Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Autor: jacek (page 1 of 127)

Bezwonni, bezgrzeszni, bezpańscy.

Jezus wzruszył się w duchu i powiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeden z was Mnie wyda. 

Uczniowie zaczęli przyglądać się sobie nawzajem niepewni, o kim mówi. A jeden z Jego uczniów – ten, którego Jezus miłował – spoczywał przy piersi Jezusa. Skinął zatem na niego Szymon Piotr, aby się dowiedział, o kim mówi. Ten więc, spoczywając przy piersi Jezusa, zapytał Go: Panie! Kto to jest? 

Jezus odpowiedział: Ten, któremu Ja podam umoczony kawałek chleba. Następnie umoczył kawałek chleba, wziął i dał Judaszowi, [synowi] Szymona Iskarioty. I wtedy, po [podaniu] kawałka chleba, wstąpił w niego szatan. Jezus więc powiedział do niego: To, co zamierzasz uczynić, uczyń czym prędzej. Nikt jednak ze spoczywających przy stole nie zrozumiał, dlaczego mu to powiedział. Niektórzy bowiem przypuszczali, że ponieważ Judasz ma sakiewkę, Jezus mówi mu: Zakup, co nam potrzebne na święto, albo aby dał coś ubogim. On zatem wziął kawałek i natychmiast wyszedł. A była noc. 

Wtedy Szymon Piotr zwrócił się do Niego: Panie, dokąd idziesz? Jezus odpowiedział: Tam, dokąd idę, teraz iść za Mną nie możesz, jednak potem pójdziesz. Piotr ciągnął dalej: Panie! Dlaczego teraz nie mogę iść za Tobą? Duszę moją położę za Ciebie. Jezus odpowiedział: Położysz za Mnie swoją duszę? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Zanim zapieje kogut, trzy razy się Mnie zaprzesz.  (J 13, 21-38)

1) Czym pachniesz?

Kilka wersetów przed opisem Ostatniej Wieczerzy św. Jan ukazuje Jezusa na uczcie w Betanii. Obok Niego jest Łazarz, dzięki którego wskrzeszebniu stypa zamieniła się w ucztę radości. Marta usługuje, a Maria rozbija szyjkę alabastrowego naczynia i wydobywając zeń drogecenny i autentyczny nardowy olejek, namaszcza stopy Mistrza, aby następnie wytrzeć je swymi własami. Jan zapamiętał i zanotował:

i dom napełnił się wonią olejku. (J 12,3)

Zapach ten rozszedł się po całym świecie, zgodnie z nakazem misyjnym Zbawiciela. Roznieśli go ci, których nazwał solą ziemi i światłem świata – Jego uczniowie, chrześcijanie, dzieci Matki Kościoła. Św. Paweł pisząc o tej woni zastrzegł:

… dla jednych jest to zapach śmiercionośny – na śmierć, dla drugich zapach ożywiający – na życie. (2 Kor 2,16)

W dobie, w której Kościół przestaje cokolwiek znaczyć sam w sobie i pomału może zamienić się w jedną z wielu agend pozarządowych, jakąś globalną korporację usług religijno-charytatywnych, warto zadać sobie pytanie co z tą wonią się dzieje? Jako katolicy przestaliśmy nadawać ton kulturze, polityce, gospodarce i cywilizacji. Wtopiwszy się w neopogański świat wydaje się, że straciliśmy smak i zapach.

Bo przecież jaką woń wydzielamy, jako uczennice i uczniowie Chrystusa? Co – używając słów św. Pawła – “roznosimy po wszystkich miejscach”? Co możemy zaproponować współczesnemu światu, oraz sobie nawzajem, aby być wiernymi wezwaniu naszego Pana? Lojalność wobec Państwa? Wrażliwość na społeczną biedę? Zdyscyplinowanie w trudnych momentach? Troskę o słabych i – że użyję modnego stwierdzenia – wykluczonych? Przecież wszystko to znajdziemy także i w tym świecie! Nawet w kultywowaniu tradycji rodzin wielodzietnych są od nas skuteczniejsi – np. muzułmanie… Podobnie jak w gorliwości…

A przecież mamy jedno, czego nikt inny nie ma – Ewangelię o Bogu, który jest pomiędzy nami!

Dobrą Nowinę o Synu Bożym, który wyzwala od przekleństwa nieprawości!

Żywego i wciąż działającego potężną mocą Pana, który może nas zbawić od zła, jakie popełniamy (jak się tłumaczymy) “w dobrej wierze”! 

Jeśli jednak już straciliśmy wiarę w żywą Obecność Pana pośród nas (w Eucharystii przyjmowanej i Adorowanej, w Słowie spisanym i tym przekazywanym od czasów apostolskich), która realnie przemienia człowieka, jeśli się tej przemianie nie poddajemy, jeśli nie pozwalamy, aby “zakwasiła” ona całą kulturę, codzienność i sposób myślenia innych – to faktycznie jesteśmy na nic nieprzydatni… To faktycznie zawiedliśmy naszego Boga. To rzeczywiście jesteśmy winni – nawet jeśli w głębi serca pozostajemy, “przyzwoitymi” ludźmi.

Ale przejrzyjmy się w dzisiejszej Ewangelii.

2) Piotr.

W odczytanym uprzednio fragmencie Janowego opisu Ostatniej Wieczerzy widzimy trzech uczniów Jezusa – Judasza, Piotra i Jana. Trzy postawy względem Boga – zdrajcy, który zgadza się na działanie w nim zła; pyszałka, przekonanego o swej bezgrzeszności; oraz “ucznia umiłowanego”, który wsłuchuje się w serce Mistrza, czyli zna Jego wolę i chce za nią postępować polegając na Jego  sile i mocy.

Obawiam się, że oscylujemy między Judaszem a Piotrem, nie stawiając sobie nawet przed oczami jako celu postawy Janowej…

Cała sztuka polega na tym, aby rozpoznać czyhającą na samego siebie “noc”, jakiś konkretny grzech, jakieś zagrożenie wewnętrzne, jakąś rozbijającą komunię z Panem słabość. To nie jest tak, jak chciałoby wiele ruchów religijnych, że aby wejść w bliskość z Panem, trzeba najpierw, niejako “na siłę” się zgnoić, odkryć w sobie jakieś bagno wewnętrzne. Nie ma takiej potrzeby. Nasze wnętrze nie musi być zainfekowane wirusem, któregoś z siedmiu grzechów głównych rozumianych jako konkretne czyny. Wystarczą przecież grzechy lekkie, oraz przyrodzona słabość ludzkiej natury z jej obawami, nieufnościami, przemijalnością, słabnością ciała, podatnością na “żywioły tego świata”. Póki nie osiągniemy jedności z Panem w Domu Ojca, wciąż jesteśmy narażeni na rzeczy, które nas niszczą i nęcą pokusą samostanowienia (Adam i Ewa) lub odebrania swego dziedzictwa w doczesności (syn marnotrawny). I wcale nie musi chodzić o tzw. “ciężką materię”, wystarczy przecież “obojętność ludzi dobrych”.

Piotr w dzisiejszej Ewangelii woła: 

Panie! Dlaczego teraz nie mogę iść za Tobą? Duszę moją położę za Ciebie. (J 13, 37)

Piotr jednak nie zna samego siebie. Nie przyjął do końca Słowa, jakie wypowiedział mu Chrystus pod Cezareą Filipową:

Odejdź za Mnie, szatanie! Jesteś mi pułapką (zawadą, zgorszeniem), gdyż nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mt 16,23)

Nie rozpoznał w sobie wad, słabości, mimo że miał świadomość własnej nędzy, gdy po cudownym połowie ryb wołał do Jezusa:

Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem grzesznym człowiekiem. (Łk 5,8)

Inną stroną tego samego, Piotrowego medalu, jest bierność. Można być zbyt wyrywnym w zapewnianiu o swej prawowierności, a można popaść w marazm i pójść za pokusą nie wychylania się, schowania się we własnym kącie. Znam człowieka, który w tych dniach rozmaitych zakazów i nieprawdopodobnych zachęt (jeszcze nie było chyba takiej epoki, w której duchowieństwo by gremialnie zachęcało do nienawiedzania świątyń) śmiało chodzi do kościoła, przychodząc wcześniej, aby znaleźć się w grupie przepisanych prawem pięciu osób, a swojemu proboszczowi oznajmił, że w razie czego zapłaci mandat. Ktoś powie: – No, jak go stać, to niech płaci!

Być może wziął sobie do serca stwierdzenie św. Teresy Wielkiej, zapisane w jej Księdze Fundacji (28,8):

Dziwiłam się i zastanawiałam nad tym jak ważne jest niezwracanie uwagi na naszą słabość, kiedy wiemy, że chodzi o służbę Bożą, mimo wszelkich napotykanych przeciwności, albowiem On jest tak mocny, iż może ze słabych uczynić mocnych, a z chorych zdrowych. A gdyby tego nie uczynił i cierpienia nie odjął, to znak,  że z samego cierpienia będzie większy dla naszej duszy pożytek

A więc, skoro nam objawi swą wolę, idźmy za nią, patrząc tylko na Jego cześć i służbę, a o samych sobie zapominając. 

Bo i na cóż nam dane jest życie i zdrowie, jeśli nie na to, byśmy je mogły przeżyć na służbie tak wielkiego Króla i Pana. Wierzcie mi, siostry, nigdy wam się nic złego nie przydarzy, gdy będziecie tą drogą kroczyć! 

Ja za moich lat dawnych, będąc tak niecnotliwą i słab, nieraz, wyznaję, poddawałam się wątpliwościom i strachom,. Ale odkąd Pan mnie odział w ten habit Karmelitanki Bosej i już na kilka lat przedtem, nie pamiętam takiego zdarzenia, by mi ten nasz Boski Mistrz, z samego tylko swego miłosierdzia, nie użyczył łaski zwyciężania tych pokus i rzucenia się całą moją istnością ku temu, w czym uznam większą chwałę Bożą, choćby to była rzecz najtrudniejsza. Wiem dobrze i jasno to rozumiem, że moje własne w tych rzeczach działanie było prawie niczym. Bóg niczego więcej nie żąda od nas, oprócz takiej ochotnej gotowości na Jego wolę, a gdy ją w nas znajdzie, sam potem zdziała wszystko swoją mocą. 

Trzeba jednak nie tylko usłyszeć Słowo Boga, ale także okazać Mu posłuszeństwo w działaniu. Piotr usłyszał, ale nie przyjął Słowa. Musiał przejść przez Krzyż, doświadczyć Paschy, aby naprawdę oddać swoje życie dla Chrystusa i Jego Ewangelii.

Wiara bowiem nie jest magią, ani ślepym zawierzeniem. Jest odpowiedzią, jaką rozumny człowiek daje Bogu, jaki mu się objawia. Odpowiedzią pełną posłuszeństwa, wynikającą z zaufania darmowej miłości Boga Stwórcy. 

Decyzja wiary, zaufania Panu – bardziej niż sobie, swoim emocjom czy lękom – jest jednocześnie światłem, punktem odniesienia, który (jeśli jest autentyczny) musi przemienić całe życie i postępowanie człowieka. Przykładem takiego zawierzenia jest Jan, wsłuchujący się w Serce Jezusa, czyli rozważający istotę Syna Bożego. Jan rozmyśla nad tym Kim jest JEzus, rozważa Jego wolę, pragnie upodobnić się 

3) Judasz.

Judasz dał się pochłonąć nocy, jaka już wcześniej zagościła w jego wnętrzu. Sumienie jego nie zostało prześwietlone Jezusowym promieniem prawdy. Judasz prawdy nie chciał. Wolał pozostać w swoistej schizofrenii wewnętrznej – chciał być odbierany jako obrońca ubogich, ludzi z marginesu, nie mających środków do życia. Chciał, aby widziano w nim filantropa, kogoś wspaniałomyślnego, kto nie zatrzymuje nic dla siebie. Może nawet – w dobrym wypadku – miał jakiś własny plan na wspomożenie ludzi głodnych czy bezrobotnych. Wszystko to jednak było fikcją. Nie wiemy, czy Judasz miał świadomość własnych kłamstw, być może mocno w nie wierzył, ktoś by powiedział, że chciał dobrze”. Nie uwzględnił jednak w tym wszystkim obiektywnej prawdy. Nie uwzględnił Chrystusa i Jego miłości. Nie potraktował Ewangelii jako Pan głosił na serio. Zlekceważył powagę grzechu, kłamstwa i obłudy. Omamiony własnym ego zgodził się na ciemność, jaka otoczyła jego sposób myślenia.

Stracił kontakt z rzeczywistością. Rozstał się z prawdą o sobie samym. Jego wnętrze stało się nocą. 

On zatem wziął kawałek i natychmiast wyszedł. A była noc. (J 13,30)

Słowo Boże zwraca uwagę, że upadły Apostoł wyszedł z Wieczernika już po przyjęciu “kawałka chleb”. Najprawdopodobniej chodzi o Eucharystię. Dostarczając argumentów wszystkim tropicielom zarazków na doczesnej materii eucharystycznego Ciała Pańskiego można z triumfem zawołać – Proszę! Komunia nic nie zmienia w człowieku! Ani fizycznie ani duchowo! Nawet można dodać, że czyni go jeszcze gorszym. Zanim spożył podany mu przez Jezusa kawałek chleba był w świetle lamp Wieczernika, a potem już tyko w nocy…

To prawda, że gdy przyjmujesz Ciało Pańskie niczym ciasteczko, a już na pewno, gdy przyjmujesz Je w stanie grzechu ciężkiego, bez spowiedzi, tkwiąc w dramacie martwoty wewnętrznej i rozkładu duszy – nie pomoże ci Ono w przemianie. Wręcz przeciwnie, zaszkodzi. Dobrze, że nie jest nam dany rentgen stanu duszy komunikujących… zarówno z tej, czy z drugiej strony ołtarza. Jedynie Bóg ma taki rentgen.

Św. Paweł pisze tajemniczo:

…kto by jadł chleb i pił z Kielicha Pańskiego niegodnie, winien będzie Ciała i Krwi Pana. Niech więc człowiek bada samego siebie i w ten sposób niech je z tego Chleba i pije z tego Kielicha. Bo kto je i pije niegodnie (nie zważając na Ciało Pańskie), je i pije wyrok na siebie. Dlatego jest między wami wielu słabych i wątłych, a liczni są uśpieni (pomarli) (1 Kor 11,27-30).

Obecnie Pan Bóg nas bada, czyśmy nie przyjmowali Ciała i Krwi Pańskiej niegodnie… Bada, co w nas jest… 

Jako duchowi spadkobiercy Piotrów a nawet Judaszów siedzimy bezradni w domach… Jak sprawić, aby noc nas nie pochłonęła? 

Tak o tym mówił Prymas Tysiąclecia, na którego beatyfikację czekamy, a którego nauczanie chcę tu przytoczyć, jako najlepszą ścieżkę do skonfrontowania się z własnym sumieniem.

Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy prawdziwie się odmienili. A wtedy, gdy wszyscy będziemy się odradzać i politycy będą musieli się odmienić, czy będą tego chcieli, czy nie. Nie idzie bowiem w ojczyźnie naszej w tej chwili o zmianę instytucji społecznej, nie idzie też o wymianę ludzi, ale idzie przede wszystkim o odnowienie się człowieka. Idzie o to, aby człowiek był nowy, aby nastało „nowych ludzi plemię”. Bo jeżeli człowiek się nie odmieni, to najbardziej zasobny ustrój, najbardziej bogate państwo nie ostoi się, będzie rozkradzione i zginie. (2 II 1981 r., Gniezno)

Żeby jednak człowiek się odmienił, musi zajrzeć w swoje wnętrze i pozwolić, aby Duch św. rozjaśnił jego sumienie. Obecna sytuacja tylko temu sprzyja – mamy dużo więcej czasu niż wcześniej – a wręcz tego się domaga.

Jaka jest nasza odpowiedź?

O dorosłych dzieciach z palmami.

Słyszymy w dzisiejszej antyfonie na wejście:

Púeri Hebraeórum, portántes rámos olivárum, obviavérunt Dómino, clamántes et dicéntes: Hosánna in excélsis.

Dzieci żydowskie niosą gałązki oliwne wyszły naprzeciw Panu, wołając i mówiąc: «Hosanna na wysokościach»

Dokładnie, wg Ewangelii to powitali go w świątyni chłopcy, παιδας (paidas) – a terminem tym określano również sługi, niewolników wręcz. To oni, – maluczcy, ubodzy, wzgardzeni, bez praw. Jeszcze nie dziedzice, wciąż nie-wolni.

Czyż ich nie przypominamy? Również nie-wolni, nie osiągnęliśmy jeszcze etapu „bar micwah”, synów Przymierza, bo wolimy pozostawać w niewoli „żywiołów tego świata”. Zbliża się jednak Ten, który nas może wyzwolić, wykupując z niewolniczego stanu za cenę Swej Krwi. I tak, ze sług stajemy się przyjaciółmi, z niewolników stajemy się synami, z nic nie posiadających stajemy się dziedzicami największych łask i darów.

Jak długo dziedzic jest nieletni, niczym się nie różni od niewolnika, chociaż jest właścicielem wszystkiego. Aż do czasu określonego przez ojca podlega on opiekunom i rządcom. My również, dopóki byliśmy nieletni, pozostawaliśmy w niewoli „żywiołów tego świata”. Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z Niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, byśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg zesłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej (Gal 4,1-7)

A jednocześnie dziedziczący – w nadziei – całe bogactwo Domu Ojca!

Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale. (Rz 8,17)

Tym bardziej winniśmy wołać: “Bądź błogosławiony, bo przychodzisz okazać nam miłosierdzie! Wyzwól nas! Uczyń dziedzicami! Usynów nas! Chcemy dojrzeć! Chcemy dorosnąć! Chcemy dać owoc!” 

Jeśli tak zawołasz wraz z chłopcami z Jerozolimy, to jednocześnie dokonasz wyboru swojego dziedzictwa.

Zapewniam was, bracia, że ciało i krew nie mogą posiąść królestwa Bożego, i że to, co zniszczalne, nie może mieć dziedzictwa w tym, co niezniszczalne. (1 Kor 15,50)

Czy chcesz żyć podług “ciała i krwi”, czyli tego co ludzkie i przemijające, co zostanie zniszczone przez czas? Czy też może wybierasz to, co duchowe, niebiańskie, boże? Innymi słowy – jaki jest Twój bezcenny skarb? Ten w niebie, czy ten na ziemi?

Pamiętaj też, że mocą samego tylko “ciała i krwi” nic nie osiągniesz! Dziedzictwo człowiecze to dziedzictwo Adamowe – skażonej i dotkniętej rozkładem ludzkiej natury oraz tego, co nazywamy grzechem pierworodnym. Nie ma w tym dziedzictwie żadnej mistyki, ani wzniosłej tajemnicy, wbrew temu co chcieliby widzieć neopoganie i pragnący ubóstwić to, co naturalne. Jest natomiast pragnienie buntu i chęć samostanowienia, jest cierpienie i trud i śmierć. Pielęgnowanie tego dziedzictwa to droga do zatracenia.

Wy zaś, gdy macie sprawy doczesne do rozstrzygnięcia, sędziami waszymi czynicie ludzi za nic uważanych w Kościele! Mówię to, aby was zawstydzić. Bo czyż nie znajdzie się wśród was ktoś na tyle mądry, by mógł rozstrzygać spory między swymi braćmi? A tymczasem brat oskarża brata, i to przed niewierzącymi. Już samo to jest godne potępienia, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy. Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie raczej szkody? Tymczasem wy dopuszczacie się niesprawiedliwości i szkody wyrządzacie, i to właśnie braciom. Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego. (1 Kor 6,4-11)

Każda z nieprawości wymienionych w powyższym fragmencie przez św. Pawła jest przeszkodą w dziedzictwie o ile pozostaje postawą niezmienialną, o ile ktoś nie wykazuje skruchy, czyli woli nawrócenia – przemiany myślenia i działania. Dziedzictwo więc jest kwestią wyboru! 

Chłopcy z dzisiejszej Antyfony i sceny ewangelicznej zapraszają do dojrzałości. Wybiegają naprzeciw Pana przychodzącego do swojej własności. Mogą być szczególnymi pokolenia ludzi wiecznie niedojrzałych, dorosłych niedorosłych, Piotrusiów Panów, Kenów i Barbie po czterdziestce i sześćdziesiątce. Pozamykanych i trwożnie rozglądających się wokół. Mężów, którym żony zakazały chodzić do kościoła, i dziadków, którym wnuki bronią udziału w Eucharystii. Młodych przerażonych utratą zdrowia i ludzi w sile wieku bojących się, że to, na co ciułali całe życie zostanie im zabrane. Ludzi wiecznie szukających podniet i wrażeń. Uzależnionych od zmysłowych bodźców. Poddanych wiecznej pogoni za szczęściem na własną miarę. Niecierpiących sprzeciwu, trudu i nudy.

Niech wołają za nami ci, którzy wyszli naprzeciw Pana, a którzy – jeśli dożyli – czterdzieści lat później musieli dokonać dramatycznego wyboru: czy uciekać z chrześcijanami w góry, czy pozostać w Świętym Mieście. A Rzymienie byli już u bram Jeruzalem, aby obrócić ją w kupę gruzu…

Niech modlą się za nami chłopcy z Jerozolimy i chłopcy z Betlejem, ci z Wielkiego Tygodnia i ci, zamordowani trzydzieści lat wcześniej z rozkazu Heroda. Niech proszą za niedojrzałym pokoleniem starych wyrostków, uciekających przed sprawdzianem Krzyża, podobnie jak Apostołowie w noc Paschy, nie chcących zaświadczyć o swojej wierze w Pana.

Niech za ludem twardych serc i miękkich ciał pomodli się św. Jan Apostoła, jedyny chłopiec (mógł mieć czternaście lat!) jaki pozostał. W nagrodę otrzymał wielki dar – Niepokalaną Matkę. Przy niej i w cieniu Krzyża – dorósł i stał się dla Niej oparciem.

Wraz z nimi wejdźmy w Wielki Tydzień.

Grzech i skrucha Piotra.

Piotr zaś szedł za Nim Z DALEKA. (Łk 22,54)

Bliskość Pana jest wynikiem wyboru! Możesz być daleko, albo blisko. Możesz towarzyszyć Mu, a możesz się do Niego zdystansować. Podobnie z grzechem wobec miłości bliźniego – możesz być w dystansie, a możesz komuś towarzyszyć. Grzech może pojawić się na drodze oddalenia wobec kogoś, kto był Ci bliski. Możesz być w dystansie do żony, dzieci, braci, przyjaciół. Wtedy wchodzisz łatwo w pozór miłowania.

Jesteś daleko, czy blisko? Spoglądasz w Jego Oblicze, czy na Jego oddalającą się sylwetkę? Dopiero gdy Piotr spojrzy w oczy Jezusowi, to zrozumie swoją sytuację. Innymi słowy – kontemplujesz Jego obecność, czy pozwalasz, aby wszystko, co wiąże się z byciem przed Panem (adoracja, medytacja, lektura duchowa, świadomie przeżyta Komunia, rachunek sumienia, spowiedź) oddalało się od Ciebie stając się odklepane, czy bez większego zaangażowania. 

Podobnie możesz to zaobserwować w kontakcie z drugim człowiekiem. Może wciąż oglądasz tylko plecy męża – symbolicznie lub dosłownie. Nie rozmawiasz z nim, nie troszczysz się o niego, nie słuchasz co ma do powiedzenia. To jak? Jesteś daleko niego czy blisko? Wiesz co myśli, co czuje, co przeżywa, czym się martwi a co jest jego radością? Nie jesteś po to, aby z nim walczyć, ale po to, aby mu towarzyszyć – w najgłębszym tego słowa znaczeniu.

To samo przemyśl w kontekście wszystkich osób, które jakoś się sytuują na Twojej mapie codzienności. Jesteś bliska, czy daleka? Obchodzi Cię ktoś poza sobą? A może dystansujesz się, gdy ktoś nie spełnia Twoich oczekiwań i nie idzie za Twoimi pomysłami, tak jak Pan nie poszedł za przekonaniami Piotra. Niby Piotr poszedł za Panem, ale w olbrzymim dystansie! Może tak masz z innymi, jak ktoś nie podziela Twojego punktu widzenia, to się stopniowo oddalasz, może nie tak od razu, może pomału, ale z każdym miesiącem coraz dalej.

Z tego oddalenia jest jednak powrót. W jaki sposób? 

Celnik zaś stanął DALEKO i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w swą pierś i mówił: Boże, okaż miłosierdzie mnie grzesznikowi. (Łk 18,13)

Poprzez skruchę, polegającą na uznaniu swej winy i pragnieniu powrotu do Pana. Skrucha przerywa dystans.

Gdy rozniecili ognisko na środku podwórza i zasiedli wokoło niego, Piotr siadł między nimi. Zobaczyła go jednak jakaś służąca, gdy siedział przy ogniu, przyjrzała się mu uważnie i oznajmiła: — On też był razem z Nim. Ale on zaprzeczył: — NIE ZNAM GO, niewiasto. (Łk 22,55-57)

Ta odpowiedź każe się zastanowić, nad twoją znajomością Boga. Przecież, jeśli wybieram samoubóstwienie, nasycanie się śmieciami, nieczystość, czy lenistwo to zaświadczam właśnie o tym: “Nie znam Go”. 

Krótko potem ktoś inny go zobaczył i powiedział: — Ty też JESTEŚ JEDNYM Z NICH. Piotr zaś odrzekł: — Człowiecze, NIE JESTEM. (Łk 22,58)

Jeśli nie jesteś “jednym z nich”, uczniów Chrystusa, chrześcijan, dzieci kościoła – to skąd jesteś? Jakie środowisko Cię określa? Jeśli nie reagujesz jak uczeń Pana, to jak kto? A może trwasz w fałszywym obrazie “bycia w środku”? 

Po upływie mniej więcej godziny ktoś inny uporczywie twierdził: — Rzeczywiście, on także był z Nim, bo nawet jest Galilejczykiem. Piotr wszakże zaparł się: — Człowiecze, NIE WIEM, CO MÓWISZ. Wtedy gdy to jeszcze mówił, zapiał kogut, (Łk 22,59-60)

Nie wiem o czym mowa, nie wiem co to znaczy być chrześcijaninem, nie wiem co należy do moich obowiązków – czy zdarzają Ci się takie tłumaczenia ?

Pan zaś odwrócił się i SPOJRZAŁ (przypatrzył się) na Piotra.  (Łk 22,61)

To Chrystus jest pierwszym w działaniu, w tej scenie. To On reaguje na zdradę ucznia – odwraca się w jego kierunku. To gest Dobrego Pasterza, poszukującego owcy, lub kobiety, która wypatruje w zakamarkach domu zagubionej drachmy.

Spojrzenie Jezusa stoi w pewnym kontraście do spojrzenia służącej. To nie mogło być spojrzenie wyrzutu, zemsty, czy obojętności. Przypomnij sobie jakieś doświadczenie polegające na przyjęciu spojrzenia Chrystusa – na Adoracji, podczas Eucharystii, może na spowiedzi. Odśwież w sobie to doświadczenie. Przypomnij, co Pan mówi. Pomyśl, że mówi to do Ciebie.

Tak mówi Pan Zastępów, Przesławny, do narodów, które was ograbiły: – KTO WAS DOTYKA, DOTYKA ŹRENICY MOJEGO OKA. (Za 2,12)

Jak myślisz — jakim spojrzeniem obdarzył Piotra Jezus?

Piotr PRZYPOMNIAŁ SOBIE SŁOWA PANA, gdy Ten mu zapowiedział: „Dzisiaj, zanim kogut zapieje, zaprzesz się mnie trzy razy”, wyszedł stamtąd i gorzko zapłakał. (Łk 22,61-62)

Reakcją na spojrzenie Jezusa jest przypomnienie sobie Jezusowego proroctwa, oraz akt skruchy wyrażający się we łzach. Piotr przypomniał sobie Słowo Pana, a potem pozwolił sobie na szczerą reakcję – płacz.

Czy nad Twoim życiem jest jakieś Słowo Pana? Jakieś szczególne proroctwo? Jakiś fragment Pisma, który przypominasz sobie w momencie gdy zdajesz sobie sprawę z własnego grzechu?

Problem braku skruchy często polega na próbie przeskoczenia naturalnych etapów wzbudzenia w sobie żalu, skonfrontowania się ze Słowem, i pozwolenia sobie na adekwatna reakcję. Te trzy elementy występują w opowieści o Piotrze. Żal pojawia się w momencie uświadomienia sobie pełnego miłości wzroku Jezusa, prawda zaczyna brzmieć przy przypomnieniu sobie Słowa Bożego, łzy są konsekwencją powyższych.

Przeskakujemy te etapy do szybkiej spowiedzi, odklepania pokuty (albo i to nie), oraz jeszcze szybszego zapomnienia o sprawie. Wstyd, będący dobrą i naturalną reakcją na grzech zostaje bardzo szybko wyparty, zapomniany, mówiąc językiem psychologicznym – nieprzeżyty. Prawda o wyrządzonym złu jedynie naskórkowo dotyka intelektu nie schodząc na poziom “serca”, czyli woli i emocji. O ile pojawia się myśl o popełnieniu grzechu, o tyle brakuje woli: “Chcę to zmienić, chcę to naprawić, nie chcę ranić Tego, kto mnie kocha”. Już bardziej: “Nie chcę odczuwać wyrzutów sumienia. Nie chcę czuć dyskomfortu związanego z przypomnieniem sobie, że jestem słaby.” Piotr trwał w żywym odniesieniu do Pana, nawet, gdy był z dala, nawet gdy grzał się pośród służby. My tracimy to odniesienie, nie podtrzymujemy go, bardzo łatwo Bóg przestaje być żywą osobą – z gorejącym Sercem, pragnieniami wobec nas, obietnicami, ufnością. Podobnie zresztą ma się rzecz z grzechem wymierzonym w bliźniego. 

Problem braku skruchy, to problem zimnych serc i braku miłości – do Boga i do człowieka. Wtedy pozostaje lęk, zasady, Prawo, dyscyplina, powinności, itd. Pojęcie ofiary zaczyna być rozumiane jako dramatyczna, odczłowieczona kara, którą trzeba przebłagać Kogoś obrażonego, Kogoś, kto ma – mówiąc kolokwialnie – focha. A przecież:

MIŁOŚCI PRAGNĘ, nie krwawej ofiary, POZNANIA BOGA bardziej niż całopaleń. (Oz 6,6)

A prawdziwa ofiara, autentyczne stawanie się żertwą wymaga wolności i miłości, wymaga więzi z Bogiem, wymaga trwania w miłosnej intymności. Do tego zaprosił Piotra Jezus po zmartwychwstaniu, gdy trzykrotnie pytał go – o miłość, o przyjaźń, o trwanie z Nim i braćmi.

Modlitwa pełna skruchy. (Est 4)

Rekolekcje zimowe 2020/Medytacja VI

A skoro Mardocheusz dowiedział się o wszystkim, co czyniono, ROZDARŁ SZATY I OKRYŁ SIĘ WOREM I POPIOŁEM, i wyszedł na środek miasta, i LAMENTOWAŁ GORZKO I GŁOŚNO. I przyszedł aż pod Bramę Królewską, ponieważ nie wolno było wejść do samej Bramy Królewskiej przyodzianemu w wór pokutny. A w każdym państwie, wszędzie, dokąd dekret króla i prawo jego dotarły, powstał WIELKI SMUTEK u Żydów I POSTY, I PŁACZ, I LAMENT. Wór pokutny i popiół stanowiły posłanie dla wielu. (Est 4,1-3)

Wobec decyzji zagłady Narodu Wybranego, jaki wydał król Aswerus, Mardocheusz podejmuje pokutę. Ciekawa reakcja – stryj Estery widzi w dekrecie królewskim dopust boży! Nie używa środków dyplomatycznych, czy walki zbrojnej (są one jednak jakoś mało realne w tej sytuacji) ale oręża duchowego. Rozpoznaje całą sytuację, jako element walki duchowej.

W oczach demonów Naród Wybrany, którego jesteś częścią, Nowy Izrael, jest największą przeszkodą w zdobyciu świata i oderwaniu Go od Stwórcy. Dlatego diabeł robi wszystko, aby Cię zniszczyć, zastraszyć, odebrać jakąkolwiek moc. W każdym z nas ma swoje przyczółki, słabości upadłej natury, czy grzeszne nawyki. Każda decyzja jest opowiedzeniem się po którejś stronie, wzmocnieniem tego co boże w duszy, lub tego co jest ciemnością.

Władza złego na nami dotyka tego, co sami poddajemy złu, lub czego nie wyrywamy z jaskini zbójców w nas. Z jednej strony prawdziwą walkę toczy Pan, trzeba tylko za Nim kroczyć. Z drugiej są nasze decyzje.

Jednym z oręży jest skrucha i pokuta – świadomość własnych win, grzechów innych (jesteśmy wszak systemem naczyń połączonych), oraz ból i smutek z powodu zranienia tego, który nas nieskończenie miłuje. Tych rzeczy nienawidzi szatan – nie ma w nim pokory, zło czynione przez inne istoty są okazją do oskarżeń a nie ekspiacji, i nie interesuje go zranione Serce Boga, gdyż – oceniając po samym sobie – widzi w tym tylko boże manipulacje, fałsz i nienawiść do siebie.

Może udało Ci się na tych rekolekcjach “dowiedzieć o wszystkim co czyniono”, czyli zobaczyć i przyjąć do siebie prawdę o złu, które uczyniłaś, czynisz, lub Tobie uczyniono. Jak jest Twoja reakcja? Załamanie sobą? Apatia? Obojętność? Każda z powyższych reakcji odsłania kolejną prawdę o Twoim sercu – skupienie na sobie, brak wiary, zatwardziałość serca. Każda więc prowadzi do modlitwy. Bowiem:

Albowiem to Bóg jest w was SPRAWCĄ i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą. (Flp 2,13)

Postawa Mardocheusza jest postawą skruchy i pokuty. Stary Żyd rzuca wszystko na salę ufności Bogu. “Niebezpieczeństwo, które nad nami wisi, może wynikać z naszych grzechów i odstępstwa” – myśli Mardocheusz, dlatego podejmuje pokutę, a serce zaczyna wypełniać mu skrucha. Podobnie dzieje się w przypadku Estery.

Przeczytaj powoli modlitwę Mardocheusza i Estery:

«Panie, Panie, Królu, Wszechmogący, ponieważ w mocy Twojej jest wszystko i nie masz takiego, który by Ci się sprzeciwił, gdy chcesz ocalić Izraela, ponieważ Tyś uczynił niebo i ziemię, i wszystko, co na niej pod niebem godne jest podziwu, Ty jesteś Panem wszystkiego i nie ma nikogo, kto by się sprzeciwił Tobie, Panu. Ty znasz wszystko, Ty wiesz – tego, iż nie oddawałem pokłonu pysznemu Hamanowi, nie czyniłem ani z pychy, ani z zuchwałości, ani z żądzy sławy. Byłem nawet gotów ślady stóp jego całować dla ocalenia Izraela. Lecz uczyniłem to, aby nie stawiać wyżej czci człowieka nad cześć Boga i aby nikomu nie oddawać pokłonu, oprócz Ciebie, Panie mój, i nie uczyniłem tego z pychy. A teraz, Panie Boże, Królu, Boże Abrahama, ocal lud Twój, bo czyhają na zgubę naszą i mają zamiar zniszczyć nas, Twoje prastare dziedzictwo. Nie gardź dziedzictwem Twoim, które wykupiłeś dla siebie z Egiptu. Wysłuchaj prośby mojej i okaż miłosierdzie nad dziedzicznym Twym działem, i obróć smutek nasz w radość, abyśmy żyli i imię Twoje, Panie, wielbili, i nie zamykaj ust chwalących Ciebie, Panie». I cały Izrael wołał ze wszystkich sił swoich, bo śmierć stała im przed oczami.

Także królowa Estera zwróciła się do Pana, przejęta niebezpieczeństwem śmierci. Zdjęła swe szaty okazałe, przywdziała suknie smutku i żałoby i w miejsce wonnego pachnidła pokryła głowę swą popiołem i śmieciami, i ciało swoje poniżyła bardzo, a radosne ozdoby zastąpiła rozpuszczonymi włosami. I błagała Pana, Boga Izraela, i rzekła: 

«Panie mój, Królu nasz, Ty jesteś jedyny, wspomóż mnie samotną, nie mającą oprócz Ciebie [żadnego] wspomożyciela, bo niebezpieczeństwo jest niejako w ręce mojej. Ja słyszałam od młodości mojej w pokoleniu moim w ojczyźnie, że Ty, Panie, wybrałeś Izraela spośród wszystkich narodów i ojców naszych ze wszystkich ich przodków na wieczystą posiadłość i uczyniłeś im tak wiele rzeczy według obietnicy. A teraz zgrzeszyliśmy przed obliczem Twoim i wydałeś nas w ręce wrogów naszych za to, żeśmy czcili ich bóstwa. Sprawiedliwy jesteś, Panie! A oni nie zadowolili się gorzkością niewoli naszej i włożyli ręce swoje w ręce bożków swoich, aby odmienić obietnice ust Twoich i aby wyniszczyć dziedzictwo Twoje, zamknąć usta tych, którzy Cię wielbią, i zgasić sławę Twego domu i ołtarza Twego, a otworzyć usta pogan na przymioty bezwartościowych bałwanów i podziwianie na wieki cielesnego króla. Nie oddawaj, Panie, berła Twego tym, którzy nie istnieją, i niech się nie naigrawają z naszego upadku, lecz zwróć postanowienie ich przeciwko nim; tego zaś, który zaczął z nami walkę, przykładnie ukarz! Wspomnij, Panie, pokaż się w chwili udręczenia naszego i dodaj mi odwagi, Królu bogów i Władco nad wszystkimi władcami».

Estera otwiera się na smutek Bożego Serca. Wychodzi poza zwykłe błaganie o przebaczenie. Próbuje współodczuwać ze zranioną miłością Boga. Dokonuje największego uniżenia. Jej smutek nie jest histerią, czy paniką. Ona stara się stanąć dokładnie w tym samym miejscu, co Pan – oszukany przez lud, odtrącony, odrzucony, cierpiący także z powodu autodestrukcji Jego ukochanych dzieci.

Pomyśl o swoich grzechach. 

Postaraj się stanąć w świadomości wyrządzonego zła – sobie, Bogu i bliźniemu.

Pomyśl, co mogło odczuwać Boże Serce, gdy Ty popełniałaś konkretne akty grzechowe. Nie daj się skusić wizją emocjonalnej złości Boga, wszak nawet Jego gniew jest zakorzeniony w żarliwej miłości. Nie daj się pochłonąć jakimś podszeptom strachu, czy wizji samopotępienia. Odnajdź w sobie smutek odtrąconego Boga, Jego ból z powodu człowieka kroczącego ku zagładzie otchłani. 

Pomyśl o korzeniach swoich grzechów, o tym z czego wynikają. Aktem woli odetnij się od tego.

Początek ocalenia Noego sięga momentu, w którym przyłożył on pierwszy raz siekierę do pnia drzewa, z którego miała powstać arka. To pierwsze odcięcie drzewa było jednocześnie początkiem odcinania się od powszechnego zepsucia. Noe był zapowiedzią odcięcia, którego dokonał Syn Boży budując z innego drzewa szansę zbawienia.

Korzeń tego drzewa (przypomnij sobie sen Nabuchodonozora!) sięga kształtowania się Twoich nawyków i zachowań. Wielu odkrywa to na terapiach, czy podczas rozmów. Odsłoń teraz te korzenie przed Panem. Szczególnie uświadom sobie ból Serca Bożego wynikający z grzesznych zachowań Twoich bliskich, przodków. Boga zraniły ich grzechy! Czy umiesz stanąć, jak Estera, i prosić Go o przebaczenie dla nich?

Modlitwa skruchy, będąca jednocześnie formą wstawiennictwa, jest rodzajem podążania krwawym śladem Zbawiciela, który złożył za nas Ojcu ofiarę przebłagalną. Współpracujesz z Nim, jeśli pokutujesz za innych, choćby minimalnie.

Nie lękaj się smutku, jaki może się pojawić w Twoim sercu – może on wynikać z uświadomienia sobie tylu zmarnowanych szans i łask, jakie mogłyby zaistnieć w Twojej rodzinie, w Tobie, w Twoich dzieciach, a zostały bezpowrotnie utracone z racji grzechów.

Mów Panu o tym, co dzieje się w Twym sercu, co czujesz, co myślisz. Nie zastanawiaj się nad tym, co masz zrobić, jakie czyny pokutne wymyślić, jakie modlitwy odmówić – stań w skrusze sięgającej tak głęboko, na ile cię stać, i pobądź w smutku, w bólu, w zranieniu – na wzór Boga. Zastanów się i uruchom rozum, a potem pozwól działać swym odczuciom. Trwaj z tym w Jego obecności.

Zazdrość i gniew Jonasza.

Rekolekcje zimowe 2020/Medytacja V

Znamy historię Jonasza, któremu Pan kazał iść do Niniwy, aby ją upomnieć. Wiemy, że świeżo upieczony prorok nie chciał iść za bożym poleceniem i wsiadł na statek w zupełnie przeciwną stronę (Tarszisz oznacza klejnot, coś cennego. Wychodzi na to, żę Bóg nie chciał dla Jonasza błyskotek, kariery, bogactw. A Jonasz?…). 

Po wyrzuceniu przez marynarzy (Cóż za wymowny znak – być odrzuconym bo Twoja obecność jest przeżywana jako zagrożenie! Miałaś tak? Co to w Tobie wywołało? A może odrzucenie przez kogoś wrzuciło cię w fale pożądań, namiętności, grzechu? A może to Ty kogoś tak wyrzuciłaś za burtę swojego serca? Może nawet miałaś na to dobre uzasadnienie, jak marynarze na statku płynącym w stronę Tarszisz, którzy – jako typowi mężczyźni – musieli mieć teorię na poparcie swych działań… lepszą lub gorszą, ale zawsze jakąś…) do morza zostaje pochłonięty przez wielką rybę, niczym jakąś otchłań, jakiś mrok i samotność. 

Kiedy Jonasz modli się przez trzy dni i noce we wnętrznościach ryby, nie słychać w tonie jego wołania ani jednej nuty gniewu, czy skargi. Wydaje się, że niedoszły prorok przyjmuje swoje powołanie – po wyjściu (hmm, exodusie, hmm, uwolnieniu…) z brzucha morskiego potwora idzie do Niniwy i głosi jej orędzie nawrócenia. Mieszkańcy grzesznego miasta przejęli się wezwaniem i poddali się pokucie, co sprawiło, że Pan zdecydował się ich nie karać.

Wydawałoby się, że Jonasz winien teraz wyśpiewać hymn uwielbienia Boga, za ten widomy znak miłosierdzie. Tak się jednak nie dzieje – Jonasz jest pełen gniewu, a może także i zazdrości…

Nie podobało się to Jonaszowi i OBURZYŁ SIĘ. Modlił się przeto do Pana i mówił: «Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą. Teraz Panie, zabierz, proszę, duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie». Pan odrzekł: «Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzony?» (Jon 4,1-4)

Jego, Jonasza, Bóg ścigał, dopuścił upokorzenie, udręczenie, może jakieś wielkie pokusy, czy grzechy nawet, jakie symbolizuje wielka ryba. Jonaszowi Bóg jawi się jako sprzeczność, której w swej małoduszności nie pojmuje – bezwzględny i łagodny jednocześnie! Jonasz nie rozumie, czemu jego życie było tak trudne, pełne przeciwności, a Niniwici, którzy pewnie jeszcze porządnie używali uciech życia (każdy grzech wiąże się z jakimś rodzajem przyjemności) otrzymują wybaczenie. Jak to?! Nie będą cierpieć? Gdzie tu sprawiedliwość?!

Pomijam tu, że Jonasz jest maksymalnie skupiony na sobie, na swojej krzywdzie, swojej misji, swoim trudzie jej wykonywania. Dla niego nie liczą się Niniwici i ich dobro, ale to, co on doświadczał, i czego – we własnym mniemaniu – doświadczać powinien, choćby satysfakcji z cierpień grzeszników. On cierpiał, oni też powinni.

Na co się oburzasz? Czego ostatnio zazdrościłaś innym? Rzeczy, uczuć, jakichś ułatwień w życiu?

Jonasz jest zły – zarówno na Niniwitów, jak i na Boga. Pan zakwestionował wszelkie schematy, jakimi Jonasz się żywił, i te odnoszące się do samego Boga, do Jego sposobu działania, do Jonaszowej pobożności (wychodzi bowiem na to, że modlitwa Jonasza była pewnym udawaniem, jego stosunek do Pana nie był prawdziwy) do idei kary za grzech, do tego czym jest surowość, sprawiedliwość i miłosierdzie. Wydaje się jednak, że prorok (to ciekawe – można być prorokiem głosząc Słowo Boże bardziej swoimi wpadkami, aniżeli promieniowaniem świętości moralnej!) jeszcze tkwił w swoich chorych wyobrażeniach światopoglądowych – trzyma swe emocje na wodzy, chowa je skrzętnie na dnie duszy, niczym w brzuchu wieloryba, chce grać porządnego człowieka, któremu nie wypada okazać prawdy o swoim wnętrzu.

Jonasz wyszedł z miasta, zatrzymał się po jego stronie wschodniej, tam uczynił sobie szałas i usiadł w cieniu, ABY WIDZIEĆ CO BĘDZIE SIĘ DZIAŁO w mieście (Jon 4,5).

Chęć ujrzenia klęski Niniwitów musi być w Jonaszu olbrzymia, skoro mimo przyjęcia przez Boga pokuty grzesznych mieszkańców miasta, prorok, buduje sobie szałas, jakby oczekując, że “będzie się działo”. Zupełnie, jakby myślał: “Kiedy im przejdzie? Kiedy pękną i darują sobie to nawracanie?” Odsłania to złośliwość serca Jonaszowego i chęć postawienia na swoim.

A Pan Bóg sprawił, że krzew rycynusowy wyrósł nad Jonaszem po to, by cień był nad jego głową i żeby mu ująć jego goryczy. Jonasz bardzo się ucieszył [tym] krzewem. Ale z nastaniem brzasku dnia następnego Bóg zesłał robaczka, aby uszkodził krzew, tak iż usechł. A potem, gdy wzeszło słońce, zesłał Bóg gorący, wschodni wiatr. Słońce prażyło Jonasza w głowę, tak że osłabł. Życzył więc sobie śmierci i mówił: «Lepiej dla mnie umrzeć aniżeli żyć». Na to rzekł Bóg do Jonasza: «Czy słusznie się oburzasz z powodu tego krzewu?» Odpowiedział: «SŁUSZNIE GNIEWAM SIĘ ŚMIERTELNIE!». (Jon 4,6-9)

Teraz tłumiony wcześniej gniew Jonasza, jego złość, zazdrość i furia wybuchły na całego! To ci okropni, grzeszni Niniwici dobrze się mają, a on, posłuszny w końcu Bogu, cierpi aż do osłabienia! Im się wiedzie a jemu nie! Im Pan błogosławi (i tu pewnie Jonaszowa wyobraźnia podsunęła szereg sytuacji, w jakich mieszkańcy Niniwy korzystają z radości życia) a jego wciąż doświadcza! Gdy jemu Pan dał choć trochę tych możliwości, jakie mają Niniwici! Ale nie, jemu Pan zsyłą tylko same przeciwności! Jak tu żyć… I tak Jonasz popada z gniewu w histerię, panikę i stan depresyjny… Nie chce już żyć…

Jonasz pewnie zrozumiałby się w tym momencie zarówno z pełnym strachu i niechęci do życia Eliaszem na pustyni, jak i starszym bratem z Jezusowej przypowieści o miłosiernym ojcu. Jest pełen pretensji do Boga, do życia, przeżywa olbrzymią złość, poczucie odrzucenia (znowu!), zawiść wobec “tych, którym się udało”, totalne mijanie się z Bogiem, poczucie niezrozumienia, samotność.

W którym z odruchów serca Jonasza odnajdujesz siebie? 

Mogłoby się wydawać, że uschnięcie krzewu, który daje cień, czy samo istnienie małego robaczka, to zbyt błahe powody, żeby wybuchnąć taką złością. Ale… Nie zdarzało to ci się? A może i takie wydarzenia udało Ci się zepchnąć w otchłań podświadomości, bo przecież… Nie wypada tak myśleć, czy czuć… A potem było kolejne drobne zdarzenie i niekontrolowany wybuch… 

W księdze Estery czytamy o wielkim doradcy króla Aswerusa, Hamanie, który był bardzo czuły na punkcie szacunku do własnej osoby:

Wszyscy słudzy króla, którzy stali w bramie, klękali i oddawali pokłon przed Hamanem, ponieważ taki rozkaz wydał król co do jego osoby. A Mardocheusz nie klękał i nie oddawał pokłonu. Wtedy stojący w bramie słudzy królewscy powiedzieli Mardocheuszowi: «Dlaczego przestępujesz polecenie króla?» Mówili do niego tak codziennie, ale on ich nie słuchał. Powiedzieli więc Hamanowi, aby się przekonać, czy trwałe będą postanowienia Mardocheusza, ponieważ wyznał im, że jest Żydem. I zauważył Haman, że Mardocheusz nie klękał i nie oddawał pokłonu, i napełnił się Haman GNIEWEM. (Est 2,1-5)

W tym gniewie Haman był podobny do swego Pana, który oddalił swą żonę Waszti, bo nie oddawała mu należnego szacunku… Urażony zachowaniem Mardocheusza Haman znalazł posłuch u króla i namówił go do wytępienia wszystkich Żydów. Jeden pyszałek, przewrażliwiony na punkcie swej domniemanej wielkości zrozumiał się z drugim. Ich złość i poczucie urażenia zaowocowały dosłownie morderczym gniewem.

Dzięki miłości i pokorze Estery król mógł znaleźć wyjście z dławionych go pysznych odczuć i gniewu. Jej nieudawana słabość i brak fałszywej dumy ujęły serce Aswerusa. Haman nie miał takiej szansy. Gniew go zgubił.

Jonasz zaczyna bowiem dopiero wtedy prawdziwie rozmawiać z Bogiem, gdy czuje się przyciśnięty „do muru” i rozgniewany, gdy niszczący ogień doświadczenia wydobywa się na zewnątrz. Można odnieść wrażenie, że dopiero gniew doprowadził do tego, że Jonasz zaczął rozmawiać z Bogiem, a nie tylko „czytać” modlitwy. W tym miejscu Księga się urywa, gdyż autor niewątpliwie chciał dać do zrozumienia, że celem tych wszystkich nieprawdopodobnych doświadczeń i głębokiego oburzenia proroka jest doprowadzenie do rozmowy z Bogiem, czyli do dialogu, nawiązania kontaktu, do spotkania. Bogu tak bardzo zależy na relacji z człowiekiem, że dopuszcza takie wydarzenia, na które będziemy tak rozgniewani, że w końcu zwrócimy się do Niego. Niekiedy żadne inne uczucie nie daje nam takiej możliwości. Jeśli agresja daje człowiekowi przystęp do Boga, On ją zaryzykuje, byleby tylko stanąć jak najbliżej nas. Przypomnijmy, że słowo „agresja” pochodzi od łacińskiego aggredi, co oznacza, „podchodzić bliżej, zwracać się do kogoś” i może być przeciwstawiona… regresji, czyli cofaniu się! Ale jeśli nawet tak nie jest, to Bogu zależy też na tym, abyśmy nie ukrywali złości w swoich wnętrzach. Bóg nie chce, aby jego wybrańcy byli magazynami złości, bo to ich przecież niszczy. Złość nie jest zdrowa, jeśli się ją przechowuje zbyt długo w sercu. (O. Augustyn Pelanowski)

Jonasz został przez Boga postawiony w sytuacji, w której musiał skonfrontować się z prawdą o sobie. Musiał zderzyć się z falami zła, zazdrości, gniewu i przeróżnych nieuporządkowanych uczuć w samym sobie. Nie widział, że Panu zależy tak samo na nim, jak i na mieszkańcach Niniwy. Nie dostrzegł, że jest takim samym grzesznikiem jak i oni. Nie umiał przyjąć tego do siebie i wyciągnąć pokornych wniosków. Nie umiał zauważyć w trudnych wydarzeniach życia Bożej miłości! Nie umiał… Nie chciał… Nie było to dla niego tak ważne jak on sam! Bóg dokonywał powolnej detronizacji jedynego prawdziwego bożka Jonasza – jego samego.

Być może przelewają się przez twoje serce niuporządkowane fale emocji, a Bóg tak, jakby wrzucał Cię w nie samego, raz za razem. Nikt tego nie rozumie, co się w Tobie dzieje, a Tobie także trudno przychodzi mówienie o tym. Być może nawet wciąż się nie możesz przyznać do własnych gniewów i zawiści.

Wypowiedz Panu na co się gniewasz? Kogo “poczęstowałaś” swoimi wybuchami, złościami, irytacjami ostatnio? Powiedz Bogu o tych sytuacjach! Komu zazdrościsz? Wydobądź na światło Pana te osoby, sytuacje, rzeczy, sprawy! Nie daj się zwodzić myślom, że to nieważne, głupie, dziecinne, nieistotne! Nazwij je przed Bogiem! Miej odwagę, jak Jonasz powiedzieć: “Słusznie gniewam się śmiertelnie”, choć brzmi tak niedojrzale. Przecież może być to prawdą o Tobie, że wciąż jesteś niedojrzała… Może korzenie tej nieustannej dziecinności tkwią bardzo głęboko, a Ty nie masz tak naprawdę ochoty, aby je wyrwać.

Cóż…

Przydałby się jakiś “robaczek”, który by je podgryzł…

« Older posts

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑