Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

O Siedmiu Słowach z Krzyża

W ciszy Wielkiej Soboty pobrzmiewają jeszcze ostatnie Jezusowe słowa, wypowiedziane z wysokości Krzyża. Nimi to Chrystus, na chwilę przed śmiercią, egzorcyzmuje złego ducha, któremu wydaje się, że pokona Człowieka z Nazaretu tymi samymi pokusami, którymi zwykła rozbijać serca synów i córek Adama. Dotyka Go więc beznadzieją, lękiem, niewiarą i rozpaczą. Próbuje wmówić, że Bóg jest niebezpiecznym i złośliwym wrogiem pozostawiającym człowieka w największej samotności, bezbronnego i wydanego na pastwę robaczywych serc innych ludzi. Kusi do przeklinania swego życia, decyzji niegdyś podjętych, a wreszcie do olbrzymiego pragnienia śmierci.

Chrystus walczy. Tak, jak niegdyś na pustyni, tak i teraz smaga Przeciwnika Słowem Bożym, wiedząc, że to najlepszy oręż w tej śmiertelnej walce.

Krzyżowany woła: 

Ojcze, przebacz im, bo nie wiedza, co czynią

(Łk 23,34)

W ten sposób przekracza pokusę nienawiści i pragnienie zemsty, które zdaje się być chlebem, powszednim naszych zachowań, często ukrytym w głębi serca.

Wołaniem o przebaczenie oddala naturalny odruch odpłacenia drugiemu za zadawany ból.

Na pokusę egotycznej niechęci do czynnego miłowania Pan odpowiada wołaniem o przebaczenie dla swych wrogów!


Zawieszony na trzech gwoździach, lżony przez współtowarzysza niedoli, zwraca umęczone Oblicze w stronę jedynego życzliwego głosu, jaki do Niego dociera:

Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju

(Łk 23,43)

Wiszący obok skazaniec uznaje swój grzech i winę, a jednocześnie jest gotów uwierzyć, że straszliwie upokorzony Rabbi z Nazaretu, jest Kimś więcej, aniżeli jedynie strzępem człowieka o niebezpiecznych poglądach.

Jezus daje mu nadzieję – wbrew wszelkiej nadziei. Egzorcyzmuje jego przegrane życie. Jakże często możemy mieć taką świadomość – że nasze życie jest nieudane, przegrane, beznadziejne. Że popełnialiśmy błąd za błędem i nie ma już teraz wyjścia z rozpaczliwej sytuacji. Że nie możemy się wyplątać – z trudnego małżeństwa, z coraz bardziej ciążącego kapłaństwa, z dysfunkcyjnej rodziny, z nałogów ciągnących się od lat, z grzesznych pragnień, o których cały świat (często łącznie z najbliższymi) mówi, że to nic takiego.

Nasz Pan wie czym jest życie po ludzku przegrane. Nie zrobił kariery na naszą miarę. Nie pozostawił po Sobie dzieci i wnuków, ani domu z basenem, ani miliona na koncie. Pozostał sam na krzyżu – bez przyjaciół, uczniów i tych, którym uczynił dobro.

Na pokusę zmarnowanego życia i beznadziei Pan wskazuje na Siebie, jako źródło nadziei. Obiecuje przegranemu człowiekowi raj, jako konsekwencję wyznanej prawdy. Także i samemu sobie przypomina o tym, o co walczy przebitymi dłońmi – o raj dla udręczonych własnymi grzechami, skruszonych już dusz człowieczych.


Kolejne słowo kieruje Chrystus do stojącej pod krzyżem Maryi – Matki Bolesnej. Widzi Jej cierpienie. Pragnie skierować Jej myśl jednak ku czemu innemu – ku misji, jaka się nie kończy na Kalwarii, ale ją przekracza w wieczność. 

Niewiasto, oto syn Twój… Oto Matka twoja

(J 19,26)

Na pokusę osunięcia się w bolesną samotność Pan odpowiada zaproszeniem do nieustannej duchowej płodności. – Nie jesteś sama, Matko – zdaje się mówić umęczony Syn. – Pamiętaj, że jesteś Niewiastą z Kany, umiejącą rozpoznać braki i bolączki świata. Pamiętaj, że jesteś nową Ewą, zapatrzoną w wolę Ojca Niebieskiego. Pamiętaj, że poprzez nieustanne “bóle rodzenia” zwyciężysz starodawnego węża, który chciałby zwieść tych, których tak bardzo pokochałem. Nie zamykaj się w swoim cierpieniu, ale spraw, aby dało ono owoc.

Na pokusę zabsolutyzowania bólu, mogącego stać się pustą rozpaczą Pan odpowiada zadaniem i misją. 


Z każdym następnym zdaniem Jezus zdaje się osuwać w otchłań właściwą dla rodzaju ludzkiego – w mrok pustki i poczucia opuszczenia. 

Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?

(Mt 27,46)

Sam oddalił od siebie boską wszechmoc, “ogołocił samego siebie” z własnej decyzji, podyktowanej nadmiarem miłości. Teraz doświadcza skutków zwykłej, ludzkiej niemocy, tak znanej każdemu człowiekowi. Wydaje Mu się, że jest zupełnie osamotniony, że nie ma wokół nikogo i niczego poza ogromem bólu. W takich sytuacjach pojawia się zwykle pokusa złorzeczenia Bogu i zanegowania nie tyle nawet Jego istnienia co miłości. Chrystus jednak nie odwraca się od Ojca i cały swój lament wylewa przed Jego – ukrytym, to prawda – Obliczem. Jego skarga nie jest kierowana w pustkę, ale “do Ojca, który jest w ukryciu”. 

I choć odpowiedź nadeszła po trzech dniach, to pokusa złorzeczenia Panu Zastępów, pokusa Hiobów wszystkich czasów, została odepchnięta. 


Przed oczami konającego Pana odsłaniają się coraz to bardziej mroczne zakamarki ludzkiej duszy. Zda się, że Syn Boży, ukryty w lichym człowieczeństwie dotyka studni bez dna – wiecznego nienasycenia synów człowieczych. 

Pragnę!

(J 19,28) 

Jednym słowem Pan oddala pokusę głodu – głodu ciała, emocji, pokarmu. To wszystko, czym się sycimy szukając coraz to nowych wrażeń, zostaje dotknięta przez pragnienie Boga – to jedyne czyste i nieskalane pragnienie miłowania. Z serca Jezusa za kilka chwil wypłynie krew i woda, jakby na znak, że jest Ono nieustannie płodnym źródłem dawania, krynicą miłości i miłosierdzia z której każdy może zaczerpnąć. Jezus nie pragnie pragnieniem ludzkich pożądliwości, pragnieniem satysfakcji, czy wzbogacenia wewnętrznych głodów. 

On pragnie dawać!

On pragnie rzucić na ziemię ogień Ducha Świętego!

Jego palą “płomienie miłosierdzia”, w cieple których nikt jednak nie chce się ogrzać. 

Jeśli chcesz dostać pokarm naprawdę sycący – daj innym siebie.


“Bieg dokończyłem, wiary ustrzegłem” – zawoła w obliczu kresu swego ziemskiego życia Paweł Apostoł. To dalekie echo przedostatniej frazy wypowiedzianej popękanymi ustami umierającego Zbawiciela.

Wykonało się

(J 19,30)

Są momenty, gdy nie da się zrobić nic innego jak trwać z godnością w sytuacji, w której Bóg nas postawił. Dopić do końca kielich goryczy. Nie poddać się przemożnemu wrażeniu, że wierność jest bez sensu. Pamiętać, że zasadą naszego życia nie jesteśmy my sami, ale posłuszeństwo woli Ojca. Pamiętać, że na Jego chwałę żyjemy i dla niej jesteśmy stworzeni, nawet jeśli ta prawda ma dla nas pustym frazesem. Wiara nie musi przechodzić przez nasze zrozumienie – choć jej będzie z natury rzeczy poszukiwać – ani doświadczenie, zwłaszcza emocjonalne. Wiara jest poddaniem się logice innej niż moja, lub twoja. Wiara jest przylgnięciem do planu bożego, na tyle, na ile jest nam odsłaniany. Wtedy dopiero “wykona się” nasze istnienie, gdy postawimy ostatnią kropkę według wzoru podanego nam przez Ojca Wszechrzeczy.

Na pokusę bezsensu służby i życiowego powołania Pan odpowiada mocą wiary w wolę Ojca. Jest ona większa aniżeli to co widać i słychać.


I na koniec nasz Pan wypowiada się głosem pełnego ufności dziecka.    Oddalając lęk rzuca się z wysokości krzyża w przepaść, która każdego człowieka przeraża i fascynuje zarazem – w ramiona Ojca.

Ojcze, w Twoje ręce, powierzam ducha mego

(Łk 23,46)

Nie żaląc się, nie zamykając, nie udając niczego – wszystko zawierzam ojcowskim dłoniom. Bo wierzę, że miłują. Bo wierzę, że mnie uchwycą. Bo wierzę, że nie dadzą zrobić prawdziwej krzywdy.

Powtarzajmy to ostatnie Jezusowe zdanie jako egzorcyzm, zwłaszcza wtedy, gdy szatan próbuje lękiem zdławić dobro jakie możemy czynić. Smagajmy tymi słowami demona, który stara się pogłębiać naszą pychę i wynikającą z niej panikę w obliczu (prawdziwego lub urojonego) nieszczęścia. 

Są dłonie Ojca i są one dobre, bezpieczne i czułe!

Poza nimi zawsze będę niespokojny.

Jest tchnienie Ducha, świeże i ożywcze.

Poza nim będę martwy.

Są Słowa Syna, prawdziwe i pewne.

Poza nimi ugrzęznę w kłamstwie i wiecznym lęku.


A po trzech dniach, pierwsze słowa, jakie wypowiedział Zwycięzca były też egzorcyzmem, niejako streszczającym wszystkie siedem zdań z krzyża:

Nie bójcie się!

(Mt 28,10)

Rekolekcje Wielkopostne 2021

Rekolekcje wygłoszone przez ks. Jacka Gomulskiego w parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Męczenników Rzymskich w Warszawie w dniach 28 – 31 III 2021 r. Tematem głównym był lęk i Boża odpowiedź na niego.

Poza mną jest piekło: ból oddzielenia i wieczny głód. Wieczny nienasycony głód i niepokój, i lęk, i ucisk. (…) Człowiek na ziemi zniewolony jest przez żal o to, co było i przez lęk przed tym, co może nastąpić. (…) Aby zachować pokój serca odrzuć żale i lęki, bo to są tchnienia złego ducha. Nimi właśnie szatan posługuje się, by zniewalać ludzi i ludzkość. (Pan Jezus do Alicji Lenczewskiej)

Link do nagrań z rekolekcji

O wieży i obchodzeniu Syjonu.

Obejdźcie Syjon dookola, policzcie jego wieże. (Ps 48,13)

Przechodząc pod murami naszego narodowego Syjonu, mój przyjaciel kapłan, przewodnik męskiej pielgrzymki, jaka w tym roku wyruszyła po raz szósty do św. Józefa Kaliskiego sprzed tronu Jasnogórskiej Matki, zacytował ów fragment Psalmu 48. Wrócił do mnie ten werset jakiś czas później, gdy – już samotnie – obchodziłem wały Jasnej Góry. Dlaczego psalmista chce, aby obejść Syjon? Cały psalm zmierza do uwielbienia Boga za tak dobrze obwarowaną twierdzę, jaką jest wzgórze Syjonu – twierdza króla Dawida, a potem – Jerozolima, miejsce zamieszkania Boga pośród ludu. Baszty Syjonu i jego mury to znak potężnej obrony i bezpieczeństwa, znak mocy Bożej, wobec której uciekają nieprzyjaciele.

Zaledwie ujrzeli, zdrętwieli, zmieszali się i uciekli. Drżenie ich tam chwyciło jak bóle kobietę, gdy rodzi, (Ps 48,6-7)

Obejść Syjon to przekonać się o potędze jego murów, a ich wzniosłość ma zaświadczyć o mocy Stwórcy przejawiającej się w konkretnych zwycięstwach.

Obchodzę więc Syjon, ale nie jestem w stanie rozpoznać tej siły, która wstrzymała potop szwedzki, ocaliła ducha i poddała Naród władzy prawowitej Królowej poprzez śluby prymasowskie. Widzę tylko ślady i cienie. Widzę resztki dawnej chwały. Widzę pozostałości mocy wiary. Widzę okruchy tego, co mogłoby być, gdybyśmy zamiast odcinać kupony od przeszłości, żyli nią tu i teraz. 

Obejdźcie Syjon. Czym jest „obejście dookoła”? Paradoksalnie przychodzi mi na myśl scena krańcowo innego „obchodzenia” warownego miasta, zakończonego zdobyciem jego warownych murów. To Jozue obchodził Jerycho z Arką Przymierza przez siedem dni, aż pękły zaprawy kamienne a synowie Izraela zdobyli ów księżycowy gród. Codziennie pielgrzymowali dookoła niego z tym niezwykłym naczyniem, który był zapowiedzią wiekuistej Arki, jaką jest Maryja, królująca też na Jasnej Górze. Cóż to za wezwanie? Na pewno zachęta dla wszystkich, którzy – choć może oddawszy się Niepokalanej – wciąż pozostają księżycowi, bladzi, bez własnego życia, z ciemną stroną ukrytą przed wzrokiem bliźnich i przed oczami miłosierdzia. Niech pozwolą z wiarą okrążyć się, albo owinąć niepokalanym płaszczem Królowej.

Syjon i Jerycho. Dwa miasta krańcowo różne. Jedno będące domem, ochroną, miejscem, do którego można się wycofać, by nabrać sił. I drugie do nieustannego zdobywania. Syjon obchodzi się, aby umocnić się w wierze i nadziei. Jerycho – by walczyć. Pielgrzymka Syjońska to medytacja, rozważanie i wzbudzenie wiary. Pielgrzymka wokół Jerycha to zmaganie się ze sobą, przekraczanie swoich słabości, często niezrozumienie sensu swego trudu i wewnętrzny bój o zawierzenie.

Jaka pielgrzymka jest ci potrzebna? Do której Pan cię zaprosił? A może jedna, ta twoja, streszcza obie?

Mówi Pismo: „policzcie jego wieże”. Wieża była budowlą o dwojakim zastosowaniu – bądź, jako element murów obronnych, bądź jako dzwonnica. Czyli – albo służyła do wypatrywania przeciwnika, aby ostrzegać przed jego zbliżaniem się, a potem ciskać pociski z większą siłą i zasięgiem rażenia, ewentualnie by się schronić, albo by wzywać na modlitwę, ogłaszając zakres przestrzeni poddanej władzy Bożej.

Obchodzę mury Jasnej Góry. Słyszę ckliwe piosenki religijne z płyt sprzedawanych przez zakonników. Widzę nastraszonych ludzi. Mijam dzieci ponoć dumnego Narodu – zamaskowani z obawą patrzą na niezamaskowanych. Słucham, nadawanego z głośników, zapętlonego ostrzeżenia przed groźnym wirusem. Spoglądam na pusty plac przed ołtarzem polowym, na którym – miast stojących pielgrzymich tłumów – leżą porozrzucane, białe, plastikowe krzesełka turystyczne. Widok, niczym po zakończonej imprezie… Jakieś dziecko, oprowadzane po wałach, pyta mamę: „A po co te krzesła?” Właśnie… Nieco pode mną, w którejś sali, polscy biskupi obradują po raz pierwszy od wiosny tego pandemicznego roku. Czy te obrady to spojrzenie z duchowej wieży w poszukiwaniu nieprzyjaciela? Strażnicy wszak winni stać na czatach…

Jeśli Pan nie zbuduje domu, na próżno trudzą się jego budowniczowie; jeśli Pan nie ochroni miasta, na próżno czuwają straże. (Ps 127,1)

Czy Pan buduje wciąż ten dom? Czy chroni? A może jeszcze inaczej – czy pozwalamy, aby nas ochronił?

Obchodzę więc ów duchowy Syjon, jakim jest Jasna Góra i wypatruję biblijnych baszt. Widzę majestatyczne stacje Drogi Krzyżowej, zbudowane niczym na olbrzymich blankach, niby wieżach, wzniesionych na potężnych głazach. Tak, w krzyżu można się schronić, a każde podjęcie go, ciężkie i trudne jak głaz, dostarcza materiału do zbudowania wieży. Gdzie się więc można schronić z udręką swojej duszy, z przeżywaniem ataków Złego, z wątpliwościami i pustką? Tam, gdzie są ludzie, co – niczym żywe kamienie – chcą dźwigać swój krzyż (powołania, wierności, miłości, relacji, prawdy) by iść za udręczonym Panem. Wierzący, pielęgnujący nieskalany depozyt apostolskiego przepowiadania, to materiał na baszty. Na takim fundamencie można wznieść gmach, z którego da się dostrzec nadciągające zastępy nieprzyjaciół. 

Zbudować wieżę, aby móc się schronić przed pociskami nieprzyjaciół – najpierw duchową w sobie, a potem materialną, opartą o Łaskę, miłość braterską i własność. Może będą to okopy Świętej Trójcy, a może strzelista wieża góry św. Michała… Wieżą Dawidową jest Maryja, w której – poprzez dobrowolne niewolnictwo chronię się od jakiegoś czasu rozpoznając owoce Jej opieki. Chronić się w Maryi, to Jej ufać, ufać w to, że słucha mojego i twojego wołania, zwłaszcza poprzez Różaniec. To rozważać nieskalane Słowo poszukując Jego znaczeń w codzienności – i tej wielkiej i tej małej. To przyjmować z pokorą trudną rzeczywistość – to chyba najgorzej wychodzi, jeśli w ogóle… Chronisz się w Niej? Jeśli nie, to niechybnie rozerwą Cię na strzępy pociski wydarzeń uruchamiających twoją pychę, nieczystość, lenistwo. Ewentualnie rozsadzi cię stary niewypał leków i urazów lub miny kompleksów, zahamowań lub odwrotnie, próżnej i głupiej brawury.

Na wieży wypatruje się wroga, czyli rozeznaje rzeczywistość. Odnajduje się odpowiedzi na pytania wynikające z życia. Ostrzega przed zagrożeniem. Czuwający na wieży strażnik powinien być nawet przeczulony, lepiej bowiem wzbudzić fałszywy alarm, niż przeoczyć nieprzyjaciela. A co mówi Pismo, ten Boży Strażnik naszych dusz i sumień?

Stróże twoi jak szarańcza, a twoi urzędnicy jak mnóstwo koników polnych, które osiadają na murach w czasie zimna; wschodzi słońce, a odlatują, i nie wiadomo, gdzie ich miejsce. (Na 3,17)

Czyli – mnóstwo strażników, ale nie wiadomo skąd są i po co, i czego strzegą.

Każdy strażnik musi wytężać duchowy wzrok, pobudzać umysł i serce, aby rozpoznać podstęp wroga. Nieprzyjaciel jest znany, ale zdołał zainfekować oczy i wpuścić do krwiobiegu wirusa niewiary, delikatnego zwątpienia i oddalenia się od mocy pobożności. Trzeba więc – zgodnie z zasadą agere contra – jeszcze bardziej ufać, jeszcze mocniej z wiarą żyć, jeszcze więcej podejmować decyzji „z wiary”, a nie ze zdrowego rozsądku, czy gołej wiedzy. Ten trud codzienności, który człowiek pragnie zostawić, jest niezbędny, bo jest najprostszym wymiarem krzyża.

Podejmujesz go? Chcesz podejmować?

Mówi psalmista: „policzcie jego wieże”. Pan Jezus też mówił o wieży i liczeniu:

Kto z was, chcąc zbudować wieżę, wpierw nie siądzie i nie obliczy wydatków, czy będzie miał na [jej] wykończenie? Gdyby bowiem położył fundament i nie miał za co dokończyć, wszyscy, którzy by na to patrzyli, zaczęliby się z niego wyśmiewać mówiąc: Ten człowiek zaczął budować, a nie może dokończyć. Albo czy król, który chce wyruszyć na wojnę przeciw innemu królowi, nie siądzie wpierw i nie zastanowi się, czy jest w stanie z dziesięcioma tysiącami stawić czoło temu, kto z dwudziestoma tysiącami idzie przeciwko niemu? Jeżeli zaś nie, wysyła posłów, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o zawarcie pokoju. Tak samo więc żaden z was, jeżeli nie wyrzeknie się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. — Dobra jest sól, ale czymże by ją zaprawić, jeśliby się zepsuła? Ani dla ziemi, ani do nawozu nie byłaby przydatna; wyrzuciłoby się ją. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. (Łk 14,28-35)

Czy masz na wykończenie swej wieży? Ktoś zapyta przytomnie: A co trzeba mieć?

Chrystus w dalszej części zachęca do wyrzeczenia się wszystkiego. Ciekawe. Powinien raczej zachęcać do gromadzenia pieniędzy czy materiałów budowlanych… A może tym co trzeba mieć jest pokorą i chęć oddania wszystkiego w Jego ręce?! Trzeba mieć smak wiary, ufności w Jego Opatrzność, wierności Słowu.

Wykończy się wieżę wierząc. 

Jemu, a nie sobie. 

Ja nie mam sił, pomysłów, czy spektakularnych zdolności. Ale mam Jego życzliwość i obietnice błogosławieństwa, która będzie się realizowała jedynie gdy pokornie zgodzę się na własną niemoc. Mam Łaskę, której nie jestem właścicielem, ale sługą. Nie wolno mi budować na swoich zdolnościach, ale – Bogu dzięki – niewiele ich mam! To jest błogosławieństwo – trudne, niczym przetrącone biodro patriarchy Jakuba – gdy człowiek odkrywa, że zdolny i twórczy jest jedynie w grzeszeniu! Ale mając już tę wiedzę, można jeszcze bardziej kurczowo schwycić się szaty Anioła, i krzyczeć, że się jej nie puści, aż nie wydrze się Panu Łaski dla grzesznika!

Liczę więc wieże Syjonu mej duszy i widzę dwie kolumny św. Jana Bosko, niczym punkty orientacyjne – Niepokalaną i Eucharystię.

Liczę baszty duchowe, które Pan postawił, i widzę Słowo i Sakrament. A wszystko zwieńczone Krzyżem.

Obchodzę Syjon – Kościół, który jest moją Matką – i pragnę ocalenia pośród ruin. Ochrony wobec nadciągających ze wszech stron nieprzyjaciół. Pragnę niezburzonej wieży, mocno wkopanej w Chrystusowy fundament i spojonej Tradycją Apostolską. Pragnę dać ocalenie innym, których Pan dał zrodzić. Pragnę przetrwać, mimo burz i pokus, mimo grzechu i słabości, mimo nędzy natury i nieustannego błądzenia.

Pragnę wieży Dawidowej. Miasta ucieczki. Nowej Arki. Góry ocalenia.

Ktoś także?

O trudach dopełnionych i dopełniających.

Czytam w lekcji z księgi Mądrości na dzień św. Ludwika króla, przypisanej przez Kościół w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego:

Sprawiedliwego poprowadził Pan drogami prostymi
i ukazał mu Królestwo Boże,
i dał mu umiejętność rzeczy świętych;
wśród trudów czcigodnym go uczynił
i dopełnił jego trudów. (Mdr 10,10)

Trud i szacunek, cześć. Niełatwo doznać powszechnego uznania (i nie chodzi tu o głos bożka opinii publicznej) doświadczając własnych trudów i cierpień. Trud przecież wyzwala lęk i zamknięcie się w sobie, uruchamia złoża egotyzmu i przedmiotowego traktowania innych. Samo w sobie cierpienie nie uszlachetnia, jeśli się tak dzieje, to tylko dzięki Łasce, a zwłaszcza – w Krzyżu Chrystusa. Przeżywanie trudu w oderwaniu od misterium Golgoty jest udręką największą i przedsionkiem otchłani. Wiem jednak, że zmuszenie się do modlitwy i spojrzenia z wiarą w momencie, gdy dusza zdaje się być sparaliżowana strachem i cierpieniem, jest niełatwym osiągnięciem. Cóż, nie ma jednak innej drogi, aby przejść przez ciemną dolinę pod wejście do której podprowadza nas Pan… Wąska i ciasna ścieżka przez nią wiodąca prędzej czy później oczyści duszę i uwolni ją od kolosalnych warstw z jakich składa się natura starego człowieka. Często są to warstwy narosłe przez pokolenia i przekazywane, niczym drogocenny skarb (często w pakiecie z obciążeniem nałogowym), z ojca na syna i z matki na córkę. Uszlachetniające oczyszczenie jest możliwe jedynie na drodze wierności Bogu, nieustannego regulowania swego duchowego wzroku na Krzyż przez ręce stojącej pod nim Matki…

Mówi autor natchniony: “wśród trudów czcigodnym go uczynił”. Święty mąż (św. Król Ludwik, lub inny święty, czytania liturgiczne są bowiem wzięte z tekstów wspólnych o świętych) jest godzien czci, gdyż przyjął cierpienie widząc w nim zbawcze działanie Pana. Tym samym wypełnił słowo św. Pawła:

Teraz raduję się w cierpieniach za was
i ze swej strony dopełniam braki udręk Chrystusa
w moim ciele dla dobra Jego Ciała,
którym jest Kościół.
Jego sługą się stałem
według zleconego mi wobec was Bożego włodarstwa,
wypełnienia słowa Bożego,
tajemnicy ukrytej od wieków i pokoleń. (Kol 1,24-26a)

Święty wszedł w trud dopełniając udręk Chrystusowych! Z kolei Pan “dopełnił jego trudów”, jak mówi księga Mądrości! Cóż za niezwykła wymiana dopełnień! Wymiana miłości!

To nie jest tak, że trud jaki podejmujesz sam w sobie musi być zbawienny, jest niezastąpiony a zadania, jakie dane ci jest realizować cierpiąc, są jedyne w swoim rodzaju. Nie jesteś Chrystusem! Nie zbawisz swojej pracy, swoich dzieci, swojej żony czy męża, swoich dzieci duchowych. Nie musisz, On to już uczynił. W jakimś sensie – twoje cierpienie nie jest zbytnio nikomu potrzebne, samo w sobie.

Musi zostać dopełnione przez Krzyż Pana.

To Krzyż jest zarówno wyjaśnieniem cierpienia, jak i jego uszlachetnieniem. Misterium Golgoty przynosi jedyną odpowiedź na absurd trudu rozpiętą pomiędzy grzechem a skuteczną ofiarą. Krzyż rozjaśnia ciemność bólu, i jednocześnie uświęca, dopełniając tego, czego nikt z ludzi – z natury nie będący bogiem – nie byłby w stanie uczynić. Mógł to tylko Boży Syn. Jego trud jest jedyny i niepowtarzalny!

Jednocześnie Chrystus wielokrotnie zachęcał swych uczniów, aby brali swój krzyż i Go naśladowali. Tak swoje cierpienie rozumiał zakuty w kajdany św. Paweł gdy pisał do Kolosan z więzienia słowa o dopełnianiu w swym ciele udręk Chrystusowych dla dobra Kościoła. W tym kontekście, w zjednoczeniu z cierpiącym Panem, każdy może dopomóc w zbawianiu swej rodziny, przyjaciół, grzeszników. W tym sensie mój i twój trud ma znaczenie i może zostać pobłogosławiony, a więc – co wydaje się absurdem – stać się drogą do szczęścia. 

Chrystus może dopełnić naszych trudów, jeśli Mu je poddamy, co przychodzi nam dość ciężko… Jest bowiem pewien opór wewnętrzny – trudno sprecyzować czym uwarunkowany, mechanizmami, czy pychą – zamykający na życie krzyżem, a co za tym idzie, także na pokutę i ascezę. Diabeł często skutecznie broni tego aspektu dusz ludzkich, gdyż wie, jak potężną siłą jest Krzyż i jakie życiodajne moce z Niego wytryskają.

Dopełnienie nie jest dodaniem elementów fizycznego cierpienia, na które nas nie stać cieleśnie bądź duchowo. Dopełnienie mieści się w bezmiarze miłości i posłuszeństwa, albo – mówiąc precyzyjniej – posłuszeństwa wynikającego z miłości. W tym jest i ofiara, i poddanie się, i zadanie ciosu pysznej potrzebie samostanowienia, i ufne zdanie się na miłosierne dłonie Ojca. W tym jest też naśladowanie Chrystusa.

Jest to na pewno wymagające i trudne. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niegdyś taka postawa życiowa była chlebem powszednim katolickiego stylu życia. Dziś zaś, wyzwania, które były oczywiste jak powietrze, przychodzą z wysiłkiem niemalże heroicznym. Nasze duchowe mięśnie, sprawności intelektu i charakteru są niewykształcone, niewładne i w zaniku…

Pośród jakich trudów chciałby Pan uczynić cię godnym czci? Czy prosisz o wejście w nie, choćby wydawały ci się tak niepozorne, że niewarte uwagi, albo tak wielkie, że niemożliwe do przyjęcia? Czy prosisz Maryję, aby cię przeprowadziła przez tę czarną dolinę?

Pisze to z dogłębną świadomością, jaką może mieć człowiek nienawykły do trudów – emocjonalnych i cielesnych. Ba, wręcz wrogo do tego typu wyzwań nastawiony! Bóg jednak przychodzi z cierpieniami, oczyszczeniami, trudami, ale i z pomocą. Tę ostatnią przynoszą matczyne dłonie Niepokalanej. Gdy przemogę się biorąc do rąk różaniec, wiem – choć jak to się dzieje to wątpię, poddając się często rozpaczy – że Ona ochłodzi wzburzone fale lęku przed jakimkolwiek bólem.

Byle ufać…

O konsekwentnej diecie duchowej.

Patronem dzisiejszego dnia jest – w obu formach rytu rzymskiego – św. Bartłomiej Apostoł, utożsamiany ze wspominanym w Ewangelii Janowej Natanaelem. Czytamy tam:

Gdy Jezus zobaczył jak Natanael zbliża się do Niego, powiedział o nim: Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Natanael na to: Skąd mnie znasz? A Jezus: Zanim cię Filip zawołał, widziałem cię pod figowcem. Wtedy Natanael: Rabbi! Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela. (J 1,47-49)

Ewangelista wyraźnie zaznaczył, że Jezus zobaczył Natanaela jak ten zbliżał się do Niego. To przybliżanie się zostało skomentowane przez Pana jako cecha własną przyszłego Apostoła – prawdziwy (prawy) Izraelita, w którym nie ma fałszu, oszustwa, podstępu. I tu jest pierwsza lekcja, którą daje nam św. Bartłomiej.

Natanael musiał być człowiekiem pozbawionym pragnienia wszelkich manipulacji, szantaży emocjonalnych, wymuszeń i kombinacji. Jawi się jako człowiek, wręcz dziecinnie, szczery. 

Gdy przybliżasz się do światła jednocześnie pozbywasz się mroku kłamstwa. Gdy pragniesz prawdy w twoim życiu, pojawia się Chrystus. Gdy przestajesz się chować, kryć, zamykać na obiektywizację swoich czynów, myśli i słów – masz szansę rozpoznać Pana! Warto więc, z jednej strony – szukać samego Chrystusa, Jego Osoby, spotkania z Nim (najlepiej przez Maryję), a z drugiej szukać prawdy o sobie, swoich decyzjach, zaniedbaniach, przekonaniach.

Czy chowasz jakieś sprawy w zakamarkach serca nie szukając światła na nie? Czy starasz się rozświetlić wszelkie swoje ciemności? 

Czasem wydaje się, że już jest w życiu wszystko jasne, czytelne, wyjaśnione, pokazywane. Ale to nie jest prawda. Zawsze będą jakieś śmieci starej natury poukrywane po kątach duszy, podmiatane stopniowo pod wewnętrzny dywan. Bóg, w swoim miłosierdziu dopuści takie sytuacje, ktore będą wydobywałe kolejne prawdy na twój temat. byle się tylko zbliżać do Niego! Zwróć uwagę, że nie jest w Piśmie napisane, że Natanael od razu się nawrócił. Najpierw zaczął się przybliżać do Jezusa, dopiero potem usłyszał Jego Słowo, wszedł z Nim w dialog, a wreszcie, dzięki proroctwu, poszedł za Nim. Jak niewiele trzeba! We mnie budzi to nadzieję!

W dalszym ciągu Ewangelii jest mowa o drzewie figowym pod którym miał Natanael przebywać, a gdzie widział go Pan. Do takiego drzewa była przyrównywana Tora, bo owoce i figowca i Prawa można zbierać nie raz na jakiś czas, ale przez dłuższy okres, powoli i konsekwentnie. Może poza wewnętrzną uczciwością Natanael posiadał wewnętrzną cierpliwość, pozwalającą mu przyswajać sobie owoce Słowa. Karmiony małymi, aczkolwiek systematycznymi dawkami bożej mowy, delektując się Prawem Pańskim, musiał przesiąknąć prawością i umiłowaniem szczerości. Jak widać jest ważna nasza duchowa dieta!

Karmisz się Słowem? Jak często? W jakich dawkach?

« Older posts

© 2021 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑