Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

O dojrzałych dzieciach bożych.

Pan mówił sobie: «Czyż miałbym zataić przed Abrahamem to, co zamierzam uczynić?». Po czym Pan rzekł: «Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich są bardzo ciężkie. Chcę więc iść i zobaczyć, czy postępują tak, jak głosi oskarżenie, które do Mnie doszło, czy nie; dowiem się». Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: «Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy także zniszczysz to miasto i nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy w nim mieszkają? (Rdz 18,17.20-21.23)

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów». A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię;» (Łk 11,1-2)

1. Ewangelie często ukazują nam Chrystusa, który się modli – nieustannie, wczesnym rankiem, pośród ciemności, przed ważnymi wydarzeniami i po nich. Modlitwa Pana jest czytelnym znakiem Jego relacji z Ojcem.

Na czym polega Twoja relacja z Bogiem? O co się opiera? 

Nie ma więzi z Ojcem bez słuchania Słowa i bez spotkania z Eucharystią przyjmowaną i adorowaną. Nie ma relacji z Bogiem bez sakramentu pojednania, codziennej modlitwy, chęci poznawania Go i czynnej miłości do bliźnich. Nie da się zastąpić więzi z Bogiem przez dobre samopoczucie oraz akty pobożności nie weryfikowanej życiem, zmianą siebie – pobożności pozbawionej mocy, jak pisze o tym Apostoł Paweł:

A to wiedz, że w dniach ostatecznych nastaną niebezpieczne czasy: Ludzie bowiem będą samolubni, kochający pieniądz, chełpliwi, wyniośli, bluźnierczy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, lekceważący to, co święte, bez uczuć, nieprzejednani, oszczerczy, niepohamowani, okrutni, niezamiłowani w tym, co dobre, zdradzieccy, bezmyślni, nadęci, kochający przyjemności bardziej niż kochający Boga, mający pozór pobożności, lecz zapierający się jej mocy; również tych unikaj. Z takich bowiem są ci, którzy wkradają się do domów i podbijają frywolne kobiety naładowane grzechami, gnane różnorodnymi żądzami, które zawsze się uczą i nigdy do poznania prawdy dojść nie mogą. (2 Tm 3,1-7)

W czym zasadza się moc modlitwy, moc pobożności? W relacji z Ojcem! W odniesieniu nacechowanym ufnością, prostotą, swoistą bezpośredniości ale także uroczystym, pełnym bojaźni, drżeniem. Przykład takiej więzi z Bogiem daje Abraham, podczas rozmowy o ocaleniu Sodomy. W tej relacji, w tym dialogu kryje się odpowiedź na pytanie o powołanie wielu z nas!

2. Wydaje się, że w prośbie uczniów chodzi bardziej o zewnętrzny wyraz modlitwy, aniżeli o jej istotę. Chcą mieć swój sposób modlitwy, podobnie jak uczniowie Jana, czy inne grupy religijne ówczesnego Izraela. Można się bowiem koncentrować na tej czy innej technice, na różańcu, formułkach, czy modlitwie tzw. “językami”. Można gonić za coraz to nowszą sensacją duchową i cmokać z zachwytem nad kolejnymi nauczycielami duchowości. Można zjeżdżać pół Polski za tym, czy innym egzorcystą, charyzmatykiem, czy kaznodzieją.

Można, tylko po co?

Jezus nie gani Apostołów, a nawet schodzi niejako na ich poziom i podaje im najbardziej znaną formułę modlitewną świata – “Ojcze Nasz”. A ponieważ nie chce, aby skoncentrowali się tylko na formule, rozpoczyna od słowa, którym sam się zwracał do Boga. To pierwszy krok na drodze do autentycznej modlitwy i życia duchowego.

Odniesienie do Boga, jako do Ojca jest dla wielu trudne, z racji licznych zranień i trudności jakie powstały wskutek zaburzonej relacji z własnym ojcem. 

Ojcowie nie chcą być ojcami, wolą być chłopcami, menadżerami, biznesmenami, nauczycielami, piwoszami, kolesiami, playboyami, sadownikami, kierowcami, spawaczami, lekarzami, kucharzami, informatykami, byleby tylko zdezerterować z pozycji ojcostwa. Niektórzy umierają na zawały serca, chorobę wieńcową, cukrzycę albo zapijają się na śmierć, albo nawet odbierają sobie życie. Żyją jako mężczyźni, ale umarło w nich ojcostwo. (O. A. Pelanowski)

Jednak tylko w odkryciu siebie jako syna czy córki przed Ojcem tkwi autentyczne uzdrowienie. Poszukiwanie szczęścia w coraz to nowych partnerach, dziecku, mężu, czy żonie, doświadczaniu akceptacji i życzliwości, a nawet przyjaźni – nic nie da, jeśli nie spotkamy się z Ojcem Niebieskim. I nie chodzi tu o emocjonalne doświadczenie miłości i afirmacji, jak by chciało wielu – ono bowiem mija – ale chodzi o rozumne przyjęcie tego kim się jest i trwanie w wynikającej z owego faktu więzi. 

Jeśli tego nie czuję, że On jest Ojcem, nie doświadczam Jego ojcostwa i nie jestem w zasięgu działania Jego ojcostwa, to musi być ze mną coś nie tak – nie wziąłem sobie do serca świadomości bycia dzieckiem Boga albo już w nie nie wierzę, albo może „wypisałem się” z Jego rodziny – a tak się dzieje tylko w grzechu ciężkim. (O. A. Pelanowski)

Można by się zapytać – Ilu z nas, czytających te słowa, jest właśnie w grzechu ciężkim? Ilu z nas w tej chwili trwa bez łaski uświęcającej i uczynkowej?

3. To oczywiście nie znaczy, że nawet gdy odkryjesz swoje dziecięctwo Boże nie doświadczysz trudu i bólu. Przecież najprawdziwszy z synów bożych wszedł w cierpienie i śmierć. Przecież najpiękniejsza z córek bożych została ugodzona nie jednym, ale siedmioma mieczami boleści. Przyjęcie siebie jako syna czy córki Boga oznacza przyjęcie siebie z całą przyrodzoną rzeczywistością słabości i cierpienia. To odkrycie siebie w krzakach ogrodu Eden oraz pod krzyżem na Golgocie! 

Dopiero mając więź z Bogiem, nie traktując Go jak Wielkiego Manitou, Okrutnego Dziada, czy Wiecznego Ideologa, możesz naprawdę dojrzeć… Wchodząc w relację z prawdziwym Ojcem – który nie zawiedzie, nie zostawi, nie zdradzi, nie zniszczy – pozwalasz dorosnąć w sobie owemu dziecku, które ongiś zatrzymało się w rozwoju. Nie musisz chorować ani na perfekcjonizm, ani na paniczny lęk, a wolność będzie dla ciebie budzącym autentyczną radość darem, a nie pułapką i wiecznym sprawdzianem, chorym dorastaniem do nie mniej chorych oczekiwań drugiego człowieka!

Wejście w postawę, w której nie potrzebujesz błyskawicznego zaspokojenia swoich głodów emocjonalnych i braków, ale uczysz się zarówno przyjęcia swych przykrych przeżyć, jak i oparcia się na wierze – tak, w pełni oparcia się na wierze! – wbrew temu, co zwykle kierowało twoimi wyborami, jest otwarciem się na dojrzałość.

Dopiero wtedy można się modlić “jak Jezus”! I raczej nie ma to zbyt wiele wspólnego z bełkotem czy zbiorowym omdlewaniem w psychotycznych transach podczas modlitewnych tańców uwielbienia, nirwaną albo medytacją transcendentalną… Już więcej z wewnętrzną dojrzałością, która pozwala przeciwstawić się deszczom, potokom i wichrom, jakie muszą przyjść na gmach twojego życia. 

Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. (Mt 7,24-25)

To przeciwstawienie wiąże się z mocnym oparciem w Jego Słowie i racjonalnym, rozumno-wolitywnym nie poddawaniem się emocjonalnym pokusom, które będzie podsyłał Przeciwnik, bo tyle (i tylko tyle) może.

4. Ucząc modlitwy Chrystus rozpoczyna od prośby o uświęcenie Bożego Imienia, czyli o uwielbienie Boga. Św. Ireneusz z Lyonu pisał, że  “chwałą Boga jest żyjący człowiek”. Uwielbienie nie jest bowiem wynikiem sztucznie podkręcanej atmosfery modlitewnej, ale wyrazem wdzięczności, zwłaszcza wyrażanej wobec przeżywanego cierpienia. Przekroczeniem samego siebie. W końcu już od czasów starotestamentalnych zstąpienie chwały Bożej było związane z aktem złożenia ofiary. Dlatego uświęcasz Imię twego Ojca, gdy (w sposób wolny i świadomy) ofiarowujesz Mu – na wzór Chrystusa, wszystko na wzór Chrystusa! – swoje życie, swoje cierpienie, swoją boleść i swoją radość.

Tylko człowiek autentycznie dojrzały potrafi wyjść z szeregu i powiedzieć, niczym św. Maksymilian 78 lat temu: Przyjmę ten krzyż, to umieranie, tę ofiarę – za niego, za nią. To jest droga największego uświęcenia Imienia Pańskiego.

Nie od razu będziemy w stanie to zrobić. Pytanie, czy chcemy na tę drogę wchodzić?

Niestety wydaje się, że dziś niewielu jest takich. Więcej, jakakolwiek myśl o zadaniu sobie trudu pokuty za siebie czy innych, wydaje się nieporozumieniem i śmiesznością.

Więcej, zgoda na trud życia w rodzinie wielodzietnej, ba – trud życia w rodzinie, wyjścia za mąż, posiadania potomstwa, wydaje się nie do przyjęcia. W końcu, jak stwierdzono ostatnio – dzieci są nieekologiczne.

A trud radykalnej ochrony dzieci przed poronografią i deprawacją, jaką może zafundować współczesna szkołą?

A trud wierności małżeńskiej? Nie wchodzenia w egoistyczne zło rozwodów?

A trud pracy nad sobą, nieustannej walki z wadami – plotkarstwa, narzekania, kłamstwa, cwaniactwa, obłudy i materializmu?

A trud niezgody na własny nałóg? 

Sodoma zginęła, mimo synowskiej modlitwy Abrahama, nie znalazło się w niej dziesięciu ofiarnych, sprawiedliwych i pobożnych mężów.

Czyż nie ma już synów i córek Boga na ziemi?

Czy nie ma dusz ofiarnych, które “świadomie dźwigają ciężar krzyża”? O nich to powiedział Chrystus św. s. Faustynie:

Miłość tych dusz i ofiara podtrzymują istnienie świata! (Dz. 367)

A w Orędziach Adama Człowieka (opatrzonych kościelnym Nihil Obstat) czytamy słowa Maryi:

Pocieszeniem dla Mojego Boskiego Syna i dla Mnie są dusze wierne, które chcą „narodzić się na nowo?” dla Światła, i pozwolić się kształtować przez życiowe doświadczenie.

Zaś do cierpiącej prostej góralki, Kundusi Siwiec, Służebnicy Bożej, Pan Jezus tak mówił:

Jak Ja okazałem największą miłość przez cierpienie, tak [ty] okażesz Mi największą miłość przez cierpienia, połączone z moimi. Wtedy najściślej jednoczę się z tobą. Jak Ojciec jest złączony ze Mną i z Duchem Świętym, tak dusza jednoczy się w tej miłości przez cierpienia. Oddaje w każdej chwili chwałę Bogu, a Ja dokonuję w niej cudów miłości, bo przez tę duszę szerzę moje miłosierdzie na cały świat. Całe niebo cieszy się z tej chwały, jaką ma Bóg z tej duszy. Zbawiam wiele dusz przez taką duszę. Co jest moim, jest i twoim, a więc i miłosierdzie moje.

Jeśli nie będzie takich dusz, to – skoro zginęła Sodoma – co się stanie z tym Miastem, cudownie zmartwychwstałym po hekatombie wojennej? Jeśli nie będzie dojrzałych synów i córek Boga, to co stanie się z Twoim domem, Twoją rodziną?

O przepasanych biodrach.

Niech wasze biodra są przepasane… (Łk 12, 35)

Przepasane biodra są znakiem gotowości do nagłej drogi, podwinięta suknia bowiem nie krępowała ruchów i pozwalała swobodnie ruszyć w nagłą wędrówkę. Gdzie tak było? Choćby podczas pierwszej Paschy, kiedy anioł śmierci miał przejść przez Egipt zabijając pierworodnych a synowie Izraela spożywali pospieszną ucztę:

Tak zaś spożywać je będziecie: biodra wasze będą przepasane, sandały na nogach waszych, laska w ręku waszym. Spożywać będziecie pospiesznie i z bojaźnią, gdyż jest to Pascha na cześć Jahwe. (Wj 12,11)

Czyżby Jezus przygotowywał swych uczniów na kolejną Paschę? A może życie chrześcijanina to nieustanne zaproszenie do paschalnego traktowania codzienności. Zawsze znajdzie się jakieś wydarzenie, poprzez które Anioł Pana “zabije” lub “ocali” coś z nas. Zawsze też musisz być gotowy, aby nagle, w tym momencie odpowiedzieć na Jego wezwanie. Chociażby jak pierwsi apostołowie:

Oni zaś natychmiast pozostawili łódź oraz swojego ojca i poszli za Nim. (Mt 4,22)

Można by też zadać sobie pytanie jakim pasem przepasać swe biodra? Paweł pisząc o przygotowaniu ucznia Pańskiego do walki duchowej napomina:

Stańcie zatem mając swoje biodra przepasane prawdą, przywdziany pancerz sprawiedliwości (Ef 6,14)

Przepasać się więc masz prawdą, aby kłamstwo nie krępowało twoich ruchów, nie spowalniało cię w drodze. Można się przecież tak zaplątać we własne nieprawdy, półprawdy, czy ćwierćprawdy, że nie da się postąpić kroku w drodze duchowej. Człowiek tkwi potem w jakimś stuporze wewnętrznym, zadziwiony, że nic się w nim nie dzieje, że modlitwa jest klepanie paciorków a Msza św. koszmarną nudą. Może to po prostu brak paska? A kiedy nie ma pasa to łatwo spodnie opadną… 

Przepasanie bioder chroni przed kompromisem z grzechem i wynikającą zeń kompromitacją oraz przed nieczystością, każącą odsłaniać to, co winno być zasłonięte. Czujność do jakiej wzywa Pan obejmuje nie tylko gotowość do nagłego porzucenia swego Egiptu – jakkolwiek mógłby być on bogaty i opływający we wszelkie dobra – ale także ochronę własnej niewinności. Narzędziem do tego może być trwanie w prawdzie i duchowa walka o nią. Pokusa zakłamywania siebie jest wielka… Musisz trzeźwo oceniać samego siebie.

Dlatego przepaszcie biodra waszego umysłu i jako trzeźwi całkowicie złóżcie waszą nadzieję w łasce niesionej wam w objawieniu Jezusa Chrystusa. (1P 1,13)

Piotr wiedział co pisze. Doświadczył na własnej skórze, że nie może zaufać swojemu tylko osądowi, musi zdać się na czyjeś spojrzenie – jak Pawła w Antiochii (Gal 2,11) – albo ręce:

Gdy byłeś młodszy, sam się przepasywałeś i chodziłeś, dokąd chciałeś; lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz swoje ręce, a kto inny cię przepasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. (J 21,18)

Może, skoro nie potrafisz się sam przepasać odpowiednim pasem, potrzeba ci kogoś (Kogoś?), kto ci w tym pomoże? Masz tyle pokory, aby się na to zdobyć?

Stoi Królowa…

Stały zaś blisko krzyża Jezusa Jego Matka i siostra Jego Matki, Maria Kleofasa i Maria Magdalena. (J 19, 25)

Maryja stoi. Nie leży, nie słania się, nie klęczy nawet – ale stoi. Trwa. Jest wierna. Nie poddaje się fali rozpaczy. Nie złamały Jej boleści przebitego mieczem serca. Nie zniszczyły Jej godności upokorzenia jakich doznaje jako Matka Skazańca. Jakby spełniały się słowa Psalmu 45:

Królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy (Ps 45,9)

Ofir był w czasach biblijnych miastem, z którego dobywano najlepsze i najczystsze złoto. Psalmista nie kłamał, Maryja jest przyozdobiona najcenniejszym kruszcem – niepokalaną miłością. To Jej cnoty, jak towarzyszki miłości, jak druhny Oblubienicy, jak dwórki przy monarchini, otaczają Ją obok Ukrzyżowanego. Dlatego stoi, dostojna Pani (tak może brzmieć znaczenie Jej Imienia), niczym wieża obronna, do której Zły nie ma dostępu. Niepokonana!

Złotem z Ofiru Salomon przyozdobił Dom, jaki zbudował Bogu. A czyż, Ta, w której łonie zamieszkał Syn Boży nie jest Świątynią i Przybytkiem Najwyższego? Zapowiedzią tej Świątyni, jaką może stać się każdy z nas?

Stoi obok Jezusowego krzyża. Blisko. Tuż przy.

Nie jest z dala, jak niewiasty, które chodziły z Jezusem jeszcze w Galilei. Nie jest jak tłum, który stoi daleko. Nie jest jak Jego najbliżsi towarzysze, uczniowie, którzy pochowali się po kątach Jerozolimy. Jest blisko.

Nie wystraszył Jej nieludzki widok Umęczonego. Nie zniechęciły krzyki, czy wulgarne słowa żołdaków. Nie zawstydziły szyderstwa starszyzny żydowskiej i pospólstwa.

Wokół nas wiele pustych miejsc. Być może i sami uczyniliśmy pustkę pod czyimś krzyżem. Opuszczamy krzyże chorych, samotnych, nieszczęśliwych. Nie chcemy tam trwać.

Jest jeszcze ten krzyż, to drzewo, na którym zawisło moje życie, powołanie, moje kapłaństwo, moje małżeństwo – nikomu już niepotrzebne, zmarnowane, zmienione w miazgę, bez siły, bez życia, jakby bezowocne. Niewiele może, bo i ręce i nogi unieruchomione. Komu i do czego potrzebne? Kto i jaki może mieć jeszcze z niego pożytek?

Ale i pod tym drzewem stoi Maryja. I pragnie, aby to, co na nim zawieszono, zostało złożone w Jej ramiona. I wobec tego mojego/twojego, po ludzku przegranego i niepotrzebnego życia chce być matką. I bardzo pragnie przygarnąć to wydawałoby się martwe życie do swego łona.

I urodzić je na nowo.

To nie Jan wziął Maryję do siebie. Tak naprawdę to Ona przyjęła go za swego. Usynowiła go. Postawiła w miejscu Pierworodnego.

I tak samo czyni ze mną.

Stoi więc Maryja pod krzyżem. Nie odejdzie, nie porzuci. Nie będzie jak ci ojcowie, którzy zostawiają swoje niepełnosprawne dzieci z matkami. Nie będzie jak matki, które robią wszystko, aby pozbyć się niechcianego ciała ze swych łon. Nie będzie wreszcie jak cierpiący człowiek, który stara się odebrać sobie życie.

Stoi. Trwa.

Mówimy – Królowa. Ale jej królowanie jest w istocie – tak jak mówił Jej Syn – niewolnictwem.

Nie tak ma być między wami, lecz kto między wami chciałby być wielki, niech będzie waszym sługą. I kto między wami chciałby być pierwszy, niech będzie sługą wszystkich. Gdyż Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i oddać swoją duszę na okup za wielu (Mk 10,43-45)

Jeśli, w ślad za św. Ludwikiem, nazywamy się niewolnikami Maryi, to o ileż bardziei i dosłowniej to Ona jest Niewolnicą swych marnotrawnych dzieci?

Nasza Królowa nie daje odczuć swej władzy, jak ziemscy monarchowie, generałowie, czy potentaci finansowi. Nie przychodzi, aby rządzić i rozkazywać. Chce służyć, i czyni to samym swoim trwaniem przy nas.

Nie puszczę.

Gdy chromy, uzdrowiony, trzymał się Piotra i Jana… (Dz 3,11)

Można by rzec – wiedział kogo się ma trzymać.

A ty, kogo się trzymasz? Kto jest w zasięgu twojej relacji? Dbasz o to „trzymanie się”?

Trzymać się kogoś oznacza mocny uścisk, zaciśnięcie palców na czyjejś ręce, lub ubraniu. To także, nieco mniej dosłownie, przebywanie w obecności danego człowieka, dbanie o wzajemne kontakty, a nawet uznanie czyjegoś autorytetu. Wyraz kratountos, użyty w tym miejscu przez św. Łukasza odnosi nas do czasownika krateo, który oznacza „rządzić, trzymać mocno, dzierżyć władzę, władać, chwytać”. Trzymam się kogoś, a więc władając sobą, korzystając ze swej wolności, chwytam się kogoś lub czegoś, jak np. ostatniej deski ratunku.

Przypomina się proroctwo:

W owych dniach dziesięciu mężów ze wszystkich narodów i języków uchwyci się skraju płaszcza człowieka z Judy, mówiąc: «Chcemy iść z wami, albowiem zrozumieliśmy, że z wami jest Bóg». (Za 8,23)

Warto pamiętać, że uchwycenie się czyjejś szaty oznaczało poddanie się i niemą prośbę o pomoc. A skraj szaty, ozdobiony rytualnymi frędzlami oznaczającymi Prawo, był symbolicznym miejscem. Chwytający się tego kawałka materiału nie tylko błagali o pomoc konkretnego człowieka, ale także odwoływali się do Boga i przymierza z Nim. Dlatego wielu chorych wymienianych w Ewangeliach chwyta się frędzli szaty Jezusa.

Uzdrowiony żebrak spod Pięknej bramy chwycił się obecności Piotra i Jana, bo odkrył w niej inną Obecność – Boga żywego. Poznawszy, że Bóg jest z tymi dwoma mężczyznami, nie chciał powrócić do dawnego życia, do bezowocnego siedzenia przy bramie i żebrania ochłapów uwagi i marnych monet zainteresowania. Pojawienie się Apostołów w życiu żebraka było dla niego jasnym znakiem tego, że Bóg się o niego troszczy,że spełnia jego najgłębsze pragnienia.

Takiej szansy na życie nie można sobie odpuścić, ani nie można puścić Ręki, która udziela tak skutecznego błogosławieństwa.

Dlatego Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami powie:

… znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwyciłam go i nie puszczę,  (PnP 3,4)

A ty? Wiesz kogo się trzymać?

Emaus

Wszystko się dzieje w dzień Zmartwychwstania, “ów pierwszy dzień tygodnia”, który za chwilę stanie się Dniem Pańskim, szczególnie świątecznym, uroczystym i radosnym. Rano niewiasty były u grobu, potem Maria Magdalena spotkała ogrodnika, A później jeszcze Piotr i Jan weszli do pustego grobowca. Większość z tych osób jest pełna radości i szczęścia, może euforii.

W Kleofasie i jego towarzyszu  nie ma radości .

Wyszli z Jerozolimy pewnie przed południem, szybko po nowinach kobiet, nie czekali na dalsze wnioski, nie namyślali się zbytnio.

Idą do bliżej nieznanego Emaus. Do dziś nie wiadomo gdzie ono było i czy w ogóle było – trochę tak, jakby szli bez celu i bez większego sensu. Nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Grunt, że idą z miasta do wsi, z góry (Jerozolima jest wyżej położona) na niziny, z gwaru wielkiego miasta do ciszy prowincji. Z miejsca kaźni ich Mistrza, do domniemanej oazy spokoju.

Może nie mogli usiedzieć w miejscu? Może mieli potrzebę działania, jakiegokolwiek działania, robienia czegoś, byle nie siedzieć z założonymi rękami i nie kontemplować własnych rozczarowań?

A może idąc chcieli zawalczyć z własną apatią? Z obezwładniającą niewiarą w sensowność robienia czegoś? Bo co mieli robić? Głosić Ewangelię powieszonego na krzyżu? Zbierać pośród ludzi żniwo rozczarowań? Żyć, jakby nic się nie wydarzyło? Uczepić się apostołów i czekać, aż coś wymyślą? Może uznali, że lepiej już swoją depresję przeżywać gdzieś z dala od głównych szlaków, gdzie zawsze można wejść w oczy jakiemuś wysoko postawionemu kapłanowi. Na prowincji bezpieczniej…

A może, skoro było ich dwóch, każdy miał własną koncepcję, lub własny brak koncepcji tego co dalej i tego jak rozumieć chwilę obecną. Może uczeń nieznany z imienia chciał działać, choćby na oślep, a ten, którego nazywano Kleofasem był zbyt pogrążony w beznadziei i wolał gdzieś się zaszyć i przeczekać – choć co przeczekać i do kiedy, nie wiedział.

Ich rozmowa mogła przypominać spór, ale taki apatyczny, bez większego zaangażowania, bez większej nadziei na jakąś prawdę, czy rozwiązanie problemu. Słowo mówi, że „wymieniali ze sobą myśli” choć lepiej by można to przetłumaczyć na stwierdzenie, że „mówili sobie homilie”. Choć chodzi tu o grecki wyraz ωμιλουν (hōmiloun), oznaczający “bardzo poważną rozmowę na określony temat”, to trudno mi oprzeć się myśli, że uczniowie prawili sobie nawzajem kazania… w takim potocznym, nieco pejoratywnym znaczeniu tego słowa… Może próbowali się wzajemnie pouczyć, może jakoś znaleźć sens wydarzeń, może przekonać się nawzajem do czegoś?

Mówi ewangelista: “nawzajem się pytali”. Nie mieli odpowiedzi, nie mieli rozwiązań, jedynie same pytania. Zadawali je sobie wzajemnie, choć być może odkryli, że mija się to z celem, gdyż żaden z nich nie mógł uczynić więcej niż drugi.

Co ciekawe, nie szukali rozwiązania w Łasce. Nie trwali na modlitwie w świątyni, pewnie z lęku, a może i dlatego, że stracili serce do wszystkiego co było związane ze świątynnym kultem. Przestali ufać Świątyni, a nie było Rabbiego, który by cokolwiek wytłumaczył. Nie widzieli wokół siebie nikogo, kto by im pomógł odczytać znaczenie traumatycznych wydarzeń ostatnich dni.

W jakimś sensie, opuszczając Święte Miasto, oddalali się od Łaski i schodzili w niewiarę, w pustkę.

Niewątpliwie bardzo przeżywali swoje osamotnienie, a przez to skupili się bardzo na sobie, na swoich pomysłach i bezładnych próbach zrozumienia. Tak, jakby ich spojrzenie skoncentrowało się na małym punkciku „dziś”, nie chcąc, albo nie mogąc, uchwycić pewnej perspektywy, zwłaszcza związanej z wiarą. Szukali odpowiedzi u siebie nawzajem, może się też nawzajem oskarżali o brak tej odpowiedzi?

Staram się maksymalnie przybliżyć do tego stanu umysłu, woli i uczuć, jaki mógł im towarzyszyć, bo jest mi on bliski. Znam tę bezradność, rozczarowanie rzeczywistością, poczucie wypalenia, przerażenie przyszłością, a wreszcie apatię przerażającą się w obojętność. To „schodzenie w dół”, osuwanie się duszy, paraliż owocnego działania. Ten demoniczny wręcz zastój, w którym intelekt przestaje poszukiwać odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, szukać winnych porażki, a zaczyna wegetować. Mogę sobie wyobrazić, z jaką niechęcią szli do wsi, może swojej rodzinnej, wiedząc, że mogą tam zostać wyśmiani, jako ci, którzy uwierzyli zwodzicielowi. Jeszcze jednak silniejszy był strach związany z siedzeniem w Jerozolimie. I tak źle, i tak niedobrze. Sytuacja bez wyjścia. Wszędzie ściany.

Jakże dobrze to znam…

Są tak skupieni na sobie, tak intensywnie przeżywają własny dramat, że nie dostrzegają Wędrowca, który od pewnego już czasu im towarzyszy.

I to jest piękne, że On ich nie pozostawił w tej bezradności i niezrozumieniu, ale sam, z własnej woli, przez nikogo nie wzywany, przyłączył się do ich wędrówki do nikąd. “Szedł z nimi” – napisze św. Łukasz, towarzyszył im, był zainteresowany tym, co mówią, a jeszcze bardziej tym, co przeżywają. Zapewne badał ich “nerki i serce” (Jr 11, 20), czyli wolę i uczucia, szukając w nich punktu zaczepienia.

A oni nie poznali, że odpowiedź na wszystkie pytania jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, w osobie tajemniczego wędrowca. Ich aparat poznawczy był przyćmiony, ograniczony, czy nawet czymś spętany. Może tak byli pogrążeni we wzajemnym przerzucaniu się pytaniami i pouczeniami, że nie rozpoznali Go.

Tę wymianę do niczego nie prowadzących poglądów Jezus przerywa pytaniem, które przełożone dosłownie brzmi: “Cóż to za słowa (logoi) odbijacie między sobą tak po drodze?” Ono sprawia, że przystanęli, tak jakby po raz pierwszy tego dnia naprawdę dotarło do nich coś ważnego. BO jak bóg mówi, to człowiek się zatrzymuje .

A co On powiedział? Zapytał o słowa, nauki, mowy, które odbijają od siebie. Można to rozumieć zarówno jako odbijania między sobą – jak byśmy dziś powiedzieli – piłeczki ping-pongowej, jak i jako nauki, które – choć znane – to odbijają się od tego, który je wygłasza.

To pytanie wywołało w nich smutek. Nie przyjęli interwencji Wędrowca zbyt pozytywnie, jakby struna, którą poruszył wydała zbyt bolesny dźwięk. Mimo to weszli w dialog.

Cała moc rozczarowania dojdzie do głosu w momencie gdy Kleofas otworzy serce przed Nieznajomym – a może i wreszcie przed swoim bezimiennym towarzyszem? – i stwierdzi: „A my mieliśmy nadzieję, że On jest tym, który ma wyzwolić Izraela”… Mieliśmy nadzieję… Oczekiwaliśmy… Tak bardzo zaangażowaliśmy się… Gdzieś w tym pobrzmiewa cichutkie: „Oszukano nas”…

To doświadczenie zawodu jest tak silne, że neutralizuje wszystkie inne wydarzenia, oraz staje się kluczem do odczytania tego momentu życia. Kleofas i jego towarzysz nie patrzą już na swoją egzystencję przez pryzmat wiary, jak zapewne było to za ziemskich dni ich Mistrza, ale przez pryzmat beznadziei jaką żywią głęboko w sobie. Już się niczego nie spodziewają, niczego nie chcą, nie mają żadnych pragnień. Nawet wiadomość o pustym grobie jest dla nich jedynie okazją do zadziwienia, ale nie widzą w niej nadziei. Nawet anielskie proroctwa nie budzą serc uczniów z letargu. Może uwierzyli, że nie są warci tego, aby to w czym pokładali ufność, okazało się prawdą? Może stracili wiarę i w Jego moc i w Jego miłość?

W odpowiedzi Nieznajomy zaczyna ich łajać, wyrzucając im głupotę i lenistwo duchowe. Głosi im Słowo, na nowo proklamuje Ewangelię, wykazuje logikę proroctw i figur starotestamentalnych mówiących o Nim, a przez to wszystko – zapala w ich sercach, ośrodku konstytutywnym osoby ludzkiej, wiarę. Powiedzą potem, że serca w nich  płonęły…

Kiedy zadał im pytanie, przystanęli, w miarę jak mówił o coraz bardziej widzieli logikę wydarzeń własnego życia, wplątanych w Historię Zbawienia, zaczęli iść znowu. Już nie oddalali się od Świętego Świętych, ono było razem z nimi. Wędrówka niewiadomo gdzie nabrała sensu, nie w wymiarze celu geograficznego, ale w wymiarze ożywienia władz duszy – sens był w Nim obecnym tuż obok.

Chcieli utrzymać ten stan, więc przymusili Go, aby usiadł z nimi za stołem. Bóg czasami lubi być zaskoczony, czy wręcz przymuszony ludzką wiarą. Tak było w wypadku setnika z Kafarnaum, który jako pierwszy przymusili swym wyznanie Pana do cudu na odległość. Tak było w przypadku kobiety kananejskiej, która – choć poganka i nie żydówka – otrzymała to, o co prosiła. Uczniowie po dotarciu do Emaus, uwierzyli, że Wędrowiec ma wiele odpowiedzi. Wędrowiec zaś, cóż, wiedział że trzeba iść dalej. Że nie mogą się zatrzymać na odpowiedziach z pierwszej ręki. Że muszą się przygotować na życie w Duchu. Że muszą się nauczyć odnajdywać Go w „łamaniu chleba”.

Kiedy wracali – wierzyli Mu.

Myślę, że starczyło im tej ufności do dnia Pięćdziesiątnicy, aby stać się bardziej świadkami Jego miłości i mocy, aniżeli swoich rozczarowań i zawiedzionych oczekiwań. Myślę, że odtąd pozwolili sobie na pragnienia przekraczające ich naturalne predyspozycje – i nie chodzi tu o pragnienia doczesne, z marzeniem o spokojnym, ułożonym życiu na czele. Zachcieli zdobycia świata dla Niego. Zachcieli ratowania dusz zanurzonych w przewrotnym pokoleniu o twardych sercach. Zachcieli wypełnienia Jego Obietnic o życiu w Królestwie.

« Older posts

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑