Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Dzień: 25 kwietnia 2019

Nie puszczę.

Gdy chromy, uzdrowiony, trzymał się Piotra i Jana… (Dz 3,11)

Można by rzec – wiedział kogo się ma trzymać.

A ty, kogo się trzymasz? Kto jest w zasięgu twojej relacji? Dbasz o to „trzymanie się”?

Trzymać się kogoś oznacza mocny uścisk, zaciśnięcie palców na czyjejś ręce, lub ubraniu. To także, nieco mniej dosłownie, przebywanie w obecności danego człowieka, dbanie o wzajemne kontakty, a nawet uznanie czyjegoś autorytetu. Wyraz kratountos, użyty w tym miejscu przez św. Łukasza odnosi nas do czasownika krateo, który oznacza „rządzić, trzymać mocno, dzierżyć władzę, władać, chwytać”. Trzymam się kogoś, a więc władając sobą, korzystając ze swej wolności, chwytam się kogoś lub czegoś, jak np. ostatniej deski ratunku.

Przypomina się proroctwo:

W owych dniach dziesięciu mężów ze wszystkich narodów i języków uchwyci się skraju płaszcza człowieka z Judy, mówiąc: «Chcemy iść z wami, albowiem zrozumieliśmy, że z wami jest Bóg». (Za 8,23)

Warto pamiętać, że uchwycenie się czyjejś szaty oznaczało poddanie się i niemą prośbę o pomoc. A skraj szaty, ozdobiony rytualnymi frędzlami oznaczającymi Prawo, był symbolicznym miejscem. Chwytający się tego kawałka materiału nie tylko błagali o pomoc konkretnego człowieka, ale także odwoływali się do Boga i przymierza z Nim. Dlatego wielu chorych wymienianych w Ewangeliach chwyta się frędzli szaty Jezusa.

Uzdrowiony żebrak spod Pięknej bramy chwycił się obecności Piotra i Jana, bo odkrył w niej inną Obecność – Boga żywego. Poznawszy, że Bóg jest z tymi dwoma mężczyznami, nie chciał powrócić do dawnego życia, do bezowocnego siedzenia przy bramie i żebrania ochłapów uwagi i marnych monet zainteresowania. Pojawienie się Apostołów w życiu żebraka było dla niego jasnym znakiem tego, że Bóg się o niego troszczy,że spełnia jego najgłębsze pragnienia.

Takiej szansy na życie nie można sobie odpuścić, ani nie można puścić Ręki, która udziela tak skutecznego błogosławieństwa.

Dlatego Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami powie:

… znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwyciłam go i nie puszczę,  (PnP 3,4)

A ty? Wiesz kogo się trzymać?

Emaus

Wszystko się dzieje w dzień Zmartwychwstania, “ów pierwszy dzień tygodnia”, który za chwilę stanie się Dniem Pańskim, szczególnie świątecznym, uroczystym i radosnym. Rano niewiasty były u grobu, potem Maria Magdalena spotkała ogrodnika, A później jeszcze Piotr i Jan weszli do pustego grobowca. Większość z tych osób jest pełna radości i szczęścia, może euforii.

W Kleofasie i jego towarzyszu  nie ma radości .

Wyszli z Jerozolimy pewnie przed południem, szybko po nowinach kobiet, nie czekali na dalsze wnioski, nie namyślali się zbytnio.

Idą do bliżej nieznanego Emaus. Do dziś nie wiadomo gdzie ono było i czy w ogóle było – trochę tak, jakby szli bez celu i bez większego sensu. Nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Grunt, że idą z miasta do wsi, z góry (Jerozolima jest wyżej położona) na niziny, z gwaru wielkiego miasta do ciszy prowincji. Z miejsca kaźni ich Mistrza, do domniemanej oazy spokoju.

Może nie mogli usiedzieć w miejscu? Może mieli potrzebę działania, jakiegokolwiek działania, robienia czegoś, byle nie siedzieć z założonymi rękami i nie kontemplować własnych rozczarowań?

A może idąc chcieli zawalczyć z własną apatią? Z obezwładniającą niewiarą w sensowność robienia czegoś? Bo co mieli robić? Głosić Ewangelię powieszonego na krzyżu? Zbierać pośród ludzi żniwo rozczarowań? Żyć, jakby nic się nie wydarzyło? Uczepić się apostołów i czekać, aż coś wymyślą? Może uznali, że lepiej już swoją depresję przeżywać gdzieś z dala od głównych szlaków, gdzie zawsze można wejść w oczy jakiemuś wysoko postawionemu kapłanowi. Na prowincji bezpieczniej…

A może, skoro było ich dwóch, każdy miał własną koncepcję, lub własny brak koncepcji tego co dalej i tego jak rozumieć chwilę obecną. Może uczeń nieznany z imienia chciał działać, choćby na oślep, a ten, którego nazywano Kleofasem był zbyt pogrążony w beznadziei i wolał gdzieś się zaszyć i przeczekać – choć co przeczekać i do kiedy, nie wiedział.

Ich rozmowa mogła przypominać spór, ale taki apatyczny, bez większego zaangażowania, bez większej nadziei na jakąś prawdę, czy rozwiązanie problemu. Słowo mówi, że „wymieniali ze sobą myśli” choć lepiej by można to przetłumaczyć na stwierdzenie, że „mówili sobie homilie”. Choć chodzi tu o grecki wyraz ωμιλουν (hōmiloun), oznaczający “bardzo poważną rozmowę na określony temat”, to trudno mi oprzeć się myśli, że uczniowie prawili sobie nawzajem kazania… w takim potocznym, nieco pejoratywnym znaczeniu tego słowa… Może próbowali się wzajemnie pouczyć, może jakoś znaleźć sens wydarzeń, może przekonać się nawzajem do czegoś?

Mówi ewangelista: “nawzajem się pytali”. Nie mieli odpowiedzi, nie mieli rozwiązań, jedynie same pytania. Zadawali je sobie wzajemnie, choć być może odkryli, że mija się to z celem, gdyż żaden z nich nie mógł uczynić więcej niż drugi.

Co ciekawe, nie szukali rozwiązania w Łasce. Nie trwali na modlitwie w świątyni, pewnie z lęku, a może i dlatego, że stracili serce do wszystkiego co było związane ze świątynnym kultem. Przestali ufać Świątyni, a nie było Rabbiego, który by cokolwiek wytłumaczył. Nie widzieli wokół siebie nikogo, kto by im pomógł odczytać znaczenie traumatycznych wydarzeń ostatnich dni.

W jakimś sensie, opuszczając Święte Miasto, oddalali się od Łaski i schodzili w niewiarę, w pustkę.

Niewątpliwie bardzo przeżywali swoje osamotnienie, a przez to skupili się bardzo na sobie, na swoich pomysłach i bezładnych próbach zrozumienia. Tak, jakby ich spojrzenie skoncentrowało się na małym punkciku „dziś”, nie chcąc, albo nie mogąc, uchwycić pewnej perspektywy, zwłaszcza związanej z wiarą. Szukali odpowiedzi u siebie nawzajem, może się też nawzajem oskarżali o brak tej odpowiedzi?

Staram się maksymalnie przybliżyć do tego stanu umysłu, woli i uczuć, jaki mógł im towarzyszyć, bo jest mi on bliski. Znam tę bezradność, rozczarowanie rzeczywistością, poczucie wypalenia, przerażenie przyszłością, a wreszcie apatię przerażającą się w obojętność. To „schodzenie w dół”, osuwanie się duszy, paraliż owocnego działania. Ten demoniczny wręcz zastój, w którym intelekt przestaje poszukiwać odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, szukać winnych porażki, a zaczyna wegetować. Mogę sobie wyobrazić, z jaką niechęcią szli do wsi, może swojej rodzinnej, wiedząc, że mogą tam zostać wyśmiani, jako ci, którzy uwierzyli zwodzicielowi. Jeszcze jednak silniejszy był strach związany z siedzeniem w Jerozolimie. I tak źle, i tak niedobrze. Sytuacja bez wyjścia. Wszędzie ściany.

Jakże dobrze to znam…

Są tak skupieni na sobie, tak intensywnie przeżywają własny dramat, że nie dostrzegają Wędrowca, który od pewnego już czasu im towarzyszy.

I to jest piękne, że On ich nie pozostawił w tej bezradności i niezrozumieniu, ale sam, z własnej woli, przez nikogo nie wzywany, przyłączył się do ich wędrówki do nikąd. “Szedł z nimi” – napisze św. Łukasz, towarzyszył im, był zainteresowany tym, co mówią, a jeszcze bardziej tym, co przeżywają. Zapewne badał ich “nerki i serce” (Jr 11, 20), czyli wolę i uczucia, szukając w nich punktu zaczepienia.

A oni nie poznali, że odpowiedź na wszystkie pytania jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, w osobie tajemniczego wędrowca. Ich aparat poznawczy był przyćmiony, ograniczony, czy nawet czymś spętany. Może tak byli pogrążeni we wzajemnym przerzucaniu się pytaniami i pouczeniami, że nie rozpoznali Go.

Tę wymianę do niczego nie prowadzących poglądów Jezus przerywa pytaniem, które przełożone dosłownie brzmi: “Cóż to za słowa (logoi) odbijacie między sobą tak po drodze?” Ono sprawia, że przystanęli, tak jakby po raz pierwszy tego dnia naprawdę dotarło do nich coś ważnego. BO jak bóg mówi, to człowiek się zatrzymuje .

A co On powiedział? Zapytał o słowa, nauki, mowy, które odbijają od siebie. Można to rozumieć zarówno jako odbijania między sobą – jak byśmy dziś powiedzieli – piłeczki ping-pongowej, jak i jako nauki, które – choć znane – to odbijają się od tego, który je wygłasza.

To pytanie wywołało w nich smutek. Nie przyjęli interwencji Wędrowca zbyt pozytywnie, jakby struna, którą poruszył wydała zbyt bolesny dźwięk. Mimo to weszli w dialog.

Cała moc rozczarowania dojdzie do głosu w momencie gdy Kleofas otworzy serce przed Nieznajomym – a może i wreszcie przed swoim bezimiennym towarzyszem? – i stwierdzi: „A my mieliśmy nadzieję, że On jest tym, który ma wyzwolić Izraela”… Mieliśmy nadzieję… Oczekiwaliśmy… Tak bardzo zaangażowaliśmy się… Gdzieś w tym pobrzmiewa cichutkie: „Oszukano nas”…

To doświadczenie zawodu jest tak silne, że neutralizuje wszystkie inne wydarzenia, oraz staje się kluczem do odczytania tego momentu życia. Kleofas i jego towarzysz nie patrzą już na swoją egzystencję przez pryzmat wiary, jak zapewne było to za ziemskich dni ich Mistrza, ale przez pryzmat beznadziei jaką żywią głęboko w sobie. Już się niczego nie spodziewają, niczego nie chcą, nie mają żadnych pragnień. Nawet wiadomość o pustym grobie jest dla nich jedynie okazją do zadziwienia, ale nie widzą w niej nadziei. Nawet anielskie proroctwa nie budzą serc uczniów z letargu. Może uwierzyli, że nie są warci tego, aby to w czym pokładali ufność, okazało się prawdą? Może stracili wiarę i w Jego moc i w Jego miłość?

W odpowiedzi Nieznajomy zaczyna ich łajać, wyrzucając im głupotę i lenistwo duchowe. Głosi im Słowo, na nowo proklamuje Ewangelię, wykazuje logikę proroctw i figur starotestamentalnych mówiących o Nim, a przez to wszystko – zapala w ich sercach, ośrodku konstytutywnym osoby ludzkiej, wiarę. Powiedzą potem, że serca w nich  płonęły…

Kiedy zadał im pytanie, przystanęli, w miarę jak mówił o coraz bardziej widzieli logikę wydarzeń własnego życia, wplątanych w Historię Zbawienia, zaczęli iść znowu. Już nie oddalali się od Świętego Świętych, ono było razem z nimi. Wędrówka niewiadomo gdzie nabrała sensu, nie w wymiarze celu geograficznego, ale w wymiarze ożywienia władz duszy – sens był w Nim obecnym tuż obok.

Chcieli utrzymać ten stan, więc przymusili Go, aby usiadł z nimi za stołem. Bóg czasami lubi być zaskoczony, czy wręcz przymuszony ludzką wiarą. Tak było w wypadku setnika z Kafarnaum, który jako pierwszy przymusili swym wyznanie Pana do cudu na odległość. Tak było w przypadku kobiety kananejskiej, która – choć poganka i nie żydówka – otrzymała to, o co prosiła. Uczniowie po dotarciu do Emaus, uwierzyli, że Wędrowiec ma wiele odpowiedzi. Wędrowiec zaś, cóż, wiedział że trzeba iść dalej. Że nie mogą się zatrzymać na odpowiedziach z pierwszej ręki. Że muszą się przygotować na życie w Duchu. Że muszą się nauczyć odnajdywać Go w „łamaniu chleba”.

Kiedy wracali – wierzyli Mu.

Myślę, że starczyło im tej ufności do dnia Pięćdziesiątnicy, aby stać się bardziej świadkami Jego miłości i mocy, aniżeli swoich rozczarowań i zawiedzionych oczekiwań. Myślę, że odtąd pozwolili sobie na pragnienia przekraczające ich naturalne predyspozycje – i nie chodzi tu o pragnienia doczesne, z marzeniem o spokojnym, ułożonym życiu na czele. Zachcieli zdobycia świata dla Niego. Zachcieli ratowania dusz zanurzonych w przewrotnym pokoleniu o twardych sercach. Zachcieli wypełnienia Jego Obietnic o życiu w Królestwie.

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑