Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Kategoria: Słowo Boże (page 1 of 115)

Sześć dzbanów

W centrum opowieści o cudzie w Kanie (co można przetłumaczyć jako trzcinowy pręt mierniczy, miara) Galilejskiej stoi sześć kamiennych stągwi, dzbanów – jak mówi Ewangelista – “przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń”, Rzadko zwracamy uwagę na to, że nie służyły one do przechowywania wina! Wino – jak pisze O. Karol Meissner OSB – przechowywano raczej w bukłakach, na co zresztą zwraca uwagę sam Chrystus w Ewangelii. Kamienne stągwie miały znaczenie rytualne i były naczyniami na wodę której używano zgodnie z Prawem do usunięcia rytualnej nieczystości, np. Po zetknięciu z kimś nieczystym, czy – najczęściej – przed posiłkiem. Dla ówczesnych żydów nieczystość rytualna była synonimem grzechu. Chrystus w swoim nauczaniu krytykuje ten pogląd, kiedy mówi, że nie niszczy nas to, co przychodzi z zewnątrz:

Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego wychodzą złe zamiary, nierządne czyny, kradzieże, morderstwa, cudzołóstwa, chciwości, niegodziwości, podstęp, wyuzdanie, złe oko, obelżywość, pycha, głupota; wszystkie te złe rzeczy pochodzą z wnętrza i zanieczyszczają człowieka. (Mk7,21-23)

Tej Chrystusowej lekcji wciąż nie możemy sobie przyswoić. Wciąż myślimy, że czyni nas gorszymi, nieczystymi to, co przychodzi z zewnątrz. To inni są przecież winni naszych problemów. To ktoś mnie zdenerwował, ktoś sprawił, że bluzgam, że nienawidzę. To z powodu zewnętrznych przyczyn kradnę, kłamię, cudzołożę.

Przez ostatnie dni przelewała się przez nasz kraj fala żałoby. Niestety, wraz ze smutkiem i niosłą ze sobą potrzebę poszukiwania winnych. Kto zawinił, że zostało popełnione morderstwo? Oczywiście, wiemy, że zawinił ten, który wyciągnął nóż, aby nim ugodzić, ale wielu poszukuje dalszych winnych. Pokusa zobaczenia wroga w drugim człowieku jest wielka i większość nas jej ulega. Kto jest winny? Wyciągając wnioski z nauczania Pana Jezusa trzeba z mocą powiedzieć – winny jest grzech, który w nas mieszka! Winny jest grzech, który staje się naszą wadą, czyli grzeszną postawą! Winny jest grzech, który zagościł w naszej świadomości zniekształcając poznanie świata na tyle, że nie chcemy i nie umiemy z nim walczyć. Dlatego staje się wręcz wadą społeczną czy narodową.

Problem nasz polega jednak na tym, że nie chcemy widzieć w sobie serca nieczystego, szukamy powodów naszej nieczystości poza nami samymi, a co gorsza – nie chcemy uznać grzechu za naszego wroga i nie chcemy upatrywać ratunku w Bogu i Jego łasce. Nie chcemy też wychowywać naszych dzieci w nienawiści do grzechu. Nie chcemy kształtować w nich postawy, której dał wyraz św. Dominik Savio “Raczej umrzeć niż zgrzeszyć”. Dziś częściej wychowujemy do postawy raczej umrzeć niż być biednym, niż się nudzić, aż wreszcie – niż cierpieć.

Kilkadziesiąt lat temu, nie tak znowu bardzo dawno, cały naród polski słowami Prymasa Tysiąclecia ślubował Matce Bożej na Jasnej Górze:

Pragniemy, aby każdy z nas żył w łasce uświęcającej i był świątynią Boga, aby cały Naród żył bez grzechu ciężkiego, aby stał się Domem Bożym i Bramą Niebios, dla pokoleń wędrujących poprzez polską ziemię – pod przewodem Kościoła katolickiego – do Ojczyzny wiecznej. Królowo Polski, przyrzekamy!
Zwycięska Pani Jasnogórska! Przyrzekamy stoczyć pod Twoim sztandarem najświętszy i najcięższy bój z naszymi wadami narodowymi. Przyrzekamy wypowiedzieć walkę lenistwu i lekkomyślności, marnotrawstwu, pijaństwu, rozwiązłości. Przyrzekamy zdobywać cnoty: wierności i sumienności, pracowitości, oszczędności, wyrzeczenia się siebie i wzajemnego poszanowania, miłości i sprawiedliwości społecznej.

Sługa Boży Prymas Wyszyński z genialną intuicją zdefiniował problem polaków – grzech i wady narodowe z siedmiu grzechów głównych wynikające. To nie troska o małe dziki czy eksterminowane karpie ale troska o życie w łasce uświęcającej powinna nam nieustannie towarzyszyć i stawać główną przesłanką w wychowaniu dzieci i kształtowaniu samych siebie.

Podobnie ujmował nasz problem wielki przyjaciel Polski, uciemiężonej wówczas pod zaborami, bł. papież Pius IX, ten sam, który miał podarować słynną świecę polskiej delegacji, prosząc, aby zapalono ją w wolnej Warszawie. Świeca ta była żywym świadkiem bożego miłosierdzia nad naszym narodem i towarzyszyła niedawnym obchodom 100 lecia odzyskania niepodległości.

Podczas narodowej audiencji dla Polaków 6 czerwca 1877 r. Pius IX powiedział:

Błogosławię Koronie Polskiej i proszę Boga, aby to błogosławieństwo spłynęło na całą ziemię Waszą. Ku temu celowi starajcie się usunąć przyczynę niedoli Waszej, którą jest grzech, przyczyna wszelkiego prześladowania.

Dziwnym zrządzeniem Bożej Opatrzności równo trzy tygodnie po tej audiencji prawie identyczne wezwanie usłyszeli Polacy od Matki Bożej objawiającej się w Gietrzwałdzie.

Ktoś powie “Cóż znaczą moje drobne wady, małe grzechy codzienne”? Odpowiem słowami św. Jana Pawła II, który w adhortacji “Reconciliatio et paenitentia”, będącej pokłosiem synodu biskupów z 1983 r. – na którym kościół przyznał, że dookoła nas istnieją struktury zła –  pisał:

Nie ma grzechu, nawet najbardziej wewnętrznego i tajemnego, najściślej indywidualnego, który odnosiłby się wyłącznie do tego, kto go popełnia. Każdy grzech rzutuje z mniejszą lub większą gwałtownością, z mniejszą lub większą szkodą na całą strukturę kościelną i na całą ludzką rodzinę. W tym pierwszym znaczeniu można bezsprzecznie przypisać każdemu grzechowi charakter grzechu społecznego.

Warto wrócić do podjęcia walki z grzesznymi postawami z pychą, chciwością, nieczystością, lenistwem, zazdrością, obżarstwem i pijaństwem, czy gniewem. Wspólnym ich mianownikiem będzie zawsze jakaś forma bałwochwalstwa, odebrania Bogu należnej Mu czci czy innymi słowy – detronizacja prawdziwego Pana. A przecież nie tak dawno, jako naród, uznaliśmy w Jezusie Chrystusie Zbawcę, Pana i Króla!

Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.

Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa.

Ewangeliczni słudzy z Kany Galilejskiej poddali się wezwaniu Maryi i Jezusa. Wbrew swojemu doświadczeniu zaczerpnęli z kamiennych stągwi aby zanieść weselnemu staroście – w ich mniemaniu wody – przemienionego napoju. Gdy pozwolisz sobie samemu na radykalne posłuszeństwo Chrystusowi wówczas możesz doświadczyć jednego z najbardziej poszukiwanych cudów – cudu przemienionego życia. Pusty dzban nieczystości zostanie wypełniony wodą posłuszeństwa, aby obfitować w wino bożej łaski.

Oto miara życia!

Gwiazda i nawrócenie.

A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie,
postępowała przed nimi,
aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię.
Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. (Por. Mt 2, 10)

Przeczytajcie uważnie poniższe tezy i pomyślcie, czy nie są wam znajome:

Każdy człowiek ma swobodę wyboru i wyznawania religii, którą przy pomocy światła rozumu uzna za prawdziwą.

Ludzie mogą znaleźć drogę do wiecznego zbawienia i osiągnąć to wieczne zbawienie przez praktykowanie jakiejkolwiek religii.

Należy mieć przynajmniej zasadną nadzieję co do zbawienia wiecznego tych wszystkich, którzy w żaden sposób nie przynależą do prawdziwego Kościoła Chrystusowego. (Pius IX, Syllabus, 15-17)

Napisał je papież Pius IX i umieścił w dokumencie nazywanym „Syllabus errorum”, co można przetłumaczyć jako “zestawienie będów”. Dokument ów był dodatkiem do encykliki “Quanta Cura” z 1864 r. Ojciec święty wskazał w niej błędne sposoby rozumowania, jakie rozpowszechniły się wśród katolików wieku XIX. Dlaczego to uczynił? Bo poważnie traktował swój urząd Najwyższego Pasterza, czyli tego który karmi powierzone sobie owce zdrowym pokarmem, tak jak nakazywał to św. Paweł młodemu biskupowi Tymoteuszowi:

Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. (2 Tm 4,2-4)

Wydaje się, że poglądy, potępiane ongiś przez papieży, w naszych czasach zyskały olbrzymie grono gorliwych zwolenników, zarówno pośród zwykłych wiernych, jak i na szczytach kościelnej hierarchii, zarówno tej administracyjnej  jak i opiniotwórczej czy teologicznej. Konsekwencją tego typu idei jest zatrzymanie zapału misyjnego Kościoła, traktowanie z pogardą wszystkiego, co kryje się za sformułowaniem “nawracać”, oraz zredukowanie apostolstwa do oddziaływań charytatywnych czy akcyjnych.

Pewien polski biskup tak kilka lat temu tak komentował zbliżającą się pielgrzymkę papieża Franciszka do naszego kraju:

Papież nie będzie nikogo nawracał. Nie będzie mówił by ktoś robił coś tak czy inaczej, bo papież nie jest od tego. Będzie głosił Ewangelię i liczył na to, że to jego przepowiadanie znajdzie rezonans u wszystkich.

Nawet, jeśli przyjmiemy, że jest to luźna wypowiedź, nie będą przemyślaną częścią jakiejś homilii, to zastanawia owa niechęć, jaką nacechowane jest w niej pojęcie “nawracania”. A przecież św. Jan Paweł II pisał w 1990 r.:

Dziś wezwanie do nawrócenia, kierowane przez misjonarzy do niechrześcijan, poddaje się pod dyskusję lub przemilcza. Widzi się w nim akt prozelityzmu; mówi się, że wystarczy pomagać ludziom, by byli bardziej ludźmi i bardziej wierni własnej religii, że wystarczy budować wspólnoty ludzkie zdolne do działania na rzecz sprawiedliwości, wolności, pokoju, solidarności. Zapomina się jednak, że każdy człowiek, by zrealizować w pełni swe powołanie, ma prawo usłyszeć Dobrą Nowinę Boga, który objawia się i daje siebie w Chrystusie. (Św. Jan Paweł II, Redemptoris missio, 46)

Z tych słów świętego papieża wynikałoby, że ci, którzy – pomijam tu kazus ludzi, którzy nie mieli szans poznać Chrystusowej nauki – pozostają z dala od Kościoła żyjąc w innych religiach nie są w stanie zrealizować swego powołania!

Jeśli by ktoś mniemał, że chodzi tu tylko o głoszenie Ewangelii, czyli nawracanie wyznawców jedynie religii niechrześcijańskich, myliłby się. Chodzi, o to, aby wszyscy ludzie odnaleźli Prawdę w Kościele katolickim, czyli powszechnym – otwartym i zamyślanym przez Pana dla wszystkich narodów:

…działalność misyjna ma swoje uzasadnienie w woli Boga, który chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do uznania prawdy. (…) Do Niego więc, poznanego przez nauczanie Kościoła, wszyscy powinni się nawrócić i przez chrzest złączyć się z Nim oraz z Kościołem, który jest Jego Ciałem… (Sobór Watykański II, Ad gentes, 7)

Głoszenie Ewangelii i świadczenie o niej jest pierwszą posługą, jaką chrześcijanie mogą spełnić wobec każdej osoby i całego rodzaju ludzkiego, są oni bowiem powołani do mówienia wszystkim o miłości Bożej. (Benedykt XVI, 2006)

Dlaczego tak bardzo pogardzamy terminem “nawracać”? Dlaczego poddajemy w wątpliwość Prawdę, daną nam jako depozyt do przechowania, pogłębiania i przekazywania innym?

Bł. John Henry Newman, który na początku związany był ze wspólnotą anglikańską, po nawróceniu na katolicyzm, pisał:

Nie mogę pochwalić wszystkich bardziej, jak tylko mówić, że powinni być katolikami. Nie mogę wyświadczyć im bardziej czułej przysługi, niż modlić się, aby któregoś dnia zostali katolikami.

Jakże kontrastują owe słowa z tymi, wypowiedzianymi przez współczesnego polskiego hierarchę:

Już dawno przestaliśmy w Kościele mówić o jedności w kategoriach „nawracania” innych. Trzeba nawracać siebie.

Ten sam duchowny na pytanie o to czy nie jest więc idealną sytuacją, aby każdy pozostał przy własnym wyznaniu odpowiedział:

Do końca nie wiemy, jak ma wyglądać następny krok. Nikt już dzisiaj nie mówi, że miałby on polegać na tym, że wszyscy staną się katolikami.

Ewangelia mówi nam dziś o świetle gwiazdy, które było znakiem pociągającym magów do długiej wędrówki w poszukiwaniu nowonarodzonego Króla. Za Ojcami Kościoła można w niej zobaczyć typ misyjnego zaangażowania każdego ucznia Chrystusa. Jednocześnie gwiazda przypomina “liczne jak gwiazdy” potomstwo Abrahama, człowieka wierzącego w Boga i ufającego Mu bezgranicznie. Gwiazda więc to człowiek płonący ogniem wiary, które oświetla drogę innym, nie chowający swego światła pod korcem, ale stawiający je wysoko, ze względu na tych, którzy przebywają w ciemności.

Powstań! Świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy, a ponad tobą jaśnieje Pan, i Jego chwała jawi się nad tobą. (Iz 60, 1-6)

Pamiętasz koronę Niewiasty z Apokalipsy? Wieniec z dwunastu gwiazd? Chcesz być jedną z nich?

Świeć więc swoją wiarą i nie wstydź się jej!

Czas się już wypełnił.

Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego,
zrodzonego z Niewiasty, zrodzonego pod Prawem,
aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu,
byśmy mogli otrzymać przybrane synostwo.
Na dowód tego, że jesteście synami, 
Bóg zesłał do serc naszych Ducha Syna swego,
który woła: «Abba, Ojcze!»
A zatem
nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem.
Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (
Ga 4, 4-7)

Pełnia czasu – już nic ważniejszego niż nadejście Chrystusa nie zdarzy się w historii. Jeśli można się zgodzić z Francisem Fukuyamą, że nadszedł koniec historii to właśnie w tym kontekście, a nie w związku z wyższością demokracji nad innymi ustrojami. Od wydarzenia w Betlejem historia, a z nią nasz, ziemski czas, kręci się wokół Osoby i Wydarzenia Jezusa, Syna Bożego. W związku z tym wszelkie nasze próby budowania na ziemi idealnych ustrojów, wspaniałych systemów społecznych, czy realizowania cudownych recept na szczęście według przepisów ułożonych przez wszelkiej maści ideologów – cała ta kolorowa i smutna zarazem zabawa śmiertelnych zbawców ludzkości nie ma najmniejszego sensu. Przypomina bezskuteczne próby czarodzieja Gandalfa z “Władcy Pierścieni”, który usiłuje wejść przez ukryte w skale drzwi do kopalń Morii, podziemnego królestwa krasnoludów. Brakuje mu tylko zaklęcia, jednego słowa, aby otworzyć tajemne wrota. Przypadkowo wypowiada je jeden z hobbitów, a słowo to brzmi: “mellon”, “przyjaciel”. Dla nas tym słowem, kluczem, wreszcie przyjacielem jest Chrystus – Zbawiciel.

Św. Jan Paweł II w 1979 r. w Polsce mówił, że Jezus:

…to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa.

Niegdyś odczytywaliśmy te słowa w kontekście ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej. Dziś zobaczmy w nich także głęboki sens duchowy. Człowiek, jak mówił święty papież:

Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa. I dlatego Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi.


Gdy oderwiemy rozumienie samych siebie od Chrystusa, wówczas pozostajemy ślepi i głusi na znaki czasów. Może dlatego błądzimy jak dzieci we mgle pośród – obiektywnie – zatrważających zdarzeń, jakie dzieją się dookoła nas.

Europę zalewa trzecia fala inwazji islamu. Tak pisał o tym historyk myśli politycznej, prof. Jacek Bartyzel:

Pierwsza, arabska, inwazja islamu (VII-VIII wiek) zniszczyła 4/5 ówczesnego chrześcijaństwa, kwitnącego na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce, opanowała nawet prawie całą Hiszpanię, a zatrzymać udało się ją dopiero za Pirenejami, z drugiej zaś strony pod murami Konstantynopola, a próba kontrofensywy ze strony chrześcijańskiego Zachodu w XI-XIII wieku ostatecznie się nie powiodła.

Druga, turecka, inwazja islamu (XV-XVII wiek) zdobyła Konstantynopol, opanowała całe Bałkany oraz większą część Węgier. Zatrzymali ją dopiero Jan Austriacki pod Lepanto, Jan III Sobieski pod Wiedniem i Eugeniusz Sabaudzki pod Zentą.

Trzecia inwazja na Europę, dokonująca się bez wystrzału teraz, opanowuje już główne stolice i całe mniejsze miasta, nie napotykając żadnego oporu i prawie nie znajdując już chrześcijan. Przeciwnie: rządy, które zdradziły swoje ludy, prześladują wyłącznie swoich własnych obywateli za nieśmiałe nawet słowa dezaprobaty. Gdzie więc ta inwazja się zatrzyma i czy w ogóle gdzieś się zatrzyma?

Czyż to nie znak wzywający do nawrócenia? Współczesny bicz boży na chrześcijan, którzy pozostawili jedyny klucz do zrozumienia samych siebie? Tak mówił o tym ks. prof. Robert Skrzypczak w jednym z wywiadów już w 2016 r.:

Inwazja Arabów na Europę stanowi analogię do inwazji Chaldejczyków na Ziemię Świętą w czasach proroków. Pan Bóg dopuścił, by Izraelitów ciemiężyły obce ludy. Miały być rodzajem bicza Bożego, wywołując przebudzenie Izraela.

Ale nie tylko na zewnątrz naszej katolickiej rodziny słychać pomruki nadciągającego potopu. Jeden z polskich hierarchów w zeszłorocznej homilii do młodzieży na Polach Lednickich wołał:

W centrum Kościoła ma stanąć człowiek. (…)  W dniu świętym chodzi o człowieka. W tej Eucharystii, którą przeżywamy, chodzi o ciebie. (Jezus) nie chce żeby szło o Niego. Kiedy my Go stawiamy w centrum, on sam się usuwa i mówi: “Ty masz być w centrum. O ciebie chodzi.” Chrystus nie dopomina się o chwałę. Chrystus nas nie zbiera tutaj po to, by nam powiedzieć “Patrzcie, jestem!”. On nas tu zwołuje po to, aby powiedzieć: jestem przy tobie (…) Jestem i tego uczę swój Kościół, by był skupiony na tobie

A przecież w centrum Kościoła jest Pan!

Chwały mojej nie oddam innemu. (Iz 48,11)

Pośrodku ciebie jestem Ja – Święty, i nie przychodzę, żeby zatracać. (Oz 11,8n)

Bogu, który jedynie jest mądry, przez Jezusa Chrystusa, niech będzie chwała na wieki wieków! Amen (Rz 16, 27).

Komentując te słowa hierarchy Debora Sianożęcka w książce “Palce Boga, stopy Miriam” pisze:

Czytając tę wypowiedź, człowiek, który prowadzi życie sakramentalne, czyta Pismo i zachowuje Tradycję Kościoła, nie ma najmniejszej wątpliwości, że „coś tu jest nie tak”. (…)

Dopiero w Jego „JESTEM” mogę odkryć moje „jestem”. Zamiana kolejności moim zdaniem jest niemożliwa, chyba że ktoś chce przeżyć mocne rozczarowanie, a nawet otrzeć się o śmierć. Ja ryzykować nie będę i nikogo nie zamierzam namawiać do adorowania swojego „ja jestem”. Poza tym adorowanie siebie samego, a nawet drugiego człowieka prędzej czy później się wyczerpie i stanie się nudne.

Skoro dla wielu katolików centrum życia i uwagi jest człowiek a nie Bóg, to co się dziwić, że jesteśmy świadkami nie tylko opustoszałych świątyń, ale nawet wyprzedawanych. Zjawisko musi być na tyle wielkie, że nawet Papieska Rada ds Kultury wydała w grudniu zeszłego roku dokument regulujący sposób postępowania w takim przypadku. Przy tej okazji, jak donoszą agencje:

Przewodniczący Rady kard. Gianfranco Ravasi, przyznał, że w dawniejszych czasach duża liczba kościołów była wynikiem pewnego kontekstu społeczno-kulturowego.

A może była wynikiem mocnej wiary, która w kulturze się właśnie wyrażała? Jeśli to, co widzimy w kinach, teatrach, galeriach czy w zdobyczach architektury (także sakralnej) jest niejako wypisem z wnętrza współczesnego człowieka, to ogarnąć może nas przerażenie…

Pod koniec listopada papież Franciszek podczas przemówienia skierowanego do członków Konferencji Episkopatu Włoch powiedział:

W ciągu ostatnich kilku lat wiele kościołów stało się zbędnych z powodu braku wierzących lub duchownych, czy zmieniającego się rozmieszczenia ludności w miastach i na obszarach wiejskich. Należy to przyjąć nie z niepokojem, ale jako znak czasu.

Słowa te trudno zrozumieć. Następca św. Piotra publicznie potwierdza opuszczenie wielu świątyń (nie mówi o kilku, nielicznych, czy niektórych, ale o wielu) i podkreśla, że nie ma powodu do niepokoju?! Oto jesteśmy świadkami wielkiej apostazji, już nie “milczącej apostazji człowieka sytego” (o której pisał Jan Paweł II w adhortacji “Ecclesia in Europa” w 2003 r.), ale apostazji głośnej, tysięcy,  a nawet milionów dusz ludzkich, a wikariusz Chrystusa zdaje się sankcjonować to zjawisko i uspokajać?! Od uspokojenia niedaleka droga do uśpienia…

Tak, doświadczamy dużego kryzysu. O. Adam Czuszel OSPPE we wspomnianej już książce “Palce Boga, stopy Miriam” pisze:

Mamy problem z dużym kryzysem, z zamętem, który zdaje się pogłębiać, a przecież Benedykt XVI pisał, że wszelkie kryzysy w Kościele są związane z kryzysem kapłaństwa. W 2009 roku w seminariach diecezjalnych w Polsce było 3732 kleryków, ale już w 2014 było ich 2851. To oznacza spadek w ciągu kilku lat o jedna czwartą!

I dodaje:

Nie ma co się łudzić – jeśli w seminariach zachodnich zrezygnowano w dużej mierze, lata temu, z sakramentu pojednania, z konfesjonałów i nagminnie przyjmowano komunię z pominięciem spowiedzi, jeśli się przyzwyczajało kleryków do tego, że mogą przyjmować Ciało Chrystusa, nie zważając na dziewiczość sumienia, stało się to, co widzimy: seminaria na zachodzie Europy świecą pustkami, a kapłani wydają się poronionymi płodami. Co będzie u nas?

Czy w związku z tym mamy się załamać? Bynajmniej! Właśnie dlatego, że jesteśmy zaniepokojeni powinniśmy na nowo odnaleźć Maryję i Jej Syna. Leży on w żłobie, jak pasza dla zwierząt. Jak pokarm dla nas.

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. (Łk 2, 16)

Bez tego pokarmu będziemy wiecznie głodni, wiecznie nieszczęśliwi, przepełnieni goryczą, a przecież nie o taką gorycz chodzi Panu Bogu. Już anioł przestrzegł św. Jana na wyspie Patmos, podając mu Boże Słowo:

«Weź i połknij ją, a napełni wnętrzności twe goryczą, lecz w ustach twych będzie słodka jak miód». (Ap 10,9)

Gdy spożywamy Pana, napełniamy się nadzieją i wiarą, że wszystko jest w Jego ręku. Nie pokładajmy nadziei w cudownych lekarstwach, fantastycznych lekarzach, obiecujących wiele politykach, czy nawet duchownych, choćby stali najwyżej. W ogóle nie pokładajmy ufności w człowieku. Mówi bowiem Pismo:

Lepiej się uciec do Pana,
niż pokładać ufność w człowieku.
Lepiej się uciec do Pana,
niżeli zaufać książętom. (Ps 118,8-9)

Bez kontaktu.

Jan pisze, dzieli się i głosi, to, co widział i słyszał. Z naciskiem zaznacza, że jest świadkiem Boga, którego dotykał. Podkreśla przy tym świadectwo swoich zmysłów, swego ciała – on wie, co działo się w jego obecności, komu towarzyszył i zaufał.

Jesteśmy ludźmi, których wewnętrzny kosmos dawno już zamienił się w bezradny chaos rozerwanych więzi, także i tych z samymi sobą. Nie mamy kontaktu z własnymi zmysłami, choć nieustannie przekarmiamy je coraz to mocniejszymi dawkami bodźców. Nie ufamy doświadczeniu, własnym słowom. Wypowiadane przez nas sądy są często zaprzeczeniem myśli. Tak bardzo nauczyliśmy się udawania, że nasz intelekt, ów najważniejszy dar, jakim obdarował nas Pan, kompletnie się zagubił tracąc kontakt z rzeczywistością.

Nie wiemy już czym jest to, czego dotykają nasze ręce, co słyszą uszy i co oglądają oczy.

Nie wiemy czego chcemy, co kochamy i komu służymy.

Nie wiemy, czego jeszcze trzeba, aby ujrzeć i uwierzyć, bo przecież tyle już było zdarzeń, które winniśmy – jak zapatrzona w Dziecię Niepokalana – rozważać i chować w sercu. Czy z któregoś coś zostało? Coś, na czym można się oprzeć? A jeśli, to co z tego doświadczenia jest przekazywalne?

Jan słyszał bicie serca Pana podczas Ostatniej Wieczerzy. Potem ujrzał to serce rozorane grotem włóczni rzymskiego żołdaka. My straciliśmy kontakt z własnym sercem, nie wiedząc do końca w jakim jest stanie.

Jednak nad tym bezładem ludzkich wnętrz jest Bóg i ludzie, którzy – jak umiłowany uczeń – Jemu zaufali, bo Go poznali. Jeśli nie możemy na sobie, to oprzyjmy się na nich.

To wam oznajmiamy, co było od początku,

cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione, oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i słyszeli, abyście i wy mieli łączność z nami. A mieć z nami łączność znaczy: mieć ją z Ojcem i z Jego Synem Jezusem Chrystusem. Piszemy to w tym celu, aby nasza radość była pełna. (1 J 1, 1-4)

Bez imprimatur?

Pierwotnym zadaniem Szczepana była pomoc w odciążeniu Apostołów, by mogli oni oddać się wyłącznie modlitwie i przepowiadaniu Słowa Bożego. Miał zajmować się – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – kwestiami charytatywnymi, zwłaszcza pomiędzy ubogimi z diaspory hellenistycznej. Jednak to właśnie Szczepan pozostawił po sobie największe kazanie zachowane w księdze Dziejów Apostolskich! Wsławił się także cudami, jakie Pan działał przez jego ręce – może były to uzdrowienia, może wypędzenia demonów, może wreszcie łaska przemiany ludzkich serc przez “słowo przekonywania”.

Można by powiedzieć, że pierwszy święty diakon nie miał kościelnego imprimatur na swoje homilie i katechezy, nikt go nie posłał do mówienia kazań, nie miał swoistej misji kanonicznej, ani odpowiedniego przygotowania. Sam w ogóle fakt, aby żyd wychowany w diasporze stawał w słowne szranki z fachowcami od Tory nie był może szczytem ówczesnej roztropności… Szczepan przecież miał tylko obsługiwać stoły!

Niektórzy zrzędliwie skomentują – oto jak się kończy, gdy ktoś wyrywny bierze się nie za swoje zadania… Tego typu zrzędliwe uwagi nawet dzisiaj często bywają słyszane, zwłaszcza wobec mocnych słów prawdy, jakie z rzadka (niestety) padają w przestrzeni publicznej z kościelnej ambony. O proroku zawsze można powiedzieć: “Po co on się odzywa? To nie jego specjalność naukowa. Czy ktoś go posłał do tego głoszenia?” Albo, gdy przepowiadanie Słowo ściągnie na przepowiadającego publiczną krytykę czy inne nieprzyjemne konsekwencje – a współczesna hierarchia kościelna też umie być nieprzyjemnie konformistyczna – do odcięcia się od kapłana włącznie, można nabrać wody w usta i udać, że danego człowieka nie ma i niemalże nigdy nie istniał. Przecież, jak dobrze wiemy, pewne poglądy są po prostu “niedopuszczalne”…

Szczepan głosił “niedopuszczalną”, jak na owe czasy i uszy słuchaczy, Prawdę Bożą z mocą, bo ta Prawda go przepełniała i nie mógł uciszyć w sobie jej głosu. Nie szukał taniej sensacji ani śmierci męczeńskiej. Uczynił coś, co dla wielu, także duchownych, jest nie do pojęcia – pozwolił się prowadzić Słowu bez kalkulacji i roztrząsania dokąd go to zaprowadzi. Nie potrzebował specjalnego pozwolenia ówczesnego Kolegium Apostolskiego, a świadectwo trwania przy Prawdzie przyniesionej przez Jezusa z Nazaretu widoczne było w czynach i właściwej Szczepanowi posłudze miłosierdzia. Całą kontrowersję wywołali “niektórzy z synagogi, zwanej synagogą Libertynów”, którzy jak mówi Pismo:

Nie mogli jednak sprostać mądrości i Duchowi, z którego natchnienia przemawiał. Podstawili więc ludzi, którzy zeznali: «Słyszeliśmy, jak on mówił bluźnierstwa przeciwko Mojżeszowi i Bogu». W ten sposób podburzyli lud, starszych i uczonych w Piśmie. Przybiegli, porwali go i zaprowadzili przed Sanhedryn. (Dz 6,10-12)

To ciekawe, że do dziś niektórzy z synagogi libertynów nie cierpią prostej prawdy Ewangelii i zgrzytają zębami na całą Europę, słysząc wciąż głoszone hasła, które w ich mniemaniu dawno już powinny spoczywać na śmietniku historii. Bóg jednak lubi nawet na śmietniku za miastem uczynić wielkie rzeczy. Czyż Golgota nie miała być, według niektórych, takim śmietnikiem?

Św. Szczepan zaprasza do bardziej szerokiego spojrzenia zarówno na kwestię napiętych relacji między charyzmatem a hierarchią, jak i do pogłębienia autentycznego zrozumienia wewnętrznego dialogu, jaki toczy się między człowiekiem a Duchem św. Jak się dać tak mocno poprowadzić Prawdzie? Jak poddać się działaniu Tego, „który mówił przez proroków” nie patrząc na bolesne konsekwencje jakie z tego wynikają? Jak być tak wolnym?

« Older posts

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑