Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Zanegować własne „ja”…

Na progu Wielkiego Postu Pan wzywa do zaparcia się siebie.

Użyty w tym miejscu czasownik arneomai (lub aparneomai) oznacza wypierać się czegoś, zaprzeczyć, zanegować coś. W trybie rozkazującym występuje tylko w tym wymogu przekazanym przez wszystkich trzech ewangelistów synoptycznych (Mt 16, 24; Mk 8, 34; Łk 9, 23) po pierwszej zapowiedzi męki i śmierci Jezusa. Wyprzeć się siebie oznacza tu niejako zapomnieć o sobie, odrzucić własne pragnienia i dążenia i całkowicie zrezygnować z ich zaspokojenia. Ta rezygnacja z siebie nie jest jednak celem samym w sobie, lecz
prowadzi do podporządkowania swojej woli nakazom Jezusa oraz do życia zgodnie z Jego nauką. Nie oznacza to, że wszystkie ludzkie pragnienia, dążenia i życiowe cele są złe same w sobie. Uczeń Chrystusa ma je odrzucić, ponieważ zadania i cele przekazane mu przez Mistrza są o wiele ważniejsze i mają na względzie nie tylko własne dobro, lecz zbawienie wielu. Dlatego Jezus domaga się od niego pełnej dyspozycyjności i gotowości do wyrzeczeń.

(Nowy Komentarz Biblijny)

Nadchodzi…

Lecz także teraz jeszcze — wyrocznia Pana! — nawróćcie się do mnie całym sercem swoim i w poście, i płaczu, i żalu!
I rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty wasze! Nawróćcie się do Pana, Boga waszego, gdyż dobry On jest i miłosierny, wielkoduszny i pełen łaskawości i daje się za złości przebłagać.
Może będzie można się spodziewać, że się nakłoni i przebaczy, oraz błogosławieństwo po sobie zostawi: ofiary z pokarmów i płynów dla Pana, Boga waszego!
Uderzcie w róg na Syjonie! Ogłoście post, zwołajcie zgromadzenie, zbierzcie lud, zwołajcie gminę (świętą społeczność), zgromadźcie starców, zbierzcie razem dzieci i niemowlęta od piersi! Niech młody małżonek wyjdzie ze swojej komory, a młoda małżonka ze swojej komnaty!
Między przedsionkiem a ołtarzem niech płaczą kapłani, słudzy Pana! Niech mówią: „Miej litość, Panie, nad ludem Twoim i nie wydawaj dziedzictwa swego na hańbę, aby poganie z nas nie szydzili (nie zapanowali nad nami)! Dlaczego mają mówić między narodami: Gdzież jest Bóg wasz?”
Oto Pan okazał troskę o kraj swój i oszczędził lud swój. (Jl 2,12-18)

Zapewne wiele homilii w dniu dzisiejszym będzie się rozpoczynało podobnie: Oto kolejny już Wielki Post w naszym życiu…

No właśnie.

I co z tego wynika? Czemu w tym akurat momencie przeżywasz wezwanie do rozdzierania serca? Czy może nie dlatego, że – w przeciwieństwie do Serca Ukrzyżowanego Pana – robisz wszystko, aby swego serca nie rozedrzeć? Przecież prędzej, czy później, coś ci to serce rozbije, zrani, stłucze, albo doda takiego ciśnienia, że ulegnie zawałowi.

Co jest twoim celem postu na dzień dzisiejszy? Delikatny lifting swej pobożności? Wypełnienie przepisu, które automatycznie zalicza cię do kręgu osób porządnie wierzących? A może nie masz żadnego wyraźnego celu – “tak trzeba”, myślisz, i tyle.

A do czego zaprasza Słowo?

Powstrzymanie Dnia Pańskiego – oto cel postu, który jest nieodłącznym elementem pokuty za grzechy!

Nawrócić i rozedrzeć serce – oto cel postu, który ma choć trochę przybliżyć nasze serca do Najświętszego Serca Pana!

Patrząc dookoła widzisz chyba, że Dzień Pański się zbliża. Prorok Joel wspomina o tym kilka wersetów przed fragmentem, który czyta się dzisiaj jako pierwsze czytanie liturgiczne:

Dmijcie w róg na Syjonie, a wołajcie na górze mej świętej! Niechaj zadrżą wszyscy mieszkańcy kraju, bo nadchodzi dzień Pański, bo jest już bliski. Dzień ciemności i mroku, dzień obłoku i mgły. (Jl 2,1-2)

Jeśli jednym z elementów tego dnia ma być tryumf pogan, to jesteśmy coraz bliżej takiej chwili. Dlatego prorok wzywa “świętą społeczność”, aby wołała do Pana o litość i zmiłowanie: “aby poganie z nas nie szydzili”, czy – w innym tłumaczeniu – “aby nie zapanowali nad nami”. Problemem wielu katolików jest, że nie mają nic przeciwko temu, aby stać się sługami pogaństwa… Jakie będą tego skutki?

Św. O. Pio na początku 1950 r. miał wypowiedzieć następujące proroctwo:

Dobrze pozamykajcie i uszczelnijcie okna. Nie wyglądajcie na zewnątrz, dokładnie zakryjcie okna. Moi wybrani nie powinni widzieć Mojego gniewu. Miejcie ufność we Mnie, Ja będę waszą obroną. Wasza wiara zobowiązuje Mnie do przybycia wam z pomocą. Noc będzie bardzo zimna. Wiatr zacznie przeraźliwie huczeć i wyć. Po krótkim czasie usłyszycie grzmoty. Zamknijcie wszystkie drzwi i okna. Z nikim nie rozmawiajcie z zewnątrz. Padnijcie przed krzyżem, żałujcie za grzechy i błagajcie o opiekę Mojej Matki. Nie patrzcie przez okno podczas trzęsienia ziemi, ponieważ gniew Boga jest święty. Szatan zatryumfuje. Jednak po trzech nocach ogień i trzęsienia ziemi ustaną. Następnego dnia słońce znów wzejdzie i oświeci ziemię. Jak tylko nadejdą całkowite ciemności, nikt nie powinien opuszczać swego domu lub wyglądać przez okno. Ciemności będą trwały dzień i noc, kolejny dzień i kolejną noc, i jeszcze jeden dzień. Lecz następnej nocy gwiazdy znów wzejdą na niebie, a przy nadchodzącym dniu ponownie ujrzycie blask słońca i będzie to czas wiosny. W ciągu dnia ciemności Moi wybrani nie powinni spać, jak uczniowie w Ogrodzie Oliwnym. Muszą się modlić nieprzerwanie, a nie zawiodę ich. Zbiorę Moich wybranych. Piekło uwierzy, że włada całą ziemią, a Ja ją odzyskam. Wielu Mnie przeklnie, a mimo to tysiące dusz ocali się przeze Mnie. Żadne ludzkie rozumowanie nie jest w stanie pojąć głębin Mojej miłości. Zniszczenia będą ogromne. Ale Ja, wasz Bóg, oczyszczę ziemię.

Modlitwa, zamknięcie się w swojej małej “izdebce”, wytrwała ufność – oto co radzi Chrystus poprzez O. Pio. Można do tego dodać, to, do czego wzywa dziś Joel – post, płacz i żal.

Poprzez okres pokuty, zmianę sposobu myślenia, większe przylgnięcie do Ewangelii muszę odkryć w Chrystusie Zbawcę, który przeprowadzi mnie ze śmierci i ciemności do życia i światła. Dzień Pański musi stać się dla mnie światłością! Aby tak się jednak stało trzeba bym na nowo odkrył w sobie proch, marność, miernotę, znikomość. Hebrajskie słowo “hewel” określające proch, łączy się brzmieniowo z imieniem Abel. Odkryć w sobie bardziej Abla niż Kaina – oto zadanie na czas najbliższych czterdziestu dni. A kogo we mnie widzi bardziej Bóg?

Proch powstaje wskutek spalenia czegoś, albo rozbicia czegoś. Co więc musi w tobie spłonąć, albo jaki kamień trzeba w sobie rozbić? Wydaje ci się, że popiół, że proch nie ma żadnej wartości? Że twoje życie spopielone i rozbite będzie bez sensu? Jedynie światło Paschy nada mu sens! A do tego trzeba się przygotować.

Po czym poznasz, że uśmierzył się gniew Pański nad twoją głową? Według słów Joela, po chwili, w której zapragniesz coś dać z siebie Panu, szczerze i prawdziwie, i będziesz rzeczywiście miał co oddać. Z twego rozdartego serca popłynie pieśń chwały dla twego Boga.

Że brzmi to jak abstrakcja?

Ano właśnie…

Rozpoznać Bożą chwałę.

Żyć adoracją to przeżywać dzień ze stałą świadomością Jego obecności. I nie chodzi tu o przerażającą myśl o strasznym Bogu, który śledzi każdy mój krok, aby sprawdzić na ile przestrzegam Jego zasad i powinności, ale o pokorną obecność Baranka, który mi się ofiarowuje i chce we mnie i przeze mnie uświęcać czas i przestrzeń. Przeżywając codzienność w ten sposób nauczę się życia będącego jednocześnie chwałą Boga. Miejscem, w którym uczę się takiego stylu życia jest adoracja. Tam poznaję uniżenie Boga i Jego pokorę. Tam rozpoznaję, jak cierpliwie Pan czeka na mnie. Tam rozpoznaję wierność, jaką Pan ma wobec obietnic jakich udzielił. Tam uczę się ciszy i pokornego czekania na Jego łaskę. Tam wreszcie, poznawszy – w przejawach Jego działania, zapisanych w historii, zarówno świata, jak i mojej osobistej –  jak dobry jest mój Bóg, mogę dojść do prawdziwej i autentycznej radości i uwielbienia.

To wszystko zawiera w sobie pieśń, jaką wyśpiewała Najświętsza Maryja Panna przyjąwszy słowo Archanioła i prorockie słowo św. Elżbiety. Gabriel odsłonił przed Maryją zamysł Boży, jako pokorną propozycję Najwyższego, Elżbieta zaś potwierdziła szczególne wybranie Maryi oraz słuszność drogi, jaką postępowała Ta, która “uwierzyła w spełnienie słów powiedzianych od Pana” – drogi ufności i zawierzenia.

I rzekła Maryja: Uwielbia dusza moja Pana.

Duch mój weselem się napełnił dzięki Bogu, mojemu Zbawicielowi, że spojrzał na taką małość swojej służebnicy.

Bo oto odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, że mnie On, Możny, tak wielkie rzeczy uczynił. Święte Jego imię!

Jego miłosierdzie przez pokolenia i pokolenia dla żyjących w Jego bojaźni.

Okazał w dziełach moc swojego ramienia, rozproszył unoszących się pychą w myślach serc swoich.

Strącił możnych ze stołków, a małych uczynił wielkimi.

Cierpiących głód napełnił dobrami, a bogatych z gołymi rękami odprawił.

Ujął się za Izraelem, swoim sługą, aby pamiętano o Jego miłosierdziu,

jak powiedział do naszych przodków: Abrahamowi i jego potomstwu na wieki. (Łk 1,46-55)

Dietrich von Hildebrand napisał:

Bóg musi się objawić naszemu duchowi w swej nieskończonej chwale, a my musimy na nią odpowiedzieć w świętej radości i miłującym uwielbieniu. (…) Cieszymy się z tego, że istnieje prawda, że istnieje ten oto dobry, szlachetny człowiek, że jest coś takiego jak niebo usiane gwiazdami czy wspaniałe dzieło sztuki. Tu wszakże chodzi o radość z tego, że to, co ma byt absolutny, jest nieskończenie doskonałe i że to coś nieskończenie wspaniałe jest Osobą. Jakież nieskończone wzmożenie rzeczywistości dobra zawiera się w fakcie, że summum bonum, najwyższe dobro, nie jest niemym, nieosobowym bytem, jakąś ideą czy zasadą jedynie, lecz Osobą, która mówi do nas: “Ego sum qui sum”- “Jestem, który jestem”, Osobą absolutną, w której spełnia się kwintesencją wszelkich wartości, która nas stworzyła i utrzymuje przy istnieniu, która nas tak ogarnia i posiada, jak to może czynić tylko osoba. Chwała Boga musi ugodzić nas w serce, a my w wielbiącej miłości musimy paść na kolana i całkowicie oddać się Bogu. Musimy udzielić owej czystej odpowiedzi, w której punkt ciężkości przenosimy z siebie na Boga, tak że chwała Boża sama w sobie jest źródłem najczystszej radości. “Deus meus et omnia” – “Bóg mój i wszystko” (św. Franciszek z Asyżu).

Do poznania chwały Bożej i odpowiedzi na nią musi jednak dojść drugi element: konfrontacja naszej własnej osoby z Bogiem. W obliczu Boga uświadamiamy sobie naszą grzeszność i nicość. Mówimy ze św. Franciszkiem: “Kim Ty jesteś, a kim ja jestem?”. (…) Jeśli tkwimy w pysznej, ślepej na wartości postawie, która szuka zadowolenia tylko we własnej chwale, zaś absolutnej chwale wartości przeciwstawia bezsilną niechęć, to żadne objawienie Bożej chwały nic nam nie pomoże. Zamiast radosnego oddania się Bogu wywoła ono pełen pychy gest Lucyfera, który chciałby Boga zdetronizować.

Maryja jest pełna radości z powodu Bożego działania. Jej przekonanie o dobroci Boga wiernego swym zapewnieniom, o Jego sprawiedliwości o miłosierdziu, o “wywyższeniu pokornych” obficie wypełnia serce Maryi. To samo serce, pod którym spoczywa Syn Boży – żywy dowód bożej litości nad słabym człowiekiem.

Jeśli adoracja ma stać się uwielbieniem – a więc już nie modlitwą przebłagania, prośby czy nawet słuchania – musi być zakotwiczona w bożym działaniu a następnie zostać przełożona na dziękczynienie. W uwielbieniu bezradność grzesznika przemienia się w radość z obdarowania. W doświadczenie – przede wszystkim intelektualne, poznawcze – Daru, w którym człowiek rozpoznaje swoje “nic” ale od razu widzi, że jest ono wypełnione niewyobrażalną Łaską. Może przydarzyło Ci się to doświadczenie po jakiejś spowiedzi. Przystępując do niej otaczała cię beznadzieja i rezygnacja, ale otrzymane przebaczenie przyniosło myśl o niepojętej Miłości, tak potężnej i absolutnej, że przekraczającej zdolność ludzkiego kochania i pojmowania! I nie chodzi tu o rodzaj sentymentu czy afektu, nie! Chodzi o czyste rozpoznanie takiej bezinteresownej afirmacji, do której nikt z nas nie jest zdolny. Co więcej owe afirmujące przyjęcie proszącego o przebaczenie grzesznika nie zatrzymuje się na samym akcie przebaczenia, nie, ono biegnie dalej i wyraża się w nieustannym podtrzymywaniu słabego człowieka w przeróżnych przejawach jego życia. Podtrzymywaniu tym skuteczniejszym i pełniejszym o ile człowiek wchodzi w boży zamysł i realizuje boży plan.

Odkrycie, a może raczej odkrywanie, dobroci Boga działającego, musi prowadzić do zachwytu nad Bogiem i do pragnienia powiększania Jego chwały.

Medytując hymn Maryi widzimy Jej zmysł realizmu. To wyczucie rzeczywistości nie prowadzi jednak do narzekania, lęku o siebie czy przyszłość, rozpaczy, depresji, ospałości, ani do ucieczki od planu bożego. Maryja w swojej małości a także w przejawach mocy (“strącił z tronu możnych”) widzi działanie Łaski, Opatrzność, czyli dobroć Boga! Można zadać sobie pytanie, czemu zmysł realizmu, którym się szczycimy, nas prowadzi do czegoś wręcz przeciwnego? Maryja poznaje świat przez pryzmat Boga, my zaś poznajemy świat przez pryzmat samych siebie skupiając się na naszej bezradności.


Czy dostrzegasz dobroć Boga w swoim życiu i w życiu oddanych i ludzi?

Czy dziękujesz Bogu za Jego dobroć? Czy napełnia cię ona radością? Jeśli nie to co cię cieszy?

Co robisz, aby przeżywać dzień “w obecności Pana”, czyli ze świadomością, że On jest, chce ci towarzyszyć i przez ciebie czynić “wielkie rzeczy”?

U stóp Pana.

Podczas ich drogi wstąpił do pewnej wsi a kobieta imieniem Marta przyjęła Go w swym domu. Miała siostrę imieniem Maria. Ta przysiadłszy u stóp Jezusa i słuchała Jego słowa. Marta natomiast wciąż była pochłonięta licznymi posługami. Przystanąwszy powiedziała: „Panie, nic Cię to nie obchodzi, że moja siostra zostawiła mnie samą przy obsłudze? Powiedz jej, aby mi pomogła”. Pan rzekł jej na to: „Marto, Marto, martwisz się i jesteś zakłopotana o tak wiele, a tylko jedno jest potrzebne. Maria wybrała dobrą cząstkę i nie zostanie jej ona zabrana”. (Łk 10,38-42)

Wprawdzie w powyższym fragmencie biblijnym nie występuje żaden z greckich wyrazów odnoszących się wprost do pojęcia adoracji, to jednak pamiętajmy, że postawa zasłuchania wiąże się z postawą zapatrzenia. Wspólnym ich mianownikiem będzie pełne szacunku i czci uczniowskie trwanie w obecności Pańskiej. Dodajmy, że owo trwanie musi być nacechowane miłością i oddaniem. To wszystko wyraża postawa Marii opisana w wersie 39.

Choć Maria raczej słucha Jezusa, to jednak trudno oddzielić je bycie u Jego stóp od wpatrywania się w Jego oblicze. Kard. Ratzinger pisząc o tym cytuje fragment Listu do Hebrajczyków:

Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala (Hbr 12, 2; por. 3, 1).

„Wzrok utkwiony w Jezusie” stał się hasłem Ojców pustyni, którzy w ten sposób na nowo podjęli starotestamentowy motyw „poszukiwania Jego oblicza”. Modlący spogląda na Tego, który jest ponad nim i który wychodzi mu naprzeciw; na Tego, któremu sam próbuje wyjść naprzeciw poprzez modlitewne spojrzenie, aby dojść do jedności z Nim.

Pomedytujmy nad sceną z Betaniii. Przychodząc na adorację zapraszam Pana do siebie, do swoich spraw, trosk i radości. Nie muszę zbyt wiele Mu mówić, aby trwać w świadomości, że On jest u mnie jak u siebie. To podkreślenie, że Jezus jest przyjęty i naucza w domu Marty jest znamienne. Najczęściej przecież nauczał w synagogach bądź a otwartych przestrzeniach, tu jednak wybiera dom. O ile dom Piotra, w którym także Pan nauczał jest znakiem całego Kościoła, o tyle dom Łazarzowych sióstr jest typem pojedynczego ucznia, w którego wnętrzu może trwać obecność Pana – żywego i wypowiadającego swe Słowo. Jest ona możliwa tylko dzięki darowi Eucharystii. Warto jeszcze wspomnieć, że imię owej niewiasty, która przyjęła Pana można przetłumaczyć, jako “gospodyni, pani domu”. Przyjmując Pana Wszechświata pani domu nie rozpoznała swego miejsca. Ubiegła ją w tym jej siostra.

Maria odnajduje swoje miejsce przy Jezusie, a nie w kuchni, czy innych czynnościach służebnych, mimo, że zgodnie z obowiązującym zwyczajem, nie powinna siedzieć w gronie męskim, zwłaszcza w pewnej bliskości mężczyzny. Łamie więc pewien zwyczaj, gdyż wartością najwyższą jest dla niej Jezus, Jego Słowo i Jego obecność. Owo podkreślenie stóp Jezusa, czyli Jego Ciała, przypomina nam o Obecności Eucharystycznej. Postawa siedząca Marii zaś podkreśla jej rolę jako autentycznej uczennicy, gdyż taka właśnie postawa cechowała uczniów ówczesnych rabinów. Oznaczało to nie tylko zasłuchanie i pokorną uległość wobec mądrości mistrza, ale także przyjmowanie i gotowość wypełnienia usłyszanych nauk. Marta więc przyjęła Pana do domu, ale nie uczyniła Go panem domu podczas gdy Maria przyjmuje to, co Jezus ze sobą przynosi – Jego Słowo.

Opisując postawę Marii św. Łukasz używa sformułowania, które można przetłumaczyć jako zasłuchanie z uwagą, słuchanie ze skupieniem, wsłuchiwanie się”. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku opisu spoglądania na miedzianego węża, tak i tutaj cała uwaga patrzącego – w tym przypadku słuchającego jest skupiona na obiekcie adoracji, czyli tak naprawdę na Bogu. Ilekroć św. Łukasz używa zwrotu “słuchać słowa” (ακουειν tον λογον – akouein ton logon) to jednocześnie zwraca uwagę na pewną relację bliskości czy wręcz nowego rodzaju pokrewieństwa między słuchającym a Jezusem. Adoracja i kontemplacja wymaga pewnego intensywnego wysiłku duchowego, który przejawia się nie tyle w intensywności skupienia co w natężeniu pragnienia.

Są różne rozumienia postawy Marty. Według jednego z kluczy interpretacyjnych jest ona skupiona na sobie, na swoich sprawach i troskach, nawet jeśli wynikają one ze szczerej potrzeby gościnności. Można bowiem chcąc autentycznie czynić dobro przeakcentować własne starania zapominając o napomnieniu Pańskim:

Dość ma dzień swojej biedy. (Mt 6, 34)

Maria kontemplując Słowo Jezusa i adorując Jego obecność nie troszczy się zbyt wiele o jutro, przeciwnie, zdaje się wszystkie swoje troski składać u stóp Mistrza.

Inny sposób rozumienia roli Marty i lekcji, jaką ona nam zostawia wiąże się z greckim rzeczownikiem jakim Łukasz opisuje działania Marty – diakonian (διακονιαν), oraz czasownikiem diakonein (διακονειν). Choć w klasycznej grece oba te wyrazy oznaczają służbę najniższą i pogardzaną, to w dziele Łukasz i w listach Pawłowych ma on najczęściej znaczenie przenośne i może oznaczać też “służbę Bożą”. Czyżby więc historia o dwóch siostrach była przestrogą przed zbytnią aktywnością czynioną kosztem kontemplacji i adoracji?

Maria wie, że tym który naprawdę głosi Słowo jest Chrystus, wie także, że wejście w Jego działanie, czyli służba Słowu (o sługach Słowa pisze Łukasz w prologu do swej Ewangelii) jest pełna o ile zakotwicza się w słuchaniu samego Pana. Troski Marty są troskami osoby bardziej przejętej jakimś dobrym dziełem czy dobrym działaniem aniżeli wsłuchaniem i rozeznanie tego, co Pan ma do powiedzenia. Chrystus nie potępia trosk Marty, ale ukazuje ich dopełnienie, a nawet wtórność wobec postawy Marii.

Czym jest dla mnie słuchanie Pana? Czy czytam Pismo św.? Jak często?

Czy podczas adoracji zdarza się, że porusza mnie i powraca do mnie jakieś zdanie z Pisma św. bądź konferencji czy homilii?

Czy jest jakieś Słowo, które szczególnie poruszyło mnie podczas tych rekolekcji?

Uniżenie i cierpliwe trwanie.

Chodził więc i głosił w ich synagogach po całej Galilei, i wypędzał demony. I oto przyszedł do Niego trędowaty, upadł na kolana (γονυπετων) i prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. A On, pełen współczucia, wyciągnął swoją rękę, dotknął go i powiedział: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast też zszedł z niego trąd i został oczyszczony. (Mk 1,39-40)

Spróbujmy odczytać tę perykopę w kontekście adoracji, rozumianej jako spotkanie z Panem. Możemy to czynić tym łatwiej, że punktem wyjścia w redakcji Markowej jest działanie (przynajmniej na pierwszy rzut oka) trędowatego. To on przychodzi do Jezusa i natychmiast pada n przed Nim na kolana uznając swoją bezsilność. Do tego momentu Ewangelista opisywał bądź uprzedzające działanie Jezusa, bądź inicjatywę osób towarzyszących choremu. Teraz jednak chory sam uniża się wobec Jezusa i oczekuje od Niego pomocy. Ilustruje to jeden z aspektów adoracji, w którym to my przychodzimy do oczekującego na nas Pana i przynosimy Mu nasze życie, a szczególnie troski i choroby.

Oczywiście wiemy, że:

Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą. (Flp 2,13)

I dlatego w przyjściu trędowatego do Jezusa widzimy uprzedzające działanie Ducha św. Warto jednak zadać sobie pytanie: w jaki sposób Duch przynaglił chorego do uniżenia się przed Rabbim z Nazaretu… Czy nie kryje się za tym z jednej strony doświadczenie cierpienia i niemożność poradzenia sobie z nim (ile można bowiem mleć w sobie te same myśli napędzane bólem) a z drugiej straceńcza wiara w moc Nauczyciela? Biada tym z nas, których trud nie doprowadza do skupienia się na Panu a wiara obumarła…

Może warto wspomnieć w tym miejscu o innej postaci ewangelicznej, która doświadczając trudu, zaufała mocy Jezusa, choć nie miała żadnych podstaw do tego, aby sądzić, że zostanie wysłuchana. Myślę tu o kananejskiej matce, której wołania Jezus początkowo jakby nie wysłuchiwał, dopuszczając na nią niezwykle trudną próbę.

Gdy Jezus wyszedł stamtąd, oddalił się w strony Tyru i Sydonu. I oto kobieta kananejska z tamtych okolic wyszła i zaczęła wołać: Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest strasznie dręczona przez demona. On jednak nie odpowiedział jej ani słowem. Wówczas podeszli Jego uczniowie i zaczęli Go prosić: Odeślij ją, gdyż woła za nami. A On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela. Jednak ona podeszła i kłaniając się poprosiła: Panie, pomóż mi! On zaś jej odpowiedział: Nie dobrze jest brać chleb dzieci i rzucać szczeniętom. Ona na to: Tak, Panie, ale i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów. Wtedy Jezus zwrócił się do niej: O, niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz. I od tej godziny jej córka była wyleczona. (Mt 15,21-28)

Kobieta ta pochodziła z okolic Tyru. Tyr w języku hebrajskim ma szereg znaczeń, między innymi używa się tego wyrazu na określenie „trudności, ucisku, tego, co ciasne, niebezpieczeństwa”. Być może całe życie tej kobiety było pełne ucisku i zasadzek, jakie tworzył wobec niej szatan. Jednocześnie to nie sam trud jest przekleństwem. „Ciasna brama” wiodąca do Domu Ojca nazywa się „tyr patah”, a przed tronem Baranka w niebie są „ci, którzy przyszli z wielkiego ucisku” – wielkiego Tyru…

Uporczywe wołanie kananejskiej niewiasty, przypomina adoracyjne, cierpliwe wpatrywanie się w Jego eucharystyczne Oblicze – ukryte za zasłoną chleba. Postawa klęcząca i walka z rozproszeniami, z sennością, ze zmęczeniem, czyli tym wszystkim co odciąga adorującego od Pana to dalekie echo słów uczniów, którzy chcieli, aby Jezus odpędził krzyczącą kobietę. Jej postawa pełna pokory, prawdy o swojej sytuacji, o własnym bałwochwalstwie (była poganką), jej świadomość bycia niegodną cudu, o który prosi, a wreszcie olbrzymia ufność wobec Nauczyciela – to skłania Jezusa do uczynienia zadość jej prośbie. W ten sposób dokonuje się spotkanie, u którego zarania stoi cierpienie i trud – zarówno ten związany z chorobą córki, jak i ten związany z uporczywym błaganiem Jezusa. Może dlatego tak mało Pan czyni w naszym życiu, bo brakuje nam i pokory i cierpliwości a nade wszystko ufności, jaką miała tamta poganka.

Trędowaty także został pewnie poprowadzony przez własne cierpienie. Zginając kolana przed Jezusem uznaje swoją bezsilność i odwołuje się do woli Jezusa, do Jego łaski. Czy nie ma w nas zbyt wiele zuchwałej pewności, że Łaska się nam po prostu należy? Że realizująć “receptę na modlitwę”, czy adorację, powinniśmy otrzymać gotowy “produkt”? Trędowaty upadł na kolana przed Jezusem, przed konkretną Osobą. Czy czasami nie tracimy tego z oczu, że klęczymy przed Osobą, że mówimy do Osoby, że orientujemy całe swe życie na Osobę?

Wyciągnięta ręka Pańska jest znakiem mocy Boga i szczególnego działania Ducha św. Czy pamiętasz, że na każdej adoracji jesteś w obecności Bożej mocy? Że tym, który ma sprawiać w tobie modlitwę jest Duch Pana, który:

Podobnie i Duch wspiera nas w naszej słabości; gdy bowiem nie wiemy, o co się modlić, ani jak należy, sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. (Rz 8,26)

Czy więc zaczynasz adorację od wezwania Ducha św.? Czy jakimkolwiek aktem strzelistym, który zaangażuje twoje zmysły uświadamiasz sobie Obecność Osoby Jezusa?

Jezus podkreśla wobec trędowatego: Chcę! Jest w tym stwierdzeniu głębokie pragnienie związane z chorym człowiekiem, jakby mówił: Chcę ciebie! Chcę ciebie oczyszczonego, wolnego. Potrzebuję ciebie! Zależy mi na twojej wolności! Chcę twojej czystości! Chcę się tobą posłużyć! Warto pamiętać to podczas adoracji, aby nie dać się zwieść zmysłowej ciszy, czy wodospadowi pytań i trosk, jakie przelewają się przez serce i umysł. Pan zawsze do nas mówi (nawet gdy milczy!), tylko, że my jesteśmy głośniejsi od Niego.

I jeszcze jedno – może być i tak, że upadasz na kolana przed Panem, ale nie chcesz Go ani prosić, ani uwielbić, ani być z Nim. Może być tak, że twoja myśl i twoja wola są daleko. Bacz wówczas, aby  nie stać się jak ci, którzy upadają wprawdzie przed Chrystusem, ale więcej jest w tym szyderstwa, aniżeli bojaźni. Czy to możliwe? Św. Mateusz zapisał:

Wówczas żołnierze namiestnika zabrali Jezusa do pretorium, a [tam] zgromadzili wokół Niego całą kohortę. Rozebrali Go i narzucili [na Niego] szkarłatny płaszcz. Włożyli też na Jego głowę spleciony z cierni wieniec, do prawej ręki [wcisnęli] trzcinę. I klękając (γονυπετησαντες) przed Nim wyśmiali Go, mówiąc: Witaj, królu Żydów! (Mt 27,27-29)

Cały ten opis to parodia spotkania z Jezusem, parodia adoracji. W centrum On, pokorny i cichy, a dookoła rozszalała zgraja ludzkich emocji i cynizmu. Warto zadać sobie pytanie: Czy Król, którego adoruję ma władzę w moim życiu? Czy korona, jaką Mu zakładam jest upleciona z mojej pokory, czy też z grzechów, zwłaszcza związanych z pychą i egotyzmem? Czy klęcząc wyśmiewam Go w moim sercu i gardzę Jego męką, czy też jako pokutnik upadam w proch uświadamiając sobie bezmiar miłości do mnie?

Na ile jesteś cierpliwy w modlitwie? Czy oddajesz Panu swoje trudności?

W jaki sposób przeżywasz swoje spotkanie z Osobą Jezusa podczas adoracji? Jak się modlisz? Jak się zwracasz do Niego?

Czy masz świadomość że Pan chce twojej obecności na modlitwie, że chce działać w twoim życiu?

« Older posts

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑