząsy, jakie dopuszcza Pan, aby potrząsnąć naszą pustką i niewiarą.

Niewiasty idące do jerozolimskiego grobu na pewno były pełne miłości, ale nie miały w sobie wiary, choć ich Nauczyciel tyle razy wzywał – “Miejcie wiarę”! Nie pamiętały żadnej z trzykrotnych zapowiedzi o zmartwychwstaniu! Nie pamiętały proroctw! Nie wyciągnęły wniosków ze wskrzeszenia młodzieńca w Nain czy Łazarza! Pozwoliły swojej wierze usnąć, dając posłuch naturalnym emocjom i reakcjom.

Mimo, że niosły wonności, to jednak ich dobry czyn był pusty, bo bez wiary. Tak jak i nasze czyny, nasze dobre uczynki, nasze bycie “przyzwoitym człowiekiem”, nasze starania się, nasze pobożności, nasze modlitwy i śpiewy, nasze posty i wymagania od siebie, mogą być puste, mogą być jedynie wonnościami do namaszczenie trupa – bez wiary!

Zobaczywszy dwóch aniołów, poczuły niepokój, jakąś przedziwną sprzeczność, między tym co odbierały ich zmysły, emocjami, doświadczeniem, oraz przebijającymi się wspomnieniami z Jezusowych proroctw.

Pochyliły głowy, co oznacza, że wreszcie przepuściły rozum przed swoje uczucia. Zaczęły – może wzorem Maryi – rozmyślać, rozważać, przyglądać się chwili. Podobnie uczyni Piotr, gdy wejdzie do grobu – schyli się i dopiero wtedy ujrzy puste płótna, ułożone zapewne tak, jakby ciało z nich samo wyparowało.

O, jak mało w naszym życiu jest takich pochyleń! Przecież nawet z naszych małych wstrząsów nie wyciągamy żadnych wniosków! Nie uczy nas nic, ani choroba, ani samotność, ani śmierć! Widzimy sprzedawane kościoły! Widzimy domy boże zamienione na restauracje i kluby nocne! Widzimy płonący dach najważniejszej świątyni Francji! Widzimy jak nasze dzieci i wnuki żyją w grzechu, a często i w grzechu umierają! Widzimy apostazje narodów! Widzimy to wszystko i nie skłania nas to do nawrócenia! Może warto przypomnieć sobie sparafrazowane słowa Chrystusa, które w noc płonącej katedry czytałem na Twitterze, a które napisał O. Wojciech Ziółek SJ:

Czyż myślicie, że ci Galowie byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Europy, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie.

Nie nawracamy się, bo pozwoliliśmy uśpić się naszej wierze. Dlatego nie pojmujemy znaków. Dlatego też Bóg jest często bezradny wobec nas.

Strach, bezsilność, ból, zapatrzenie w siebie, zmęczenie, zniechęcenie – to jedyny filtr, jaki dopuszczamy patrząc na nasze życie i odrzucając spojrzenie według wiary. A przecież Pan jest mocą, siłą odwagą, kojącym balsamem, jedyną pełnią, a wreszcie Życiem!

Zgadzasz się ze mną?

To powiedz to – sobie i innym. Ludziom i aniołom.

Powiedz, że wierzysz.

Że w noc paschalną, gdy Chrystus zwycięża na nowo w nas, ty – po raz kolejny – chcesz patrzeć na życie przez wiarę! Nie przez siebie, ale przez wiarę! Nie przez bezradność! Nie przez słabość! Nie przez swój – wątpliwej jakości, przyznajmy to – geniusz!

Dziś Bóg chce zawrzeć z tobą przymierze. Na nowo. Chce ci obiecać szczęście i wieczność. Chce ci obiecać wybawienie. Chce ci obiecać spełnienie.

Masz się na nowo wyrzec grzechu, zwłaszcza ciężkiego. To grzech jest twoim największym wrogiem. Największym wrogiem twojej rodziny, relacji, twojej Ojczyzny. Masz się wyrzec lenistwa, pychy nieczystości, obżarstwa i pijaństwa, gniewu, chciwości, zazdrości, i tylu innych słabości, które pasożytują na twoim życiu. Masz się wyrzec grzechu, aby być wolnym.

Masz się wyrzec – jak pisze Apostoł – wszystkiego, co ma choćby pozór zła, wsłuchując się w nauczanie apostolskie Kościoła, które pomaga rozpoznać ów pozór. Masz się wyrzec ścieżek prowadzących do grzechu, abyś mógł sobą władać.

Masz się wyrzec szatana, tym samym uznając jego podstępne działanie. Masz się go wyrzec, aby móc służyć prawdziwemu Panu.

Chciej uwierzyć! Chciej powiedzieć – wierzę!

Chciej powiedzieć:

Oto rozpoznałem dobro najwyższe w Bogu, poznałem, że to On jest źródłem wszystkiego – “nieba i ziemi”, ludzi i bytów duchowych, przyrody i świata zwierząt. On jest źródłem szczęścia i ludzkiej miłości. Rozpoznałem, że tak jest. Choć sam mogę tego nie doświadczać, to ufam tym, którzy mi o tym mówili, którzy to doświadczyli i oparli na tym swoje życie. Wierzę w Boga Stwórcę, Ojca, który mnie miłuje. Wierzę i chcę go poznawać!

Wierzę w Chrystusa, Jego ziemskie życie, jakie miał dzięki pokornej zgodzie młodziutkiej Panny z Nazaretu. Wierzę w Jego słowa i czyny, wierzę w Jego miłość, która najpełniej wyraziła się w Jego Krwi przelanej na Krzyżu, tej samej, którą – wraz ze swym Ciałem – pozostawił do spożywania. Wierzę, że jest obecny w Eucharystii przyjmowanej i adorowanej. Wierzę, że pokonał śmierć i żyje i oczekuje na mnie w domu Ojca.

Wierzę w Ducha świętego, który jest miłością Ojca i Syna, który po dziś dzień napełnia swoich wybranych mową prorocką. Wierzę w Ducha, dzięki któremu możemy patrzeć na nasze życie przez pryzmat żywej wiary, który porusza i prowadzi Kościół. Tak! Wierzę w Kościół! Wspólnotę słabych i grzesznych ludzi, którzy chcą jednak ufać mocy Ewangelii! Którzy mają rodzinę w niebie – świętych, braci i siostry, którzy przeszli ziemię. Którym Pan pozostawił siebie w sakramentach! Którzy mogą sobie nawzajem świadczyć o żyjącym Panu, zmagając się o okazywanie sobie miłości!

Wierzę, że kiedyś Pan mnie osądzi i drżę na myśl o tym, ale chcę ufać Jego miłosierdziu! Wierzę w nie, bo wiem, że mi przebacza – ileż razy mi przebaczał i nadal to czyni! Wierzę, że będę żył wiecznie!

Chcę wierzyć. Wierzę!

Piotr odszedł od grobu zadziwiony. Tak, wiara zadziwia. Jej moc zdumiewa. Jej prostota zachwyca. Życz ci tego zdumienia i zachwytu – i oby Przeciwnik nie wyrwał ci tej zbroi, którą dziś Zmartwychwstały, Ten, dla którego nie ma rzeczy niemożliwej, zakłada na ciebie.

Odrzucenie.

W opisie Pasji wg św. Jana odnajdujemy szereg postaci, z których każda jest żywą katechezą o odrzuceniu Boga.

Judasz, który całuje swego Mistrza, zaprzeczając znaczeniu tego gestu, uosabia pytanie o naszą obłudę, o gesty, które wykonujemy, a które mogą być puste, o udawanie miłości, o posłuszeństwo prawom lęku, troski o siebie, chciwości.

Kohorta i straż, mimo, że niesie światło, i mimo, że szuka Jezusa, i mimo, że On się im objawia, i mimo, że padają przed Nim na ziemię, to jednak wiąże Go, krępuje Jego działanie, uosabia pytanie o naszą konsekwencję, wobec tego co rozpoznajemy jako prawe i dobre. O uległość wobec blasku Słowa. O skrępowanie mocy Bożej przez brak naszej wytrwałości.

I jeszcze Piotr. Mimo, że staje w obronie Jezusa, to jednak zapiera się Go przed służącą (Dlaczego Piotr używa miecza? Czy dlatego, że każe mu to uczynić Pan? Bynajmniej. On po prostu dobywa miecz, bo go ma. Tyle. Ot, impuls. Ot, bezrefleksyjność.) i to trzy razy. Abp Fulton Sheen zauważa, że zaparcie się Piotra ma trzy powody. Najpierw czyni tak z powodu przesadnej pewności siebie Piotra co do własnej lojalności. “Chociaż starożytny prorok powiedział, że owce się rozproszą, Piotr miał poczucie, że będzie wolny od takiego upadku, gdyż dano mu klucze do królestwa niebieskiego”. Drugi powód to fakt, że nie czuwał i nie modlił się w Ogrójcu, a potem aktywizmem (miecz) chciał zastąpić duchowość. Trzeci powód to dystans fizyczny, jaki zachowywał od Chrystusa – jak pisze Sheen: “mógł on być symbolem dystansu duchowego, który ich obu oddzielał. Każde oddalenie od słońca prawości jest ciemnością”. Można dodać – nie wystarczy blask ogniska na dziedzńcu arcykapłańskiego domostwa…

Annasz, chociaż był arcykapłanem Boga Żywego, i uzurpuje sobie odpowiedzialność za dzieci Izraela,  jest jednak bardziej skupiony na swojej chwale, aniżeli na bożej. Jego reakcją na prawdę jest przemoc i danie odczucia swej władzy.

Kajfasz, mimo że w imieniu Izraela błaga w Jom Kippur Pana o odpuszczenie grzechów całego ludu i w imieniu Pana udziela ludowi błogosławieństwa, stając w miejscu drabiny Jakubowej, to nie wierzy w moc bożego błogosławieństwa i bawi się w krwawą politykę, doradzając, “aby jeden człowiek umarł za naród”.

Piłat, mimo, że ma wszystko – władzę, wojsko, prawo – aby wydać sprawiedliwy wyrok, ulega chwiejności i chęci przypodobania się ludowi i starszyźnie. Jego gra na zwłokę stawia go ostatecznie pod ścianą. Ulega, udając, że nie jest odpowiedzialny za wyrok, który wydaje.

I tu warto zauważyć, idąc za myślą Fultona Sheena, że proces Jezusa, w swoich dwóch fazach – religijnej przed arcykapłanami, oraz politycznej, ludzkiej, przed Piłatem – odpowiada dwom oskarżeniom.

Najpierw sądzono Proroka i Jego orędzie. W myśl tego przesłania, jest On nie tylko Sługą Jahwe, ale wręcz Jego Synem. Autentyczność i prawda bijące z tego orędzia (które sam Pan nazwał Ewangelią, Dobrą Nowiną o panowaniu Niebios) pociągnęło za sobą serca tysięcy Galilejczyków i Judejczyków. Ludzie, którzy uwierzyli w przepowiadanie Jezusa, w Jego słowa i czyny, którzy spróbowali popatrzeć na swe życie oczyma wiary i odkryć siebie, jako dzieci miłosiernego Ojca, weszli na drogę zupełnie nowej egzystencji.  Uznano jednak, że takie orędzie należy odrzucić, a z nim cały obraz Boga i Jego woli, jaką Prorok przyszedł objawić.

Potem, u Piłata, sądzono Króla, który, ma pewne prawa co do człowieka i świata. Jego Królestwo nie jest z tego świata, ale Jego Królestwo jest ponad tym światem. Jak potem powie Jan w Apokalipsie: “Król królów i Pan Panów”. Tymczasem w osobach Piłata i Heroda

Dlaczego narody się buntują, czemu ludy knują daremne zamysły? Królowie ziemi powstają i władcy spiskują wraz z nimi przeciw Panu i przeciw Jego Pomazańcowi (Ps 2,1-2).

Rzymski prokurator i żydowski tetrarcha uwierzyli w diabelskie zapewnienia, które Przeciwnik próbował sprzedać samemu Jezusowi w dniach pamiętnego kuszenia na pustyni:

Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. (Łk 4,5-6)

Uznano więc, że nie ma On prawa do zaoferowania człowiekowi swoich praw i że ludzkie Królestwo nie chce rządzić się zasadami “Państwa Bożego”, jak by powiedział św. Augustyn.

Dodatkowo, jako że kpina połączona z krwawym widowiskiem wzbudza u tłumu pogardę, postanowiono wyśmiać roszczenia Boga, roszczenia w myśl których zbłąkany człowiek może patrzeć oczyma wiary na swe życie, a Bóg może w to życie wkroczyć z mocą dając ludziom swoje prawa. Znakiem tego wyśmiania była korona cierniowa i szkarłatny płaszcz. Żołnierze, którzy stali się narzędziem wydrwienia boskich prerogatyw Jezusa, są jednocześnie obrazem tej części nas samych, która wciąż dąży do świętego spokoju, i jest gotowa uciekać w drwinę i cynizm, nawet wobec rzeczy najświętszych. W momencie zamętu, często dzięki zniszczeniu części własnej wrażliwości przez dobrowolną zgodę na jakiś grzech (zwłaszcza ciężki), człowiek gubi jasność rozeznania dobra i złą, nawet w najprostszych rzeczach. Aby oddzielić się od ciężaru decyzji i odpowiedzialności ucieka w kpinę, która pozwala mu zachować ułudę dystansu.

Ułudzie ulegają także Nikodem i Józef z Arymatei, którzy – choć przychodzą z uczynkiem miłosierdzia, namaścić martwe ciało Jezusa i złożyć je do ofiarowanego przez siebie grobu – próbują dobrocią zamazać swoje tchórzostwo i niechęć do zaryzykowania pozycji w obronie prawdy. Same uczynki, bez wiary, choćby najlepsze nie na wiele się zdadzą, bowiem Paweł pisze:

…z uczynków Prawa żaden człowiek nie może dostąpić usprawiedliwienia w Jego oczach (Rz 3,20).

Pocałunek Judasza, brak konsekwencji ludzi świątynnych, popis siły władzy Annasza, pycha Piotra, małoduszność Piłata, tchórzostwo Nikodema i Józefa. W ten sposób człowiek odrzuca Boga.

Na szczęście, w tamtym momencie, Bóg nie odrzuca ostatecznie człowieka.

Na szczęście w tej galerii osobliwości, pośród tych przedziwnych typów ludzkich, które zauważył “umiłowany uczeń” w ów poranek wiosennego dnia miesiąca Nisan, był ktoś jeszcze.

Zwykle zwracamy uwagę na puentę sceny, którą nazywa się “Testamentem z krzyża”:

I od tej godziny uczeń wziął ją do siebie. (J 19,27).

Ale zaczyna się ona od słów Jezusa, skierowanych do Maryi:

Niewiasto, oto twój syn! (J 19,26).

To nie my skłaniamy Maryję, aby wzięła nas pod opiekę, to najpierw Ona musiała ponowić swe oddanie Słowu Wcielonemu i gotowość wielkiego macierzyństwa wobec człowieka. Bóg zaprosił ją do współpracy w kontynuacji dzieła Jezusowego. W czyimś sercu bowiem musiała zaistnieć doskonała odpowiedź na doskonałą miłość wyrażoną w orędziu Proroka i Króla. Choć wydaje się, że człowiek – w osobach Judasza, żołnierzy, Piotra, arcykapłanów czy Piłata – odrzuca owo orędzie, to jednak jest też inny człowiek, Maryja, najpiękniejszy owoc stworzenia i stojący obok niej umiłowany uczeń, towarzyszący Mistrzowi do końca. Oni przyjmują boże dzieło w sobie i pozwalają mu rozkwitnąć. Orędzie wydaje owoc nie w wielkich tego świata, nie w pysznych i zapatrzonych w siebie, nie w sercach opanowanych lękiem i obłudą, ale w ziemi przepełnionej prostotą, ludzką bezradnością, i wielkim zaufaniem.

Maryja spod krzyża, przyjmująca umiłowanych uczniów swego Syna, przyjmująca bez zastrzeżeń Jego orędzie – będące jednocześnie orędziem Ewangelii – to Prorokini i Służebnica Królestwa. Jako taka przychodzi do nas w niekończących się objawieniach i jako Królowa, naczynie wybrane pełne Bożej łaski, rozdziela te dary tym, którzy zgodzą się wejść na Jej drogę. A my tych łask bardzo potrzebujemy, zwłaszcza teraz, gdy tak niewielu pragnie spojrzenia wiary i posłuszeństwa prawom Króla królów.

Maryja też, jako Matka, jest jedyną z osób występujących w tym dramacie, która pozostaje w głębokiej zażyłości z Bogiem. Nikt inny nie nawiązał z Nim takiej więzi, ani Jego uczniowie, ani Jego kapłani. To też wezwanie dla nas. Spojrzenie wiary i posłuszeństwo prawom Królestwa jest możliwe o ile (oraz na tyle) trwamy w relacji z Panem.

Droga Krzyżowa 2019

Stacja I.

Pan Jezus na śmierć skazany.

Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia… (Dz 3,14-15)

Skazanie Boga na śmierć rozpoczyna się w każdym z tych licznych momentów, w których zaczynam  – choćby na chwilę – udawać, że On mnie nie dostrzega. Zamykam, oczy duszy – niczym małe dziecko, które schowane pod kołderką wyobraża sobie, że jak się zakryje z głową i zamknie oczy, to zniknie – i dopuszczam do siebie słodko kuszącą myśl o grzechu. Co prawda sumienie rozpocznie rozpaczliwą walkę o prawdę na temat tej sytuacji, ale odbieram ją jako nic nie wnoszące zadawanie mi bólu. Prawdy nie zaneguję, ale znowu udam, że ona mnie nie widzi, że chwilowo wypadłem z pola jej zainteresowania. I wtedy dopuszczę kolejną myśl o grzechu. I jeszcze jedną. I następną. I że – te słynne i chyba ulubione słowa szatana: “Nic się nie stanie…”

A jednak coś się dzieje.

Zdrada, lenistwo, cudzołóstwo, obżarstwo i pijaństwo, pycha, egoizm, zaślepienie… Listę można ciągnąć. A pod tą masą obrzydliwości zabita boża łaska. I to wszystko we mnie. I może też w tobie.

Bóg zabity w duszy ludzkiej pozbawia tę duszę wszelkiej siły witalnej, sprawiając, że staje się ona niczym zmarły Łazarz z Betanii:

Już cuchnie, bo jest tu czwarty dzień. (J 11,39)

System duchowego zakłamania jest jednak tak wielki, że smród rozkładu wnętrza nie robi wrażenia na władzach duszy. Wola jest sparaliżowana kolejnym pragnieniem rozkoszy czy korzyści związanych z grzechem, intelekt zaś produkuje argumenty na rzecz trwania w morderczej symbiozie ze złem.

Aż chce się zawołać za św. Pawłem:

Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku śmierci? (Rz 7,24)

Stacja II.

Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona.

I wyprowadzają Go, aby Go ukrzyżować. (Mk 15,20b)

Drugi Ewangelista zwykle opisuje wydarzenia Męki używając czasu przeszłego, tu jednak używa czasu teraźniejszego. To tak, jakby Pan, w wiecznym “teraz”, był nieustannie prowadzony na śmierć.

Owo “wyprowadzenie” zostało oddane greckim słowem εξαγουσιν (eksagousin), które Stary Testament (i znowu w czasie teraźniejszym) używa tylko raz jeden – w księdze Ezechiela:

Oto jednak zostanie w niej resztka, którą wyprowadzają (εξαγουσιν – eksagousin) – synowie i córki. Oto oni wyjdą do was i zobaczycie ich drogę i czyny, a wy będziecie pocieszeni z powodu tego nieszczęścia, które sprowadziłem na Jerozolimę – wszystkiego, co sprowadziłem na nią. (Ez 14,22)

Resztka ocalonych jest wyprowadzana z niewoli babilońskiej, owego nowego Egiptu, synonimu dopuszczonego przez Stwórcę zniewolenia grzechem. Chrystus zaś – nowa Reszta –  jest prowadzony z pretorium Piłata, miejsca niesprawiedliwości i tchórzostwa na Golgotę, miejsce ukrzyżowania. Czy aby na pewno? Tak naprawdę przecież Jezus jest wyprowadzany przez swego Ojca do miejsca wiecznej chwały, “miejsca odpoczynku”, jak powie autor Listu do Hebrajczyków, a Golgota i grób w ogrodzie są tylko krótkimi przystankami. Napisałem, zgodnie z biblijną intuicją, “wyprowadzany”. Tak. Każdy z uczniów Chrystusa, który chce współtworzyć ową tajemniczą Resztę ze swym Mistrzem, w jakimkolwiek momencie dziejów świata by nie był, musi zostać wyprowadzony na drogę ku chwale. Przez krzyż.

Wróćmy na chwilę znów do proroctwa Ezechiela. Wolność wspomnianej tam Resztki zawiera się w śmierci Mesjasza. Los Resztki jest zapowiedzią losu Mesjasza. Wartość Resztki w oczach bożych jest równa wartości Mesjasza. I Resztka bowiem, i Mesjasz, dzięki swej wierności uzyskują obietnicę ostatecznego ocalenia – nie tylko dla siebie, ale także dla swego potomstwa. Reszta natomiast ocali “swoich synów i córki” (Ez 14,16)… Syn Boży, biorąc krzyż, oraz ustanawiając uobecniające Jego Mękę Misterium Ofiary i Uczty, ocala zastępy swych braci – czyli tych, którzy Mu uwierzą i będą pełnić wolę Ojca – po kres czasów.

Stacja III.

Pierwszy upadek Pana Jezusa.

Oto Ten został dany (dosł. leży), na upadek i powstanie wielu w Izraelu – oraz jako znak, któremu się sprzeciwiają. (Łk 2,34)

Choć grecki wyraz κειται (keitai) tłumaczy się na ogół jako “został dany”, to dosłowne brzmienie przemawia do mnie bardziej – mimo, że Symeon mówi tu o leżącym na rękach Matki Niemowlęciu.

Zakrwawiony Chrystus także leży pod ciężarem krzyża, pod ciężarem grzechów. Być może w tej scenie jeszcze bardziej jest znakiem miłości Boga do grzesznego człowieka – zbity, bezsilny, upodlony. Wielu potknie się o tego leżącego Skazańca i upadnie, “a upadek ich będzie wielki” (Mt 7,27). Wielu?

Może jeszcze inaczej. Sam się co i rusz potykam o Leżącego, o Sługę Pańskiego, który bardzo pragnie umyć mi nogi, potykam się o Jego Mękę, potykam się – bo o Niej zapominam. Za każdym razem doznaję rozdwojenia – chciałbym iść śmiało zacznij, bez upadków, a jednocześnie boję się, że kiedyś przyjdzie moment, gdy się już nie potknę i pójdę w nieodwracalne…

Najbardziej niezwykłe, a zarazem przedziwnie codzienne (jak codzienny może być mój i twój upadek) jest to, że to nie ja dźwigam Umęczonego z Jego patibulum, ale to On znajduje tyle siły – wiem, płynącej z miłości. On kocha i wie, że jest kochany przez Ojca! – aby mnie dźwignąć. A nie jest to takie proste…

I oto znów się zapatrzyłem w siebie, i znów się potykam, i znów padam jak kłoda obok Skazańca. I trudno mi wstać samemu, by iść z mrokiem w sercu, obojętnie, z wyuczonym chłodem, gdzieś przed siebie. Nie umiem tak chodzić. Nie mogę też udawać, że On tam nie leży.

Znak na moje życie.

Stacja IV.

Pan Jezus spotyka swą Matkę.

Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. (Łk 8,19)

Na drodze, którą szedł obarczony krzyżem Jej Syn, też pewnie nie mogła się dostać bliżej Niego. I też z powodu tłumu, owego niezliczonego motłochu wszystkich epok, który musi się nasycić widokiem krwawej miazgi. Dla tego tłumu oczy są jak usta, a pamięć jak bezdenny żołądek. Muszą spoglądać, zerkać, patrzeć, gapić się – jedni z lekko skrywanym wstrętem, inni bezczelnie i bezwstydnie. Jedni czekając ostatecznego upadku swej ofiary, sępim, cierpliwym, a jednocześnie pustym spojrzeniem pilnują ostatecznej godziny przejścia, aby ogłosić swoje spełnienie. Inni, z trudem chowają satysfakcję, jakby chcieli powiedzieć “a nie mówiłem”, ale się trochę bali tak ostentacyjnego okazywania swych myśli, być może przyzwyczajeni do permanentnego udawania, pełni pożądania krwi, ale zbyt tchórzliwi, by żyć nim na co dzień. Są i tacy, którym wyrzuty sumienia zamykają powieki, ale nic nie zrobią, aby ruszyć się z miejsca, będą stali niczym mury rozpadających się świątyń – aż wszystko runie ostatecznie i zakończy ich beznadziejną egzystencję. Jeszcze inni nadają impet motłochowi, są jego sercem i krwioobiegiem, wiecznie głodni, wiecznie spragnieni, wiecznie głośni, wiecznie pewni siebie – zapewne tacy sami, z identycznym rykiem durnego ego, będą zaludniali nieskończone przestrzenie Otchłani. Niektórzy zaś udają, że znależli się w tym tłumie przez przypadek, tylko przechodzili, tak naprawdę są przyzwoitymi ludźmi, same Weroniki i Szymony, a teraz to tak tylko, na momencik sobie popatrzą, czy to źle?

W ten sposób wszyscy się karmią i napawają widokiem zhańbionej ikony (podobieństwa Boga? podobieństwa człowieka?), aby tylko wiecznie głodny bóg ich istnienia, żołądek pożądania, choć trochę przestał domagać się strawy. Takie są – wtedy, na arenach czy ulicach, i teraz, w sieci, czy telewizji – jedyne igrzyska małodusznych…

Kłębiący się tłum wielorakich pożądań oddziela Matkę od Syna, skazując Go na samotność, a w Jej Przeczyste Serce wbijając miecze boleści – jeden za drugim.

A w tym tłumie – my.

Stacja V.

Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi.

A gdy Go prowadzili, chwyciwszy jakiegoś Szymona Cyrenejczyka, który szedł z pola, włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. (Łk 23,26)

Królestwo Niebios podobne jest do skarbu ukrytego w roli, który człowiek znalazł, ukrył, uradowany odszedł, sprzedał wszystko, co ma, i kupił tę rolę. (Mt 13,44)

Scena z Szymonem z Cyreny wydaje się przeczyć słowom, jakie Pan wypowiedział nauczając:

Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje Mnie. (Łk 9,23)

Szymon bowiem nie bierze swego krzyża, ale Jezusowy, nie czyni tego z własnej woli, ale zostaje pochwycony i niejako przymuszony do tej krwawej eskapady. Może właśnie dlatego możemy się w tym Szymonie odnaleźć. W końcu najczęściej bywa tak, że krzyż spada na nas znienacka, nagle, zastając nas nieprzygotowanych na mozolne uginanie się pod jego ciężarem. Zostajemy pochwyceni przez cierpienie, którego nikt nie zapraszał. Ktoś nam wkłada na ramiona ciężar, za którym nie tęsknimy. Czyjaś wola kieruje nasze kroki w stronę, w którą byśmy nawet nie pomyśleli, żeby iść. Zostajemy złapani, prowadzeni, przytrzymani i jedyne co możemy zrobić – a czego, z oczywistych przyczyn, nie mógł zrobić Szymon – to nadanie sensu naszej drodze krzyżowej.

Jak wiemy, z przekazów innych ewangelistów, człowiek z Cyreny, a przynajmniej jego synowie, zapewne odnaleźli głęboki sens owego przymusu w owo przedpołudnie jerozolimskie, podczas powrotu z pola. Odkryli w sytuacji trudnej, narażającej na zaciągnięcie rytualnej nieczystości w przeddzień święta Paschy, palec boży. Szymon mógł zrozumieć, że za rękami żołdaków i ich wolą, kryłą się inna Wola, ta, która kazała Skazańcowi idącemu na Golgotę dźwigać krzyż.

Jest wielkim skarbem, podobnym do tego, jaki odnalazł na polu bezimienny kupiec z Pańskiej przypowieści, odkrycie w przymusie codzienności, w owych licznych sytuacjach, które stawiają nas pod ścianą, sensu głębszego, aniżeli ten, jaki narzucają nam emocje.

A może ów kupiec pochodził z Cyreny?


Różaniec. Radosne I

I Tajemnica Radosna

Zwiastowanie

Archanioł Gabriel powiedział do Maryi: Witaj, pełna łaski, Pan z tobą! Lecz ona poruszyła się z powodu tego słowa i zaczęła się zastanawiać, co by to przywitanie mogło znaczyć. (Łk 1,28-29)

Św. Łukasz zanotował wspomnienie Maryi o Jej reakcji na anielskie pozdrowienie, którego głównym akordem było zapewnienie o wypełnieniu Łaską Pana. Poruszona, zatrwożona i zmieszana – to oznacza greckie słowo diatarasso, jakim Ewangelista oddał stan ducha Maryi. Przepełniała ją bojaźń połączona z pewnym zmieszaniem, a ponieważ była niewiastą skłonną do rozmyślań i kontemplacji ważnych spraw, dlatego, zanim jeszcze otworzyła usta, poczęła prowadzić w sobie wewnętrzny dialog, a pojąwszy, że za pełnym szacunku pozdrowieniem kryje się wielka i boża sprawa, zgodziłą się wejść w niezwykłą obietnicę Pana. Poruszona Słowem stała się Matką Słowa.

Nas częściej może porusza Słowo jak Heroda, który zatrwożył się zmieszany spełniającym się proroctwem o Mesjaszu. Poruszenie tyrana poruszyło “całą Jerozolimę” i miast doprowadzić do otwartości i uległości wobec Słowa, utknęło na lęku o stan posiadania i – pozorną – niezależność.

Kiedy Słowo przyjmuje postać zaskakującą, nieznaną, niepokojącą wręcz i rozbija nasze schematy i przyzwyczajenia również jesteśmy poruszeni, do tego stopnia, że – niczym apostołowie, gdy chodzącego po wodzie Pana wzięli za zjawę – krzyczymy pełni histerii.

Najgorzej jest jednak wówczas, gdy Słowo nas nie porusza, nie zatrważa, nie wywołuje żadnej reakcji. Obojętność i letniość zabija szansę na zbawienie.

Obyśmy słysząc Słowo nie lękali się bycia poruszonymi.

II Tajemnica Radosna

Nawiedzenie Św. Elżbiety

W tych dniach Maryja wstała i pośpiesznie wybrała się w górskie strony, do pewnego miasta judzkiego, a tam weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dziecko w jej łonie i została napełniona Duchem Świętym. I zawołała głosem wielkim: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twego łona. (Łk 1,39-42)

Zstępujące na ziemię Słowo powoduje różnorodne reakcje. Jednych porusza do strachu o siebie, innych zaś pobudza do pełnego radości tańca. W ten sposób zareagował mały Jan w łonie swej matki – zatańczył, niczym król Dawid przed Arką Przymierza. Musiało to być niezwykłe doświadczenie, a nawet bolesne, skoro Elżbieta – jaki pisze św. Łukasz – “zawołała wielkim głosem”. Zapewne nigdy dotąd nie doświadczała takiego poruszenia i takiej radości! Jej dziecię zaczęło pląsać wypełniając słowo psalmisty:

Góry skakały jak barany, pagórki jak młode jagnięta. (Ps 114,4)

Być może trwasz w milczeniu i poczuciu bezruchu, jak Zachariasz ukarany niemotą przez wzgląd na swą niewiarę, niewspółmierną do kapłańskiego powołania. Może czekasz na jakieś poruszenie, jak ów mężczyzna sparaliżowany od trzydziestu ośmiu lat, który wpatrzony w nieruchome i milczące wody sadzawki Bethesda, szukał wzrokiem człowieka, a napotkał Boga. Nie bój się, skoro rozważasz tajemnice dwócj Serc, Jezusa i Maryi, to znaczy, że Ona przyniesie ci Słowo nadziei i radości. Przyjmij je z prostotą swego serca, choć pewnie nie będzie ono takie, jakbyś się spodziewał. A wtedy, jak mówi prorok:

Dla was, czczących moje Imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości. I będziecie podskakiwać i rosnąć jak młode cielęta. (Ml 4,2)

III Tajemnica Radosna

Narodzenie Pana Jezusa

I urodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, ponieważ w gospodzie nie było dla nich miejsca. (Łk 4,1-7)

Słowo Boże może poruszyć aż do zmieszania i bojaźni a nawet lęku. Może także wywołać w duszy ludzkiej wielką radość i wprawić serce w taniec uwielbienia. Co jednak, gdy Słowo nie znajdzie miejsca, na którym mogłoby spocząć?

Gdy Noe sprawdzał jak wygląda grzeszny świat po potopie to wypuszczał z Arki gołębicę:

Gołębica nie znalazła dla siebie miejsca na wypoczynek, toteż wróciła do arki, gdyż woda była na całej powierzchni ziemi. (Rdz 8,9)

Słowo, niesione od Ojca mocą Ducha Św. może krążyć nad jakimś miejscem w nas, ale co będzie gdy się okaże, że jest ono zajęte przez otchłań wód? Potop był karą oczyszczającą świat z grzechu, jego wody obmyły ziemię czyniąc na niej miejsce dla człowieka, który chciał współpracować z Bogiem. Czy pozwalamy obmyć się wodom oczyszczenia i cierpienia? O co w nas może zahaczyć się boska Gołębica, o jakie drzewo, czy gałązkę? W Betlejem otwarty był tylko żłób i pasterze… Gdzie jest w nas wiara? Około trzydzieści lat po swoim narodzeniu Pan powie do uczonych w Piśmie:

Ojciec, który Mnie posłał, złożył o Mnie świadectwo; Jego głosu nigdy nie usłyszeliście, ani Jego postaci nie zobaczyliście i nie ma w was miejsca dla Jego Słowa, stąd wy nie wierzycie Temu, którego On posłał. (J 5,37-38)

Na szczęście Pan się nie daje tak łatwo zniechęcić! Prorok pisze:

Słowo, które z ust moich pochodzi nie wraca do mnie bez skutku, ale wypełnia mą wolę i wykonuje to, z czym je posłałem. (Iz 55,11)

IV Tajemnica Radosna

Ofiarowanie Pana Jezusa

A oto był w Jerozolimie człowiek o imieniu Symeon. Człowiek ten był sprawiedliwy i pobożny. Spodziewał się pociechy Izraela, a Duch Święty był na nim. Jemu to Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, póki nie zobaczy Pomazańca Pańskiego. (Łk 2,25-26)

Niczym gołębica z arki Noego Duch Pański szuka miejsca dla siebie. Szuka człowieka, w którego sercu mógłby uwić gniazdo dla Słowa. Szuka gleby żyznej. A może inaczej – szuka gleby na tyle popękanej i suchej i pragnącej, aby mógł zamienić ją w glebę żyzną, dającą owoc stukrotny.

Za czasów Heroda, króla Judei znalazł Duch Św. miejsce w duszy starego Symeona, który z utęsknieniem oczekiwał pociechy, jaką mógł dać tylko Bóg. Greckie słowo oznaczające w tym miejscu pociechę, może znaczyć też “zachętę” – i tak się dzieje w życiu Symeona. Otrzymuje on wypełenienie swych oczekiwań, widzi Mesjasza, ale także zostaje zachęcony do prorokowania. Zaiste, Pan znalazł w tym starcu swoje miejsce!

Jakże to podobne do tego, co stało się udziałem Maryi. Ona także wyczekiwała Mesjasza, także otrzymałą więcej niż oczekiwała, i także została zachęcona do prorokowania, czemu dała wyraz w swym hymnie: “Wielbi dusza moja Pana!”.

Gdy pozwalasz aby Pocieszycielem i Obrońcą twojego, może często udręczonego, życia, był sam Pan, wówczas spocznie na tobie Jego Duch. Nie zdziw się, gdy zachęci cię do prorokowania, czyli do mówienia prawdy – najpierw tej zwykłej, codziennej, a potem takiej, która daje rozeznanie i rozstrzygnięcie w większych sprawach.

V Tajemnica Radosna

Odnalezienie Pana Jezusa

On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że trzeba mi być w tym, co jest mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli słowa, które im powiedział.  Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. (Łk 2,49-51)

Gdy już przyjmiemy Słowo Boże do swego życia i zaczniemy postępować według nakazów Pańskich Pan będzie chciał nas nieustannie ćwiczyć w miłości i wierze. Być może zapragnie prowadzić nas niczym św. Piotra – tam, gdzie nie chcemy. Książę Apostołów przez całe swe życie boleśnie uczył się posłuszeństwa Panu, zarówno wtedy jak zanurzył się w głębinach Jeziora Galilejskiego, jak podczas piania koguta na dziedzińcu pałacu arcykapłańskiego, ale i później, choćby wtedy, gdy musiał przełamać starotestamentalne schematy myślowe i wejść do domu setnika Korneliusza, aby ochrzcić – według zamysłu Pańskiego – rzymianina i całą jego rodzinę. Nie rozumiał Piotr, ale nauczył się posłuszeństwa.

Można powiedzieć, że Święta Rodzina także uczy się wzajemnego poddania. Maryja i Józef nie pojmując do końca Słowa, okazują Mu swe posłuszeństwo, mały Jezus (jaki pisze św. Łukasz dosłownie “chłopiec Jezus”) jest z kolei poddany swym ziemskim rodzicom, a czyni to z chęci posłuszeństwa Słowu ojca niebieskiego, w którego sprawach chce być zawsze.

Nie musisz do końca pojmować Słowa, którym cię Pan prowadzi. Jest to nieznośne dla pełnej pychy natury ludzkiej, ale nic bardziej nie tworzy w nas miejsca dla Pana jak ciągłe wezwanie do chodzenia po wodzie, do przekraczania kolejnych zasłon własnych niezrozumień. Wzorem Maryi chowaj “wszystkie te sprawy” w swoim sercu i staraj się kontemplować Pańską Obecność – w słowie i Eucharystii.

Różaniec. Bolesne I

I Tajemnica Bolesna

Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

– Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich. – To powiedziawszy Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. (J 17,26 – 18,1)

Początek dramatu objawiającego miłość Ojca ma miejsce “za potokiem Cedron”, w ogrodzie. Św. Jan nie podaje nazwy tego miejsca, którą znamy z innych przekazów ewangelicznych. Może uznał, że wszyscy je znają, a może (co bardziej prawdopodobne) chciał położyć nacisk na słowo “ogród”.

Ezechiel wiele lat wcześniej zobaczy tę scenę w proroczym widzeniu i napisze:

I będą mówić: Ten spustoszony kraj stał się jak ogród Eden, a miasta, które były opustoszałe, zniszczone i zburzone, zostały umocnione i zaludnione. (Ez 36,35)

Prorok zrozumiał, że miłość Ojca chce przywrócić spustoszonej przez grzech ludzkiej duszy pierwotną przejrzystość rajskiego ogrodu. Mesjasz, niczym nowy Adam, wkracza do marnej namiastki Edenu, aby odwrócić ludzką niezgodę na posłuszeństwo Bogu. To, na co nie chcieli się zgodzić pierwsi rodzice, Jezus potwierdza teraz pośród krwawego potu:

…nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22,42)

Również w ogrodzie dokona się ostatni – przed cudownym epilogiem paruzji –  akt kosmicznego dramatu. W nowym grobie, położonym w ogrodzie zostanie złożone umęczone ciało boskiego Oblubieńca, aby po trzech dniach zwyciężyć śmierć. Ogród (a dodajmy, że geograficznie położony dokładnie po drugiej stronie Góry Oliwnej) stanie się miejscem zmartwychwstania. Oto prawdziwie rajskie owoce – posłuszeństwo i życie! Módlmy się, aby boski ogrodnik, którego w poranek wielkanocny ujrzała Maria Magdalena, dopuścił nas do skosztowania ich rajskiego smaku!

II Tajemnica Bolesna

Biczowanie Pana Jezusa

Wtedy zrobił bicz ze sznurków, wszystkich — w tym owce i woły — wypędził ze świątyni, bankierom rozsypał monety, powywracał stoły, (J 2,15)

Widzieliśmy tę scenę na niezliczonych obrazach, rzeźbach czy filmach. Obnażone Ciało Jezusowe na które spadają uderzenia bicza. Przedstawiano to różnie, mniej lub bardziej realistycznie. Nikt chyba nie odsłonił przerażającej brutalności biczowania bardziej niż Mel Gibson w Pasji, co potwierdzają ostatnie badania Całunu Turyńskiego. Jak donosiły portale:

Wnikliwa analiza nanocząsteczek wykazała nieznany dotąd szczegół: włókna Całunu są przyprószone kreatyniną o wielkości 20 do 100 nanometrów. Co to oznacza? Kreatynina to związek chemiczny zawarty głównie w mięśniach. Jego wysokie stężenie we krwi u zdrowego człowieka jest najczęściej wynikiem rozpadu mięśni, np. wskutek urazu. (…) Jeśli więc obie substancje rozsiane są na całym (!) Całunie, oznacza to, że Jezus „był torturowany w sposób wyjątkowo bestialski”, tak że rozpadały się Jego mięśnie.

Mięśnie Jezusowego Ciała rozpadają się na naszych oczach. Zmiana nauczania apostolskiego, nowe rozumienie roli urzędu piotrowego, eksperymenty liturgiczne, wywrócenie chrześcijańskiej moralności, a wreszcie absolutne przedefiniowanie pojęcia grzechu – obserwujemy to na co dzień, każdego ranka z niedowierzaniem wpatrując się w kolejne informacje. Na naszych oczach odbywa się wielkie biczowanie, którego skutkiem jest obumieranie Kościoła.

Czy jednak za ręką trzymającą bicz nie stoi ta sama wola, która dopuściła brutalne oczyszczenie świątyni, kiedy to Syn Boży wypędził ze swego domu bankierów, sprzedawców i tych, którzy uczynili ów dom jaskinią zbójców?

III Tajemnica Bolesna

Cierniem ukoronowanie Pana Jezusa

Nie ciesz się, Izraelu, nie krzycz z radości jak inne narody, bo opuściłeś Boga swego (…) Tak, oni muszą wędrować do Asyrii; Egipt ich zbierze, a Memfis pogrzebie, oset pokryje skarby ich ze srebra, a ich namioty porosną cierniami. (Oz 9,1.6)

Pan dopuścił, aby odwieczne Słowo, które rozbiło swój namiot pomiędzy nami, zostało wydane na pośmiewisko. Ów namiot ciała, został sparodiowany, zbezczeszczony i wykpiony. Zamiast “najpiękniejszego spośród synów ludzkich” przed nami staje:

Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa… (Iz 53,3)

Jakby Bóg zezwolił, aby Ciało Jego Syna upodobniło się do tej zniszczonej grzechem parodii jaką był lud wybrany w wizji Izajasza:

Cała głowa chora, całe serce osłabłe; od stopy nogi do szczytu głowy nie ma w nim części nietkniętej: rany i sińce i opuchnięte pręgi, nie opatrzone ani przewiązane, ni złagodzone oliwą. (Iz 1,5b-6)

A w innym miejscu ten sam Izajasz napisze:

…cała ziemia będzie [pokryta] głogiem i cierniami (Iz 7,24)

Wobec grzechu i znieprawienia tych, kórych niegdyś “sam wybrał”, Pan przyjmuje na siebie dramatyczne samoograniczenie. Ciało Chrystusa nie wygląda już tak samo jak wtedy, gdy uzdrawiał, wskrzeszał, czy po prostu przemierzał drogi Galilei. Szata Chrystusa już nie jest całodzienną tuniką, którą uczyniła Mu Matka. Głowa Chrystusa, spływająca strugami krwi nie jest podobna, do tej na którą patrzyli uczniowie.

A przecież, jak pisze Apostoł:

…głową Chrystusa jest Bóg. (1 Kor 11,3c)

Oto – i znów na naszych oczach – sam przedwieczny Ojciec dokonuje samoograniczenia. Powstrzymuje swą moc. Milczy za zasłoną z cierni.

IV Tajemnica Bolesna

Droga Krzyżowa Pana Jezusa

A gdy Go prowadzili, chwycili niejakiego Szymona z Cyreny, który szedł z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. (Łk 23,26)

Gdy Chrystusowe Ciało jest nie do poznania i znaczy budzącym żal, krwawym śladem swą drogę, to nie jest łatwo Mu towarzyszyć. Nikt nie chce się tą krwią umazać, czego dowód dał przenikliwy Piłat myjąc ręce. Wszyscy wolą stać z daleka, nawet uczniowie. Być może niektórzy z nich myśleli: “Byle to jakoś przetrwać, byle dalej”. Chciałoby się dziś powiedzieć: “Byle do emerytury”…

Żołnierze jednak, ów groźny przejaw dopustu bożego, chwycili jednego człowieka, który – może nia miał wyjścia – musiał się pobrudzić, musiał się zaangażować. Zapisano, że wracał z pola. I to prawda, bowiem biorąc krzyż pozostawił swoje pole, bezpowrotnie. Nie mógł się wymówić, jak owi zaproszeni na ucztę:

Kupiłem pole, muszę wyjść, aby je obejrzeć; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego! (Łk 14,18)

Dlaczego się nie wyrwał jak młodzieniec z Ogrodu Oliwnego, który w rękach oprawców pozostawił prześcieradło, jakim był okryty w ową ciepłą noc trwogi konania Mistrza?

Imię Symeon tłumaczy się jako “Bóg wysłuchał”, lub “słyszący”. Być może ów człowiek z Cyreny był jednym z niewielu umiejących słuchać. Przecież posłuszeństwo, to stawanie się tym, który wykonuje to, co usłyszał. Może przez ten żołnierski przymus Bóg otworzył ucho słyszącemu Szymonowi, a ten – nawet nie wiedząc o tym – stał się jedynym bratem Nazarejczyka na drodze męki. Tego samego Nazarejczyka, który powiedział:

Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je. (Łk 8,21)

Nas Pan często wysłuchuje, i bardzo tego pragniemy, ale czy my chcemy posłuchać Pana, kiedy Jego Ciało jest tak bardzo poranione, że wolelibyśmy odwrócić od niego spojrzenia?

V Tajemnica Bolesna

Ukrzyżowanie Pana Jezusa

Gdy przyszli na miejsce, zwane «Czaszką», ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. (…) A lud stał i patrzył. (Łk 23,33.35)

Co widzisz, patrząc na ukrzyżowane Jezusowe Ciało? Nie spowszedniał ci ten widok odmieniany na nieskończonych krucyfiksach wszystkich epok?

Macie oczy i nie widzicie? Macie uszy i nie słyszycie? I nie pamiętacie? (Mk 8,18)

Wiemy, że pośród bezmyślnie patrzących byli i ci, którzy rozumieli. Przynajmniej była tam jedna taka osoba. Ta, która potrafiła chować “wszystkie te sprawy” do skarbca swego serca, aby potem do nich powracać szukając ich znaczenia i sensu. Maryja. Matka Bolesna.

Jeśli chcesz odnaleźć ślad Boga w zniszczonym Ciele Jego Syna, jeśli naprawdę pragniesz zajrzeć za zasłonę historii i odnaleźć w niej “palec boży”, jeżeli rzeczywiście porusza cię widok Miejsca Czaszki i szukasz na nim śladów chwały bożej – to przybliż się do Niej. Zaufaj tym macierzyńskim nawoływaniom, jakich Ona nie szczędzi – z woli Ojca – swoim dzieciom pogrążonym w chaosie, dotkniętym grzechem, ślepym i głuchym, ale wciąż chcącym kochać Pana, który tyle za nich wycierpiał.

W Akita Maryja mówiła:

Na różańcu módlcie się za papieża, biskupów i kapłanów. Działanie szatana przeniknie nawet Kościół, do tego stopnia, że będzie można zobaczyć kardynałów sprzeciwiających się innym kardynałom i biskupów występujących przeciwko innym biskupom. Kapłani, którzy Mnie czczą, będą wyszydzani i prześladowani przez swych współbraci… świątynie i ołtarze będą plądrowane; Kościół będzie pełen tych, którzy pójdą na kompromis, a szatan będzie kusił wielu kapłanów i osoby konsekrowane, by opuścili służbę Panu.

Lud – tak, jak wtedy, na Golgocie, stoi i patrzy.

A ty?

« Older posts

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑