Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Dzień: 16 lutego 2019

Uniżenie i cierpliwe trwanie.

Chodził więc i głosił w ich synagogach po całej Galilei, i wypędzał demony. I oto przyszedł do Niego trędowaty, upadł na kolana (γονυπετων) i prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. A On, pełen współczucia, wyciągnął swoją rękę, dotknął go i powiedział: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast też zszedł z niego trąd i został oczyszczony. (Mk 1,39-40)

Spróbujmy odczytać tę perykopę w kontekście adoracji, rozumianej jako spotkanie z Panem. Możemy to czynić tym łatwiej, że punktem wyjścia w redakcji Markowej jest działanie (przynajmniej na pierwszy rzut oka) trędowatego. To on przychodzi do Jezusa i natychmiast pada n przed Nim na kolana uznając swoją bezsilność. Do tego momentu Ewangelista opisywał bądź uprzedzające działanie Jezusa, bądź inicjatywę osób towarzyszących choremu. Teraz jednak chory sam uniża się wobec Jezusa i oczekuje od Niego pomocy. Ilustruje to jeden z aspektów adoracji, w którym to my przychodzimy do oczekującego na nas Pana i przynosimy Mu nasze życie, a szczególnie troski i choroby.

Oczywiście wiemy, że:

Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą. (Flp 2,13)

I dlatego w przyjściu trędowatego do Jezusa widzimy uprzedzające działanie Ducha św. Warto jednak zadać sobie pytanie: w jaki sposób Duch przynaglił chorego do uniżenia się przed Rabbim z Nazaretu… Czy nie kryje się za tym z jednej strony doświadczenie cierpienia i niemożność poradzenia sobie z nim (ile można bowiem mleć w sobie te same myśli napędzane bólem) a z drugiej straceńcza wiara w moc Nauczyciela? Biada tym z nas, których trud nie doprowadza do skupienia się na Panu a wiara obumarła…

Może warto wspomnieć w tym miejscu o innej postaci ewangelicznej, która doświadczając trudu, zaufała mocy Jezusa, choć nie miała żadnych podstaw do tego, aby sądzić, że zostanie wysłuchana. Myślę tu o kananejskiej matce, której wołania Jezus początkowo jakby nie wysłuchiwał, dopuszczając na nią niezwykle trudną próbę.

Gdy Jezus wyszedł stamtąd, oddalił się w strony Tyru i Sydonu. I oto kobieta kananejska z tamtych okolic wyszła i zaczęła wołać: Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest strasznie dręczona przez demona. On jednak nie odpowiedział jej ani słowem. Wówczas podeszli Jego uczniowie i zaczęli Go prosić: Odeślij ją, gdyż woła za nami. A On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela. Jednak ona podeszła i kłaniając się poprosiła: Panie, pomóż mi! On zaś jej odpowiedział: Nie dobrze jest brać chleb dzieci i rzucać szczeniętom. Ona na to: Tak, Panie, ale i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów. Wtedy Jezus zwrócił się do niej: O, niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz. I od tej godziny jej córka była wyleczona. (Mt 15,21-28)

Kobieta ta pochodziła z okolic Tyru. Tyr w języku hebrajskim ma szereg znaczeń, między innymi używa się tego wyrazu na określenie „trudności, ucisku, tego, co ciasne, niebezpieczeństwa”. Być może całe życie tej kobiety było pełne ucisku i zasadzek, jakie tworzył wobec niej szatan. Jednocześnie to nie sam trud jest przekleństwem. „Ciasna brama” wiodąca do Domu Ojca nazywa się „tyr patah”, a przed tronem Baranka w niebie są „ci, którzy przyszli z wielkiego ucisku” – wielkiego Tyru…

Uporczywe wołanie kananejskiej niewiasty, przypomina adoracyjne, cierpliwe wpatrywanie się w Jego eucharystyczne Oblicze – ukryte za zasłoną chleba. Postawa klęcząca i walka z rozproszeniami, z sennością, ze zmęczeniem, czyli tym wszystkim co odciąga adorującego od Pana to dalekie echo słów uczniów, którzy chcieli, aby Jezus odpędził krzyczącą kobietę. Jej postawa pełna pokory, prawdy o swojej sytuacji, o własnym bałwochwalstwie (była poganką), jej świadomość bycia niegodną cudu, o który prosi, a wreszcie olbrzymia ufność wobec Nauczyciela – to skłania Jezusa do uczynienia zadość jej prośbie. W ten sposób dokonuje się spotkanie, u którego zarania stoi cierpienie i trud – zarówno ten związany z chorobą córki, jak i ten związany z uporczywym błaganiem Jezusa. Może dlatego tak mało Pan czyni w naszym życiu, bo brakuje nam i pokory i cierpliwości a nade wszystko ufności, jaką miała tamta poganka.

Trędowaty także został pewnie poprowadzony przez własne cierpienie. Zginając kolana przed Jezusem uznaje swoją bezsilność i odwołuje się do woli Jezusa, do Jego łaski. Czy nie ma w nas zbyt wiele zuchwałej pewności, że Łaska się nam po prostu należy? Że realizująć “receptę na modlitwę”, czy adorację, powinniśmy otrzymać gotowy “produkt”? Trędowaty upadł na kolana przed Jezusem, przed konkretną Osobą. Czy czasami nie tracimy tego z oczu, że klęczymy przed Osobą, że mówimy do Osoby, że orientujemy całe swe życie na Osobę?

Wyciągnięta ręka Pańska jest znakiem mocy Boga i szczególnego działania Ducha św. Czy pamiętasz, że na każdej adoracji jesteś w obecności Bożej mocy? Że tym, który ma sprawiać w tobie modlitwę jest Duch Pana, który:

Podobnie i Duch wspiera nas w naszej słabości; gdy bowiem nie wiemy, o co się modlić, ani jak należy, sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. (Rz 8,26)

Czy więc zaczynasz adorację od wezwania Ducha św.? Czy jakimkolwiek aktem strzelistym, który zaangażuje twoje zmysły uświadamiasz sobie Obecność Osoby Jezusa?

Jezus podkreśla wobec trędowatego: Chcę! Jest w tym stwierdzeniu głębokie pragnienie związane z chorym człowiekiem, jakby mówił: Chcę ciebie! Chcę ciebie oczyszczonego, wolnego. Potrzebuję ciebie! Zależy mi na twojej wolności! Chcę twojej czystości! Chcę się tobą posłużyć! Warto pamiętać to podczas adoracji, aby nie dać się zwieść zmysłowej ciszy, czy wodospadowi pytań i trosk, jakie przelewają się przez serce i umysł. Pan zawsze do nas mówi (nawet gdy milczy!), tylko, że my jesteśmy głośniejsi od Niego.

I jeszcze jedno – może być i tak, że upadasz na kolana przed Panem, ale nie chcesz Go ani prosić, ani uwielbić, ani być z Nim. Może być tak, że twoja myśl i twoja wola są daleko. Bacz wówczas, aby  nie stać się jak ci, którzy upadają wprawdzie przed Chrystusem, ale więcej jest w tym szyderstwa, aniżeli bojaźni. Czy to możliwe? Św. Mateusz zapisał:

Wówczas żołnierze namiestnika zabrali Jezusa do pretorium, a [tam] zgromadzili wokół Niego całą kohortę. Rozebrali Go i narzucili [na Niego] szkarłatny płaszcz. Włożyli też na Jego głowę spleciony z cierni wieniec, do prawej ręki [wcisnęli] trzcinę. I klękając (γονυπετησαντες) przed Nim wyśmiali Go, mówiąc: Witaj, królu Żydów! (Mt 27,27-29)

Cały ten opis to parodia spotkania z Jezusem, parodia adoracji. W centrum On, pokorny i cichy, a dookoła rozszalała zgraja ludzkich emocji i cynizmu. Warto zadać sobie pytanie: Czy Król, którego adoruję ma władzę w moim życiu? Czy korona, jaką Mu zakładam jest upleciona z mojej pokory, czy też z grzechów, zwłaszcza związanych z pychą i egotyzmem? Czy klęcząc wyśmiewam Go w moim sercu i gardzę Jego męką, czy też jako pokutnik upadam w proch uświadamiając sobie bezmiar miłości do mnie?

Na ile jesteś cierpliwy w modlitwie? Czy oddajesz Panu swoje trudności?

W jaki sposób przeżywasz swoje spotkanie z Osobą Jezusa podczas adoracji? Jak się modlisz? Jak się zwracasz do Niego?

Czy masz świadomość że Pan chce twojej obecności na modlitwie, że chce działać w twoim życiu?

W świetle, czy w cieniu?

Lampą ciała jest oko jeśli więc oko twoje będzie proste (czyste, szczere) całe ciało twoje będzie w świetle. Jeśli zaś twoje oko byłoby złe całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło w tobie jest  ciemnością, jakże wielka to ciemność! (Mt 6,22-23)

Zwykle termin “ciało” ma w Nowym Testamencie znaczenie negatywne, jako pewien element materialny przeciwstawiany temu, co duchowe. Tu jet inaczej. Widać w tym fragmencie pozostałość dawnego semickiego sposoby wyrażania się, w którym “ciało i krew” oznaczają po prostu człowieka.

“Lampa” lub “światło” twego ciała (λυχνος του σωματος – lychnos tou somatos) to podstawa umiejętności rozeznawania, poznania nie tylko ogólnego dobra i zła, ale także rozeznawania poszczególnych drobnych z pozoru rzeczy w życiu.

Oko (οφθαλμος – oftalmos) w Starym Testamencie – podobnie jak serce – to postawa człowieka. Według ST cały człowiek, cała jego osobowość, niejako koncentruje się w oku.

Oko ma być proste. Mateusz używa tu przymiotnika απλους, który można przetłumaczyć także jako “szczere, czyste, jasne”. LXX oraz Nowy Testament tym słowem określa postawę niepodzielonego serca oddanego Bogu. Człowiek który posiada oko „szczere”, niepodzielne, jest otwarty na objawienie, które przynosi Jezus. Człowiek, którego oko jest „złe” zamyka się na objawienie. Przed człowiekiem jest zatem wybór: otworzyć się całkowicie i szczerze na światło orędzia ofiarowanego przez Jezusa albo stanąć wobec niego z „okiem złym”, tj. dokonując własnych kalkulacji i zamykając się na to światło.

Powstaje pytanie – co jest twoją lampą? Co rzuca tak mocne światło na twoje patrzenie na samego siebie i sprawy dookoła, że determinuje całe twoje postrzeganie świata? A może należałoby inaczej zadać pytanie – co rzuca cień na twoje życie? Może jeszcze należycie nie oświetliło cię światło Słowa, które przychodzi:

…aby objawić się tym, którzy siedzą w ciemności i w cieniu śmierci, i nakierować nasze stopy na drogę pokoju. (Łk 1,79)

Czy twoje światło, twoje patrzenie na siebie należycie wydobywa z cienia wszystko, co kryje się w zakamarkach twego serca? Bo przecież:

Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego wychodzą złe zamiary, nierządne czyny, kradzieże, morderstwa, cudzołóstwa, chciwości, niegodziwości, podstęp, wyuzdanie, złe oko (zazdrość), obelżywość, pycha, głupota; wszystkie te złe rzeczy pochodzą z wnętrza i zanieczyszczają człowieka. (Mk 7,21-23)

Warto zwrócić uwagę, że św. Marek użył tu semityzmu “złe oko”, określając nim zazdrość. To także przyczynek do zrozumienia wady twego duchowego wzroku…

Zastanów się, która z tych wszystkich postaw nie zaciemnia twego spojrzenia tak, że nie widzisz Pana, w którego się wpatrujesz na adoracji, widzisz zaś siebie, swoje sprawy, trudności, tęsknoty, czy pragnienia. Pół biedy jeszcze jeśli mówisz o nich Chrystusowi, gorzej jeśli trwasz w kontemplacji własnej ciemności. W ten sposób można doprowadzić się do martwych rozważań, do beznadziei i widzenia wszędzie “tchnienia śmierci” i rozkładu. Podobnie jak starotestamentalny Tobiasz, który wszędzie widział jedynie trupy – niby to w pobożnej chęci spełniania dobrych uczynków grzebania zmarłych – co doprowadziło go do martwych relacji a wreszcie do ślepoty. Dopiero żółć ryby złapanej przez syna wróciłą mu wzrok.

I przystąpił do niego Tobiasz z żółcią z ryby w ręku, i dmuchnął na jego oczy, dotknął się i rzekł: «Ufaj, ojcze!», i przyłożył mu lekarstwo, i odczekał chwilę. Potem zerwał obiema rękami bielmo z kątów jego oczu” (Tb 11, 11–12).

O. Augustyn Pelanowski OSPPE tak komentuje ten fragment:

W języku greckim TO LEUKOMA oznacza nie tylko bielmo, ale też białość w ogóle. Źródłem tego słowa jest wyraz HE LEUKOS – czyli biały, błyszczący, a także uniewinniający!!! W języku polskim istnieje też takie przenośne określenie, że ktoś się wybiela, to znaczy uniewinnia się. Zaślepia nas uniewinnianie siebie samych – zauważmy, że szczególną cechą egocentryzmu jest to, że zawsze INNI SĄ WINNI, NIGDY MY. Zawsze do innych mamy pretensje, do Boga, do ludzi; zawsze inni nas krzywdzą, zawsze inni nie są tacy, jakbyśmy chcieli, aby byli, a my zawsze uważamy się za uczciwych i sprawiedliwych i zawsze się uniewinniamy. Bielmo – czyli skłonność do wybielania siebie samego – trzeba zerwać z własnych oczu, trzeba przyjąć odpowiedzialność za życie, za swoje złości, za swoją żądzę, za swoją pychę, za swoją chciwość, za swoje uczucia. Gdy człowiek wszystko odbiera w mrocznych przewidywaniach, pełnych ukrytej złości, ślepnie! Trzeba nam zaprosić miłość do własnego serca, miłość Boga. Trzeba zobaczyć to, że Bóg patrzy na nas z miłością, a nie z osądem.

Rozpoznanie Bożego spojrzenia dokonuje się przez przyjęcie z wiarą Bożego słowa – tego, które czytasz, lub tego które słyszysz głoszone na rekolekcjach czy homiliach. Ze słowem od Pana, pouczeniem czy po prostu prawdą może przyjść do ciebie życzliwy człowiek – przyjaciel, współmałżonek, kierownik duchowy, spowiednik. Śmiało można nazwać kogoś takiego “lampą”, w końcu sam Chrystus powiedział tak o swoim Poprzedniku:

On był tą Lampą, która płonie i świeci, wy zaś do pewnego czasu pragnęliście cieszyć się jego światłem. (J 5,35)

Pozwalasz tej lampie świecić w twoim życiu, czy też z różnych przyczyn chowasz ją “pod korcem”?

Co przeszkadza ci oglądać Pana? Co cię rozprasza? Grzech, emocje, lęk, jakiś ból?

W jaki sposób szukasz bożej lampy dla swoich ścieżek? Gdzie jest Twoja lampa?

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑