Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: Kwiecień 2019 (page 1 of 2)

Nie puszczę.

Gdy chromy, uzdrowiony, trzymał się Piotra i Jana… (Dz 3,11)

Można by rzec – wiedział kogo się ma trzymać.

A ty, kogo się trzymasz? Kto jest w zasięgu twojej relacji? Dbasz o to „trzymanie się”?

Trzymać się kogoś oznacza mocny uścisk, zaciśnięcie palców na czyjejś ręce, lub ubraniu. To także, nieco mniej dosłownie, przebywanie w obecności danego człowieka, dbanie o wzajemne kontakty, a nawet uznanie czyjegoś autorytetu. Wyraz kratountos, użyty w tym miejscu przez św. Łukasza odnosi nas do czasownika krateo, który oznacza „rządzić, trzymać mocno, dzierżyć władzę, władać, chwytać”. Trzymam się kogoś, a więc władając sobą, korzystając ze swej wolności, chwytam się kogoś lub czegoś, jak np. ostatniej deski ratunku.

Przypomina się proroctwo:

W owych dniach dziesięciu mężów ze wszystkich narodów i języków uchwyci się skraju płaszcza człowieka z Judy, mówiąc: «Chcemy iść z wami, albowiem zrozumieliśmy, że z wami jest Bóg». (Za 8,23)

Warto pamiętać, że uchwycenie się czyjejś szaty oznaczało poddanie się i niemą prośbę o pomoc. A skraj szaty, ozdobiony rytualnymi frędzlami oznaczającymi Prawo, był symbolicznym miejscem. Chwytający się tego kawałka materiału nie tylko błagali o pomoc konkretnego człowieka, ale także odwoływali się do Boga i przymierza z Nim. Dlatego wielu chorych wymienianych w Ewangeliach chwyta się frędzli szaty Jezusa.

Uzdrowiony żebrak spod Pięknej bramy chwycił się obecności Piotra i Jana, bo odkrył w niej inną Obecność – Boga żywego. Poznawszy, że Bóg jest z tymi dwoma mężczyznami, nie chciał powrócić do dawnego życia, do bezowocnego siedzenia przy bramie i żebrania ochłapów uwagi i marnych monet zainteresowania. Pojawienie się Apostołów w życiu żebraka było dla niego jasnym znakiem tego, że Bóg się o niego troszczy,że spełnia jego najgłębsze pragnienia.

Takiej szansy na życie nie można sobie odpuścić, ani nie można puścić Ręki, która udziela tak skutecznego błogosławieństwa.

Dlatego Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami powie:

… znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwyciłam go i nie puszczę,  (PnP 3,4)

A ty? Wiesz kogo się trzymać?

Emaus

Wszystko się dzieje w dzień Zmartwychwstania, “ów pierwszy dzień tygodnia”, który za chwilę stanie się Dniem Pańskim, szczególnie świątecznym, uroczystym i radosnym. Rano niewiasty były u grobu, potem Maria Magdalena spotkała ogrodnika, A później jeszcze Piotr i Jan weszli do pustego grobowca. Większość z tych osób jest pełna radości i szczęścia, może euforii.

W Kleofasie i jego towarzyszu  nie ma radości .

Wyszli z Jerozolimy pewnie przed południem, szybko po nowinach kobiet, nie czekali na dalsze wnioski, nie namyślali się zbytnio.

Idą do bliżej nieznanego Emaus. Do dziś nie wiadomo gdzie ono było i czy w ogóle było – trochę tak, jakby szli bez celu i bez większego sensu. Nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Grunt, że idą z miasta do wsi, z góry (Jerozolima jest wyżej położona) na niziny, z gwaru wielkiego miasta do ciszy prowincji. Z miejsca kaźni ich Mistrza, do domniemanej oazy spokoju.

Może nie mogli usiedzieć w miejscu? Może mieli potrzebę działania, jakiegokolwiek działania, robienia czegoś, byle nie siedzieć z założonymi rękami i nie kontemplować własnych rozczarowań?

A może idąc chcieli zawalczyć z własną apatią? Z obezwładniającą niewiarą w sensowność robienia czegoś? Bo co mieli robić? Głosić Ewangelię powieszonego na krzyżu? Zbierać pośród ludzi żniwo rozczarowań? Żyć, jakby nic się nie wydarzyło? Uczepić się apostołów i czekać, aż coś wymyślą? Może uznali, że lepiej już swoją depresję przeżywać gdzieś z dala od głównych szlaków, gdzie zawsze można wejść w oczy jakiemuś wysoko postawionemu kapłanowi. Na prowincji bezpieczniej…

A może, skoro było ich dwóch, każdy miał własną koncepcję, lub własny brak koncepcji tego co dalej i tego jak rozumieć chwilę obecną. Może uczeń nieznany z imienia chciał działać, choćby na oślep, a ten, którego nazywano Kleofasem był zbyt pogrążony w beznadziei i wolał gdzieś się zaszyć i przeczekać – choć co przeczekać i do kiedy, nie wiedział.

Ich rozmowa mogła przypominać spór, ale taki apatyczny, bez większego zaangażowania, bez większej nadziei na jakąś prawdę, czy rozwiązanie problemu. Słowo mówi, że „wymieniali ze sobą myśli” choć lepiej by można to przetłumaczyć na stwierdzenie, że „mówili sobie homilie”. Choć chodzi tu o grecki wyraz ωμιλουν (hōmiloun), oznaczający “bardzo poważną rozmowę na określony temat”, to trudno mi oprzeć się myśli, że uczniowie prawili sobie nawzajem kazania… w takim potocznym, nieco pejoratywnym znaczeniu tego słowa… Może próbowali się wzajemnie pouczyć, może jakoś znaleźć sens wydarzeń, może przekonać się nawzajem do czegoś?

Mówi ewangelista: “nawzajem się pytali”. Nie mieli odpowiedzi, nie mieli rozwiązań, jedynie same pytania. Zadawali je sobie wzajemnie, choć być może odkryli, że mija się to z celem, gdyż żaden z nich nie mógł uczynić więcej niż drugi.

Co ciekawe, nie szukali rozwiązania w Łasce. Nie trwali na modlitwie w świątyni, pewnie z lęku, a może i dlatego, że stracili serce do wszystkiego co było związane ze świątynnym kultem. Przestali ufać Świątyni, a nie było Rabbiego, który by cokolwiek wytłumaczył. Nie widzieli wokół siebie nikogo, kto by im pomógł odczytać znaczenie traumatycznych wydarzeń ostatnich dni.

W jakimś sensie, opuszczając Święte Miasto, oddalali się od Łaski i schodzili w niewiarę, w pustkę.

Niewątpliwie bardzo przeżywali swoje osamotnienie, a przez to skupili się bardzo na sobie, na swoich pomysłach i bezładnych próbach zrozumienia. Tak, jakby ich spojrzenie skoncentrowało się na małym punkciku „dziś”, nie chcąc, albo nie mogąc, uchwycić pewnej perspektywy, zwłaszcza związanej z wiarą. Szukali odpowiedzi u siebie nawzajem, może się też nawzajem oskarżali o brak tej odpowiedzi?

Staram się maksymalnie przybliżyć do tego stanu umysłu, woli i uczuć, jaki mógł im towarzyszyć, bo jest mi on bliski. Znam tę bezradność, rozczarowanie rzeczywistością, poczucie wypalenia, przerażenie przyszłością, a wreszcie apatię przerażającą się w obojętność. To „schodzenie w dół”, osuwanie się duszy, paraliż owocnego działania. Ten demoniczny wręcz zastój, w którym intelekt przestaje poszukiwać odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, szukać winnych porażki, a zaczyna wegetować. Mogę sobie wyobrazić, z jaką niechęcią szli do wsi, może swojej rodzinnej, wiedząc, że mogą tam zostać wyśmiani, jako ci, którzy uwierzyli zwodzicielowi. Jeszcze jednak silniejszy był strach związany z siedzeniem w Jerozolimie. I tak źle, i tak niedobrze. Sytuacja bez wyjścia. Wszędzie ściany.

Jakże dobrze to znam…

Są tak skupieni na sobie, tak intensywnie przeżywają własny dramat, że nie dostrzegają Wędrowca, który od pewnego już czasu im towarzyszy.

I to jest piękne, że On ich nie pozostawił w tej bezradności i niezrozumieniu, ale sam, z własnej woli, przez nikogo nie wzywany, przyłączył się do ich wędrówki do nikąd. “Szedł z nimi” – napisze św. Łukasz, towarzyszył im, był zainteresowany tym, co mówią, a jeszcze bardziej tym, co przeżywają. Zapewne badał ich “nerki i serce” (Jr 11, 20), czyli wolę i uczucia, szukając w nich punktu zaczepienia.

A oni nie poznali, że odpowiedź na wszystkie pytania jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, w osobie tajemniczego wędrowca. Ich aparat poznawczy był przyćmiony, ograniczony, czy nawet czymś spętany. Może tak byli pogrążeni we wzajemnym przerzucaniu się pytaniami i pouczeniami, że nie rozpoznali Go.

Tę wymianę do niczego nie prowadzących poglądów Jezus przerywa pytaniem, które przełożone dosłownie brzmi: “Cóż to za słowa (logoi) odbijacie między sobą tak po drodze?” Ono sprawia, że przystanęli, tak jakby po raz pierwszy tego dnia naprawdę dotarło do nich coś ważnego. BO jak bóg mówi, to człowiek się zatrzymuje .

A co On powiedział? Zapytał o słowa, nauki, mowy, które odbijają od siebie. Można to rozumieć zarówno jako odbijania między sobą – jak byśmy dziś powiedzieli – piłeczki ping-pongowej, jak i jako nauki, które – choć znane – to odbijają się od tego, który je wygłasza.

To pytanie wywołało w nich smutek. Nie przyjęli interwencji Wędrowca zbyt pozytywnie, jakby struna, którą poruszył wydała zbyt bolesny dźwięk. Mimo to weszli w dialog.

Cała moc rozczarowania dojdzie do głosu w momencie gdy Kleofas otworzy serce przed Nieznajomym – a może i wreszcie przed swoim bezimiennym towarzyszem? – i stwierdzi: „A my mieliśmy nadzieję, że On jest tym, który ma wyzwolić Izraela”… Mieliśmy nadzieję… Oczekiwaliśmy… Tak bardzo zaangażowaliśmy się… Gdzieś w tym pobrzmiewa cichutkie: „Oszukano nas”…

To doświadczenie zawodu jest tak silne, że neutralizuje wszystkie inne wydarzenia, oraz staje się kluczem do odczytania tego momentu życia. Kleofas i jego towarzysz nie patrzą już na swoją egzystencję przez pryzmat wiary, jak zapewne było to za ziemskich dni ich Mistrza, ale przez pryzmat beznadziei jaką żywią głęboko w sobie. Już się niczego nie spodziewają, niczego nie chcą, nie mają żadnych pragnień. Nawet wiadomość o pustym grobie jest dla nich jedynie okazją do zadziwienia, ale nie widzą w niej nadziei. Nawet anielskie proroctwa nie budzą serc uczniów z letargu. Może uwierzyli, że nie są warci tego, aby to w czym pokładali ufność, okazało się prawdą? Może stracili wiarę i w Jego moc i w Jego miłość?

W odpowiedzi Nieznajomy zaczyna ich łajać, wyrzucając im głupotę i lenistwo duchowe. Głosi im Słowo, na nowo proklamuje Ewangelię, wykazuje logikę proroctw i figur starotestamentalnych mówiących o Nim, a przez to wszystko – zapala w ich sercach, ośrodku konstytutywnym osoby ludzkiej, wiarę. Powiedzą potem, że serca w nich  płonęły…

Kiedy zadał im pytanie, przystanęli, w miarę jak mówił o coraz bardziej widzieli logikę wydarzeń własnego życia, wplątanych w Historię Zbawienia, zaczęli iść znowu. Już nie oddalali się od Świętego Świętych, ono było razem z nimi. Wędrówka niewiadomo gdzie nabrała sensu, nie w wymiarze celu geograficznego, ale w wymiarze ożywienia władz duszy – sens był w Nim obecnym tuż obok.

Chcieli utrzymać ten stan, więc przymusili Go, aby usiadł z nimi za stołem. Bóg czasami lubi być zaskoczony, czy wręcz przymuszony ludzką wiarą. Tak było w wypadku setnika z Kafarnaum, który jako pierwszy przymusili swym wyznanie Pana do cudu na odległość. Tak było w przypadku kobiety kananejskiej, która – choć poganka i nie żydówka – otrzymała to, o co prosiła. Uczniowie po dotarciu do Emaus, uwierzyli, że Wędrowiec ma wiele odpowiedzi. Wędrowiec zaś, cóż, wiedział że trzeba iść dalej. Że nie mogą się zatrzymać na odpowiedziach z pierwszej ręki. Że muszą się przygotować na życie w Duchu. Że muszą się nauczyć odnajdywać Go w „łamaniu chleba”.

Kiedy wracali – wierzyli Mu.

Myślę, że starczyło im tej ufności do dnia Pięćdziesiątnicy, aby stać się bardziej świadkami Jego miłości i mocy, aniżeli swoich rozczarowań i zawiedzionych oczekiwań. Myślę, że odtąd pozwolili sobie na pragnienia przekraczające ich naturalne predyspozycje – i nie chodzi tu o pragnienia doczesne, z marzeniem o spokojnym, ułożonym życiu na czele. Zachcieli zdobycia świata dla Niego. Zachcieli ratowania dusz zanurzonych w przewrotnym pokoleniu o twardych sercach. Zachcieli wypełnienia Jego Obietnic o życiu w Królestwie.

Wobec bezradności.

W pierwszy dzień tygodnia niewiasty, ledwie zaczynało świtać, poszły do grobu, niosąc przygotowane wonności.

Kamień zastały odtoczony od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa.

Gdy wobec tego były bezradne (pełne niepokoju), nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał. Przypomnijcie sobie, jak wam mówił, będąc jeszcze w Galilei: „Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, lecz trzeciego dnia zmartwychwstanie”». Wtedy przypomniały sobie Jego słowa, wróciwszy zaś od grobu, oznajmiły to wszystko Jedenastu i wszystkim pozostałym. A były to: Maria Magdalena, Joanna i Maria, matka Jakuba; i inne z nimi opowiadały to apostołom. Lecz słowa te wydały im się czczą gadaniną (niedorzecznością, nonsensem, plotkami, baśniami) i nie dali im wiary.

Jednakże Piotr wybrał się i przybiegł do grobu; schyliwszy się, ujrzał same tylko płótna. I wrócił do siebie, dziwiąc się temu, co się stało. (Łk 24, 1-12)

Pierwszy werset tej ewangelii, to jeszcze jest świat uporządkowany – wstaje świt, niewiast zgodnie ze wcześniejszym postanowieniem idą do grobu niosąc wonności wyrażające ich miłość do Zmarłego. Wszystko jest, jak się wydaje, na swoim miejscu. I żal, który musiała przenikać ich serca, i wielkoduszność wyrażająca się w tym, co nazywamy “ostatnią posługą”, i może rozpacz, i stracone nadzieje, i poczucie pustki, może niepewności czy niewiedzy co dalej robić. Są pozbawione oparcia (widać, że mężczyźni pochowali się po kątach – przypomina się sytuacja z raju, kiedy Adam pozostawił Ewę na pastwę kusiciela), więc idą za porywem swej naturalnej dobroci.

I nagle zgrzyt – kamień odsunięty.

I kolejny – nie ma ciała Nauczyciela.

Te dwa zgrzyty są jak wybicie kogoś z utartej ścieżki postępowania. Jak niczym nie przewidziana zmiana trajektorii strzały wypuszczonej z łuku.

Ich pierwszą reakcją na brak Jezusowych zwłok nie mogła być radość. Człowiek, którego przyzwyczajenia zostały zburzone nie cieszy się, lecz najpierw ulega dezorientacji, czy nawet złości. Przecież one szły do grobu – owszem namaścić ciało – niosąc, pośród wonności, swój ból, żal, poczucie krzywdy i niezgodę na to, co się stało! Może ulegały już mechanizmowi, który każe rozmawiać ze zmarłymi. Może chciały wypłakać się przed martwym, zimnym Jezusem. Pójście do grobu Mistrza, było dla nich niczym pójście do własnego grobu, wejściem w te rejony samych siebie, w których jest bolesna pustka, ciemność i rozpacz. Chciały tam napotkać Jego ślad, choćby martwy, ale tam nic już nie było.

Na to nie były przygotowane.

Ogarnęła je bezradność.

To ciekawe uczucie. Charakteryzuje je nie tylko brak pomysłu na zachowanie w danej sytuacji, ale także rodzaj bezsilności i dezorientacji. Człowiek, wybity z rytmu przyzwyczajeń, doświadcza, że jest w sytuacji bez wyjścia, oraz ogarnia go dramatyczne poczucie samotności.

Może to charakteryzuje wielu z nas?

Może jakieś wydarzenia, niekoniecznie będące skutkiem naszych grzechów, wybijają nas z rytmu codzienności, znanych ścieżek postępowania, utartych schematów. Choroba, śmierć kogoś bliskiego, czyjaś zdrada, zagubiona relacja z kimś bliskim, coraz bardziej doskwierająca samotność. A może są jeszcze inne znaki, wykraczające poza nas samych – kataklizm, trzęsienie ziemi, pożar. Czyjeś cudowne ocalenie, albo uzdrowienie, albo w drugą strone – czyjaś nagkla demoniczna głupota kończąca się porzuceniem rodziny i dzieci, lub kapłaństwa.

Znaki. Wstrząsy, jakie dopuszcza Pan, aby potrząsnąć naszą pustką i niewiarą.

Niewiasty idące do jerozolimskiego grobu na pewno były pełne miłości, ale nie miały w sobie wiary, choć ich Nauczyciel tyle razy wzywał – “Miejcie wiarę”! Nie pamiętały żadnej z trzykrotnych zapowiedzi o zmartwychwstaniu! Nie pamiętały proroctw! Nie wyciągnęły wniosków ze wskrzeszenia młodzieńca w Nain czy Łazarza! Pozwoliły swojej wierze usnąć, dając posłuch naturalnym emocjom i reakcjom.

Mimo, że niosły wonności, to jednak ich dobry czyn był pusty, bo bez wiary. Tak jak i nasze czyny, nasze dobre uczynki, nasze bycie “przyzwoitym człowiekiem”, nasze starania się, nasze pobożności, nasze modlitwy i śpiewy, nasze posty i wymagania od siebie, mogą być puste, mogą być jedynie wonnościami do namaszczenie trupa – bez wiary!

Zobaczywszy dwóch aniołów, poczuły niepokój, jakąś przedziwną sprzeczność, między tym co odbierały ich zmysły, emocjami, doświadczeniem, oraz przebijającymi się wspomnieniami z Jezusowych proroctw.

Pochyliły głowy, co oznacza, że wreszcie przepuściły rozum przed swoje uczucia. Zaczęły – może wzorem Maryi – rozmyślać, rozważać, przyglądać się chwili. Podobnie uczyni Piotr, gdy wejdzie do grobu – schyli się i dopiero wtedy ujrzy puste płótna, ułożone zapewne tak, jakby ciało z nich samo wyparowało.

O, jak mało w naszym życiu jest takich pochyleń! Przecież nawet z naszych małych wstrząsów nie wyciągamy żadnych wniosków! Nie uczy nas nic, ani choroba, ani samotność, ani śmierć! Widzimy sprzedawane kościoły! Widzimy domy boże zamienione na restauracje i kluby nocne! Widzimy płonący dach najważniejszej świątyni Francji! Widzimy jak nasze dzieci i wnuki żyją w grzechu, a często i w grzechu umierają! Widzimy apostazje narodów! Widzimy to wszystko i nie skłania nas to do nawrócenia! Może warto przypomnieć sobie sparafrazowane słowa Chrystusa, które w noc płonącej katedry czytałem na Twitterze, a które napisał O. Wojciech Ziółek SJ:

Czyż myślicie, że ci Galowie byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Europy, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie.

Nie nawracamy się, bo pozwoliliśmy uśpić się naszej wierze. Dlatego nie pojmujemy znaków. Dlatego też Bóg jest często bezradny wobec nas.

Strach, bezsilność, ból, zapatrzenie w siebie, zmęczenie, zniechęcenie – to jedyny filtr, jaki dopuszczamy patrząc na nasze życie i odrzucając spojrzenie według wiary. A przecież Pan jest mocą, siłą odwagą, kojącym balsamem, jedyną pełnią, a wreszcie Życiem!

Zgadzasz się ze mną?

To powiedz to – sobie i innym. Ludziom i aniołom.

Powiedz, że wierzysz.

Że w noc paschalną, gdy Chrystus zwycięża na nowo w nas, ty – po raz kolejny – chcesz patrzeć na życie przez wiarę! Nie przez siebie, ale przez wiarę! Nie przez bezradność! Nie przez słabość! Nie przez swój – wątpliwej jakości, przyznajmy to – geniusz!

Dziś Bóg chce zawrzeć z tobą przymierze. Na nowo. Chce ci obiecać szczęście i wieczność. Chce ci obiecać wybawienie. Chce ci obiecać spełnienie.

Masz się na nowo wyrzec grzechu, zwłaszcza ciężkiego. To grzech jest twoim największym wrogiem. Największym wrogiem twojej rodziny, relacji, twojej Ojczyzny. Masz się wyrzec lenistwa, pychy nieczystości, obżarstwa i pijaństwa, gniewu, chciwości, zazdrości, i tylu innych słabości, które pasożytują na twoim życiu. Masz się wyrzec grzechu, aby być wolnym.

Masz się wyrzec – jak pisze Apostoł – wszystkiego, co ma choćby pozór zła, wsłuchując się w nauczanie apostolskie Kościoła, które pomaga rozpoznać ów pozór. Masz się wyrzec ścieżek prowadzących do grzechu, abyś mógł sobą władać.

Masz się wyrzec szatana, tym samym uznając jego podstępne działanie. Masz się go wyrzec, aby móc służyć prawdziwemu Panu.

Chciej uwierzyć! Chciej powiedzieć – wierzę!

Chciej powiedzieć:

Oto rozpoznałem dobro najwyższe w Bogu, poznałem, że to On jest źródłem wszystkiego – “nieba i ziemi”, ludzi i bytów duchowych, przyrody i świata zwierząt. On jest źródłem szczęścia i ludzkiej miłości. Rozpoznałem, że tak jest. Choć sam mogę tego nie doświadczać, to ufam tym, którzy mi o tym mówili, którzy to doświadczyli i oparli na tym swoje życie. Wierzę w Boga Stwórcę, Ojca, który mnie miłuje. Wierzę i chcę go poznawać!

Wierzę w Chrystusa, Jego ziemskie życie, jakie miał dzięki pokornej zgodzie młodziutkiej Panny z Nazaretu. Wierzę w Jego słowa i czyny, wierzę w Jego miłość, która najpełniej wyraziła się w Jego Krwi przelanej na Krzyżu, tej samej, którą – wraz ze swym Ciałem – pozostawił do spożywania. Wierzę, że jest obecny w Eucharystii przyjmowanej i adorowanej. Wierzę, że pokonał śmierć i żyje i oczekuje na mnie w domu Ojca.

Wierzę w Ducha świętego, który jest miłością Ojca i Syna, który po dziś dzień napełnia swoich wybranych mową prorocką. Wierzę w Ducha, dzięki któremu możemy patrzeć na nasze życie przez pryzmat żywej wiary, który porusza i prowadzi Kościół. Tak! Wierzę w Kościół! Wspólnotę słabych i grzesznych ludzi, którzy chcą jednak ufać mocy Ewangelii! Którzy mają rodzinę w niebie – świętych, braci i siostry, którzy przeszli ziemię. Którym Pan pozostawił siebie w sakramentach! Którzy mogą sobie nawzajem świadczyć o żyjącym Panu, zmagając się o okazywanie sobie miłości!

Wierzę, że kiedyś Pan mnie osądzi i drżę na myśl o tym, ale chcę ufać Jego miłosierdziu! Wierzę w nie, bo wiem, że mi przebacza – ileż razy mi przebaczał i nadal to czyni! Wierzę, że będę żył wiecznie!

Chcę wierzyć. Wierzę!

Piotr odszedł od grobu zadziwiony. Tak, wiara zadziwia. Jej moc zdumiewa. Jej prostota zachwyca. Życz ci tego zdumienia i zachwytu – i oby Przeciwnik nie wyrwał ci tej zbroi, którą dziś Zmartwychwstały, Ten, dla którego nie ma rzeczy niemożliwej, zakłada na ciebie.

Odrzucenie.

W opisie Pasji wg św. Jana odnajdujemy szereg postaci, z których każda jest żywą katechezą o odrzuceniu Boga.

Judasz, który całuje swego Mistrza, zaprzeczając znaczeniu tego gestu, uosabia pytanie o naszą obłudę, o gesty, które wykonujemy, a które mogą być puste, o udawanie miłości, o posłuszeństwo prawom lęku, troski o siebie, chciwości.

Kohorta i straż, mimo, że niesie światło, i mimo, że szuka Jezusa, i mimo, że On się im objawia, i mimo, że padają przed Nim na ziemię, to jednak wiąże Go, krępuje Jego działanie, uosabia pytanie o naszą konsekwencję, wobec tego co rozpoznajemy jako prawe i dobre. O uległość wobec blasku Słowa. O skrępowanie mocy Bożej przez brak naszej wytrwałości.

I jeszcze Piotr. Mimo, że staje w obronie Jezusa, to jednak zapiera się Go przed służącą (Dlaczego Piotr używa miecza? Czy dlatego, że każe mu to uczynić Pan? Bynajmniej. On po prostu dobywa miecz, bo go ma. Tyle. Ot, impuls. Ot, bezrefleksyjność.) i to trzy razy. Abp Fulton Sheen zauważa, że zaparcie się Piotra ma trzy powody. Najpierw czyni tak z powodu przesadnej pewności siebie Piotra co do własnej lojalności. “Chociaż starożytny prorok powiedział, że owce się rozproszą, Piotr miał poczucie, że będzie wolny od takiego upadku, gdyż dano mu klucze do królestwa niebieskiego”. Drugi powód to fakt, że nie czuwał i nie modlił się w Ogrójcu, a potem aktywizmem (miecz) chciał zastąpić duchowość. Trzeci powód to dystans fizyczny, jaki zachowywał od Chrystusa – jak pisze Sheen: “mógł on być symbolem dystansu duchowego, który ich obu oddzielał. Każde oddalenie od słońca prawości jest ciemnością”. Można dodać – nie wystarczy blask ogniska na dziedzńcu arcykapłańskiego domostwa…

Annasz, chociaż był arcykapłanem Boga Żywego, i uzurpuje sobie odpowiedzialność za dzieci Izraela,  jest jednak bardziej skupiony na swojej chwale, aniżeli na bożej. Jego reakcją na prawdę jest przemoc i danie odczucia swej władzy.

Kajfasz, mimo że w imieniu Izraela błaga w Jom Kippur Pana o odpuszczenie grzechów całego ludu i w imieniu Pana udziela ludowi błogosławieństwa, stając w miejscu drabiny Jakubowej, to nie wierzy w moc bożego błogosławieństwa i bawi się w krwawą politykę, doradzając, “aby jeden człowiek umarł za naród”.

Piłat, mimo, że ma wszystko – władzę, wojsko, prawo – aby wydać sprawiedliwy wyrok, ulega chwiejności i chęci przypodobania się ludowi i starszyźnie. Jego gra na zwłokę stawia go ostatecznie pod ścianą. Ulega, udając, że nie jest odpowiedzialny za wyrok, który wydaje.

I tu warto zauważyć, idąc za myślą Fultona Sheena, że proces Jezusa, w swoich dwóch fazach – religijnej przed arcykapłanami, oraz politycznej, ludzkiej, przed Piłatem – odpowiada dwom oskarżeniom.

Najpierw sądzono Proroka i Jego orędzie. W myśl tego przesłania, jest On nie tylko Sługą Jahwe, ale wręcz Jego Synem. Autentyczność i prawda bijące z tego orędzia (które sam Pan nazwał Ewangelią, Dobrą Nowiną o panowaniu Niebios) pociągnęło za sobą serca tysięcy Galilejczyków i Judejczyków. Ludzie, którzy uwierzyli w przepowiadanie Jezusa, w Jego słowa i czyny, którzy spróbowali popatrzeć na swe życie oczyma wiary i odkryć siebie, jako dzieci miłosiernego Ojca, weszli na drogę zupełnie nowej egzystencji.  Uznano jednak, że takie orędzie należy odrzucić, a z nim cały obraz Boga i Jego woli, jaką Prorok przyszedł objawić.

Potem, u Piłata, sądzono Króla, który, ma pewne prawa co do człowieka i świata. Jego Królestwo nie jest z tego świata, ale Jego Królestwo jest ponad tym światem. Jak potem powie Jan w Apokalipsie: “Król królów i Pan Panów”. Tymczasem w osobach Piłata i Heroda

Dlaczego narody się buntują, czemu ludy knują daremne zamysły? Królowie ziemi powstają i władcy spiskują wraz z nimi przeciw Panu i przeciw Jego Pomazańcowi (Ps 2,1-2).

Rzymski prokurator i żydowski tetrarcha uwierzyli w diabelskie zapewnienia, które Przeciwnik próbował sprzedać samemu Jezusowi w dniach pamiętnego kuszenia na pustyni:

Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. (Łk 4,5-6)

Uznano więc, że nie ma On prawa do zaoferowania człowiekowi swoich praw i że ludzkie Królestwo nie chce rządzić się zasadami “Państwa Bożego”, jak by powiedział św. Augustyn.

Dodatkowo, jako że kpina połączona z krwawym widowiskiem wzbudza u tłumu pogardę, postanowiono wyśmiać roszczenia Boga, roszczenia w myśl których zbłąkany człowiek może patrzeć oczyma wiary na swe życie, a Bóg może w to życie wkroczyć z mocą dając ludziom swoje prawa. Znakiem tego wyśmiania była korona cierniowa i szkarłatny płaszcz. Żołnierze, którzy stali się narzędziem wydrwienia boskich prerogatyw Jezusa, są jednocześnie obrazem tej części nas samych, która wciąż dąży do świętego spokoju, i jest gotowa uciekać w drwinę i cynizm, nawet wobec rzeczy najświętszych. W momencie zamętu, często dzięki zniszczeniu części własnej wrażliwości przez dobrowolną zgodę na jakiś grzech (zwłaszcza ciężki), człowiek gubi jasność rozeznania dobra i złą, nawet w najprostszych rzeczach. Aby oddzielić się od ciężaru decyzji i odpowiedzialności ucieka w kpinę, która pozwala mu zachować ułudę dystansu.

Ułudzie ulegają także Nikodem i Józef z Arymatei, którzy – choć przychodzą z uczynkiem miłosierdzia, namaścić martwe ciało Jezusa i złożyć je do ofiarowanego przez siebie grobu – próbują dobrocią zamazać swoje tchórzostwo i niechęć do zaryzykowania pozycji w obronie prawdy. Same uczynki, bez wiary, choćby najlepsze nie na wiele się zdadzą, bowiem Paweł pisze:

…z uczynków Prawa żaden człowiek nie może dostąpić usprawiedliwienia w Jego oczach (Rz 3,20).

Pocałunek Judasza, brak konsekwencji ludzi świątynnych, popis siły władzy Annasza, pycha Piotra, małoduszność Piłata, tchórzostwo Nikodema i Józefa. W ten sposób człowiek odrzuca Boga.

Na szczęście, w tamtym momencie, Bóg nie odrzuca ostatecznie człowieka.

Na szczęście w tej galerii osobliwości, pośród tych przedziwnych typów ludzkich, które zauważył “umiłowany uczeń” w ów poranek wiosennego dnia miesiąca Nisan, był ktoś jeszcze.

Zwykle zwracamy uwagę na puentę sceny, którą nazywa się “Testamentem z krzyża”:

I od tej godziny uczeń wziął ją do siebie. (J 19,27).

Ale zaczyna się ona od słów Jezusa, skierowanych do Maryi:

Niewiasto, oto twój syn! (J 19,26).

To nie my skłaniamy Maryję, aby wzięła nas pod opiekę, to najpierw Ona musiała ponowić swe oddanie Słowu Wcielonemu i gotowość wielkiego macierzyństwa wobec człowieka. Bóg zaprosił ją do współpracy w kontynuacji dzieła Jezusowego. W czyimś sercu bowiem musiała zaistnieć doskonała odpowiedź na doskonałą miłość wyrażoną w orędziu Proroka i Króla. Choć wydaje się, że człowiek – w osobach Judasza, żołnierzy, Piotra, arcykapłanów czy Piłata – odrzuca owo orędzie, to jednak jest też inny człowiek, Maryja, najpiękniejszy owoc stworzenia i stojący obok niej umiłowany uczeń, towarzyszący Mistrzowi do końca. Oni przyjmują boże dzieło w sobie i pozwalają mu rozkwitnąć. Orędzie wydaje owoc nie w wielkich tego świata, nie w pysznych i zapatrzonych w siebie, nie w sercach opanowanych lękiem i obłudą, ale w ziemi przepełnionej prostotą, ludzką bezradnością, i wielkim zaufaniem.

Maryja spod krzyża, przyjmująca umiłowanych uczniów swego Syna, przyjmująca bez zastrzeżeń Jego orędzie – będące jednocześnie orędziem Ewangelii – to Prorokini i Służebnica Królestwa. Jako taka przychodzi do nas w niekończących się objawieniach i jako Królowa, naczynie wybrane pełne Bożej łaski, rozdziela te dary tym, którzy zgodzą się wejść na Jej drogę. A my tych łask bardzo potrzebujemy, zwłaszcza teraz, gdy tak niewielu pragnie spojrzenia wiary i posłuszeństwa prawom Króla królów.

Maryja też, jako Matka, jest jedyną z osób występujących w tym dramacie, która pozostaje w głębokiej zażyłości z Bogiem. Nikt inny nie nawiązał z Nim takiej więzi, ani Jego uczniowie, ani Jego kapłani. To też wezwanie dla nas. Spojrzenie wiary i posłuszeństwo prawom Królestwa jest możliwe o ile (oraz na tyle) trwamy w relacji z Panem.

Droga Krzyżowa 2019

Stacja I.

Pan Jezus na śmierć skazany.

Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia… (Dz 3,14-15)

Skazanie Boga na śmierć rozpoczyna się w każdym z tych licznych momentów, w których zaczynam  – choćby na chwilę – udawać, że On mnie nie dostrzega. Zamykam, oczy duszy – niczym małe dziecko, które schowane pod kołderką wyobraża sobie, że jak się zakryje z głową i zamknie oczy, to zniknie – i dopuszczam do siebie słodko kuszącą myśl o grzechu. Co prawda sumienie rozpocznie rozpaczliwą walkę o prawdę na temat tej sytuacji, ale odbieram ją jako nic nie wnoszące zadawanie mi bólu. Prawdy nie zaneguję, ale znowu udam, że ona mnie nie widzi, że chwilowo wypadłem z pola jej zainteresowania. I wtedy dopuszczę kolejną myśl o grzechu. I jeszcze jedną. I następną. I że – te słynne i chyba ulubione słowa szatana: “Nic się nie stanie…”

A jednak coś się dzieje.

Zdrada, lenistwo, cudzołóstwo, obżarstwo i pijaństwo, pycha, egoizm, zaślepienie… Listę można ciągnąć. A pod tą masą obrzydliwości zabita boża łaska. I to wszystko we mnie. I może też w tobie.

Bóg zabity w duszy ludzkiej pozbawia tę duszę wszelkiej siły witalnej, sprawiając, że staje się ona niczym zmarły Łazarz z Betanii:

Już cuchnie, bo jest tu czwarty dzień. (J 11,39)

System duchowego zakłamania jest jednak tak wielki, że smród rozkładu wnętrza nie robi wrażenia na władzach duszy. Wola jest sparaliżowana kolejnym pragnieniem rozkoszy czy korzyści związanych z grzechem, intelekt zaś produkuje argumenty na rzecz trwania w morderczej symbiozie ze złem.

Aż chce się zawołać za św. Pawłem:

Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku śmierci? (Rz 7,24)

Stacja II.

Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona.

I wyprowadzają Go, aby Go ukrzyżować. (Mk 15,20b)

Drugi Ewangelista zwykle opisuje wydarzenia Męki używając czasu przeszłego, tu jednak używa czasu teraźniejszego. To tak, jakby Pan, w wiecznym “teraz”, był nieustannie prowadzony na śmierć.

Owo “wyprowadzenie” zostało oddane greckim słowem εξαγουσιν (eksagousin), które Stary Testament (i znowu w czasie teraźniejszym) używa tylko raz jeden – w księdze Ezechiela:

Oto jednak zostanie w niej resztka, którą wyprowadzają (εξαγουσιν – eksagousin) – synowie i córki. Oto oni wyjdą do was i zobaczycie ich drogę i czyny, a wy będziecie pocieszeni z powodu tego nieszczęścia, które sprowadziłem na Jerozolimę – wszystkiego, co sprowadziłem na nią. (Ez 14,22)

Resztka ocalonych jest wyprowadzana z niewoli babilońskiej, owego nowego Egiptu, synonimu dopuszczonego przez Stwórcę zniewolenia grzechem. Chrystus zaś – nowa Reszta –  jest prowadzony z pretorium Piłata, miejsca niesprawiedliwości i tchórzostwa na Golgotę, miejsce ukrzyżowania. Czy aby na pewno? Tak naprawdę przecież Jezus jest wyprowadzany przez swego Ojca do miejsca wiecznej chwały, “miejsca odpoczynku”, jak powie autor Listu do Hebrajczyków, a Golgota i grób w ogrodzie są tylko krótkimi przystankami. Napisałem, zgodnie z biblijną intuicją, “wyprowadzany”. Tak. Każdy z uczniów Chrystusa, który chce współtworzyć ową tajemniczą Resztę ze swym Mistrzem, w jakimkolwiek momencie dziejów świata by nie był, musi zostać wyprowadzony na drogę ku chwale. Przez krzyż.

Wróćmy na chwilę znów do proroctwa Ezechiela. Wolność wspomnianej tam Resztki zawiera się w śmierci Mesjasza. Los Resztki jest zapowiedzią losu Mesjasza. Wartość Resztki w oczach bożych jest równa wartości Mesjasza. I Resztka bowiem, i Mesjasz, dzięki swej wierności uzyskują obietnicę ostatecznego ocalenia – nie tylko dla siebie, ale także dla swego potomstwa. Reszta natomiast ocali “swoich synów i córki” (Ez 14,16)… Syn Boży, biorąc krzyż, oraz ustanawiając uobecniające Jego Mękę Misterium Ofiary i Uczty, ocala zastępy swych braci – czyli tych, którzy Mu uwierzą i będą pełnić wolę Ojca – po kres czasów.

Stacja III.

Pierwszy upadek Pana Jezusa.

Oto Ten został dany (dosł. leży), na upadek i powstanie wielu w Izraelu – oraz jako znak, któremu się sprzeciwiają. (Łk 2,34)

Choć grecki wyraz κειται (keitai) tłumaczy się na ogół jako “został dany”, to dosłowne brzmienie przemawia do mnie bardziej – mimo, że Symeon mówi tu o leżącym na rękach Matki Niemowlęciu.

Zakrwawiony Chrystus także leży pod ciężarem krzyża, pod ciężarem grzechów. Być może w tej scenie jeszcze bardziej jest znakiem miłości Boga do grzesznego człowieka – zbity, bezsilny, upodlony. Wielu potknie się o tego leżącego Skazańca i upadnie, “a upadek ich będzie wielki” (Mt 7,27). Wielu?

Może jeszcze inaczej. Sam się co i rusz potykam o Leżącego, o Sługę Pańskiego, który bardzo pragnie umyć mi nogi, potykam się o Jego Mękę, potykam się – bo o Niej zapominam. Za każdym razem doznaję rozdwojenia – chciałbym iść śmiało zacznij, bez upadków, a jednocześnie boję się, że kiedyś przyjdzie moment, gdy się już nie potknę i pójdę w nieodwracalne…

Najbardziej niezwykłe, a zarazem przedziwnie codzienne (jak codzienny może być mój i twój upadek) jest to, że to nie ja dźwigam Umęczonego z Jego patibulum, ale to On znajduje tyle siły – wiem, płynącej z miłości. On kocha i wie, że jest kochany przez Ojca! – aby mnie dźwignąć. A nie jest to takie proste…

I oto znów się zapatrzyłem w siebie, i znów się potykam, i znów padam jak kłoda obok Skazańca. I trudno mi wstać samemu, by iść z mrokiem w sercu, obojętnie, z wyuczonym chłodem, gdzieś przed siebie. Nie umiem tak chodzić. Nie mogę też udawać, że On tam nie leży.

Znak na moje życie.

Stacja IV.

Pan Jezus spotyka swą Matkę.

Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. (Łk 8,19)

Na drodze, którą szedł obarczony krzyżem Jej Syn, też pewnie nie mogła się dostać bliżej Niego. I też z powodu tłumu, owego niezliczonego motłochu wszystkich epok, który musi się nasycić widokiem krwawej miazgi. Dla tego tłumu oczy są jak usta, a pamięć jak bezdenny żołądek. Muszą spoglądać, zerkać, patrzeć, gapić się – jedni z lekko skrywanym wstrętem, inni bezczelnie i bezwstydnie. Jedni czekając ostatecznego upadku swej ofiary, sępim, cierpliwym, a jednocześnie pustym spojrzeniem pilnują ostatecznej godziny przejścia, aby ogłosić swoje spełnienie. Inni, z trudem chowają satysfakcję, jakby chcieli powiedzieć “a nie mówiłem”, ale się trochę bali tak ostentacyjnego okazywania swych myśli, być może przyzwyczajeni do permanentnego udawania, pełni pożądania krwi, ale zbyt tchórzliwi, by żyć nim na co dzień. Są i tacy, którym wyrzuty sumienia zamykają powieki, ale nic nie zrobią, aby ruszyć się z miejsca, będą stali niczym mury rozpadających się świątyń – aż wszystko runie ostatecznie i zakończy ich beznadziejną egzystencję. Jeszcze inni nadają impet motłochowi, są jego sercem i krwioobiegiem, wiecznie głodni, wiecznie spragnieni, wiecznie głośni, wiecznie pewni siebie – zapewne tacy sami, z identycznym rykiem durnego ego, będą zaludniali nieskończone przestrzenie Otchłani. Niektórzy zaś udają, że znależli się w tym tłumie przez przypadek, tylko przechodzili, tak naprawdę są przyzwoitymi ludźmi, same Weroniki i Szymony, a teraz to tak tylko, na momencik sobie popatrzą, czy to źle?

W ten sposób wszyscy się karmią i napawają widokiem zhańbionej ikony (podobieństwa Boga? podobieństwa człowieka?), aby tylko wiecznie głodny bóg ich istnienia, żołądek pożądania, choć trochę przestał domagać się strawy. Takie są – wtedy, na arenach czy ulicach, i teraz, w sieci, czy telewizji – jedyne igrzyska małodusznych…

Kłębiący się tłum wielorakich pożądań oddziela Matkę od Syna, skazując Go na samotność, a w Jej Przeczyste Serce wbijając miecze boleści – jeden za drugim.

A w tym tłumie – my.

Stacja V.

Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi.

A gdy Go prowadzili, chwyciwszy jakiegoś Szymona Cyrenejczyka, który szedł z pola, włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. (Łk 23,26)

Królestwo Niebios podobne jest do skarbu ukrytego w roli, który człowiek znalazł, ukrył, uradowany odszedł, sprzedał wszystko, co ma, i kupił tę rolę. (Mt 13,44)

Scena z Szymonem z Cyreny wydaje się przeczyć słowom, jakie Pan wypowiedział nauczając:

Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje Mnie. (Łk 9,23)

Szymon bowiem nie bierze swego krzyża, ale Jezusowy, nie czyni tego z własnej woli, ale zostaje pochwycony i niejako przymuszony do tej krwawej eskapady. Może właśnie dlatego możemy się w tym Szymonie odnaleźć. W końcu najczęściej bywa tak, że krzyż spada na nas znienacka, nagle, zastając nas nieprzygotowanych na mozolne uginanie się pod jego ciężarem. Zostajemy pochwyceni przez cierpienie, którego nikt nie zapraszał. Ktoś nam wkłada na ramiona ciężar, za którym nie tęsknimy. Czyjaś wola kieruje nasze kroki w stronę, w którą byśmy nawet nie pomyśleli, żeby iść. Zostajemy złapani, prowadzeni, przytrzymani i jedyne co możemy zrobić – a czego, z oczywistych przyczyn, nie mógł zrobić Szymon – to nadanie sensu naszej drodze krzyżowej.

Jak wiemy, z przekazów innych ewangelistów, człowiek z Cyreny, a przynajmniej jego synowie, zapewne odnaleźli głęboki sens owego przymusu w owo przedpołudnie jerozolimskie, podczas powrotu z pola. Odkryli w sytuacji trudnej, narażającej na zaciągnięcie rytualnej nieczystości w przeddzień święta Paschy, palec boży. Szymon mógł zrozumieć, że za rękami żołdaków i ich wolą, kryłą się inna Wola, ta, która kazała Skazańcowi idącemu na Golgotę dźwigać krzyż.

Jest wielkim skarbem, podobnym do tego, jaki odnalazł na polu bezimienny kupiec z Pańskiej przypowieści, odkrycie w przymusie codzienności, w owych licznych sytuacjach, które stawiają nas pod ścianą, sensu głębszego, aniżeli ten, jaki narzucają nam emocje.

A może ów kupiec pochodził z Cyreny?


« Older posts

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑