Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: Grudzień 2019 (page 1 of 2)

Światło nad mrokami

(1) Ludu idący w ciemnościach, spójrz na to wielkie światło!
Mieszkający w mroku krainy śmierci, oto światło wam rozbłyśnie.
(2) Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele.
Rozradowali się przed Tobą,
jak się radują we żniwa,
jak się weselą przy podziale łupu.
(3) Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo
i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy
jak w dniu porażki Madianitów. (Iz 9,1-3)

Tkwimy “w dole głębokim, w ciemnościach i przepaściach” (Ps 88,6) często z winy naszej bezbożności, bałwochwalstwa, zastępowania idolami tych miejsc w naszym życiu, które należą się jedynie Bogu. Nasze “nierozumne serca” (Rz 1,21) umiłowały te mroki, niejasności, półcienie i szarości – bo odwróciły się od prawdy, od szukania tego, co ona przynosi; bo odwróciły się od miłości, od wrażliwości na autentyczne potrzeby bliźniego; bo niekochające i nie doświadczające miłości znalazły pozór tak pożądanej afirmacji pośród mroków grzechu.

I nie widzimy ratunku, jak się wydostać z owego “dołu zagłady, błotnego grzęzawiska”. Nawet wiedząc, że “występni zginą w ciemnościach” (1 Sm 2,9), a Dzień Pański może nas zaskoczyć “jak złodziej” (1 Tes 5,4), nie przerażamy się perspektywą “nieugaszonego ognia” (Łk 3,17) tak mocno, aby zmienić swoje myślenie i postępowanie. Nie rozpoznajemy w naszych ciemnościach Jego wielkich cudów (Ps 88,8) nie widzimy dokąd mamy podążać (J 12,35) a mroki pomału ogarniają całość naszego życia.

Pośród tego wszystkiego prorok zwiastuje Światłość.

Bóg nie poddaje się naszym rozpaczom i beznadziei. Usankcjonowawszy rytm roku liturgicznego posługuje się On ową przemijalnością czasu, a co za tym idzie – świąt i obchodów. W ten sposób czyni obecnym pośród nas, swego nędznego ludu, wielkie Misteria, poprzez które chce wybawiać nieposłuszne dzieci, jeśli tylko uwierzą Jego Słowom. Przyszedłszy raz w historii, narodziwszy się w określonym miejscu i czasie z Maryi Dziewicy w Betlejem Judzkim, przychodzi nieustannie. Nie rodzi się po wielokroć, nie umiera po wielokroć, nie zmartwychwstaje raz za razem, ale zaprasza nas do stanięcia w wiecznym Betlejem. 

Na tym polega Jego miłosierdzie – na stworzeniu nam miejsca na decyzję, na propozycji.

Stojąc więc w pośrodku Bożego Narodzenia, oby się nam udało zawołać za Micheaszem:

Choć upadłem, powstanę, choć siedzę w ciemnościach, Jahwe jest światłością moją! (Mi 7,8)

Oby się udało odpowiedzieć na wezwanie Izajasza i spojrzeć na “to wielkie światło” (Iz 9,1)! Jak spojrzenie na miedzianego węża ratowało synów Izraela, tak oderwanie wzroku od ciemności i skierowanie go na Wschodzące Słońce, musi obudzić ufność i nadzieję! Musi! Kraina śmierci okazuje się bowiem pozbawiona swej złowrogiej mocy, gdy rozświetli ją blask Słowa Wcielonego. W tym świetle ostro uwidacznia się Jego zbawienna propozycja dla mnie i dla Ciebie – dla wszystkich, którzy “są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz” (Dz 2,39).

Izajasz woła:

Bo jarzmo przygniatające go, drąg na jego barkach, kij jego nadzorcy złamiesz jak w dniu Madianu (Iz 9,4). 

Tak, przygniata nas ciężar naszych grzechów i jego konsekwencji,  skutki raz rozbudzonych pożądań przyginają nasze karki do ziemi i karzą na niej szukać pokarmu mogącego nas nasycić. A przecież prawdziwy plon, autentyczny spichlerz pełen życiodajnego ziarna jest u Ciebie! I nie zamykasz go przed nami, ale szczodrym gestem zapraszasz, abyśmy się z niego sycili. Nasza nędza polega na tym, żę bujemy spichlerze ziemskie, komory pełne pustych ziaren, myśląc, że da nam to bezpieczeństwo na lata, by jeść, pić i dobrze się bawić. Nie pamiętamy Józefowych wykładni, według których może nadejść siedem lat chudych, może nadejść chuda wieczność, może przyjść Anioł Zagłady i odebrać nam to, w czym pokładaliśmy ufność.  A wtedy zostaniemy z niczym – za życia jęczący pod jarzmem pracy i przyrodzonych trudów, a po śmierci jęczący pod wieczną rózgą demonów…

Ty jednak bierzesz nasze jarzmo na siebie! Ty kładziesz na swój grzbiet drąg naszych grzechów! Ty, niczym Mojżesz w ziemi Egipskiej, niszczysz diabelskiego nadzorcę, który uciska nasze życie (Wj 2,12)!

Gdy na nowo uświadamiam sobie co uczyniłeś zstępując między lud pełen nędzy – jakże mam Cię nie chwalić! Jak Ci nie dziękować!

Gdy zdaję sobie sprawę, że nie chcesz tego jarzma, które mnie przygniata, a o którym często myślę, że jestem na nie skazany – jak Cię nie wielbić!

Niegdyś Gedeon pokonał Madianitów z garstką tylko wojowników. Odesłał najpierw tych, co się zbyt lękali nie mogąc zaufać mocy Pańskiej, potem tych którzy nie chcieli zbytnio się ubrudzić błotem i pili wodę z potoku Charod klęcząc. Wybrał tych, którzy wiedzieli o sobie, że mogą być jak psy – chłeptali wodę językiem. Gedeon zwyciężył z pomocą ludzi, którzy nie mieli złudzeń co do siebie, może byli przekonani, że są najgorsi, może doświadczyli “spsienia” w swoich grzesznych czynach, może byli swoistymi straceńcami, któym daleko do naszego drobnomieszczańskiego samozadowolenia. Stali się jak psy, o których Biblia nie wyraża się zbyt pochlebnie, bo są synonimem powtarzalnej głupoty:

Jak pies powraca do swego zwrócenia, tak głupiec wciąż powtarza swoje głupstwo. (Prz 26,11 – Wujek)

A czyż to nie prawda o wielu z nas? O głupich grzechach powtarzanych od dziesięcioleci nieustannie? 

Ale jest dla “spsiałych” nadzieja, jeśli tylko wejdą na ścieżkę psiej wierności, jak ten czworonóg, który stał się biblijnym towarzyszem Anioła i człowieka w księdze Tobiasza. 

Łaska i wierność spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój. Wierność z ziemi wyrośnie, a sprawiedliwość wychyli się z nieba. (Ps 85,11-12) 

Wierność wobec Boga i drugiego człowieka może być tą decyzją na jaką stać i tchórza i nałogowca, nawet jeśli dotyka już twarzą ziemi i zanurza się w nadrzecznym bądź innym błocie. Wybrani przez Gedeona wojownicy chłeptali wodę wprost z potoku Charod, a nazwę tę można przetłumaczyć jako “drżenie”. Aby się napić musieli się uniżyć, położyć nad brzegiem “drżenia”, a uczyni tak albo ten co się bardzo boi, ale tacy już wcześniej uciekli, albo ten, kogo ogarnia drżenia przez Panem i Jego wyrokami:

Rozdziera się serce we mnie, wszystkie moje członki ogarnia drżenie, jestem jak człowiek pijany, jak człowiek przesycony winem — z powodu Jahwe i Jego świętych słów. (Jr 23,9)

Wojsko Gedeona z bardzo licznego zostało zredukowane do garstki, “małej trzódki” (Łk 12,32), “resztki” (Iz 30,17) – i jako takie, posłusznie wypełniając Boże zamierzenia, odniosło spektakularne zwycięstwo.

(16) Wówczas Gedeon podzielił owych trzystu mężów na trzy hufce, dał każdemu z nich do ręki rogi i puste dzbany, a w nich pochodnie. (17) «Patrzcie na mnie – rzekł im – i czyńcie to samo, co ja. Oto ja dojdę do krańca obozu, a co ja będę czynić, i wy czyńcie. (18) Gdy zatrąbię w róg ja i wszyscy, którzy są ze mną, wówczas i wy zatrąbicie w rogi dokoła obozu i będziecie wołać: Za Pana i za Gedeona!»
(19) Gedeon i stu mężów, którzy mu towarzyszyli, doszli do krańca obozu w chwili, gdy tuż po zmianie następowało czuwanie środkowej straży nocnej. Zatrąbili w rogi i potłukli dzbany, które trzymali w rękach. (20) Natychmiast zatrąbiły w rogi także owe trzy hufce i potłukły dzbany. Wziąwszy zaś w lewą rękę pochodnie, a w prawą rogi, aby na nich trąbić, wołali: «Za Pana i za Gedeona!» (21) I przystanęli, każdy na swoim miejscu, dokoła obozu. Powstali wtedy wszyscy w obozie, poczęli krzyczeć i uciekać. (22) Podczas gdy owych trzystu mężów trąbiło na rogach, Pan sprawił, że w całym obozie jeden przeciw drugiemu skierował miecz. Obóz uciekł do Bet-Haszszitta ku Sartan aż do granicy Abel-Mechola obok Tabbat. (Sdz 7,16-22)

Światło, jakie wyjęli wojownicy Gedeona z wnętrza swych glinianych dzbanów i odważny głos rogu przeraziły demoniczne siły wojsk madianickich. W ludzkiej marności może działać Bóg – w tym co niepozorne, słabe, “gliniane”, czyli kruche:

Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby ogrom mocy był od Boga, a nie z nas. (2 Kor 4,7)

Czasami trzeba stłuc gliniane naczynie, zgodzić się na obumieranie, na trud, na nieustanną walkę wiary z lękiem wewnątrz nas samych. Byle tylko On zwyciężał! Bo przecież o to chodziło Panu z całym tym eksperymentem nad potokiem Charod – pokazać uciemiężonemu ludowi, zniszczonemu butem madianickim, że jedynie Pan ma moc wyprowadzania ku wolności, że mając tylko 300 wojowników, i to o “spsiałym” charakterze, z pochodnią w glinianym garnku i rogiem w rękach ale chcą tracić siebie “za Pana i za Gedeona” – można zwyciężyć.

Nad mrokiem obozowiska Madianitów, w pośrodku nocy, zabłysło światło. Jednym przyniosło popłoch i nienawiść wobec samych siebie, innym zaś życie i wyzwolenie.

Panie, Światłości ponad naszymi mrokami, przynieś nam wolność!
Natchnij odwagą, że wystarczy nam Głos i Światło!

Że nie ważne są szlaczki na naszych glinianych dzbanach, że te skorupy, te spichlerze, te ubłocone ciała – one się nie liczą. Że jeśli o coś należy się trząść, to o Twoje Słowo i jasność Jego zrozumienia!
Panie Nowonarodzony, przynieś radość prawdziwą!
Jak tamtym “narodom w ciemnościach kroczącym”, jak tym trzystu,

gdy pokonali Madianitów, jak żniwiarzom, gdy cieszą się z obfitych plonów, które odsuwają od nich widmo głodu!
Zanim zabrzmi trąba na Dzień Sądu, niech usłyszymy róg zwiastujący zwycięstwo – Twoje zwycięstwo w nas, we mnie! W zgiełku różnych innych głosów, pośród ciszy własnej miałkości, daj słyszeć głos głoszący autentyczne Słowo Dobrej Nowiny, budujące wiarę w moc Twego Imienia, w Twoją troskę i miłość, w rozświetlenie wszelkich mroków, jakie sprawiają, że nie widzimy dokąd podążać!
Skieruj nasze oczy na Twoje Światło, na miejsca w których ono płonie. Tak mało ich dzisiaj, tak mało…

Nie dozwól, abyśmy je stracili.
Nie pozwól, abyśmy je sami zagasili.
Niech nie przykryje tych miejsc żaden gliniany garnek, żaden korzec, żaden grzech ni słabość!
W czasach mroku i życia “ku śmierci” naucz korzystać z błogosławionego “łupu”, jakim jest sakrament, modlitwa,

miłość braterska, przebaczenie – słowem, to wszystko co tak trudne dla nas, i co tak łatwo pomylić z wszechobecnymi podróbkami.
Skieruj ku sobie wszystkich, którzy podobnie myślą, bo tylko Ty możesz przekroczyć wszelkie różnice w nas i zebrać na nowo z rozproszenia – dziesięciu, stu, trzystu, czy tysiące – resztki Twego dziedzictwa.
Niech sępy wyczują padlinę (Mt 24,28)…
Prowadź, Światło!

Przeczysta Dziewico, jaśniejąca niepokalanie, któraś co szabat zapalała świece na stole nazaretańskiego domku, zapal swą modlitwą w każdym z nas płonące pragnienie podążania za Tym, który jest Światłością ze Światłości!
W ciemnościach dziejów świata lśni Twoja pokorna zgoda na poddanie się woli Ojca – naucz nas, jak skłonić swój rozum i wolę, ku temu, co ukazuje Pan!
Wspomożenie wiernych i Uzdrowienie chorych – ulecz nasze chore uczucia!
Ty, która rozwiązujesz splątane węzły ludzkich spraw, która wykupujesz orędownictwem wszystkich niewolników grzechu, która – pełna Ducha Świętego – jesteś naszą rzeczniczką i obrończynią, „advocata nostra” – włóż w nasze splamione ręce gorejącą pochodnię wiary!
Pomódl się za nim, Jutrzenko Zbawienia!

Milczenie na pustkowiu

(1) W piętnastym roku panowania Cezara Tyberiusza, gdy Poncjusz Piłat jest namiestnikiem Judei, Herod – tetrarchą Galilei, Filip, jego brat – tetrarchą Iturei oraz okręgu Trachonu, a Lizaniasz – tetrarchą Abileny, (2) za arcykapłanów Annasza i Kajfasza, stała się wypowiedź (przesłanie, mowa) Boża do Jana, syna Zachariasza, na pustkowiu. ( Łk 3,1-2 )

Boże “rhema”, “słowo wymówione, wypowiedziane” nie zostało skierowane do władców ówczesnego świata, ani do najwyższych kapłanów, tylko do kapłańskiego syna, który trwał w milczeniu pustyni. Ani Tyberiusz, ani Herod, Piłat czy nawet Annasz z Kajfaszem nie czekali na wypełnienie się bożych obietnic. Cesarzowi i jego urzędnikom nie był do niczego potrzebny Zbawiciel a kapłani dawno już utracili w Niego wiarę. Jan zaś czekał. Miał owo czekanie – byśmy powiedzieli Adwent – we krwi. Gdy się poczynał w łonie swej matki, Elżbiety, jego ojciec był jednym wielkim oczekiwaniem – na wypełnienie się orędzia anielskiego, na powrót daru mowy, na syna o którym tak niezwykłe rzeczy opowiadał niebiański posłaniec. Jan wszedł w oczekiwanie pokoleń dzieci Izraela, i zapewne – mimo mijających lat – pamiętał opowieść o dziewięciomiesięcznym czekaniu, które przeżywali podeszli wiekiem jego rodzice – Elżbieta czekała na rozwiązanie a Zachariasz na swoje “rhema”. Bóg nie kazał im czekać na darmo, podobnie jak i ich synowi.

Zaiste był Jan synem czekania, obietnicy, milczenia i z mocą wyśpiewanego, wręcz wykrzyczanego Słowa.

Znał wartość milczenia, podobnie jak jego ojciec. Wiedział, że milczenie też może być mową prorocką. Zachariasz milczał i tą swoją niemotą złożył świadectwo o bożym łamaniu przyzwyczajeń i schematów, o tym, że dla Pana nie ma rzeczy niemożliwych, o wielkiej łasce, jaka spotkałą jego i jego podeszłą żonę. Przyjdzie czas, gdy uwięziony Jan stanie się głośny, swoim milczeniem zza krat, odsłaniając grzeszne zamysły ciemnych zakamarków królewskiego serca.

Milczenie zmusza do kontemplacji. Utrudnia życie, ale zarazem ułatwia rozważanie “wszystkich tych spraw”, jakie odnoszą się do działania Boga. Może być karą, ale może być też bożym znakiem. Może być pyszną ucieczką w izolację, ale może być też jedynym wyjściem, aby “nie rzucać pereł przed wieprze”.

Jan milczał i czekał. Trwał. Nie przymuszał Boga do niczego.

Czy czekasz na zbawienie? Na mowę Boga do Ciebie, która nada sens latom spędzonym na pustkowiu? 

Różne mogą być w życiu ludzkim pustkowia. Może w Twoim przypadku pustkowie to ocean przesypujących się ziarenek samotności, odczuwalne boleśnie pustka powstałą wskutek bycia odrzuconym, czy niezrozumianym, osamotnienie wynikające z błędnych wyborów, albo pychy nakazującej uważać się za kogoś szczególnego.

Może to pustynia choroby i cierpienia, o których wiesz, że nikt prócz ciebie nie pojmie jej natury i  nie będzie mógł powiedzieć z pełnią odpowiedzialności: “Rozumiem Cię”. 

Może to pustynia powołania, tym dotkliwsza, że Pan chciał Cię na nią wyprowadzić, aby mówić do Twego serca, ale Ty nie chcesz wejść w jej głąb, bojąc się szakali i hien, czy gorącego wiatru, jaki mógłby spiec Twoją skórę i wargi. 

A może uczyniłeś sobie pustynię, której Pan nie chciał, a która powstała wskutek Twojej impertynencji, egotyzmu, złośliwości, ostrości czy braku wrażliwości na innych. Odczuwasz teraz wokół siebie bolesny dystans do wszystkich dookoła i chciałbyś się nawet czasem komuś pożalić, ale wiesz, że już nikogo nie ma. Może tak dobitnie doświadczasz własnej bolesnej pustki, że już wyraźnie dostrzegasz wszystkie dzikie zwierzęta, które wychodzą z głębin Twego serca, napawając przerażeniem i zdziwieniem, że takie maszkary w sobie hodujesz od lat. Jezusowi, gdy był na pustyni, dzikie zwierzęta służyły, ale Ty siedzisz na niej sam lękając się własnych demonów. Zapominasz, że właśnie na pustkowiu Pan nakarmił rzesze kilkoma chlebami i rybami. Zapominasz, że On jest w stanie zamienić pustynię w pojezierze. Że Jego Słowo może wszystko odmienić. Że On lubi być na pustkowiach i możesz Go tu spotkać, bo On jest tym który idzie na pustynię szukać jednej owcy zabłąkanej, grzesznika, w którym brak łaski uczynił wstrząsającą pustkę… Zapominasz, że na pustkowiu Mojżesz wywyższył miedzianego węża, znak ocalenia, znak Tego, który osamotniony zostanie zawieszony między niebem a ziemią, wywyższony na wieki.

Jan był na pustkowiu, sam, bez rodziców, bez rodziny. Co miał ze sobą, prócz odzienia z sierści wielbłądziej? Obietnicę. Proroctwo dane Zachariaszowi, przepowiednię o własnym przeznaczeniu. Póki co, nie było widać, aby któreś z tamtych słów miało się zrealizować. Bóg milczał przez długie lata. Może przychodziły na Jana chwile zwątpienia? Może diabeł kusił go rozpaczą, wizją nieudanego i przegranego, zmarnowanego życia? Może poddawał go próbie, jak później będzie kusił samego Chrystusa. Pan odparł diabelskie zakusy Słowem. Jan na Słowo czekał – miał Słowo Obietnicy, ale nie miał jeszcze Słowa wzywającego do działania.

Boże milczenie wobec Jana przez trzydzieści lat życia nie oznaczało jednak bożej bezczynności. Pan przygotowywał miejsce temu, który miał być Jego Głosem. Na arenę dziejów wchodzili kolejno Tyberiusz, Antypas, brat jego Filip, Piłat, Annasz i Kajfasz. Czas się powoli wypełniał, ostatnie ziarnka piasku przesypywały się w klepsydrze historii zbawienia.

Nawet jeśli myślisz, że Bóg nic nie robi w Twojej sprawie, że irytująco nakazuje Ci czekać, to On nie śpi. Nie znużył się Tobą. Nie odwrócił się do Ciebie plecami. Nie lekceważy Cię. 

Być może On tworzy przestrzeń dla swojej woli na Twoje życie. Bądź cierpliwy. Wszystko musi się znaleźć na właściwym miejscu, abyś mógł unieść Jego wolę i aby jej realizacja przyniosła najlepsze, Jego zdaniem, owoce. Nic nie przyspieszaj. Czekaj.

W diabelskim cyrku

Wyobraź sobie cyrk. Cyrkowy treser miał 10 osłów. Wiele lat przyuczał je do pewnych sztuczek – do 10 różnych sztuczek. Wśród nich była i taka, że na okrzyk „hossa!”    osiołki stawały na przednich nogach, podnosiły zadki do góry, kopytkami rzucały w powietrzu, rżały, strzygły uszami…, były posłuszne na ten okrzyk i wyczyniały różne przedziwne ruchy całym ciałem. Żeby tresura dała efekt, treser oczywiście karcił te osły, bił i ranił. A one bojąc się bólu zachowywały się dokładnie tak, jak chciał treser. Treser krzyknął „hossa!” i osiołki w napięciu tańczyły. Ich ruchy były już mechaniczne, rżały nerwowo i na koniec wszystkie kręciły się wokół siebie. O to chodziło treserowi. Osły bardzo lubiły tę ostatnią zabawę, bo ona zwiastowała, że już niedługo będzie koniec numeru i one wszystkie zejdą wtedy z areny. Osły lubią kręcić się wokół siebie w ogóle, z natury…

Ale treser nauczył ich w taki sposób to czynić, że wyglądało to na bardzo piękny balet, wywoływało gromki aplauz publiczności wyrażony oczywiście oklaskami i treser przed każdym przedstawieniem ćwiczył to z osłami wielokrotnie, żeby żaden się nie pomylił. A jeśli się opierały, mocno je kaleczył. Bojąc się kolejnych zranień, osły zawsze posłusznie zachowywały się na arenie cyrkowej. Po przedstawieniu, pochylone, wracały do stajni i tam wiązało się je przy żłobie. 

Pewnego dnia jeden z osłów został wykupiony, no, może inaczej – odkupiony – z cyrku przez jakiegoś księdza, który zamierzał go wykorzystać na procesji w Niedzielę Palmową. Kiedy już zorganizowano procesję, osiołek dźwigał na sobie przebranego za Jezusa miejscowego organistę (bo jako jedyny w tej parafii nosił brodę) i był bardzo zadowolony, strzygł uszami i spokojnie sobie stąpał z kopytka na kopytko. Dzieci były zadowolone, wszyscy klaskali i w końcu z tej radości – i księdza proboszcza i wszystkich, ludzie zaczęli wołać „Hosanna!”. Osioł nagle stanął jak wryty, rzucił nogami w górę, zaczął rżeć… Organista wystrzelił przez jego głowę i wylądował niestety gdzieś tam na bruku z wielkim śliwkowym guzem, takim, że własnymi oczami go widział. Wszyscy byli przerażeni, co się stało?! Jak taki pobożny osiołek, na wskutek jednego okrzyku mógł dokonać takiego wywrotu? Jeden bodziec i nastąpił powrót do starych mechanizmów… Właśnie! Na szczęście ksiądz proboszcz nie zbił osiołka, tylko postanowił oduczyć go tych odruchów, ale musiał zdecydować się na jeszcze jedną kilkuletnią tresurę. Tresurę zmienia się tresurą, czymś innym się nie da. Nie wystarczy jedynie wykupić osiołka, musi być jeszcze jedna tresura – jakiś rodzaj karcenia, który wyprostuje ludzkiego ducha, a nawet i ciało. Dopiero wtedy osiołek może się zmienić naprawdę. No i tak się stało.

Ksiądz oddał osiołka do innego tresera, który też miał dziwnym trafem 9 osiołków, więc była taka ośla wspólnota i te osiołki przeżywały sobie jeszcze jedną tresurę. Tym razem treser stosował inne metody. Osiołek po pewnym czasie na słowo „Hosanna!” szedł majestatycznym, dumnym krokiem, bardzo spokojnie, że nie tylko organista, ale i ksiądz proboszcz mógłby na nim spokojnie zasiąść i bez problemu wjechać do kościoła jak do Jerozolimy… I tak się stało. 

O. Augustyn Pelanowski OSPPE, „Wolni od niemocy”.

W jakim cyrku jesteś? 

Do czego tresuje Cię diabeł? W czym biegasz w kółko wokół siebie, ciesząc się i cierpiąc jednocześnie?

Odkupionemu osłu wystarczył jeden określony bodziec, aby wybić się z obrazu “pobożnego” bydlęcia i wejść na nowo na tory starych zachowań, dawnych mechanizmów i wyuczonych reakcji. Co jest Twoim “hossa!”? Smutek czy poczucie samotności? Histeria, czy zmęczenie? Podniecenie czy wymagająca pociechy beznadzieja? Co uruchamia cały mechanizm nałogu w Twoim przypadku? Może jakieś sytuacje związane z drugim człowiekiem, które odnoszą się do zapamiętanych a nie uświadomionych wzorców zachowań? 

Ten “inny” treser to sam Pan.

Któż zastosuje rózgi na moje myśli,
a do serca mego – karność mądrości,
by nie oszczędzić mnie w moich błędach,
nie przepuść moich grzechów… (Syr 23,2)

I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej Dziecię. I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasał rózgą żelazną. (Ap 12,4-5)

Jaką “rózgą” karci Cię Chrystus, aby “wytresować” na nowo? Czego – a jest to na pewno coś trudnego – używa, by odwrócić system grzesznych nawyków?

I czy masz wokół siebie “oślą wspólnotę”?

Jeśli odnajdujesz się w tym, co tu piszę, jeśli widzisz, że jesteś w diabelskim cyrku nieustannie podrywany do biegania w kółko i wyczyniania najdziwniejszych rzeczy, których potem się wstydzisz, to pomódl się tak, jak uczynili to Tobiasz z Sarą. Oni mieli doświadczenie olbrzymiej niepewności i tragicznej sytuacji życiowej. Tobiasz, może wskutek swej pychy, obłudy i martwych relacji, zaczął doświadczać serii nieszczęść, w których nie mógł wyrwać się z zaklętego kręgu rozpaczy. Dopiero wtedy, gdy zrozumiał że oślepł – a jego kalectwo fizyczne tylko potwierdziło uprzednie kalectwo duchowe – zaczął szczerze i ze skruchą (wśród wielu westchnień i płaczu) wołać do Pana. Ma świadomość swego grzechu i błaga o uchylenie sprawiedliwej kary.

(2) Sprawiedliwy jesteś, Panie,
i wszystkie dzieła Twoje są sprawiedliwe.
Wszystkie Twoje drogi są miłosierdziem i prawdą,
Ty sądzisz świat.
(3) A teraz, o Panie, wspomnij na mnie, wejrzyj,
nie karz mnie za grzechy moje
ani za zapomnienia moje,
ani za moich przodków,
którymi zgrzeszyliśmy wobec Ciebie.
(4) Nie słuchaliśmy Twoich przykazań,
a Ty wydałeś nas na łup,
niewolę i śmierć, na pośmiewisko
i na szyderstwa, i na wzgardę
u wszystkich narodów, wśród których nas rozproszyłeś.
(5) Teraz więc liczne Twoje wyroki są prawdziwe,
wykonane nade mną za moje grzechy,
ponieważ nie wypełnialiśmy Twoich przykazań
aniśmy nie chodzili w prawdzie przed Tobą.
(6) Teraz więc uczyń ze mną według Twego upodobania,
pozwól duchowi mojemu odejść ode mnie:
chcę odejść z ziemi i stać się [znowu] ziemią.
Ponieważ śmierć jest lepsza dla mnie niż życie,
albowiem słuchać muszę wyrzutów niesłusznych
i ogarnia mnie wielka boleść.
Panie, rozkaż, niech będę uwolniony od tej niedoli!
Pozwól mi udać się na miejsce wiecznego pobytu,
nie odwracaj Twego oblicza ode mnie, Panie,
ponieważ dla mnie lepiej jest umrzeć,
aniżeli przyglądać się wielkiej niedoli w moim życiu
i słuchać szyderstw. (Tb 3,1-6)

Podobnie i Sara, atakowana przez demona, które nie chce dopuścić do płodności, do owocowania w życiu człowieka, systematycznie zabija kolejnych jej mężów. Może być jakiś nałóg w nas, który uśmierca wszelki rodzaj owocowania sprawiając że nasza egzystencja wydaje się jałowa i pusta.

(11) Błogosławiony jesteś, miłosierny Boże,
i błogosławione Twoje imię na wieki,
i wszystkie Twoje dzieła niech Cię błogosławią na wieki!
(12) A teraz wznoszę moje oblicze
i zwracam me oczy ku Tobie.
(13) Pozwól mi odejść z ziemi,
abym więcej nie słuchała obelg.
(14) Ty wiesz, o Władco, że jestem czysta
od wszelkiej zmazy z mężczyzną.
(15) Nie splamiłam mojego imienia
ani imienia mojego ojca
w kraju mojej niewoli.
Jestem jedyną córką mojego ojca
i nie ma on innego dziecka, które by po nim dziedziczyło,
ani nie ma on bliskiego po sobie,
ani nie zostaje mu żaden rodak,
dla którego miałabym siebie zachować jako [przyszłą] żonę.
Już siedmiu mężów straciłam,
na cóż miałabym żyć dłużej?
A jeśli nie podoba Ci się odebrać mi życia,
to wysłuchaj, Panie, jak mi ubliżają. (Tb 3,11-15)

O ile Tobiasz uznaje swoją winę, to Sara wprowadza swoją modlitwą Boga w kolejne przestrzeni życia swego i swojej rodziny – szczerze o wszystkim Bogu mówi. Co jeszcze ważniejsze, oboje proszą o śmierć. Ich modlitwa jest jak ostatnia deska ratunku, jak postawienie wszystkiego na jedną kartę. Ta para nieszczęśliwych ludzi wie, że nie ma dla nich ratunku poza bożą interwencją, a śmierć jawi im się jako akt miłosierdzia. Są zdeterminowani wobec cyrku demonów, jaki zostaje im zgotowany.

Czy masz coś z tej determinacji? A może najpierw należy o nią prosić?

Jeszcze raz powiem – jeśli coś z tego jest o Tobie, zamień to na modlitwę!

Boże, tylko Ty jesteś sprawiedliwy i Twoje wyroki są słuszne. Dopuszczasz trudności na moich drogach,
wiedząc co służy mojemu nawróceniu.
Nic co się dzieje w moim życiu nie jest poza Twoim spojrzeniem.

Panie, ja i moi przodkowie zgrzeszyliśmy
wobec Ciebie i Twoich przykazań!
Za światło przyjęliśmy ciemność pychy, wywyższania się, okazywania wyższości, egocentryzmu, nieczystości, pijaństwa i innych nałogów.
Słusznie dopuściłeś na nas konsekwencje kłamstw i uników.
Ale teraz ulituj się nade mną
i wyrwij z diabelskiego cyrku i tresury demonów!
Okaż miłosierdzie i zbaw mnie ze skutków moich decyzji
i z tego co zgotowali mi przodkowie!
Dotknij też wrodzonej pychy serca,
abym w pokorze umiał przyjąć to Twoje karcenie,
to wychowanie, ten sposób Twojego działania,
który ma nas oduczyć śmiercionośnych reakcji na diabelskie bodźce.

Ulituj się nade mną, nad nami!

Przyjdź, Panie Jezu!

Ogień i rózga

Można mieć dwojakie podejście do grzechu, jako świadomie wybieranego zła. Z jednej strony jest to bowiem decyzja ludzka, zła, katastrofalna i rozbijająca boże zamysły względem człowieka – decyzja godna potępienia i kary, raniąca serce Boga, niszcząca więź zarówno z Nim, jak i z bliźnim. 

Z drugiej strony warto sobie uświadomić motywy i okoliczności takiej grzesznej decyzji, jej wielorakie uwarunkowania, nie po to, aby ją usprawiedliwić – co się często dzieje obecnie – ale by odkryć korzenie grzechu, to “coś”, co powoduje, że dany grzech staje się w swej powtarzalności nawykiem, czy nałogiem. 

To podejście, musi być zanurzone w jakikolwiek rodzaj czy stopień skruchy, bez której poszukiwanie korzeni własnego grzechu łatwo zamieni się – najpierw na płaszczyźnie emocji, a potem zgody rozumu – na poszukiwanie okazji choćby minimalnego zwolnienia się z odpowiedzialności za własne decyzje. 

Choć szukać należy przyczyn własnego postępowania w sobie, wewnątrz własnego serca, zgodnie z tym co powiedział Chrystus, to jednak – aby odnaleźć owe przyczyny, nie szukając w nich wymówki – trzeba, niczym Piotr, „wyjść na zewnątrz” swego grzechu. Trzeba zburzyć ów mur łączący swoje ego i zadać mu ból, niejako zaprzeczyć sobie i naturalnej tendencji do wybielania siebie. Dopiero wówczas pianie koguta i smutne spojrzenie Mistrza będą sygnałem do tego, aby „gorzko zapłakać”. Owo Piotrowe wyjście na zewnątrz może ustrzec przed tym, by ktoś nas nie „wyrzucił” na zewnątrz, w ogień nieugaszony.

Wyjdźmy więc “na zewnątrz” grzechu, aby dotrzeć do ukrytej izdebki własnego serca. Niech przykładem będzie nieczystość, sfera wad, słabości i grzechów uderzających w najbardziej czułe i intymne miejsca. To właśnie o namiętności i nieczystości Pismo mówi jak o ogniu płonącym:

(16) Dwa rodzaje ludzi mnożą grzechy,
a trzeci ściąga gniew karzący:
(17) namiętność gorąca, jak ogień płonący,
nie zgaśnie, aż będzie zaspokojona;
człowiek nieczysty wobec swego ciała,
nie zazna spokoju, aż go ogień spali;
rozpustnik, dla którego każdy chleb słodki,
nie uspokoi się aż do śmieci. (Syr 23,16-17)

Skąd się bierze tak mocne “zainfekowanie” nieczystością na początku XXI wieku? Ktoś powie, że to kwestia naszych czasów, tak rozseksualizowanych i nastawionych na rozbudzanie pożądliwości w tym kierunku, co rozpoznajemy zarówno w sferze wizualnej (reklama, media) jak i powszechnym sposobie myślenia. To skutek przegranej przez Kościół wojny kulturowej, i oddania pola przez tych, którzy powinni bronić cnoty czystości i wychowania do niej. Ale to wszystko są przyczyny spoza serca ludzkiego, czynniki zewnętrzne. Czy gdybyśmy nie byli w zanurzeni w ten świat, gdybyśmy się schowali przed jego wpływem na zmysły, czy wtedy byłoby inaczej? Czy dziecko wychowywane pod przysłowiowym kloszem byłoby wolne od tej seksualnej dominanty w myśleniu? 

Na pewno nie doświadczałoby tak prędko chaosu uczuciowego i zniszczenia własnej wrażliwości. Łatwiej byłoby takiemu dziecku korzystać z Łaski. Ale rdzeń problemu zapewne by pozostał, najpierw dlatego, że tkwi on korzeniami w grzechu pierworodnym. Tak wyjaśnia owo zranienie ludzkiej natury O. Jacek Salij OP:

Grzech naszych prarodziców był jedynym grzechem w ludzkich dziejach, który popełnili ludzie najdosłowniej bezgrzeszni, dlatego nie jesteśmy w stanie ani zrozumieć, ani ogarnąć wyobraźnią, jak wielką katastrofę duchową spowodował on w tych, którzy się go dopuścili. Stara mądrość chrześcijańska formułuje to tak: grzech pierwszych rodziców był nie tylko ich osobistą winą, ponadto wypaczył samą ludzką naturę. 

Grzech pierworodny, źródłowy, to jedno. Do skłonności upadłej natury dochodzą jeszcze aktualne słabości, które noszą w sobie rodzice. Obawiam się, że wyjście z myślenia i zachowania stymulowanego nieczystością, to kwestia nie jednego ani dwóch pokoleń życia “pod kloszem”, ale co najmniej kilku. Czy to możliwe w obecnej rzeczywistości?

Skąd się bierze plaga masturbacji i pornografii? Z łatwości osiągnięcia tych dwóch rodzajów szybkiej przyjemności. Z racji rozpowszechniania mediów elektronicznych i Internetu nie trzeba wiele się natrudzić aby odnaleźć poszukiwane treści. Podobnie z masturbacją – jest ona łatwym rozwiązaniem na trudne emocje, które przecież pojawiają się dość często. 

Niektórzy psychologowie powiedzą, że masturbacja jest zjawiskiem naturalnym, a dziecko samo może odkryć przyjemność płynącą z drażnienia swych narządów płciowych, i pewnie tak jest. Tylko czemu dojrzały człowiek, świadomy tego, że nad popędami panuje rozum, wraca do tego sposobu rozładowania swych napięć? Dodajmy, że wraca tak często, że  owa praktyka wydaje mu się wręcz niezbędna do życia.

O. Augustyn Pelanowski w książce “Wolni od niemocy” napisał:

Grzeszymy raz i od razu wpadamy w łapy tresera, czyli złego ducha. On sprawia, że grzechy się powtarzają raz, drugi, dziesiąty, jeszcze przy dwudziestym razie człowiekowi wydaje się, że to sporadyczne potknięcie, z którym niebawem sobie da radę. Ale gdy już jest ten „jubileuszowy”, setny upadek, to opór wobec grzechu słabnie, mamy też ograniczoną wizję rzeczywistości, może nawet już jesteśmy na progu piekła jest to już consuetudo peccandi et defensio peccatorum. Tak tworzą się więzy nałogu. Sami w ten cyrk wchodzimy, sami go tworzymy i czując bicz tresera, lękając się jego uderzeń, wykonujemy mechanicznie to, co nam zaproponuje. Tak zaczyna się nałóg alkoholowy, nałóg narkotykowy, nikotynowy, masturbacji, dewiacji seksualnych, nałóg obmawiania, zniewolenia pracą, nałóg chciwości, zazdrości, lenistwa, obżarstwa, bulimia, anoreksja, kłótliwość, choroba komputerowa, telewizyjna… Nie można później od tego się uwolnić, tak jak osioł nie może oderwać od żłobu swego pyska. Nie potrafisz z tymi rzeczywistościami zerwać i nie wyobrażasz sobie bez nich życia! To już jest zniewolenie. Życie wydaje się nie do zniesienia bez tych rzeczy, a z powodu tych rzeczy nie możesz znieść życia!

Wydaje się, że są dwa rodzaje przyczyn tej formy autoerotyki, jaką jest masturbacja – pierwszy nazwijmy naturalnym, związanym z pierwotną, nieuporządkowaną pożądliwością, nie poddaną jeszcze tej celowości, jaką zakłada rozum oświecony wiarą. Odnosi się ona do pragnienia zbliżenia się i posiadania pięknego ciała ludzkiego, jak i do zaspokojenia głodu bliskości. Ktoś się zaczyna podobać, co wywołuje określone wrażenia emocjonalne i reakcje fizjologiczne, a sposobem na poradzenie sobie z tym przeżyciem wydaje się właśnie masturbacja. Druga jej przyczyna wiąże się z poszukiwaniem łatwej formy rozładowania napięcia, będącej jednocześnie mglistą namiastką intymności czy czułości. Obie te przyczyny dominują w młodym człowieku gdyż nie zostaje on odpowiednio pokierowany do radzenia sobie zarówno z problemem pożądania (nikt mu nie mówi, co robić z emocjami jakie się w nim odzywają) jak i niezaspokojoną potrzebą czułości, czy bliskości (nikt mu jej nie daje), szczególnie w momencie, gdy doświadcza on – nawet czysto subiektywnie – poczucia odrzucenia. 

Napisałem “nikt”. Ktoś powie: “Ale jak to, dziś przecież jest całe morze, ba, cały ocean specjalistów od seksu i zachowań seksualnych!”. Ktoś inny doda: “To może powinno być więcej edukacji seksualnej! Jeszcze więcej specjalistów!”. A przecież żaden specjalista nie da takiej siły wewnętrznej i mocy afirmacji, jak rodzic, zwłaszcza ojciec.

Bo to o niego chodzi. To on jest powołany do zaopatrzenia własnego dziecka, szczególnie syna, w narzędzia – zarówno te intelektualne, ku zrozumieniu, jak i te emocjonalne – służące oswojeniu tej siły wewnętrznej, jaką jest seksualność. To ze słabości ojców wynikają trudności dzieci – i tak przez pokolenia. Pismo mówi:

Przodkowie nasi zgrzeszyli — ich nie ma, a my dźwigamy ich grzechy.  (Lm 5,7)

To zdrowa relacja z ojcem, z cechami, które on reprezentuje – męstwem, wytrwałością, prymatem rozumu nad emocjami – a które nie będą jedynie papierową teorią, kształtuje w człowieku sprawność czystości. To ojciec musi wytłumaczyć jak radzić sobie z naporem pożądliwości, z owym przemożnym chceniem, które trzeba zrozumieć i ukierunkować odpowiednio. Z reakcjami fizjologicznymi. Z przeżywaniem intymności. Z podmiotowym traktowaniem drugiego człowieka. Z samoakceptacją.

To relacja z ojcem, a ściślej mówiąc jej zaburzenia, stoją u przyczyn poszukiwania czułości w autoerotyźmie. Młody człowiek, pozostawiony samemu sobie, szuka pocieszenia w tym, co zakodowało się w jego świadomości jako przyjemne a nie związane z większym wysiłkiem. Deficyt ojcowskiej miłości i afirmacji, braki emocjonalne, braki w rozumnym tłumaczeniu świata i człowieka, to wszystko czego potrzebuje każdy z nas na płaszczyźnie emocji i doświadczenia bycia przyjętym i chcianym (świadomie piszę “doświadczenia”, bo nie chodzi tu tylko o intelektualne przyjęcie pewnej prawdy, ale o potwierdzenia jej na drodze emocjonalnej) trzeba czymś w sobie zastąpić, trzeba się jakoś pocieszyć. Dla wielu właśnie masturbacja, dodatkowo wzmocniona pornografią, będzie tym właśnie jedyną dostępną odpowiedzią na przeżywanie naturalnej pożądliwości oraz erzacem niedostępnej czułej intymności. Podobnie zresztą jest później, po rozpoczęciu współżycia, w małżeństwie, czy wyborze życia w celibacie – nieprzepracowane deficyty rzucają długie cienie, podtrzymując wewnątrz dorosłego człowieka istnienie wiecznie głodnego, niezaspokojonego dziecka czy nadwrażliwego nastolatka. Niestety, nie da się już wówczas wrócić do dzieciństwa, ani stworzyć sobie zastępczego ojca, który wytłumaczy świat i przez niego przeprowadzi. Nie pomogą w tym żadne sztuczki psychologiczne. Wyrobione przez lata nawyki i – bardziej lub mniej świadome – braki ukierunkowują zachowania, przeżycia, myśli i decyzje. 

Jest jednak coś ponad tym ukierunkowaniem – to zbawienie, jakie przynosi Syn Boży, do którego kluczem jest wiara, czyli żywa relacja z Nim, a przez Niego z jedynym Ojcem, który nie zawiedzie. Owszem, Bóg wielu uzdrowił z nałogów w jednej chwili, także z tych uzależnień, które odnoszą się do sfery seksualnej. Wielu jednak nie uzdrowił, może dlatego, że zaprasza w ten sposób do relacji ze Sobą, jednak żywe odniesienie osób do siebie buduje się latami.

Samo się nic nie zrobi. Dorosły człowiek jest wezwany do pracy nad sobą w każdej dziedzinie, gdyż bez niej będzie pogłębiał swoje deficyty. Dlatego też Pismo przestrzega przed nieuporządkowaną pożądliwością, jasno opisując jej ścieżki:

(16) Dwa rodzaje ludzi mnożą grzechy,
a trzeci ściąga gniew karzący:
(17) namiętność gorąca, jak ogień płonący,
nie zgaśnie, aż będzie zaspokojona;
człowiek nieczysty wobec swego ciała,
nie zazna spokoju, aż go ogień spali;
rozpustnik, dla którego każdy chleb słodki,
nie uspokoi się aż do śmieci.
(18) Człowiek popełniając cudzołóstwo
mówi do swej duszy: «Któż na mnie patrzy?
Wokół mnie ciemności, a mury mnie zakrywają,
nikt mnie nie widzi: czego mam się lękać?
Najwyższy nie będzie pamiętał moich grzechów».
(19) Tylko oczy ludzkie są postrachem dla niego,
a zapomina, że oczy Pana,
nad słońce dziesięć tysięcy razy jaśniejsze,
patrzą na wszystkie drogi człowieka
i widzą zakątki najbardziej ukryte.
(20) Wszystkie rzeczy są Mu znane, zanim powstały,
tym więc bardziej – po ich stworzeniu.
(21) Takiego [człowieka] spotka kara na ulicach miasta,
tam gdzie nie będzie się spodziewał niczego
– zostanie schwytany. (Syr 23,16-21) 

Posłużę się tu analizą jaką dokonał ks. Łukasz Kadziński, który odczytał w tym Słowie jakby trzy rodzaje grzechów nieczystych. Pierwszy rodzaj tekst natchniony nazywa “gorącą namiętnością”, a odnosi się do pożądania osób, emocji, bliskości, władzy nad drugim. Jest ona „jak ogień płonący”, nie zgaśnie, póki nie będzie zaspokojona. Gdyby odnieść to teraz do rozwoju człowieka, to na tym etapie wydaje się niezbędna mądra pomoc rodziców, zwłaszcza ojca, który cierpliwie i z miłością będzie uczył odpowiednich sprawności rozumu i woli, potwierdzając to jednocześnie swoim przykładem.

Podobnie będzie z drugim rodzajem nieczystości, czy też może etapem, który jednak skierowany jest bardziej do własnego ciała – masturbacją i pornografią. Jako łatwy rodzaj dawania sobie tak bardzo potrzebnego przeżycia, które dotyka głodu czułości, intymności a jednocześnie daje rozładowanie i (krótkotrwałe) poczucie rozluźnienia – wciąga coraz bardziej, spala i wypala człowieka, jego siły życiowe, zostawiając swoiste wypalenie. Zgodnie z wersetem: 

Dwa rodzaje ludzi mnożą grzechy,
a trzeci ściąga gniew karzący… (Syr 23,16)

Te dwa pierwsze rodzaje nieczystości wprowadzają na ścieżkę nawyku, a co za tym idzie nałogu. Do zejścia z tej drogi potrzebne jest współdziałanie Łaski i wytrwałości człowieka.

Trzeci rodzaj nieczystości ściąga na siebie karę bożą, a odnosi się do rozpusty, czyli wyjścia z nieczystości w stronę drugiego człowieka. To już nie wyobrażenia, nie smakowanie grzechu poprzez wzrok, ale generowanie „realnego kontaktu”. Zaiste, w tym „każdy chleb jest słodki”, drugi człowiek jest sprowadzany do przedmiotu, zwłaszcza jego ciało. Ktoś staje się dostarczycielem wrażeń, emocji i satysfakcji dla kogoś drugiego. Może dziać się tak zarówno w przelotnym romansie, flircie, jak i dłużej trwającym związku, opierającym się na dawaniu sobie nawzajem seksualnego przeżycia, a także w chorych poszukiwaniach seksualnych “spełnień”. Kto raz wejdzie na tę drogę „nie uspokoi się aż do śmierci”. Zły zaciemnia poznanie rozpustnika i zapomina on, że:

Oczy Pana, nad słońce, dziesięć tysięcy razy jaśniejsze,
patrzą na wszystkie drogi człowieka
i widzą zakątki najbardziej ukryte.
Wszystkie rzeczy są Mu znane, zanim powstały,
tym więc bardziej – po ich stworzeniu. (Syr 23,19-20)

W powyższym wersecie jest też nadzieja. Skoro bowiem Pan widzi to, co najbardziej ukryte, skoro wszystko jest Mu znane zanim powstało, to zna także przyczyny grzesznych zachowań ludzkich i może w nie wkroczyć. Może wskazać chore miejsca nawet tam, gdzie nie zajrzy ludzka świadomość. Może naprowadzić na korzenie choroby, jaka nas toczy, abyśmy Mu te korzenie oddali w modlitwie. Może oświetlić naszą pamięć, wspomnienia, utarte sposoby radzenia sobie z naszymi głodami i brakami. Byle starać się rozpoznane miejsca Jemu nazywać, Jemu oddawać, zanurzać w drogocennej Krwi Chrystusa, aby prosić o ogień inny, aniżeli ten z namiętności – o ogień Ducha Św. Tylko on może nauczyć człowieka bliskości z Bogiem, a przecież o brak autentycznej bliskości tu idzie. O głęboki głód akceptacji i poddania się Komuś, kto nas w owym podporządkowaniu nie zdepcze, nie zgnoi, nie zawiedzie. Komuś, przed kim odnajdziemy się jako pokorne dzieci, nie szukające dróg wyniosłości. 

Z kajdan grzechu do otwartych ramion Ojca! Z więzów nałogu do karności, jaką niesie mądrość! Z rózgi szatana do rózgi Chrystusa!

(2) Któż zastosuje rózgi na moje myśli,
a do serca mego – karność mądrości,
by nie oszczędzić mnie w moich błędach,
nie przepuść moich grzechów,
(3) aby się nie mnożyły moje winy
i aby moje grzechy się nie wzmagały;
abym nie upadł wobec przeciwników
i nie sprawił uciechy mojemu wrogowi?
(4) Panie, Ojcze i Boże mego życia,
nie dawaj mi wyniosłego oka,
(5) a żądzę odwróć ode mnie!
(6) Niech nie panują nade mną żądze zmysłowe i grzechy cielesne,
nie wydawaj mię bezwstydnej namiętności! (Syr 23,1-6)

A wspomniany już O. Augustyn tak pisze:

W Apokalipsie jest napisane o Jezusie Chrystusie, że będzie On pasł narody rózgą żelazną. Uderzenie takiej rózgi łamie twarde karki i wykoślawione dusze, źle zrośnięte, krnąbrne i zatwardziałe w złości i lęku. Takie złamanie nie jest jednak nieszczęściem, choć jest jakimś bólem. Karcenie Jezusa jest zawsze pełne duchowej radości wypływającej z przeżycia uwolnienia od siebie samego, a właściwie od swego skrzywienia duchowego. Rózga się nie złamie, ale pod nią musi się złamać ludzka pycha.

Patrząc więc na korzenie własnych grzechów, zwłaszcza zanurzonych w nieczystości, zatęsknijmy za miłującymi ramionami Boga, uznając swą winę i niechęć do zawierzenia tej miłości, jako mogącej wypełnić nasz wewnętrzny głód. Albo ogień namiętności albo ogień Ducha…

Adwentowe pytania

(19) Takie zaś jest świadectwo Jana, gdy żydzi z Jerozolimy posłali do niego kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kim ty jesteś? (20) Wyznał on i nie zaprzeczył: Ja nie jestem Chrystusem. (21) Zapytali go zatem: Co więc? Czy jesteś Eliaszem? On na to: Nie jestem. Czy jesteś tym Prorokiem? Odpowiedział: Nie. (22) Wtedy zapytali: Kim jesteś? Powiedz, abyśmy dali odpowiedź tym, którzy nas posłali. Co twierdzisz sam o sobie? (23) A On: Ja jestem głosem wołającego na pustkowiu: Prostujcie drogę Pana – jak powiedział prorok Izajasz. (24) Wysłannicy zaś byli spośród faryzeuszów. (25) Stąd zadali mu takie pytanie: Dlaczego zatem chrzcisz, skoro nie jesteś Mesjaszem ani Eliaszem, ani tym Prorokiem? (26) Jan w odpowiedzi stwierdził: Ja chrzczę w wodzie, lecz pośród was stoi (trwa, jest nieustannie obecny) Ten, którego wy nie znacie; (27) Ten, który idzie za mną i któremu nie jestem godny rozwiązać rzemyka u sandała. (28) Wydarzyło się to w Betanii za Jordanem, gdzie Jan przebywał i chrzcił. (J 1,19-28)

Jan Chrzciciel ma wyraźny problem, aby dokładnie zdefiniować i przekazać w sposób uporządkowany charakter swojej misji. Odpowiadając na pytania urzędowego poselstwa z Jerozolimy (najpewniej z Wysokiej Rady, czyli Sanhedrynu) stara się nazwać specyfikę swego powołania, a jest ona trudna do uchwycenia w dotychczas przyjętych kategoriach. 

Tak czasami bywa, że coś co wydaje się proste na pierwszy rzut oka wymyka się znanym kategoriom czy myślowym schematom. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy mamy do czynienia z niezamierzonym – z ludzkiego punktu widzenia – działaniem Boga. Takie nieszablonowe jest, na przykład, powołanie św. Pawła, będącego jednocześnie Apostołem (bo wypełniał misję apostolską głosząc Dobrą Nowinę po krańce ziemi) ale nie należącego formalnie do grona Dwunastu (nie towarzyszył Panu podczas Jego ziemskich dni, choć powołał go sam Pan, objawiając się na drodze do Damaszku). Nieszablonowe jest też działanie boże wobec ludzi, którzy w dobrej wierze idą śladami patriarchów, ale spotykają ich zadziwiające konsekwencje. Tak było z ojcem Jana, kapłanem Zachariaszem, który reaguje na słowa Archanioła Gabriela zgodnie z biblijnymi wytycznymi, jak Abraham, Mojżesz czy Gedeon – prosi o znak. W końcu niegodziwemu królowi Achazowi Pan sam dał znak, jak to zapowiedział prorok Izajasz. Zachariaszowe pytanie o potwierdzenie dla bożej interwencji skutkuje przymusowym milczeniem na dziewięć miesięcy. Tak. Bóg jest nieschematyczny, czy nam się to podoba, czy nie.

Stary kapłan przerwał swoje milczenie dopiero po narodzinach syna, którego nazwał zgodnie z zapowiedzią Gabriela. Wydaje się, że zarówno jego niemota, jak i wyśpiewany hymn uwielbienia Boga, są prorockimi znakami, na których Panu zależało bardziej, aniżeli na chodzeniu utartymi szlakami, po których poruszali się synowie Izraela.

Jan staje się więc szczególnym zwiastunem bożej woli, którego powołanie rozpina się pomiędzy skrajnościami – Starym i Nowym Przymierzem, czekaniem na Mesjasza i oglądaniem Go, milczeniem i wołaniem. Prorockie jest milczenie jego ojca, jak i prorockie jest słowo, które po nim wypowiada. Prockie jest przebywanie Jana na pustyni (zapewne przez kilkanaście lat, jeśli nie więcej) w milczeniu aż do momentu, kiedy to:

…doszło (stało się, dotarło) Słowo Boga do Jana syna Zachariasza, na pustyni. (Łk 3,2)

Starając się zadowolić wysłanników starszyzny żydowskiej Jan usiłuje odkryć – być może także i wobec samego siebie – swą tożsamość, kim jest na jaka jest natura jego powołania. Odpowiadając na pytania za każdym razem ma i nie ma racji – “wyznał a nie zaprzeczył”. 

Nie jest bowiem Eliaszem, choć idzie w jego “duchu i mocy” wypełniając proroctwa związane z powtórnym przyjściem Eliasza, jako Poprzednika Mesjaszowego. Nie jest jedynie prorokiem, jak ci starotestamentalni bo żaden z nich nie poprzedzał wprost Zbawiciela, ale jednocześnie jest ostatnim prorokiem Starego Przymierza. Jednakże nie jest “tym prorokiem”, czyli Mojżeszem, prawodawcą, który był przyjacielem Boga.

Nazywa się “głosem”, ale przyznajmy, nie jest to dość ścisłe pojęcie i mogło wielu, nawet szczerze myślącym, przedstawicielom Rady się nie spodobać…

Jak pisze bowiem ks. Maciej Warowny: 

Oni wiedzieli, jakim powinien być Mesjasz, co powinien zrobić, jak się zachowywać, czego nauczać, kogo wybrać na swych przyjaciół, a kogo potępić i odrzucić. Oni wiedzieli, więc byli kompletnie nieprzygotowani na przyjęcie NOWOŚCI, którą przygotował dla nich i dla nas także, Bóg. Oni, czyli faryzeusze, uczeni w Piśmie, saduceusze, zeloci zamknęli Mesjasza w swoich oczekiwaniach. Oni w gruncie rzeczy nie oczekiwali żadnej nowości, nie dopuszczali do swej świadomości, że mogą zostać zaskoczeni nowością tego, co Bóg pragnie im dać. Wyznaczyli Bogu Jego miejsce, uwięzili Go w swoich pragnieniach i oczekiwaniach, ograniczyli Jego działania swoją wyobraźnią i możliwymi do przewidzenia scenariuszami. 

A przecież faryzeusze byli stosunkowo młodym ugrupowaniem w sędziwej religii żydowskiej! Bazując na własnych doświadczeniach winni mieć nieco bardziej otwarte serca na nieszablonowość bożych propozycji. Może dlatego przeżywali pewien rodzaj usztywnienia, że ukierunkowani byli bardziej na “działanie po bożemu”, aniżeli na “nasłuchiwanie Boga”. Upatrywali Łaski w drobiazgowym wypełnianiu Tory i wszystkich zwyczajów, co zresztą samo w sobie nie było złe, ale pozbawione (jak powie to św. Paweł) “ducha” opierało się na samej tylko “literze”. 

Źródłem takiej postawy może być – często chorobliwa – potrzeba zamiany własnych wątpliwości i niewiedzy w konieczność działania, zadania do wykonania. Tam, gdzie Bóg mówi “trwaj, czekaj, nasłuchuj”, człowiek słyszy “działaj, nie marnuj czasu, rób coś”. Jedno i drugie jest dobre i słuszne. Jedno bez drugiego nie może stać się dobrym nośnikiem woli bożej. Działanie musi rodzić się ze słuchania, a słuchanie musi zaowocować kiedyś działaniem. 

Jan był Głosem, a jego otwartość na Słowo, jakie “stało się” w nim, wzięła się z daru Łaski jak i z lat doświadczania trudów pustyni. Jednocześnie Jan chrzcił, czyli coś robił, działał, wykraczając przy tym z tego, co faryzeusze uznawali z jedynie dopuszczalne działanie. Znak zanurzenia w wodzie był potwierdzeniem orędzia, wzmocnieniem wezwania do pokuty, nie miał – jak byśmy dziś powiedzieli, charakteru sakramentalnego, ale pełnił rolę czegoś przyciągającego, symbolu, który wyrażał to, czego nie umiały dopowiedzieć słowa. Jan działał, ale nie tak, jak wyobrażali to sobie przedstawiciele Wysokiej Rady.

Pytanie na Adwent – w czym rozmijają się nasze oczekiwania i przyzwyczajenia z wolą bożą? Na ile jestem gotowy nasłuchiwać głosu Pańskiego? Czy chęć działania i niecierpliwość nie zagłusza Słowa? Ale i z drugiej strony patrząc – czy za własną pustynią nie kryje się lęk przed działaniem?

Ktoś powie – za dużo pytań! Cóż… Stary Zachariasz przez dziewięć miesięcy szukał właściwej odpowiedzi na jedno jedyne pytanie, które zadał Archaniołowi, a co dopiero my mamy zrobić z mnóstwem własnych wątpliwości…

« Older posts

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑