Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Stoi Królowa…

Stały zaś blisko krzyża Jezusa Jego Matka i siostra Jego Matki, Maria Kleofasa i Maria Magdalena. (J 19, 25)

Maryja stoi. Nie leży, nie słania się, nie klęczy nawet – ale stoi. Trwa. Jest wierna. Nie poddaje się fali rozpaczy. Nie złamały Jej boleści przebitego mieczem serca. Nie zniszczyły Jej godności upokorzenia jakich doznaje jako Matka Skazańca. Jakby spełniały się słowa Psalmu 45:

Królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy (Ps 45,9)

Ofir był w czasach biblijnych miastem, z którego dobywano najlepsze i najczystsze złoto. Psalmista nie kłamał, Maryja jest przyozdobiona najcenniejszym kruszcem – niepokalaną miłością. To Jej cnoty, jak towarzyszki miłości, jak druhny Oblubienicy, jak dwórki przy monarchini, otaczają Ją obok Ukrzyżowanego. Dlatego stoi, dostojna Pani (tak może brzmieć znaczenie Jej Imienia), niczym wieża obronna, do której Zły nie ma dostępu. Niepokonana!

Złotem z Ofiru Salomon przyozdobił Dom, jaki zbudował Bogu. A czyż, Ta, w której łonie zamieszkał Syn Boży nie jest Świątynią i Przybytkiem Najwyższego? Zapowiedzią tej Świątyni, jaką może stać się każdy z nas?

Stoi obok Jezusowego krzyża. Blisko. Tuż przy.

Nie jest z dala, jak niewiasty, które chodziły z Jezusem jeszcze w Galilei. Nie jest jak tłum, który stoi daleko. Nie jest jak Jego najbliżsi towarzysze, uczniowie, którzy pochowali się po kątach Jerozolimy. Jest blisko.

Nie wystraszył Jej nieludzki widok Umęczonego. Nie zniechęciły krzyki, czy wulgarne słowa żołdaków. Nie zawstydziły szyderstwa starszyzny żydowskiej i pospólstwa.

Wokół nas wiele pustych miejsc. Być może i sami uczyniliśmy pustkę pod czyimś krzyżem. Opuszczamy krzyże chorych, samotnych, nieszczęśliwych. Nie chcemy tam trwać.

Jest jeszcze ten krzyż, to drzewo, na którym zawisło moje życie, powołanie, moje kapłaństwo, moje małżeństwo – nikomu już niepotrzebne, zmarnowane, zmienione w miazgę, bez siły, bez życia, jakby bezowocne. Niewiele może, bo i ręce i nogi unieruchomione. Komu i do czego potrzebne? Kto i jaki może mieć jeszcze z niego pożytek?

Ale i pod tym drzewem stoi Maryja. I pragnie, aby to, co na nim zawieszono, zostało złożone w Jej ramiona. I wobec tego mojego/twojego, po ludzku przegranego i niepotrzebnego życia chce być matką. I bardzo pragnie przygarnąć to wydawałoby się martwe życie do swego łona.

I urodzić je na nowo.

To nie Jan wziął Maryję do siebie. Tak naprawdę to Ona przyjęła go za swego. Usynowiła go. Postawiła w miejscu Pierworodnego.

I tak samo czyni ze mną.

Stoi więc Maryja pod krzyżem. Nie odejdzie, nie porzuci. Nie będzie jak ci ojcowie, którzy zostawiają swoje niepełnosprawne dzieci z matkami. Nie będzie jak matki, które robią wszystko, aby pozbyć się niechcianego ciała ze swych łon. Nie będzie wreszcie jak cierpiący człowiek, który stara się odebrać sobie życie.

Stoi. Trwa.

Mówimy – Królowa. Ale jej królowanie jest w istocie – tak jak mówił Jej Syn – niewolnictwem.

Nie tak ma być między wami, lecz kto między wami chciałby być wielki, niech będzie waszym sługą. I kto między wami chciałby być pierwszy, niech będzie sługą wszystkich. Gdyż Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i oddać swoją duszę na okup za wielu (Mk 10,43-45)

Jeśli, w ślad za św. Ludwikiem, nazywamy się niewolnikami Maryi, to o ileż bardziei i dosłowniej to Ona jest Niewolnicą swych marnotrawnych dzieci?

Nasza Królowa nie daje odczuć swej władzy, jak ziemscy monarchowie, generałowie, czy potentaci finansowi. Nie przychodzi, aby rządzić i rozkazywać. Chce służyć, i czyni to samym swoim trwaniem przy nas.

Nie puszczę.

Gdy chromy, uzdrowiony, trzymał się Piotra i Jana… (Dz 3,11)

Można by rzec – wiedział kogo się ma trzymać.

A ty, kogo się trzymasz? Kto jest w zasięgu twojej relacji? Dbasz o to „trzymanie się”?

Trzymać się kogoś oznacza mocny uścisk, zaciśnięcie palców na czyjejś ręce, lub ubraniu. To także, nieco mniej dosłownie, przebywanie w obecności danego człowieka, dbanie o wzajemne kontakty, a nawet uznanie czyjegoś autorytetu. Wyraz kratountos, użyty w tym miejscu przez św. Łukasza odnosi nas do czasownika krateo, który oznacza „rządzić, trzymać mocno, dzierżyć władzę, władać, chwytać”. Trzymam się kogoś, a więc władając sobą, korzystając ze swej wolności, chwytam się kogoś lub czegoś, jak np. ostatniej deski ratunku.

Przypomina się proroctwo:

W owych dniach dziesięciu mężów ze wszystkich narodów i języków uchwyci się skraju płaszcza człowieka z Judy, mówiąc: «Chcemy iść z wami, albowiem zrozumieliśmy, że z wami jest Bóg». (Za 8,23)

Warto pamiętać, że uchwycenie się czyjejś szaty oznaczało poddanie się i niemą prośbę o pomoc. A skraj szaty, ozdobiony rytualnymi frędzlami oznaczającymi Prawo, był symbolicznym miejscem. Chwytający się tego kawałka materiału nie tylko błagali o pomoc konkretnego człowieka, ale także odwoływali się do Boga i przymierza z Nim. Dlatego wielu chorych wymienianych w Ewangeliach chwyta się frędzli szaty Jezusa.

Uzdrowiony żebrak spod Pięknej bramy chwycił się obecności Piotra i Jana, bo odkrył w niej inną Obecność – Boga żywego. Poznawszy, że Bóg jest z tymi dwoma mężczyznami, nie chciał powrócić do dawnego życia, do bezowocnego siedzenia przy bramie i żebrania ochłapów uwagi i marnych monet zainteresowania. Pojawienie się Apostołów w życiu żebraka było dla niego jasnym znakiem tego, że Bóg się o niego troszczy,że spełnia jego najgłębsze pragnienia.

Takiej szansy na życie nie można sobie odpuścić, ani nie można puścić Ręki, która udziela tak skutecznego błogosławieństwa.

Dlatego Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami powie:

… znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwyciłam go i nie puszczę,  (PnP 3,4)

A ty? Wiesz kogo się trzymać?

Emaus

Wszystko się dzieje w dzień Zmartwychwstania, “ów pierwszy dzień tygodnia”, który za chwilę stanie się Dniem Pańskim, szczególnie świątecznym, uroczystym i radosnym. Rano niewiasty były u grobu, potem Maria Magdalena spotkała ogrodnika, A później jeszcze Piotr i Jan weszli do pustego grobowca. Większość z tych osób jest pełna radości i szczęścia, może euforii.

W Kleofasie i jego towarzyszu  nie ma radości .

Wyszli z Jerozolimy pewnie przed południem, szybko po nowinach kobiet, nie czekali na dalsze wnioski, nie namyślali się zbytnio.

Idą do bliżej nieznanego Emaus. Do dziś nie wiadomo gdzie ono było i czy w ogóle było – trochę tak, jakby szli bez celu i bez większego sensu. Nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Grunt, że idą z miasta do wsi, z góry (Jerozolima jest wyżej położona) na niziny, z gwaru wielkiego miasta do ciszy prowincji. Z miejsca kaźni ich Mistrza, do domniemanej oazy spokoju.

Może nie mogli usiedzieć w miejscu? Może mieli potrzebę działania, jakiegokolwiek działania, robienia czegoś, byle nie siedzieć z założonymi rękami i nie kontemplować własnych rozczarowań?

A może idąc chcieli zawalczyć z własną apatią? Z obezwładniającą niewiarą w sensowność robienia czegoś? Bo co mieli robić? Głosić Ewangelię powieszonego na krzyżu? Zbierać pośród ludzi żniwo rozczarowań? Żyć, jakby nic się nie wydarzyło? Uczepić się apostołów i czekać, aż coś wymyślą? Może uznali, że lepiej już swoją depresję przeżywać gdzieś z dala od głównych szlaków, gdzie zawsze można wejść w oczy jakiemuś wysoko postawionemu kapłanowi. Na prowincji bezpieczniej…

A może, skoro było ich dwóch, każdy miał własną koncepcję, lub własny brak koncepcji tego co dalej i tego jak rozumieć chwilę obecną. Może uczeń nieznany z imienia chciał działać, choćby na oślep, a ten, którego nazywano Kleofasem był zbyt pogrążony w beznadziei i wolał gdzieś się zaszyć i przeczekać – choć co przeczekać i do kiedy, nie wiedział.

Ich rozmowa mogła przypominać spór, ale taki apatyczny, bez większego zaangażowania, bez większej nadziei na jakąś prawdę, czy rozwiązanie problemu. Słowo mówi, że „wymieniali ze sobą myśli” choć lepiej by można to przetłumaczyć na stwierdzenie, że „mówili sobie homilie”. Choć chodzi tu o grecki wyraz ωμιλουν (hōmiloun), oznaczający “bardzo poważną rozmowę na określony temat”, to trudno mi oprzeć się myśli, że uczniowie prawili sobie nawzajem kazania… w takim potocznym, nieco pejoratywnym znaczeniu tego słowa… Może próbowali się wzajemnie pouczyć, może jakoś znaleźć sens wydarzeń, może przekonać się nawzajem do czegoś?

Mówi ewangelista: “nawzajem się pytali”. Nie mieli odpowiedzi, nie mieli rozwiązań, jedynie same pytania. Zadawali je sobie wzajemnie, choć być może odkryli, że mija się to z celem, gdyż żaden z nich nie mógł uczynić więcej niż drugi.

Co ciekawe, nie szukali rozwiązania w Łasce. Nie trwali na modlitwie w świątyni, pewnie z lęku, a może i dlatego, że stracili serce do wszystkiego co było związane ze świątynnym kultem. Przestali ufać Świątyni, a nie było Rabbiego, który by cokolwiek wytłumaczył. Nie widzieli wokół siebie nikogo, kto by im pomógł odczytać znaczenie traumatycznych wydarzeń ostatnich dni.

W jakimś sensie, opuszczając Święte Miasto, oddalali się od Łaski i schodzili w niewiarę, w pustkę.

Niewątpliwie bardzo przeżywali swoje osamotnienie, a przez to skupili się bardzo na sobie, na swoich pomysłach i bezładnych próbach zrozumienia. Tak, jakby ich spojrzenie skoncentrowało się na małym punkciku „dziś”, nie chcąc, albo nie mogąc, uchwycić pewnej perspektywy, zwłaszcza związanej z wiarą. Szukali odpowiedzi u siebie nawzajem, może się też nawzajem oskarżali o brak tej odpowiedzi?

Staram się maksymalnie przybliżyć do tego stanu umysłu, woli i uczuć, jaki mógł im towarzyszyć, bo jest mi on bliski. Znam tę bezradność, rozczarowanie rzeczywistością, poczucie wypalenia, przerażenie przyszłością, a wreszcie apatię przerażającą się w obojętność. To „schodzenie w dół”, osuwanie się duszy, paraliż owocnego działania. Ten demoniczny wręcz zastój, w którym intelekt przestaje poszukiwać odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, szukać winnych porażki, a zaczyna wegetować. Mogę sobie wyobrazić, z jaką niechęcią szli do wsi, może swojej rodzinnej, wiedząc, że mogą tam zostać wyśmiani, jako ci, którzy uwierzyli zwodzicielowi. Jeszcze jednak silniejszy był strach związany z siedzeniem w Jerozolimie. I tak źle, i tak niedobrze. Sytuacja bez wyjścia. Wszędzie ściany.

Jakże dobrze to znam…

Są tak skupieni na sobie, tak intensywnie przeżywają własny dramat, że nie dostrzegają Wędrowca, który od pewnego już czasu im towarzyszy.

I to jest piękne, że On ich nie pozostawił w tej bezradności i niezrozumieniu, ale sam, z własnej woli, przez nikogo nie wzywany, przyłączył się do ich wędrówki do nikąd. “Szedł z nimi” – napisze św. Łukasz, towarzyszył im, był zainteresowany tym, co mówią, a jeszcze bardziej tym, co przeżywają. Zapewne badał ich “nerki i serce” (Jr 11, 20), czyli wolę i uczucia, szukając w nich punktu zaczepienia.

A oni nie poznali, że odpowiedź na wszystkie pytania jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, w osobie tajemniczego wędrowca. Ich aparat poznawczy był przyćmiony, ograniczony, czy nawet czymś spętany. Może tak byli pogrążeni we wzajemnym przerzucaniu się pytaniami i pouczeniami, że nie rozpoznali Go.

Tę wymianę do niczego nie prowadzących poglądów Jezus przerywa pytaniem, które przełożone dosłownie brzmi: “Cóż to za słowa (logoi) odbijacie między sobą tak po drodze?” Ono sprawia, że przystanęli, tak jakby po raz pierwszy tego dnia naprawdę dotarło do nich coś ważnego. BO jak bóg mówi, to człowiek się zatrzymuje .

A co On powiedział? Zapytał o słowa, nauki, mowy, które odbijają od siebie. Można to rozumieć zarówno jako odbijania między sobą – jak byśmy dziś powiedzieli – piłeczki ping-pongowej, jak i jako nauki, które – choć znane – to odbijają się od tego, który je wygłasza.

To pytanie wywołało w nich smutek. Nie przyjęli interwencji Wędrowca zbyt pozytywnie, jakby struna, którą poruszył wydała zbyt bolesny dźwięk. Mimo to weszli w dialog.

Cała moc rozczarowania dojdzie do głosu w momencie gdy Kleofas otworzy serce przed Nieznajomym – a może i wreszcie przed swoim bezimiennym towarzyszem? – i stwierdzi: „A my mieliśmy nadzieję, że On jest tym, który ma wyzwolić Izraela”… Mieliśmy nadzieję… Oczekiwaliśmy… Tak bardzo zaangażowaliśmy się… Gdzieś w tym pobrzmiewa cichutkie: „Oszukano nas”…

To doświadczenie zawodu jest tak silne, że neutralizuje wszystkie inne wydarzenia, oraz staje się kluczem do odczytania tego momentu życia. Kleofas i jego towarzysz nie patrzą już na swoją egzystencję przez pryzmat wiary, jak zapewne było to za ziemskich dni ich Mistrza, ale przez pryzmat beznadziei jaką żywią głęboko w sobie. Już się niczego nie spodziewają, niczego nie chcą, nie mają żadnych pragnień. Nawet wiadomość o pustym grobie jest dla nich jedynie okazją do zadziwienia, ale nie widzą w niej nadziei. Nawet anielskie proroctwa nie budzą serc uczniów z letargu. Może uwierzyli, że nie są warci tego, aby to w czym pokładali ufność, okazało się prawdą? Może stracili wiarę i w Jego moc i w Jego miłość?

W odpowiedzi Nieznajomy zaczyna ich łajać, wyrzucając im głupotę i lenistwo duchowe. Głosi im Słowo, na nowo proklamuje Ewangelię, wykazuje logikę proroctw i figur starotestamentalnych mówiących o Nim, a przez to wszystko – zapala w ich sercach, ośrodku konstytutywnym osoby ludzkiej, wiarę. Powiedzą potem, że serca w nich  płonęły…

Kiedy zadał im pytanie, przystanęli, w miarę jak mówił o coraz bardziej widzieli logikę wydarzeń własnego życia, wplątanych w Historię Zbawienia, zaczęli iść znowu. Już nie oddalali się od Świętego Świętych, ono było razem z nimi. Wędrówka niewiadomo gdzie nabrała sensu, nie w wymiarze celu geograficznego, ale w wymiarze ożywienia władz duszy – sens był w Nim obecnym tuż obok.

Chcieli utrzymać ten stan, więc przymusili Go, aby usiadł z nimi za stołem. Bóg czasami lubi być zaskoczony, czy wręcz przymuszony ludzką wiarą. Tak było w wypadku setnika z Kafarnaum, który jako pierwszy przymusili swym wyznanie Pana do cudu na odległość. Tak było w przypadku kobiety kananejskiej, która – choć poganka i nie żydówka – otrzymała to, o co prosiła. Uczniowie po dotarciu do Emaus, uwierzyli, że Wędrowiec ma wiele odpowiedzi. Wędrowiec zaś, cóż, wiedział że trzeba iść dalej. Że nie mogą się zatrzymać na odpowiedziach z pierwszej ręki. Że muszą się przygotować na życie w Duchu. Że muszą się nauczyć odnajdywać Go w „łamaniu chleba”.

Kiedy wracali – wierzyli Mu.

Myślę, że starczyło im tej ufności do dnia Pięćdziesiątnicy, aby stać się bardziej świadkami Jego miłości i mocy, aniżeli swoich rozczarowań i zawiedzionych oczekiwań. Myślę, że odtąd pozwolili sobie na pragnienia przekraczające ich naturalne predyspozycje – i nie chodzi tu o pragnienia doczesne, z marzeniem o spokojnym, ułożonym życiu na czele. Zachcieli zdobycia świata dla Niego. Zachcieli ratowania dusz zanurzonych w przewrotnym pokoleniu o twardych sercach. Zachcieli wypełnienia Jego Obietnic o życiu w Królestwie.

Wobec bezradności.

W pierwszy dzień tygodnia niewiasty, ledwie zaczynało świtać, poszły do grobu, niosąc przygotowane wonności.

Kamień zastały odtoczony od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa.

Gdy wobec tego były bezradne (pełne niepokoju), nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał. Przypomnijcie sobie, jak wam mówił, będąc jeszcze w Galilei: „Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, lecz trzeciego dnia zmartwychwstanie”». Wtedy przypomniały sobie Jego słowa, wróciwszy zaś od grobu, oznajmiły to wszystko Jedenastu i wszystkim pozostałym. A były to: Maria Magdalena, Joanna i Maria, matka Jakuba; i inne z nimi opowiadały to apostołom. Lecz słowa te wydały im się czczą gadaniną (niedorzecznością, nonsensem, plotkami, baśniami) i nie dali im wiary.

Jednakże Piotr wybrał się i przybiegł do grobu; schyliwszy się, ujrzał same tylko płótna. I wrócił do siebie, dziwiąc się temu, co się stało. (Łk 24, 1-12)

Pierwszy werset tej ewangelii, to jeszcze jest świat uporządkowany – wstaje świt, niewiast zgodnie ze wcześniejszym postanowieniem idą do grobu niosąc wonności wyrażające ich miłość do Zmarłego. Wszystko jest, jak się wydaje, na swoim miejscu. I żal, który musiała przenikać ich serca, i wielkoduszność wyrażająca się w tym, co nazywamy “ostatnią posługą”, i może rozpacz, i stracone nadzieje, i poczucie pustki, może niepewności czy niewiedzy co dalej robić. Są pozbawione oparcia (widać, że mężczyźni pochowali się po kątach – przypomina się sytuacja z raju, kiedy Adam pozostawił Ewę na pastwę kusiciela), więc idą za porywem swej naturalnej dobroci.

I nagle zgrzyt – kamień odsunięty.

I kolejny – nie ma ciała Nauczyciela.

Te dwa zgrzyty są jak wybicie kogoś z utartej ścieżki postępowania. Jak niczym nie przewidziana zmiana trajektorii strzały wypuszczonej z łuku.

Ich pierwszą reakcją na brak Jezusowych zwłok nie mogła być radość. Człowiek, którego przyzwyczajenia zostały zburzone nie cieszy się, lecz najpierw ulega dezorientacji, czy nawet złości. Przecież one szły do grobu – owszem namaścić ciało – niosąc, pośród wonności, swój ból, żal, poczucie krzywdy i niezgodę na to, co się stało! Może ulegały już mechanizmowi, który każe rozmawiać ze zmarłymi. Może chciały wypłakać się przed martwym, zimnym Jezusem. Pójście do grobu Mistrza, było dla nich niczym pójście do własnego grobu, wejściem w te rejony samych siebie, w których jest bolesna pustka, ciemność i rozpacz. Chciały tam napotkać Jego ślad, choćby martwy, ale tam nic już nie było.

Na to nie były przygotowane.

Ogarnęła je bezradność.

To ciekawe uczucie. Charakteryzuje je nie tylko brak pomysłu na zachowanie w danej sytuacji, ale także rodzaj bezsilności i dezorientacji. Człowiek, wybity z rytmu przyzwyczajeń, doświadcza, że jest w sytuacji bez wyjścia, oraz ogarnia go dramatyczne poczucie samotności.

Może to charakteryzuje wielu z nas?

Może jakieś wydarzenia, niekoniecznie będące skutkiem naszych grzechów, wybijają nas z rytmu codzienności, znanych ścieżek postępowania, utartych schematów. Choroba, śmierć kogoś bliskiego, czyjaś zdrada, zagubiona relacja z kimś bliskim, coraz bardziej doskwierająca samotność. A może są jeszcze inne znaki, wykraczające poza nas samych – kataklizm, trzęsienie ziemi, pożar. Czyjeś cudowne ocalenie, albo uzdrowienie, albo w drugą strone – czyjaś nagkla demoniczna głupota kończąca się porzuceniem rodziny i dzieci, lub kapłaństwa.

Znaki. Wstrząsy, jakie dopuszcza Pan, aby potrząsnąć naszą pustką i niewiarą.

Niewiasty idące do jerozolimskiego grobu na pewno były pełne miłości, ale nie miały w sobie wiary, choć ich Nauczyciel tyle razy wzywał – “Miejcie wiarę”! Nie pamiętały żadnej z trzykrotnych zapowiedzi o zmartwychwstaniu! Nie pamiętały proroctw! Nie wyciągnęły wniosków ze wskrzeszenia młodzieńca w Nain czy Łazarza! Pozwoliły swojej wierze usnąć, dając posłuch naturalnym emocjom i reakcjom.

Mimo, że niosły wonności, to jednak ich dobry czyn był pusty, bo bez wiary. Tak jak i nasze czyny, nasze dobre uczynki, nasze bycie “przyzwoitym człowiekiem”, nasze starania się, nasze pobożności, nasze modlitwy i śpiewy, nasze posty i wymagania od siebie, mogą być puste, mogą być jedynie wonnościami do namaszczenie trupa – bez wiary!

Zobaczywszy dwóch aniołów, poczuły niepokój, jakąś przedziwną sprzeczność, między tym co odbierały ich zmysły, emocjami, doświadczeniem, oraz przebijającymi się wspomnieniami z Jezusowych proroctw.

Pochyliły głowy, co oznacza, że wreszcie przepuściły rozum przed swoje uczucia. Zaczęły – może wzorem Maryi – rozmyślać, rozważać, przyglądać się chwili. Podobnie uczyni Piotr, gdy wejdzie do grobu – schyli się i dopiero wtedy ujrzy puste płótna, ułożone zapewne tak, jakby ciało z nich samo wyparowało.

O, jak mało w naszym życiu jest takich pochyleń! Przecież nawet z naszych małych wstrząsów nie wyciągamy żadnych wniosków! Nie uczy nas nic, ani choroba, ani samotność, ani śmierć! Widzimy sprzedawane kościoły! Widzimy domy boże zamienione na restauracje i kluby nocne! Widzimy płonący dach najważniejszej świątyni Francji! Widzimy jak nasze dzieci i wnuki żyją w grzechu, a często i w grzechu umierają! Widzimy apostazje narodów! Widzimy to wszystko i nie skłania nas to do nawrócenia! Może warto przypomnieć sobie sparafrazowane słowa Chrystusa, które w noc płonącej katedry czytałem na Twitterze, a które napisał O. Wojciech Ziółek SJ:

Czyż myślicie, że ci Galowie byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Europy, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie.

Nie nawracamy się, bo pozwoliliśmy uśpić się naszej wierze. Dlatego nie pojmujemy znaków. Dlatego też Bóg jest często bezradny wobec nas.

Strach, bezsilność, ból, zapatrzenie w siebie, zmęczenie, zniechęcenie – to jedyny filtr, jaki dopuszczamy patrząc na nasze życie i odrzucając spojrzenie według wiary. A przecież Pan jest mocą, siłą odwagą, kojącym balsamem, jedyną pełnią, a wreszcie Życiem!

Zgadzasz się ze mną?

To powiedz to – sobie i innym. Ludziom i aniołom.

Powiedz, że wierzysz.

Że w noc paschalną, gdy Chrystus zwycięża na nowo w nas, ty – po raz kolejny – chcesz patrzeć na życie przez wiarę! Nie przez siebie, ale przez wiarę! Nie przez bezradność! Nie przez słabość! Nie przez swój – wątpliwej jakości, przyznajmy to – geniusz!

Dziś Bóg chce zawrzeć z tobą przymierze. Na nowo. Chce ci obiecać szczęście i wieczność. Chce ci obiecać wybawienie. Chce ci obiecać spełnienie.

Masz się na nowo wyrzec grzechu, zwłaszcza ciężkiego. To grzech jest twoim największym wrogiem. Największym wrogiem twojej rodziny, relacji, twojej Ojczyzny. Masz się wyrzec lenistwa, pychy nieczystości, obżarstwa i pijaństwa, gniewu, chciwości, zazdrości, i tylu innych słabości, które pasożytują na twoim życiu. Masz się wyrzec grzechu, aby być wolnym.

Masz się wyrzec – jak pisze Apostoł – wszystkiego, co ma choćby pozór zła, wsłuchując się w nauczanie apostolskie Kościoła, które pomaga rozpoznać ów pozór. Masz się wyrzec ścieżek prowadzących do grzechu, abyś mógł sobą władać.

Masz się wyrzec szatana, tym samym uznając jego podstępne działanie. Masz się go wyrzec, aby móc służyć prawdziwemu Panu.

Chciej uwierzyć! Chciej powiedzieć – wierzę!

Chciej powiedzieć:

Oto rozpoznałem dobro najwyższe w Bogu, poznałem, że to On jest źródłem wszystkiego – “nieba i ziemi”, ludzi i bytów duchowych, przyrody i świata zwierząt. On jest źródłem szczęścia i ludzkiej miłości. Rozpoznałem, że tak jest. Choć sam mogę tego nie doświadczać, to ufam tym, którzy mi o tym mówili, którzy to doświadczyli i oparli na tym swoje życie. Wierzę w Boga Stwórcę, Ojca, który mnie miłuje. Wierzę i chcę go poznawać!

Wierzę w Chrystusa, Jego ziemskie życie, jakie miał dzięki pokornej zgodzie młodziutkiej Panny z Nazaretu. Wierzę w Jego słowa i czyny, wierzę w Jego miłość, która najpełniej wyraziła się w Jego Krwi przelanej na Krzyżu, tej samej, którą – wraz ze swym Ciałem – pozostawił do spożywania. Wierzę, że jest obecny w Eucharystii przyjmowanej i adorowanej. Wierzę, że pokonał śmierć i żyje i oczekuje na mnie w domu Ojca.

Wierzę w Ducha świętego, który jest miłością Ojca i Syna, który po dziś dzień napełnia swoich wybranych mową prorocką. Wierzę w Ducha, dzięki któremu możemy patrzeć na nasze życie przez pryzmat żywej wiary, który porusza i prowadzi Kościół. Tak! Wierzę w Kościół! Wspólnotę słabych i grzesznych ludzi, którzy chcą jednak ufać mocy Ewangelii! Którzy mają rodzinę w niebie – świętych, braci i siostry, którzy przeszli ziemię. Którym Pan pozostawił siebie w sakramentach! Którzy mogą sobie nawzajem świadczyć o żyjącym Panu, zmagając się o okazywanie sobie miłości!

Wierzę, że kiedyś Pan mnie osądzi i drżę na myśl o tym, ale chcę ufać Jego miłosierdziu! Wierzę w nie, bo wiem, że mi przebacza – ileż razy mi przebaczał i nadal to czyni! Wierzę, że będę żył wiecznie!

Chcę wierzyć. Wierzę!

Piotr odszedł od grobu zadziwiony. Tak, wiara zadziwia. Jej moc zdumiewa. Jej prostota zachwyca. Życz ci tego zdumienia i zachwytu – i oby Przeciwnik nie wyrwał ci tej zbroi, którą dziś Zmartwychwstały, Ten, dla którego nie ma rzeczy niemożliwej, zakłada na ciebie.

Odrzucenie.

W opisie Pasji wg św. Jana odnajdujemy szereg postaci, z których każda jest żywą katechezą o odrzuceniu Boga.

Judasz, który całuje swego Mistrza, zaprzeczając znaczeniu tego gestu, uosabia pytanie o naszą obłudę, o gesty, które wykonujemy, a które mogą być puste, o udawanie miłości, o posłuszeństwo prawom lęku, troski o siebie, chciwości.

Kohorta i straż, mimo, że niesie światło, i mimo, że szuka Jezusa, i mimo, że On się im objawia, i mimo, że padają przed Nim na ziemię, to jednak wiąże Go, krępuje Jego działanie, uosabia pytanie o naszą konsekwencję, wobec tego co rozpoznajemy jako prawe i dobre. O uległość wobec blasku Słowa. O skrępowanie mocy Bożej przez brak naszej wytrwałości.

I jeszcze Piotr. Mimo, że staje w obronie Jezusa, to jednak zapiera się Go przed służącą (Dlaczego Piotr używa miecza? Czy dlatego, że każe mu to uczynić Pan? Bynajmniej. On po prostu dobywa miecz, bo go ma. Tyle. Ot, impuls. Ot, bezrefleksyjność.) i to trzy razy. Abp Fulton Sheen zauważa, że zaparcie się Piotra ma trzy powody. Najpierw czyni tak z powodu przesadnej pewności siebie Piotra co do własnej lojalności. “Chociaż starożytny prorok powiedział, że owce się rozproszą, Piotr miał poczucie, że będzie wolny od takiego upadku, gdyż dano mu klucze do królestwa niebieskiego”. Drugi powód to fakt, że nie czuwał i nie modlił się w Ogrójcu, a potem aktywizmem (miecz) chciał zastąpić duchowość. Trzeci powód to dystans fizyczny, jaki zachowywał od Chrystusa – jak pisze Sheen: “mógł on być symbolem dystansu duchowego, który ich obu oddzielał. Każde oddalenie od słońca prawości jest ciemnością”. Można dodać – nie wystarczy blask ogniska na dziedzńcu arcykapłańskiego domostwa…

Annasz, chociaż był arcykapłanem Boga Żywego, i uzurpuje sobie odpowiedzialność za dzieci Izraela,  jest jednak bardziej skupiony na swojej chwale, aniżeli na bożej. Jego reakcją na prawdę jest przemoc i danie odczucia swej władzy.

Kajfasz, mimo że w imieniu Izraela błaga w Jom Kippur Pana o odpuszczenie grzechów całego ludu i w imieniu Pana udziela ludowi błogosławieństwa, stając w miejscu drabiny Jakubowej, to nie wierzy w moc bożego błogosławieństwa i bawi się w krwawą politykę, doradzając, “aby jeden człowiek umarł za naród”.

Piłat, mimo, że ma wszystko – władzę, wojsko, prawo – aby wydać sprawiedliwy wyrok, ulega chwiejności i chęci przypodobania się ludowi i starszyźnie. Jego gra na zwłokę stawia go ostatecznie pod ścianą. Ulega, udając, że nie jest odpowiedzialny za wyrok, który wydaje.

I tu warto zauważyć, idąc za myślą Fultona Sheena, że proces Jezusa, w swoich dwóch fazach – religijnej przed arcykapłanami, oraz politycznej, ludzkiej, przed Piłatem – odpowiada dwom oskarżeniom.

Najpierw sądzono Proroka i Jego orędzie. W myśl tego przesłania, jest On nie tylko Sługą Jahwe, ale wręcz Jego Synem. Autentyczność i prawda bijące z tego orędzia (które sam Pan nazwał Ewangelią, Dobrą Nowiną o panowaniu Niebios) pociągnęło za sobą serca tysięcy Galilejczyków i Judejczyków. Ludzie, którzy uwierzyli w przepowiadanie Jezusa, w Jego słowa i czyny, którzy spróbowali popatrzeć na swe życie oczyma wiary i odkryć siebie, jako dzieci miłosiernego Ojca, weszli na drogę zupełnie nowej egzystencji.  Uznano jednak, że takie orędzie należy odrzucić, a z nim cały obraz Boga i Jego woli, jaką Prorok przyszedł objawić.

Potem, u Piłata, sądzono Króla, który, ma pewne prawa co do człowieka i świata. Jego Królestwo nie jest z tego świata, ale Jego Królestwo jest ponad tym światem. Jak potem powie Jan w Apokalipsie: “Król królów i Pan Panów”. Tymczasem w osobach Piłata i Heroda

Dlaczego narody się buntują, czemu ludy knują daremne zamysły? Królowie ziemi powstają i władcy spiskują wraz z nimi przeciw Panu i przeciw Jego Pomazańcowi (Ps 2,1-2).

Rzymski prokurator i żydowski tetrarcha uwierzyli w diabelskie zapewnienia, które Przeciwnik próbował sprzedać samemu Jezusowi w dniach pamiętnego kuszenia na pustyni:

Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. (Łk 4,5-6)

Uznano więc, że nie ma On prawa do zaoferowania człowiekowi swoich praw i że ludzkie Królestwo nie chce rządzić się zasadami “Państwa Bożego”, jak by powiedział św. Augustyn.

Dodatkowo, jako że kpina połączona z krwawym widowiskiem wzbudza u tłumu pogardę, postanowiono wyśmiać roszczenia Boga, roszczenia w myśl których zbłąkany człowiek może patrzeć oczyma wiary na swe życie, a Bóg może w to życie wkroczyć z mocą dając ludziom swoje prawa. Znakiem tego wyśmiania była korona cierniowa i szkarłatny płaszcz. Żołnierze, którzy stali się narzędziem wydrwienia boskich prerogatyw Jezusa, są jednocześnie obrazem tej części nas samych, która wciąż dąży do świętego spokoju, i jest gotowa uciekać w drwinę i cynizm, nawet wobec rzeczy najświętszych. W momencie zamętu, często dzięki zniszczeniu części własnej wrażliwości przez dobrowolną zgodę na jakiś grzech (zwłaszcza ciężki), człowiek gubi jasność rozeznania dobra i złą, nawet w najprostszych rzeczach. Aby oddzielić się od ciężaru decyzji i odpowiedzialności ucieka w kpinę, która pozwala mu zachować ułudę dystansu.

Ułudzie ulegają także Nikodem i Józef z Arymatei, którzy – choć przychodzą z uczynkiem miłosierdzia, namaścić martwe ciało Jezusa i złożyć je do ofiarowanego przez siebie grobu – próbują dobrocią zamazać swoje tchórzostwo i niechęć do zaryzykowania pozycji w obronie prawdy. Same uczynki, bez wiary, choćby najlepsze nie na wiele się zdadzą, bowiem Paweł pisze:

…z uczynków Prawa żaden człowiek nie może dostąpić usprawiedliwienia w Jego oczach (Rz 3,20).

Pocałunek Judasza, brak konsekwencji ludzi świątynnych, popis siły władzy Annasza, pycha Piotra, małoduszność Piłata, tchórzostwo Nikodema i Józefa. W ten sposób człowiek odrzuca Boga.

Na szczęście, w tamtym momencie, Bóg nie odrzuca ostatecznie człowieka.

Na szczęście w tej galerii osobliwości, pośród tych przedziwnych typów ludzkich, które zauważył “umiłowany uczeń” w ów poranek wiosennego dnia miesiąca Nisan, był ktoś jeszcze.

Zwykle zwracamy uwagę na puentę sceny, którą nazywa się “Testamentem z krzyża”:

I od tej godziny uczeń wziął ją do siebie. (J 19,27).

Ale zaczyna się ona od słów Jezusa, skierowanych do Maryi:

Niewiasto, oto twój syn! (J 19,26).

To nie my skłaniamy Maryję, aby wzięła nas pod opiekę, to najpierw Ona musiała ponowić swe oddanie Słowu Wcielonemu i gotowość wielkiego macierzyństwa wobec człowieka. Bóg zaprosił ją do współpracy w kontynuacji dzieła Jezusowego. W czyimś sercu bowiem musiała zaistnieć doskonała odpowiedź na doskonałą miłość wyrażoną w orędziu Proroka i Króla. Choć wydaje się, że człowiek – w osobach Judasza, żołnierzy, Piotra, arcykapłanów czy Piłata – odrzuca owo orędzie, to jednak jest też inny człowiek, Maryja, najpiękniejszy owoc stworzenia i stojący obok niej umiłowany uczeń, towarzyszący Mistrzowi do końca. Oni przyjmują boże dzieło w sobie i pozwalają mu rozkwitnąć. Orędzie wydaje owoc nie w wielkich tego świata, nie w pysznych i zapatrzonych w siebie, nie w sercach opanowanych lękiem i obłudą, ale w ziemi przepełnionej prostotą, ludzką bezradnością, i wielkim zaufaniem.

Maryja spod krzyża, przyjmująca umiłowanych uczniów swego Syna, przyjmująca bez zastrzeżeń Jego orędzie – będące jednocześnie orędziem Ewangelii – to Prorokini i Służebnica Królestwa. Jako taka przychodzi do nas w niekończących się objawieniach i jako Królowa, naczynie wybrane pełne Bożej łaski, rozdziela te dary tym, którzy zgodzą się wejść na Jej drogę. A my tych łask bardzo potrzebujemy, zwłaszcza teraz, gdy tak niewielu pragnie spojrzenia wiary i posłuszeństwa prawom Króla królów.

Maryja też, jako Matka, jest jedyną z osób występujących w tym dramacie, która pozostaje w głębokiej zażyłości z Bogiem. Nikt inny nie nawiązał z Nim takiej więzi, ani Jego uczniowie, ani Jego kapłani. To też wezwanie dla nas. Spojrzenie wiary i posłuszeństwo prawom Królestwa jest możliwe o ile (oraz na tyle) trwamy w relacji z Panem.

« Older posts

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑