Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Dotyk Boga

W księdze Apokalipsy, na samym początku, czytamy:

Gdy Go zobaczyłem, padłem do Jego stóp jak martwy. On natomiast nałożył na mnie swoją prawą rękę i powiedział: Nie bój się, Ja jestem Pierwszy i Ostatni. (Ap 1,17)

Spotkanie z Bogiem porusza człowieka. Ale każdego? W końcu spotykamy się z Nim nieustannie, ale jakoś nie jesteśmy poruszeni, wręcz przeciwnie – znudzeni, zmęczeni, zniechęceni, zamknięci. Żebyśmy chociaż byli przerażeni! Ale nawet i to nie… 

Ale co innego przyciąga moją uwagę w tym fragmencie: “padłem jak martwy” – pisze o sobie Jan. Dlaczego aż tak? Odpowiadając na to pytanie pomińmy wrażliwość “umiłowanego ucznia” a skupmy się na tym porównaniu: “jak martwy”, nekros (νεκρος). W samej Apokalipsie to słowo powraca nie w kontekście wrażliwości i radosnego poruszenia, ale w kontekście autentycznej śmierci – fizycznej lub duchowej:

A do Anioła Kościoła w Sardes napisz: Oto, co mówi Ten, który ma siedem duchów Bożych i siedem gwiazd: Wiem o twoich czynach; masz imię, że żyjesz, ale jesteś umarły. (Ap 3,1)

Ten nekros to ktoś, kto doświadcza duchowej martwoty, mimo pozorów życia. To ktoś, komu wydaje się, że ma tożsamość (imię) istoty żyjącej (jakby widział siebie jako siedzącego przed tronem Pańskim Anioła; “istoty żyjące” to te, o których wspomina Apokalipsa w dalszej swej treści, oraz te, które widzi Ezechiel) ale jest martwy z powodu swych czynów. Może jego mniemanie wynika z pozornej bliskości Pana, ale bliskości udawanej, nie autentycznej, nie przemieniającej.

W dalszej części Listu do Kościoła w Sardes Duch mówi o “tych, co nie splamili swych szat” i będą chodzić “w bieli”. Wynika z tego, że większa część tego Kościoła to nekros, które splamiły swe szaty. Czym? Niewiernością? Nieczystością? Na pewno brakiem czujności, do której dwukrotnie wzywa Pan owego umarłego, jednocześnie zapraszając do wzmocnienia “tego, co pozostało”, czyli albo “tych, co chodzą w bieli”, albo jakieś resztki wiary w nim samym.

Słowo nekros pojawia się jeszcze kilkukrotnie w Ewangeliach, zawsze w kontekście jakiegoś rodzaju śmierci. Jako rzeczownik wyraz ten oznacza wprost zwłoki, jak w przypadku opowieści o wskrzeszeniu młodzieńca z Nain. Tylko św. Łukasz używa tego słowa niejako symbolicznie, wkładając je w  usta miłosiernego ojca z przypowieści:

…ten mój syn był martwy, lecz znów ożył, był zgubiony, lecz odnalazł się. I zaczęli się cieszyć. (Łk 15,24)

… ten twój brat był martwy, a znów ożył, był zgubiony, a odnalazł się. (Łk 15,32)

Bóg więc dotyka mojej i twojej martwoty, dotyka nas, jak cuchnących zwłok, dotyka śmierci w nas. 

Przychodzimy do niego martwi, albo jak martwi. Przez grzech, jeden z siedmiu głównych, lub przez zwykłą/niezwykłą niewiarę. Przez ześwinienie, jak syn marnotrawny, albo przez zdemonienie, jak chłopiec, którego diabeł wrzucał raz w ogień, raz w wodę, targając nim po skrajnościach (Mk 9,26). Zresztą, czy oba te obrazy nie mówią o podobnej sprawie? Raz chcemy być “istotami żyjącymi”, niemalże aniołami, a raz doznajemy zezwierzęcenia pozwalając, aby targały nami sprzeczne żywioły. To chyba obraz adekwatny do kondycji wielu z nas. Nałogi. Emocje. Lęki. Od świni, do anioła. I wszystko w jednym sercu, rozumie, woli. Przecież to doprowadza nawet nie tyle do zadyszki, co do zawału! Do tragicznego w swym finale migotania przedsionków duszy!

Chciałoby się zawołać za św. Pawłem:

Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli … ? (Rz 7,24)

Może to uczynić jedynie Ten, który był nekros, ale nie z powodu swoich win – a potem stał się zōn (ζων), prawdziwie żyjący! Tylko On może mnie wybawić!

A do Anioła Kościoła w Smyrnie napisz: Oto, co mówi Pierwszy i Ostatni, który był umarły, a ożył. (Ap 2,8)

Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i Hadesu. (Ap 1,18)

W jaki sposób On to czyni? 

Wiemy że słowem, ale także gestem.

Może ktoś powie, że to psychologizowanie, albo doszukiwanie się skojarzeń tam, gdzie ich nie ma, ale zwróćmy uwagę na pełne czułości gesty Jezusa. Przeczytaj raz jeszcze:  

Gdy Go zobaczyłem, padłem do Jego stóp jak martwy. On natomiast nałożył na mnie swoją prawą rękę i powiedział: Nie bój się, Ja jestem Pierwszy i Ostatni. (Ap 1,17)

Nałożenie ręki jest terminem technicznym oznaczającym błogosławieństwo i przeznaczenie do jakiegoś dzieła. Ale jest to także bardzo intymny gest, którego Jezus używał wielokrotnie za swych ziemskich dni. 

Dotknięcie Pana jest zarazem ustanowieniem do posługi, a jednocześnie dodaniem otuchy, wlaniem męstwa, siły, oddaleniem przerażenia – przecież Pan mówi do Jana: “Nie bój się!”. Jest to gest zaiste ojcowski, bo tylko ojciec może udzielić swemu dziecku siły wynikającej z czystej miłości i akceptacji, a także ustanowić go przez to dojrzałym człowiekiem, nie poszukującym tej siły gdzie indziej. Okazana czysta i autentyczna miłość czyni drugiego człowieka pełnym, uzdrawia, uzdalnia do okazywania innym bezinteresownej miłości i służby. 

Chrystus, dotykając ludzi, niczym prawdziwy therapeuón, terapeuta, lekarz, okazuje miłość, współczucie, serdeczną życzliwość. Odkręca wstręt, jaki możemy mieć do siebie nawzajem. Mówi: “Chcę twego oczyszczenia, twej wolności. Chcę być z tobą blisko.”

Ks. Jerzy Szymik zauważa:

Jednym z najczęstszych gestów Jezusa na kartach Ewangelii jest dotykanie ludzi. Uzdrawia ich dotykając ciała, oczu, wkłada palce w uszy, własną śliną dotyka chorego języka, głaszcze dzieci, dotyka sparaliżowanych. Przez fizyczny dotyk leczy niemotę, ślepotę, głuchotę, a zatem pokonuje spowodowane chorobą bariery, by tak rzec, komunikacyjne. Dotykając czule swoje dzieci, wzbudzając ich wiarę, sprawia, że mogą żyć pełnią życia.

Zbliżył się wtedy pewien trędowaty, pokłonił się Mu i prosił: „Panie, jeśli Ty zechcesz, potrafisz mnie oczyścić”. Wyciągnął więc rękę, dotknął go i powiedział: „Chcę, stań się czysty”. I natychmiast jego trąd ustąpił. (Mt 8,2-3)

Wówczas dotknął jej ręki i opuściła ją gorączka; ona natomiast wstała i zaczęła Mu usługiwać. (Mt 8,15)

Gdy to do nich mówił, oto przyszedł pewien przełożony (synagogi) i oddając Mu pokłony powiedział: Moja córka doszła teraz do końca, ale przyjdź, połóż na nią swą rękę, a będzie żyła. (Mt 9,18)

A kiedy przyszedł do domu, niewidomi zbliżyli się do Niego. Jezus im mówi: Wierzycie, że mogę to uczynić? Mówią Mu: Tak, Panie! Wówczas dotknął ich oczu, mówiąc: Niech się wam stanie według waszej wiary. (Mt 9,28-29)

Wówczas Jezus stanął, przywołał ich i powiedział: Co chcecie, abym wam uczynił? A oni: Panie, aby otworzyły się nam oczy! Jezus zaś zlitował się, dotknął ich oczu, a oni natychmiast odzyskali wzrok i poszli za Nim. (Mt 20,32-34)

A On, pełen współczucia, wyciągnął swoją rękę, dotknął go i powiedział: Chcę, bądź oczyszczony! (Mk 1,41)

Jezus zaś natychmiast wyciągnął rękę, uchwycił go i powiedział: O małowierny, dlaczego zwątpiłeś? (Mt 14,31)

Dotknięcie Pana wyrywa ze zwątpienia, z marazmu, z chęci polegania na własnych siłach. 

Czyż nie cierpimy przez brak pełnego miłości dotyku w naszym życiu, przeszłości, dzieciństwie, a nawet teraźniejszości? Czyż nie tęsknimy za takim dotknięciem, nałożeniem ręki, które znamionuje czystą miłość i afirmację, a jednocześnie dodaje odwagi i siły? Czy nie pożądamy dotyku drugiego człowieka, jego czułości, przyjęcia, przygarnięcia?

Dlatego przygarniajcie jedni drugich, jak i Chrystus przygarnął was dla chwały Boga. (Rz 15,7)

Gdy zaś Józef obudził się ze snu, zrobił tak, jak mu rozkazał anioł Pana i przygarnął swoją żonę. (Mt 1,24)

Barnaba jednak przygarnął go, zaprowadził do apostołów i opowiedział im, jak w drodze zobaczył Pana i że do niego przemówił, i jak w Damaszku śmiało wypowiadał się w imieniu Jezusa. (Dz 9,27)

Czy dlatego nie potrafimy przygarnąć się nawzajem, bo wciąż przeżywamy ranę z powodu bycia odtrąconymi, nie przyjętymi, zwłaszcza przewz naszych bliskich? – a oni przez swoich bliskich, i tak w pokolenia…

Bóg jest w swojej miłości czuły, cielesny – w wielorakim znaczeniu tego słowa – czego wyraz dał w Eucharystii. Sam mówi o sobie, że jest niczym ptak przygarniający swoje pisklęta pod skrzydła (Łk 13, 34b).

Chciałoby się zawołać – Dzięki Ci, Panie, za Twe Wcielenie! Za to, że nie pozostajesz niedostępnym Logosem na wysokościach, ale przyszedłeś w człowieczym ciele, aby pokazać, że jesteś na wyciągnięcie ręki, bliski, wiedzący, co to czułość i okazywanie troski! 

Św. Jan Paweł II powiedział:

Ciało, i tylko ono, zdolne jest uczynić widzialnym to, co niewidzialne: duchowe i Boże.

Używane na określenie dotyku Jezusa w Ewangeliach greckie słowo haptomai (ἅπτομαι) oznacza także pewien rodzaj przywiązania, nie tylko bliskości fizycznej, ale także duchowej. Dotyk Jezusa nie jest zimnym, sztywnym gestem, pełnym hieratyczności, ale realnym przybliżeniem się do konkretnego człowieka. Czy za tym nie tęsknimy?

Już wielokrotnie w tym miejscu zwracałem uwagę na poruszone litością i współczuciem serce Pana. Na wstrząśnięte wnętrze Jezusa stykającego się z nędzą człowieka. Powtarzam tę myśl z uporem, będąc świadomym, jak trudno jest nam za nią pójść, by przylgnąć do tego, kto nas tak miłuje. ALe przecież On nam naprawdę współczuje! Dwukrotnie w liście do Hebrajczyków, św. Paweł wspomina o tym:

Nie mamy bowiem takiego Arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu. (Hbr 4,15)

Pismo określa owo współczucie dwoma terminami: sympathēsai (συμπαθησαι) – współczuć, mieć sympatię; oraz metriopathein (μετριοπαθειν) – współczuć (w odpowiedniej mierze), nieść delikatność, zrozumieć.

Chrystus więc nas rozumie, jest w swej litości bardzo delikatny, jest pełen życzliwości do nas. I to wszystko mimo naszych win! 

Ktoś powie: “Tak, ale jest On również naszym sędzią. Jest sprawiedliwy”. To prawda. Ale w tej sprawiedliwości jest wyrozumiały, co nie znaczy, że spolegliwy.

Z jakże wielką czułością sądziłeś swych synów, których przodkom dawałeś przysięgi i przymierza, pełne wspaniałych obietnic. (Mdr 12,21)

Modlitwa Adwentowa

(20) Bóg pokoju, który dzięki krwi wiecznego przymierza wyprowadził spośród umarłych wielkiego Pasterza owiec, Pana naszego, Jezusa, 

(21) niech was dojrzałymi uczyni (wydoskonali, naprawi, przeszkoli, wyposaży) do wszystkiego, co dobre (każdego dobrego dzieła), byście spełniali Jego wolę. Niech w nas sprawi to, co miłe Jemu za pośrednictwem Jezusa Chrystusa, któremu chwała na wieki wieków. Amen. 

(22) Proszę was, bracia, przyjmijcie to słowo zachęty, bo przecież krótko napisałem wam. (Hbr 13,20-22)

Żyjemy w świecie pełnym zamętu. Doświadczamy go zarówno wewnątrz siebie, jak i dookoła nas. Każdy dzień przynosi niepokojące informacje, w pył padają odwieczne pewniki, rozczarowujemy sobą innych, pozostając również rozczarowanymi drugim człowiekiem, często najbliższym. Boimy się przyszłości i o przyszłość. Przeżywamy frustrację niespełnienia i niezrozumienia. Wciąż niepokojącą zagadką pozostaje dla nas serce drugiego człowieka. Próbujemy się uśpić, niczym Apostołowie w Ogrodzie Oliwnym, ale przebudzenie jest jeszcze boleśniejsze, aniżeli trwanie na jawie. Doświadczamy rozdarcia dokonując różnorakich wyborów.

Pan chce, abyśmy szli, a dookoła ciemna, adwentowa noc.

Pamiętając więc, że jedyny i prawdziwy pokój daje ten, którego Apostoł nazywa wielokrotnie Bogiem pokoju, żebrzemy:

Wlej, Panie, w nasze skołatane serca swój pokój, swoją ciszę!

Tyś jest Melchizedekiem, prawdziwym Królem Salemu, Królem Pokoju! Nie wprowadzi nas do tego Miasta Warownego ani przyjemność, czy namiętność, ani odseparowanie, czy zamknięcie na innych, ani nieufność, czy trwanie w poczuciu odrzucenia. Skieruj nasze kroki ku miejscu świętemu, ku pokojowi, ku – po raz kolejny – przyjęciu Twego panowania. 

Ty widzisz, jak niespokojni jesteśmy, jak niepewni, jak rozdrażnieni. Udający często silnych i zdecydowanych a wewnątrz pełni niezaspokojonych tęsknot, smutni i wciąż poszukujący niemożliwego. Jeśli prawdziwy pokój jest pojednaniem, zgodzeniem siebie z rzeczywistością, odnalezieniem w pełni radości swego miejsca – to nam tego brakuje! Zstąp więc, Panie, i wybaw nas! 

Zgodnie z Zachariaszowym proroctwem “skieruj nasze stopy na drogę pokoju”! (Łk 1,79) 

Uczyń nas “synami pokoju”! (Łk 10,6) 

Daj abyśmy świadomie mogli dążyć do tego co “służy pokojowi i wzajemnemu zbudowaniu”! (Rz 14,19) 

Zetrzyj rychło pod naszymi stopami, tego, który swymi podszeptami wprowadza w głowy i serca zamęt – szatana, oskarżyciela i oszczercę! (Rz 16,20; 1 Kor 14,33) 

Jesteś naszym Pasterzem, Ty prowadzisz na dobre pastwiska i Ty sam dbasz o swe owce, pojąc je Najdroższą Krwią swoją. My zaś wszyscy, owce i barany, psy nieme i szczekające, stada i i ich przewodnicy, potrzebujemy Twego głosu, Twej wyciągniętej prawicy, Twego uniesionego ramienia. Bez tego gubimy się i błąkamy na bezdrożach. Pragnąc dobra wybieramy zło. Szukając Twojej woli plączemy się w naszych chęciach. Chcąc czynić to, co Tobie miłe, wybieramy to, co dogodne dla nas. 

Zgodnie ze słowem Apostoła, uczyń nas dojrzalszymi, gotowymi wymienić utarte sposoby naszych działań na Twe dobro. Przeszkól, wyćwicz nas do wszystkiego, co Ty widzisz jako “dobre”, a nawet “bardzo dobre”. Napraw w nas umiejętność miłowania! W miejsce nieufności daj ufność Twemu prowadzeniu. W miejsce wzajemnej podejrzliwości wlej pewność bycia przyjętym. W miejsce pragnienia kontrolowania wszystkiego daj otwartość na nieznane dobro. W miejsce związania pożądliwością daj wolność ku przejrzystości. A przede wszystkim otwórz nas na spotkanie z Ojcem – tym, który wychodzi naprzeciw, nie odrzuca, przygarnia i bierze w ramiona. Z tym, który nie chce nas stracić. Z tym, któremu tak bardzo na nas zależy.

Bez zanurzenia się w takim spotkaniu wciąż pozostajemy przychodniami, obcymi, wrogami sobie i innym.

Spraw w nas to, co Tobie miłe – uczyń gotowymi do codziennego składania siebie w ofierze, bo wiemy, że się to Tobie podoba. Wiemy też, że nie chcesz ofiar bez serca, bez duszy, bez pokrycia w szczerym pragnieniu. Dlatego błagamy, abyś uzdrowił tę chorobę rozumu i woli w nas samych – przez takie poruszenie, które tylko Ty możesz sprawić. Wstrząśnij skałą, jaką jesteśmy, aby utworzyła się w nas szczelina, niczym betlejemska grota, gotowa na przyjęcie Wcielonego Słowa, spełnienie niezasłużonej Obietnicy.

Sami nie umiemy zrobić miejsca dla Ciebie, dla Twego panowania, dla Twego pokoju. 

Dlatego żebrzemy – Przyjdź!

O dojrzałych dzieciach bożych.

Pan mówił sobie: «Czyż miałbym zataić przed Abrahamem to, co zamierzam uczynić?». Po czym Pan rzekł: «Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich są bardzo ciężkie. Chcę więc iść i zobaczyć, czy postępują tak, jak głosi oskarżenie, które do Mnie doszło, czy nie; dowiem się». Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: «Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy także zniszczysz to miasto i nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy w nim mieszkają? (Rdz 18,17.20-21.23)

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów». A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię;» (Łk 11,1-2)

1. Ewangelie często ukazują nam Chrystusa, który się modli – nieustannie, wczesnym rankiem, pośród ciemności, przed ważnymi wydarzeniami i po nich. Modlitwa Pana jest czytelnym znakiem Jego relacji z Ojcem.

Na czym polega Twoja relacja z Bogiem? O co się opiera? 

Nie ma więzi z Ojcem bez słuchania Słowa i bez spotkania z Eucharystią przyjmowaną i adorowaną. Nie ma relacji z Bogiem bez sakramentu pojednania, codziennej modlitwy, chęci poznawania Go i czynnej miłości do bliźnich. Nie da się zastąpić więzi z Bogiem przez dobre samopoczucie oraz akty pobożności nie weryfikowanej życiem, zmianą siebie – pobożności pozbawionej mocy, jak pisze o tym Apostoł Paweł:

A to wiedz, że w dniach ostatecznych nastaną niebezpieczne czasy: Ludzie bowiem będą samolubni, kochający pieniądz, chełpliwi, wyniośli, bluźnierczy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, lekceważący to, co święte, bez uczuć, nieprzejednani, oszczerczy, niepohamowani, okrutni, niezamiłowani w tym, co dobre, zdradzieccy, bezmyślni, nadęci, kochający przyjemności bardziej niż kochający Boga, mający pozór pobożności, lecz zapierający się jej mocy; również tych unikaj. Z takich bowiem są ci, którzy wkradają się do domów i podbijają frywolne kobiety naładowane grzechami, gnane różnorodnymi żądzami, które zawsze się uczą i nigdy do poznania prawdy dojść nie mogą. (2 Tm 3,1-7)

W czym zasadza się moc modlitwy, moc pobożności? W relacji z Ojcem! W odniesieniu nacechowanym ufnością, prostotą, swoistą bezpośredniości ale także uroczystym, pełnym bojaźni, drżeniem. Przykład takiej więzi z Bogiem daje Abraham, podczas rozmowy o ocaleniu Sodomy. W tej relacji, w tym dialogu kryje się odpowiedź na pytanie o powołanie wielu z nas!

2. Wydaje się, że w prośbie uczniów chodzi bardziej o zewnętrzny wyraz modlitwy, aniżeli o jej istotę. Chcą mieć swój sposób modlitwy, podobnie jak uczniowie Jana, czy inne grupy religijne ówczesnego Izraela. Można się bowiem koncentrować na tej czy innej technice, na różańcu, formułkach, czy modlitwie tzw. “językami”. Można gonić za coraz to nowszą sensacją duchową i cmokać z zachwytem nad kolejnymi nauczycielami duchowości. Można zjeżdżać pół Polski za tym, czy innym egzorcystą, charyzmatykiem, czy kaznodzieją.

Można, tylko po co?

Jezus nie gani Apostołów, a nawet schodzi niejako na ich poziom i podaje im najbardziej znaną formułę modlitewną świata – “Ojcze Nasz”. A ponieważ nie chce, aby skoncentrowali się tylko na formule, rozpoczyna od słowa, którym sam się zwracał do Boga. To pierwszy krok na drodze do autentycznej modlitwy i życia duchowego.

Odniesienie do Boga, jako do Ojca jest dla wielu trudne, z racji licznych zranień i trudności jakie powstały wskutek zaburzonej relacji z własnym ojcem. 

Ojcowie nie chcą być ojcami, wolą być chłopcami, menadżerami, biznesmenami, nauczycielami, piwoszami, kolesiami, playboyami, sadownikami, kierowcami, spawaczami, lekarzami, kucharzami, informatykami, byleby tylko zdezerterować z pozycji ojcostwa. Niektórzy umierają na zawały serca, chorobę wieńcową, cukrzycę albo zapijają się na śmierć, albo nawet odbierają sobie życie. Żyją jako mężczyźni, ale umarło w nich ojcostwo. (O. A. Pelanowski)

Jednak tylko w odkryciu siebie jako syna czy córki przed Ojcem tkwi autentyczne uzdrowienie. Poszukiwanie szczęścia w coraz to nowych partnerach, dziecku, mężu, czy żonie, doświadczaniu akceptacji i życzliwości, a nawet przyjaźni – nic nie da, jeśli nie spotkamy się z Ojcem Niebieskim. I nie chodzi tu o emocjonalne doświadczenie miłości i afirmacji, jak by chciało wielu – ono bowiem mija – ale chodzi o rozumne przyjęcie tego kim się jest i trwanie w wynikającej z owego faktu więzi. 

Jeśli tego nie czuję, że On jest Ojcem, nie doświadczam Jego ojcostwa i nie jestem w zasięgu działania Jego ojcostwa, to musi być ze mną coś nie tak – nie wziąłem sobie do serca świadomości bycia dzieckiem Boga albo już w nie nie wierzę, albo może „wypisałem się” z Jego rodziny – a tak się dzieje tylko w grzechu ciężkim. (O. A. Pelanowski)

Można by się zapytać – Ilu z nas, czytających te słowa, jest właśnie w grzechu ciężkim? Ilu z nas w tej chwili trwa bez łaski uświęcającej i uczynkowej?

3. To oczywiście nie znaczy, że nawet gdy odkryjesz swoje dziecięctwo Boże nie doświadczysz trudu i bólu. Przecież najprawdziwszy z synów bożych wszedł w cierpienie i śmierć. Przecież najpiękniejsza z córek bożych została ugodzona nie jednym, ale siedmioma mieczami boleści. Przyjęcie siebie jako syna czy córki Boga oznacza przyjęcie siebie z całą przyrodzoną rzeczywistością słabości i cierpienia. To odkrycie siebie w krzakach ogrodu Eden oraz pod krzyżem na Golgocie! 

Dopiero mając więź z Bogiem, nie traktując Go jak Wielkiego Manitou, Okrutnego Dziada, czy Wiecznego Ideologa, możesz naprawdę dojrzeć… Wchodząc w relację z prawdziwym Ojcem – który nie zawiedzie, nie zostawi, nie zdradzi, nie zniszczy – pozwalasz dorosnąć w sobie owemu dziecku, które ongiś zatrzymało się w rozwoju. Nie musisz chorować ani na perfekcjonizm, ani na paniczny lęk, a wolność będzie dla ciebie budzącym autentyczną radość darem, a nie pułapką i wiecznym sprawdzianem, chorym dorastaniem do nie mniej chorych oczekiwań drugiego człowieka!

Wejście w postawę, w której nie potrzebujesz błyskawicznego zaspokojenia swoich głodów emocjonalnych i braków, ale uczysz się zarówno przyjęcia swych przykrych przeżyć, jak i oparcia się na wierze – tak, w pełni oparcia się na wierze! – wbrew temu, co zwykle kierowało twoimi wyborami, jest otwarciem się na dojrzałość.

Dopiero wtedy można się modlić “jak Jezus”! I raczej nie ma to zbyt wiele wspólnego z bełkotem czy zbiorowym omdlewaniem w psychotycznych transach podczas modlitewnych tańców uwielbienia, nirwaną albo medytacją transcendentalną… Już więcej z wewnętrzną dojrzałością, która pozwala przeciwstawić się deszczom, potokom i wichrom, jakie muszą przyjść na gmach twojego życia. 

Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. (Mt 7,24-25)

To przeciwstawienie wiąże się z mocnym oparciem w Jego Słowie i racjonalnym, rozumno-wolitywnym nie poddawaniem się emocjonalnym pokusom, które będzie podsyłał Przeciwnik, bo tyle (i tylko tyle) może.

4. Ucząc modlitwy Chrystus rozpoczyna od prośby o uświęcenie Bożego Imienia, czyli o uwielbienie Boga. Św. Ireneusz z Lyonu pisał, że  “chwałą Boga jest żyjący człowiek”. Uwielbienie nie jest bowiem wynikiem sztucznie podkręcanej atmosfery modlitewnej, ale wyrazem wdzięczności, zwłaszcza wyrażanej wobec przeżywanego cierpienia. Przekroczeniem samego siebie. W końcu już od czasów starotestamentalnych zstąpienie chwały Bożej było związane z aktem złożenia ofiary. Dlatego uświęcasz Imię twego Ojca, gdy (w sposób wolny i świadomy) ofiarowujesz Mu – na wzór Chrystusa, wszystko na wzór Chrystusa! – swoje życie, swoje cierpienie, swoją boleść i swoją radość.

Tylko człowiek autentycznie dojrzały potrafi wyjść z szeregu i powiedzieć, niczym św. Maksymilian 78 lat temu: Przyjmę ten krzyż, to umieranie, tę ofiarę – za niego, za nią. To jest droga największego uświęcenia Imienia Pańskiego.

Nie od razu będziemy w stanie to zrobić. Pytanie, czy chcemy na tę drogę wchodzić?

Niestety wydaje się, że dziś niewielu jest takich. Więcej, jakakolwiek myśl o zadaniu sobie trudu pokuty za siebie czy innych, wydaje się nieporozumieniem i śmiesznością.

Więcej, zgoda na trud życia w rodzinie wielodzietnej, ba – trud życia w rodzinie, wyjścia za mąż, posiadania potomstwa, wydaje się nie do przyjęcia. W końcu, jak stwierdzono ostatnio – dzieci są nieekologiczne.

A trud radykalnej ochrony dzieci przed poronografią i deprawacją, jaką może zafundować współczesna szkołą?

A trud wierności małżeńskiej? Nie wchodzenia w egoistyczne zło rozwodów?

A trud pracy nad sobą, nieustannej walki z wadami – plotkarstwa, narzekania, kłamstwa, cwaniactwa, obłudy i materializmu?

A trud niezgody na własny nałóg? 

Sodoma zginęła, mimo synowskiej modlitwy Abrahama, nie znalazło się w niej dziesięciu ofiarnych, sprawiedliwych i pobożnych mężów.

Czyż nie ma już synów i córek Boga na ziemi?

Czy nie ma dusz ofiarnych, które “świadomie dźwigają ciężar krzyża”? O nich to powiedział Chrystus św. s. Faustynie:

Miłość tych dusz i ofiara podtrzymują istnienie świata! (Dz. 367)

A w Orędziach Adama Człowieka (opatrzonych kościelnym Nihil Obstat) czytamy słowa Maryi:

Pocieszeniem dla Mojego Boskiego Syna i dla Mnie są dusze wierne, które chcą „narodzić się na nowo?” dla Światła, i pozwolić się kształtować przez życiowe doświadczenie.

Zaś do cierpiącej prostej góralki, Kundusi Siwiec, Służebnicy Bożej, Pan Jezus tak mówił:

Jak Ja okazałem największą miłość przez cierpienie, tak [ty] okażesz Mi największą miłość przez cierpienia, połączone z moimi. Wtedy najściślej jednoczę się z tobą. Jak Ojciec jest złączony ze Mną i z Duchem Świętym, tak dusza jednoczy się w tej miłości przez cierpienia. Oddaje w każdej chwili chwałę Bogu, a Ja dokonuję w niej cudów miłości, bo przez tę duszę szerzę moje miłosierdzie na cały świat. Całe niebo cieszy się z tej chwały, jaką ma Bóg z tej duszy. Zbawiam wiele dusz przez taką duszę. Co jest moim, jest i twoim, a więc i miłosierdzie moje.

Jeśli nie będzie takich dusz, to – skoro zginęła Sodoma – co się stanie z tym Miastem, cudownie zmartwychwstałym po hekatombie wojennej? Jeśli nie będzie dojrzałych synów i córek Boga, to co stanie się z Twoim domem, Twoją rodziną?

O przepasanych biodrach.

Niech wasze biodra są przepasane… (Łk 12, 35)

Przepasane biodra są znakiem gotowości do nagłej drogi, podwinięta suknia bowiem nie krępowała ruchów i pozwalała swobodnie ruszyć w nagłą wędrówkę. Gdzie tak było? Choćby podczas pierwszej Paschy, kiedy anioł śmierci miał przejść przez Egipt zabijając pierworodnych a synowie Izraela spożywali pospieszną ucztę:

Tak zaś spożywać je będziecie: biodra wasze będą przepasane, sandały na nogach waszych, laska w ręku waszym. Spożywać będziecie pospiesznie i z bojaźnią, gdyż jest to Pascha na cześć Jahwe. (Wj 12,11)

Czyżby Jezus przygotowywał swych uczniów na kolejną Paschę? A może życie chrześcijanina to nieustanne zaproszenie do paschalnego traktowania codzienności. Zawsze znajdzie się jakieś wydarzenie, poprzez które Anioł Pana “zabije” lub “ocali” coś z nas. Zawsze też musisz być gotowy, aby nagle, w tym momencie odpowiedzieć na Jego wezwanie. Chociażby jak pierwsi apostołowie:

Oni zaś natychmiast pozostawili łódź oraz swojego ojca i poszli za Nim. (Mt 4,22)

Można by też zadać sobie pytanie jakim pasem przepasać swe biodra? Paweł pisząc o przygotowaniu ucznia Pańskiego do walki duchowej napomina:

Stańcie zatem mając swoje biodra przepasane prawdą, przywdziany pancerz sprawiedliwości (Ef 6,14)

Przepasać się więc masz prawdą, aby kłamstwo nie krępowało twoich ruchów, nie spowalniało cię w drodze. Można się przecież tak zaplątać we własne nieprawdy, półprawdy, czy ćwierćprawdy, że nie da się postąpić kroku w drodze duchowej. Człowiek tkwi potem w jakimś stuporze wewnętrznym, zadziwiony, że nic się w nim nie dzieje, że modlitwa jest klepanie paciorków a Msza św. koszmarną nudą. Może to po prostu brak paska? A kiedy nie ma pasa to łatwo spodnie opadną… 

Przepasanie bioder chroni przed kompromisem z grzechem i wynikającą zeń kompromitacją oraz przed nieczystością, każącą odsłaniać to, co winno być zasłonięte. Czujność do jakiej wzywa Pan obejmuje nie tylko gotowość do nagłego porzucenia swego Egiptu – jakkolwiek mógłby być on bogaty i opływający we wszelkie dobra – ale także ochronę własnej niewinności. Narzędziem do tego może być trwanie w prawdzie i duchowa walka o nią. Pokusa zakłamywania siebie jest wielka… Musisz trzeźwo oceniać samego siebie.

Dlatego przepaszcie biodra waszego umysłu i jako trzeźwi całkowicie złóżcie waszą nadzieję w łasce niesionej wam w objawieniu Jezusa Chrystusa. (1P 1,13)

Piotr wiedział co pisze. Doświadczył na własnej skórze, że nie może zaufać swojemu tylko osądowi, musi zdać się na czyjeś spojrzenie – jak Pawła w Antiochii (Gal 2,11) – albo ręce:

Gdy byłeś młodszy, sam się przepasywałeś i chodziłeś, dokąd chciałeś; lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz swoje ręce, a kto inny cię przepasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. (J 21,18)

Może, skoro nie potrafisz się sam przepasać odpowiednim pasem, potrzeba ci kogoś (Kogoś?), kto ci w tym pomoże? Masz tyle pokory, aby się na to zdobyć?

Stoi Królowa…

Stały zaś blisko krzyża Jezusa Jego Matka i siostra Jego Matki, Maria Kleofasa i Maria Magdalena. (J 19, 25)

Maryja stoi. Nie leży, nie słania się, nie klęczy nawet – ale stoi. Trwa. Jest wierna. Nie poddaje się fali rozpaczy. Nie złamały Jej boleści przebitego mieczem serca. Nie zniszczyły Jej godności upokorzenia jakich doznaje jako Matka Skazańca. Jakby spełniały się słowa Psalmu 45:

Królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy (Ps 45,9)

Ofir był w czasach biblijnych miastem, z którego dobywano najlepsze i najczystsze złoto. Psalmista nie kłamał, Maryja jest przyozdobiona najcenniejszym kruszcem – niepokalaną miłością. To Jej cnoty, jak towarzyszki miłości, jak druhny Oblubienicy, jak dwórki przy monarchini, otaczają Ją obok Ukrzyżowanego. Dlatego stoi, dostojna Pani (tak może brzmieć znaczenie Jej Imienia), niczym wieża obronna, do której Zły nie ma dostępu. Niepokonana!

Złotem z Ofiru Salomon przyozdobił Dom, jaki zbudował Bogu. A czyż, Ta, w której łonie zamieszkał Syn Boży nie jest Świątynią i Przybytkiem Najwyższego? Zapowiedzią tej Świątyni, jaką może stać się każdy z nas?

Stoi obok Jezusowego krzyża. Blisko. Tuż przy.

Nie jest z dala, jak niewiasty, które chodziły z Jezusem jeszcze w Galilei. Nie jest jak tłum, który stoi daleko. Nie jest jak Jego najbliżsi towarzysze, uczniowie, którzy pochowali się po kątach Jerozolimy. Jest blisko.

Nie wystraszył Jej nieludzki widok Umęczonego. Nie zniechęciły krzyki, czy wulgarne słowa żołdaków. Nie zawstydziły szyderstwa starszyzny żydowskiej i pospólstwa.

Wokół nas wiele pustych miejsc. Być może i sami uczyniliśmy pustkę pod czyimś krzyżem. Opuszczamy krzyże chorych, samotnych, nieszczęśliwych. Nie chcemy tam trwać.

Jest jeszcze ten krzyż, to drzewo, na którym zawisło moje życie, powołanie, moje kapłaństwo, moje małżeństwo – nikomu już niepotrzebne, zmarnowane, zmienione w miazgę, bez siły, bez życia, jakby bezowocne. Niewiele może, bo i ręce i nogi unieruchomione. Komu i do czego potrzebne? Kto i jaki może mieć jeszcze z niego pożytek?

Ale i pod tym drzewem stoi Maryja. I pragnie, aby to, co na nim zawieszono, zostało złożone w Jej ramiona. I wobec tego mojego/twojego, po ludzku przegranego i niepotrzebnego życia chce być matką. I bardzo pragnie przygarnąć to wydawałoby się martwe życie do swego łona.

I urodzić je na nowo.

To nie Jan wziął Maryję do siebie. Tak naprawdę to Ona przyjęła go za swego. Usynowiła go. Postawiła w miejscu Pierworodnego.

I tak samo czyni ze mną.

Stoi więc Maryja pod krzyżem. Nie odejdzie, nie porzuci. Nie będzie jak ci ojcowie, którzy zostawiają swoje niepełnosprawne dzieci z matkami. Nie będzie jak matki, które robią wszystko, aby pozbyć się niechcianego ciała ze swych łon. Nie będzie wreszcie jak cierpiący człowiek, który stara się odebrać sobie życie.

Stoi. Trwa.

Mówimy – Królowa. Ale jej królowanie jest w istocie – tak jak mówił Jej Syn – niewolnictwem.

Nie tak ma być między wami, lecz kto między wami chciałby być wielki, niech będzie waszym sługą. I kto między wami chciałby być pierwszy, niech będzie sługą wszystkich. Gdyż Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i oddać swoją duszę na okup za wielu (Mk 10,43-45)

Jeśli, w ślad za św. Ludwikiem, nazywamy się niewolnikami Maryi, to o ileż bardziei i dosłowniej to Ona jest Niewolnicą swych marnotrawnych dzieci?

Nasza Królowa nie daje odczuć swej władzy, jak ziemscy monarchowie, generałowie, czy potentaci finansowi. Nie przychodzi, aby rządzić i rozkazywać. Chce służyć, i czyni to samym swoim trwaniem przy nas.

« Older posts

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑