Blog ks. Jacka Gomulskiego

Kategoria: Słowo Boże (Page 1 of 127)

O tym, że jesteśmy Kościołem!

Z uwagą śledzę kolejne medialne doniesienia o postępach Rewolucji w Kościele – impresje Syntez Synodalnych, osiągnięcia niemieckiej Drogi Synodalnej, wypowiedzi kardynałów Greccha, Hollericha czy niedawno mianowanego przewodniczącego Episkopatu Włoch, kard. Zuppiego. Widzę, jak liberalna agenda zdobywa coraz więcej serc i umysłów, oraz jak mocno podważa klasyczny obraz świata, człowieka i Kościoła. W tym momencie historycznym czuję się świadkiem jakiejś wielkiej destrukcji, rewolucji, która obala prawdy i prawa. 

Jakie oblicze ma dziś Kościół? Czy Katechizm wydany przez Jana Pawła II jest jeszcze punktem odniesienia? Pytam o ten Katechizm, bo pytanie o wcześniejsze jest już wyraźnie retoryczne… A jeśli nie Katechizm to co jest nim? Magisterium, które wydaje się być niespójne i zmienne? Wszystko, oczywiście, w półtonach i niedopowiedzeniach, w mniej lub bardziej niejasnych sugestiach i aluzjach. W zdaniach typu: “Nie zmieniamy doktryny, ale podejście duszpasterskie”. 

A jednocześnie – o przewrotności! – zwolennicy liberalnej agendy, zarówno świeccy jak i duchowni, z mocą autorytetu (medialnego lub hierarchicznego) jasno próbują określać co jest, a co nie jest katolickie. Próbują, i to czynią! Wychodziłoby na to, że jedyne, co pozostaje stałe i trwałe, oraz – w pewien sposób – skuteczne, to władza. Czy to będzie czwarta władza, czy to będzie władza administracyjna, czy wreszcie ekonomiczna – to jest jedyny punkt odniesienia dla wielu. Stąd wynika wyczuwalny w przedpokojach biskupich lęk przed mediami, stąd wynika milczenie duchownych różnych stopni, zaniepokojonych o reakcje przełożonych i wynikające z nich ewentualne obostrzenia (a przecież, jak mówił bł. Prymas Tysiąclecia, lęk jest największym wrogiem apostoła), stąd wynika ukierunkowanie gorliwości pasterskiej na obronę stanu posiadania, również na każdym poziomie hierarchii.

Władza… 

No tak. Gdy uznamy, ze nie prawda jest najważniejsza, nie kult, ani nie spójność z dziedzictwem pokoleń, a jednocześnie zagubimy umiejętność słuchania Tego, który mówił przez proroków, wówczas musimy sami, w oparciu tylko o to, co jest w nas, decydować o tym, co jest, a co nie jest słuszne. Co jest katolickie, a co jest sekciarskie. Co jest teologicznie poprawne, a co magiczną wiarą. Co się mieści w osobistym (przecież nie obiektywnym, bo to co obiektywne już zakwestionowaliśmy) rozumieniu moralności, wiary i dycscypliny, a co nie. 

Na końcu księgi Sędziów czytamy następujące podsumowanie dramatu Izraela, którego niektóre z pokoleń tak bardzo zasymilowąły się z ludami pogańskimi, że przestały przestrzegać Prawa:

W owych dniach nie było króla w Izraelu. Każdy czynił to, co było słuszne w jego oczach. (Sdz 21,25)

Pokolenie Beniaminitów na tyle odeszło od wiary i tradycji przodków, że zdegenerowało się do obyczajowości starożytnych sodomitów. Dosłownie i w przenośni. Świadczy o tym tragedia opisana w 19 rozdziale księgi Sędziów. Czynili, to co uważali za słuszne… Dopiero zgodna interwencja pozostałych plemion i krwawa rozprawa z mieszkańcami Gibea powstrzymała rozwój ówczesnego rodzaju etyki sytuacyjnej.

Czy więc rzeczywiście o tym, kto jest w Kościele, decyduje ten, kto dzierży władzę?

Za chwilę, w myśl takiego rozumowania, na peryferiach (o ironio!) znajdą się katolicy wierzący zgodnie z katechizmem kard. Gaspariego, i kochający Mszę św. sprawowaną według starych rubryk… Żeby na peryferiach! Może się okazać, że nawet poza nimi! Za chwilę? Już się tak dzieje.

Natomiast zwolennicy nowej logiki (czarne może tez być białe – jak twierdzi kard. Hollerich) i nowej antropologii (musimy wyciągać wnioski z ewolucji, by inaczej, rozwojow, rozumieć męskość i kobiecość – tak z kolei uważa kard. Zuppi) będą uważani za wzorzec rzymskiego katolika, który winien być otwarty na globalizm, neoliberalne demokracje i inkluzywną moralność!

A ja chcę żyć i umrzeć nie w tym, co mi podsunie do myślenia i działania taka, czy inna władza, ale w wierze, którą Kościół wyznawał od wieków! 

Kard. Zuppi powiedział w ostatnim wywiadzie dla L’Osservatore Romano, że Kościół ma być przede wszystkim słuchający, i nie tyle szukający prawdy, co miłujący i otwarty. Więc proszę, ani mnie, ani tych, którzy podobnie jak ja myślą, nie wyrzucać poza nawias kościelnego konsensusu! Mam prawo do rozpoznawania ratunku dla Kościoła w trwaniu przy tradycji, przy dawnej Mszy, przy prawach wiernych do wyboru takiej drogi duchowej, jaką rozpoznają za owocną, w posłudze wolnej od doczesnych układów i układzików. Aż chciałoby się, trawestując nazwę ruchu powstałego w połowie lat dziewięćdziesiątych w Austrii, zawołać – My też jesteśmy Kościołem! Ze starą Mszą, nieufnością do liberalnego państwa, a za to wiarą w tradycyjną moralność, pragnieniem edukacji dzieci według dawnych wzorców i jednoczesną ufnością w działanie Ducha św. pomiędzy ochrzczonymi. 

Jak ktoś chce, to może potraktować ten mój głos jako element synodalnej dyskusji i wymiany doświadczeń… Osobiście szukam Kościoła zasłuchanego w głos Boga. Wpatrzonego w Jego Oblicze. Gotowego na Boże niespodzianki, a jednocześnie zakorzenionego we własnej tradycji.

Tak, jak najbardziej – rozeznającego! 

Nie ze schematów myślowych, nie z socjologii, czy psychologii. Nie ze statystyk, czy frekwencji (słynne pytanie – Czy ludzie przyjdą! A ile osób było na tym, czy innym nabożeństwie?), nie z konsensusu między różnymi grupami, czy lawirowania wśród rozmaitych lobby (z tym lawendowym włącznie). Nie z lęku przed opinią publiczną, mediami, czy brakiem funduszy.

Rozeznawania ze Słowa Bożego, z Tradycji, czyli z Objawienia. Rozeznawania ze współczesnej mowy Boga, który nie zamknął ust, ale żyje i działa także i obecnie. Może i szkoda (o naiwności!) że do prac synodalnych nie włącza się proroctw i słów poznania… Zapewne nie byłyby one w smak zarówno kościelnym liberałom, jak i tradycjonalistom… Być może ujawniło by to pewną, jak sądzę dotąd nie nazwaną linię porozumienia, obu stron kościelnego sporu, która opiera się na pewnego rodzaju nieufności wobec tego, co nadprzyrodzone. Z jednej strony są ci, którzy – choć dopuszczą działanie grup charyzmatycznych – zamkną możliwość Bożej interwencji we współczesność w okolicznościach i statystykach. Z drugiej zaś ci, dla których Pan wypowiedział się wystarczająco dawno temu, i nie musi już nic dodawać, a ewentualne objawienia prywatne (taki kamyk w bucie dla wielu) można uwzględniać jedynie po kilkudziesięciu latach od ich ustania i to po przybiciu kościelnej pieczątki. Tylko co wtedy z kilkoma rozdziałami 1 Listu do Koryntian, traktującymi o darach duchowych?

Gdy zniszczymy wiarę w nadorzyrodzoność, gdy odbierzemy naszemu Ojcu niebieskiemu możliwość ingerencji we współczesność, możliwość wypowiadania się i posługiwania duszami wybranymi, to zostanie nam (mniej lub bardziej zewnętrznie tradycyjny) liberalny system ideologiczny, zawsze zmieniający się zgodnie z wymogami czasów.

A chodzi przecież o coś innego!

To Bóg jest Panem i Władcą Kościoła. To Bóg ma nim rządzić. To On powołuje i rozdziela dary, również te nadprzyrodzone. On mówił, i mówi przez proroków. Jego sposób działania nie jest ograniczony kuriami, instytucjami, czy upodobaniami. On jest wolny w swym działaniu:

[Wybranie] więc nie zależy od tego, kto go chce lub o nie się ubiega, ale od Boga, który wyświadcza łaskę. (Rz 9,16)

Od lat jestem wierny pewnej wizji, którą od storny socjologicznej streścił Rod Dreher w książce “Opcja Benedykta”, a która jest pewnym (zapewne jednym z wielu) pomysłem na ocalenie z zalewu neopogaństwa oraz kościelnej sekularyzacji. Mieści się w niej budowanie małych środowisk, wspólnot, grup, które będą mogły przechować w sobie wiarę i tradycję, pobożność i wolność, światopogląd i autentyczną miłość braterską. Miejsca ocalenia. Miasta ucieczki. Przestrzeń formacji i edukacji dzieci i młodzieży. Niech będzie, że nieco antysystemowa. Niech będzie, że kontestująca mainstream. Niech będzie, ze tradycyjna i radykalna zarazem. Dla wielu dziwaczna, niezrozumiała i głupia. 

Ale owocna i przemieniająca życie wielu.

Ostatnim rzutem na taśmę kończącego się na szczeblu ogólnopolskim synodu – gdybym miał taką możliwość – zaapelował bym do pasterzy Kościoła – dajcie nam, którzy rozpoznajemy się w takiej a nie innej formie życia, dajcie nam tak żyć. Nie chcemy zmieniać nauki Kościoła, tylko trwać przy tej, która była przez wieki. Nie chcemy innowacji liturgicznych, tylko takich celebracji, które były przez wieki. Nie chcemy demokratyzacji życia kościelnego, ale hierarchii, w której kapłan był kapłanem a świecki świeckim, każdy zgodnie ze swymi zadaniami i prawami.

Czy to zbyt wiele?

Chcemy być z dala od kurialnych koterii i lobby, od układów z państwem i obaw o opinię publiczną, od kościelnych karier, stołków i ambicji. Chcemy wychować nasze dzieci bez kompromisów z ideologiami i w oparciu o mądrość świętych. Chcemy rozeznawać swoje powołania nie w oparach absurdu panujących w większości seminariów, czy na kozetkach terapeutów, ale na kolanach przed Najświętszym Sakramentem i w oparciu o klasycznie uformowany rozum. Chcemy widzieć dobro Kościoła w dobru dusz wierzących, czy to żywych, czy to zmarłych – a nie w stanie posiadania, dobrej prasie, czy braku kontrowersji.

A to wszystko z dala od “głównego nurtu”, gdzieś na uboczu, w wolności i ubóstwie.

Ktoś powie, że to także marzenie, jakaś nierealistyczna wizja. Cóż, niektórzy praktykują ją od dwudziestu lat, i jakoś doświadczają owocności takiego stylu życia. I choć zdaję sobie sprawę, ze dla wielu to ewangeliczne kryterium przynoszenia dobrych owoców, nie ma już wielkiego znaczenia, to jednak będę się do niego odwoływał. 

Napisze jeszcze raz – nie chcę być wypchnięty z Kościoła – czy to ze względu na przywiązanie do starej liturgii, czy starej pobożności, czy też za stanie z boku globalnych systemów, czy też dlatego, ze nie mieści się to w głowach urzędników kurialnych i utrwalonych sposobach działania. Liturgia jest wieczna. Pobożność oparta na emocjach lub pobłażaniu złu, a przez to pozbawiona Łaski wypali się. Sojusze ołtarza z tronem kończą sie wraz z upadkiem władcy. Zaś urzędnicy kurialni, biskupi i rektorzy seminariów są w stanie zmieniać poglądy dość często, w zależności od kierunku i natężenia siły wiatru. Jak ufam, także wiatru Ducha Św.

Może więc, ten synodalny czas, odsłoni też pragnienie istnienia i prawo do funkcjonowania kościelnego, takich bytów, jak ten, który jest mi bliski. Osobiście nie rozpoznaję innej alternatywy wobec tego trzęsienia katolickiej ziemi, jaki obserwuję od kilku lat. Pewnie wielu by się z tą oceną spierało. Proszę bardzo. Ale dajcie nam żyć, tak, jak to rozeznajemy za słuszne.

O proroctwie na dziś

Oz 8, 4-13

(4) Ustanawiają sobie królów, ale nie ze mną, wyznaczają sobie książąt, ale bez mojej wiedzy. Ze swego srebra i swego złota czynią sobie bożki, ale na to, by je poburzono.

(5) Odrzuć, Samario, cielca swego! Gniew mój rozpala się przeciwko nim. Jak długo jeszcze będą niezdolni do czystości?

(6) Są przecież z Izraela! — To rzemieślnik go uczynił, on nie jest żadnym bogiem. — Tak, w kawałki się rozleci cielec Samarii.

(7) Ponieważ sieją wiatr, więc będą zbierać burzę. Łodyga bez kłosu nie przyniesie mąki, a jeśli przyniesie, inni ją zjedzą.

(8) Połknięty został Izrael. Teraz stali się wśród narodów jak naczynie, w którym nikt nie ma upodobania.

(9) Biegają do Assur — dziki osioł żyjący samotnie — Efraim płaci za grzeszną miłość.

(10) Nawet gdy będą płacić innym narodom, to jednak ich rozproszę, aby na krótko zaprzestali namaszczać królów i książąt.

(11) Tak, Efraim pobudował wiele ołtarzy, aby grzeszyć, ołtarze służyły mu ku grzechowi!

(12) Napisałem mu liczne prawa, a potraktowano je jak obce.

(13) Składają całopalne ofiary, ofiarują mięso i pożywają, lecz Pan nie ma w nich upodobania. Teraz przypomni sobie ich winę, ukarze ich grzechy, wrócą z powrotem do Egiptu!

Powyższy fragment jest Pierwszym Czytaniem mszalnym z wtorku XIV Tygodnia Okresu Zwykłego. Tu podaję je w tłumaczeniu Biblii Lubelskiej (KUL). Przy uważnej lekturze odsłania się to Słowo jako wstrząsające, jeśli – z wiarą! – odniesiemy je do obecnej sytuacji Kościoła i naszych dusz.

Ustanawiają sobie królów, ale nie ze mną, wyznaczają sobie książąt, ale bez mojej wiedzy. Ze swego srebra i swego złota czynią sobie bożki, ale na to, by je poburzono. (Oz 8,4)

Bóg się skarży, że nie pytano Go o zdanie, gdy Izrael ustanawiał sobie władców, gdy naród wybrany szukał kogoś, kto będzie go bronił, rozsądzał spory i prowadził. Jakby Bóg nie był brany w tym pod uwagę, jakby nikogo nie interesowało, co On o tym sądzi.

A ty? 

Pytasz Boga o zdanie?

Kto więc (względnie co) tobą rządzi? Jeśli Pan, to dobrze, bo możesz ze spokojem w sercu powiedzieć, że jesteś w Jego rękach, i choćby ludzie przeciw tobie powstali, to krzywda Cię nie spotka.

Ale jeśli nie słyszysz Jego Głosu, jeśli uciszyłeś proroka (w sumieniu, czy na zewnątrz siebie) to kto tak naprawdę kieruje Twoimi decyzjami? 

Czy ten Boży wyrzut jest także i do ciebie? Czasami bywa, że człowiek stara się ominąć Boga (bądź ludzi, których Bóg stawia na drodze, niczym proroków czy aniołów stróżów) w swoich procesach decyzyjnych. Starcie przewidywanej Bożej woli z naszą kończy się wówczas na niekorzyść tej pierwszej. W końcu, kto dziś bije się o prawdziwe, autentyczne i największe dobro?! Więcej wśród nas pozorantów i zakochanych w sobie udawaczy, niż miłujących prawdę przyjaciół Jezusa, chcących być z Nim wszędzie, gdziekolwiek się uda.

A spójrzmy na to jeszcze z innej strony – czy ci, którzy dzierżą w swej dłoni władzę w Kościele, są ustanawiani z pominięciem Pana, czy też za Jego wolą? Przecież – w warstwie historycznej – proroctwo mówi o królu, który jest Pomazańcem Pańskim, który sprawuje rządy w Imieniu Boga. Ozeasz gani elitę Izraela, że nie kieruje się ona w wyborze władcy wolą Bożą. A jak jest w Kościele? Ktoś powie, że to za mocne pytanie. Przecież jesteśmy przyzwyczajeni do myśli, że za hierarchią stoi Pan… Ale nie bójmy się tego pytania, nie bójmy się rozważenia – zwłaszcza patrząc na to, co mówią i w co wierzą (bądź nie) współcześni, wielcy i mali hierarchowie – czy za mianowaniem każdego proboszcza, kanonika, prałata, urzędnika kurialnego, biskupa czy nawet kardynała bądź papieża, stoi Pan…

Jak to ujął kard. Ratzinger?

Nie twierdzę, że Duch Święty uczestniczy w wyborze papieża w sensie dosłownym, ponieważ Duch Święty na pewno by nie dopuścił do wybrania wielu papieży. Natomiast Duch Święty nie tyle trzyma rękę na pulsie, ile pełni rolę dobrotliwego nauczyciela, zostawiając nam swobodę działania, ale nie spuszczając nas z oka. Rolę Ducha Świętego należy rozumieć bardziej elastycznie. On nie narzuca, na którego kandydata mamy głosować. Zapewne chroni nas tylko przed tym, abyśmy wszystkiego nie zaprzepaścili. (Kard. Joseph Ratzinger, 15 kwietnia 1997)

Mogłoby się więc zdarzyć, że widząc decyzje Ludu Wybranego Nowego Przymierza, dekrety i wybory Jego hierarchów, Bóg ustami jakiegoś proroka zawołał by, tak jak ongiś ustami Ozeasza:

Ustanawiają sobie królów, ale nie ze mną, wyznaczają sobie książąt, ale bez mojej wiedzy. (Oz 8,4a)

Ale czytajmy dalej:

Ze swego srebra i swego złota czynią sobie bożki, ale na to, by je poburzono. (Oz 8,4b)

Srebro i złoto to cenny materiał. Człowiek dla swoich “bożków” da wiele – odda rozum, posługiwanie się umiejętnością rozróżniania dobra od zła, pieniądze, czas. A przecież wszystko, dosłownie wszystko, co odda się w służbę inną, aniżeli ta, boża, nie przetrwa i nie nasyci. Pomyśl, czy nie czynisz sobie bożka z dzieła własnych rąk? Z siebie? Ze swoich emocji, swego zdania, swojej wizji…  

Przerażające jest zdanie następne tego proroctwa:

Odrzuć, Samario, cielca swego! Gniew mój rozpala się przeciwko nim. Jak długo jeszcze będą niezdolni do czystości? (Oz 8,5)

A w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia:

Odrzucam cielca twojego, Samario, gniew mój się na nich rozpala; jak długo jeszcze nie będą mogli być wolni od winy. (Oz 8,5)

Do kogo Bóg to mówi? Do mieszkańców Królestwa Izraelskiego, które odłączyło się od Królestwa Judy ze stolicą w Jerozolimie, zrywając ciągłość z Domem Dawida i jego tronem. Stało się to jednak za bożym przyzwoleniem, jako konsekwencja niewierności jednych i drugich. Bóg ostatecznie nie odrzucił odłączonych plemion, tam także mieszkali potomkowie Abrahama, Izaaka i Jakuba! Tam też byli ci, którzy szczycili się swoim wybraństwem. Swoją wyjątkowością i bożą opieką, aż uznali za warte uwagi dopuszczenie do oddawania czci Bogu nieco innych – nazwijmy to – form i zwyczajów. Zgodzili się – za rządów króla Jeroboama – na pokusę, która niegdyś dotknęła Izraelitów u stóp góry Synaj, gdy – pod nieobecność Mojżesza a za zgodą Aarona – ulali sobie cielca, bo tak im trudno było wierzyć w Boga, który jest duchem, i tak czcili ciało, że nie umieli zaufać temu, co niewidoczne dla oczu. Przez tę miłość do tego, co cielesne stali się – jak czytamy w tłumaczeniu Biblii Lubelskiej – niezdolni do czystości wiary.

Zawsze to przeraża, że człowiek może tak się zatracić, że stanie się niezdolny do cnoty… Notoryczny kłamca nie będzie już umiał mówić prawdy… Manipulator nie jest w stanie żyć bez pokrętnej walki o postawienie na swoim. A ten, który zniekształca religię, zawsze będzie wierzył, że wszystko w świętych Pismach jest kwestią interpretacji…

A ty? Szukasz Boga w Jego Słowie? Czy wystarczy Ci erzac, którym coraz częściej raczą innych fachowcy od dobrze skrojonego pod potrzeby “współczesnego człowieka” kultu? Czy kochasz Go na tyle, aby zadać sobie trud i szukać Pana, tak, jak Duch Go odsłaniał w Tradycji Kościoła, w wypowiedziach Ojców i w życiu Świętych? Tak, to niełatwe i wymagające, ale inaczej grozi Ci, że weźmiesz podróbkę za oryginał… 

Jeśli następne wersety Ozeaszowego proroctwa potraktujemy równie poważnie, to może ogarnąć nas zgroza…

Ponieważ sieją wiatr, więc będą zbierać burzę. Łodyga bez kłosu nie przyniesie mąki, a jeśli przyniesie, inni ją zjedzą. Połknięty został Izrael. Teraz stali się wśród narodów jak naczynie, w którym nikt nie ma upodobania. (Oz 8,7-8)

Ci, którzy tracą swe siły na służeniu cielcowi Samarii, czyli podróbce prawdziwego kultu Pana, sieją wiatr. Dostaną więc to, na co zasłużyli – a nawet, chciałoby się zawołać, już dostają. Grzeszny czyn musi przynieść złe konsekwencje. Izrael jest bezowocną łodygą pszenicy. Nie ma kłosu, nie ma ziarna, nie ma pokarmu. A nawet jeśli by – jakimś boskim cudem – łodyga taka dała ziarna na mąkę, to nie Izrael się nim pożywi, ale inni – jego nieprzyjaciele.

Puste łodygi, bezpłodne kłosy… Puste seminaria, na których korytarzach wieje wiatr… Łączone parafie, z opustoszałymi świątyniami… Coraz większe problemy finansowe, i pustka w portfelach diecezjalnych… Ktoś powie, że u nas jeszcze tak źle nie jest? Poczekajmy… Wiatr kłamstwa i pragnienie dostosowania się do świata, kategorie myślowe nie mające zbyt wiele wspólnego z Ewangelią, czy pragnienie utrzymania korporacyjnego status quo wymiotą skutecznie resztki zdrowego rozsądku i zrodzą burze, nawałnice i gromy rewolucji wszelkich maści. Aż wreszcie ktoś uzna, że instytucja Kościoła przestała już być potrzebna współczesnemu człowiekowi, nawet jako relikt przeszłości i muzeum osobliwości. Spełni się Słowo o “naczyniu, w którym nikt nie ma upodobania”… Nikt… Nawet Jego Stworzyciel…

Byle wtedy ostać się w jakiejś Arce…

Byle ocaleć w jakieś szalupie ratunkowej… 

Ale, co dasz, ile dasz, aby taka powstała?

Połknięty został Izrael. Teraz stali się wśród narodów jak naczynie, w którym nikt nie ma upodobania. Biegają do Assur — dziki osioł żyjący samotnie — Efraim płaci za grzeszną miłość. Nawet gdy będą płacić innym narodom, to jednak ich rozproszę, aby na krótko zaprzestali namaszczać królów i książąt. (Oz 8,8-10)

To wersy, które wycięto przy redagowaniu Lekcjonarza Mszalnego. Zbyt ostre obrazy. Zbyt mocne porównania. Ozeaszu, było stępić swój język, bo razisz nim nie tylko sobie współczesnych, ale i nas, żyjących tysiące lat po tobie… 

Bóg mówi, że Izrael został połknięty. Nikt go nie poważa. Stracił uznanie. Kto połknął Naród Wybrany? Czy ktoś mógł połknąć Kościół, naszą Matkę, Mistyczne Ciało Chrystusa? Czy to z powodu tej konsumpcji Paweł VI czuł swąd szatana?

Czym jest naczynie, w którym nikt nie ma upodobania? Cóż za eufemizm? Czyżby prorok przyrównywał dumne Królestwo Izraela do nocnika? Do pojemnika na nieczystości i fekalia? 

A dalej nie lepiej… Polityczne umizgi elit Królestwa do możnych państw otaczających Izrael to chucie dzikiego osła, którego nikt nie poskromi, a który szuka kolejnych oślic, aby dać upust swym żądzom… A ponieważ nikt nie chce oślich awansów władców Izraela, to jego elity zmuszone są zachowywać się jak w domu publicznym, płacąc za odrobinę czyichś względów… Płacono haracz Asyrii, słano podarki władcom Egiptu… Próbowano kupić niechętnych sprzymierzeńców… Ozeaszu! Czy widzisz to i dziś, pomiędzy nami? Czy widzisz to w Kościele?

Czytam z trudem dalsze wersety proroctwa. Są tak bolesne. Myślę sobie – Czy oszalałem, że widzę, to, co sądzę, że widzę? Mój, Boże, przecież ten tekst był czytany nie tak dawno w kościołach podczas liturgii. Słuchały go miliony na całym świecie! Ale czy usłyszały? Czy ktoś naprawdę  usłyszał to Słowo? Czy odniósł do chwili obecnej? Czy ktoś jeszcze wierzy, że Słowo Boże rzuca światło na teraźniejszość?!

Zmuszam się, by rozważać kolejne wersety. 

Tak, Efraim pobudował wiele ołtarzy, aby grzeszyć, ołtarze służyły mu ku grzechowi! (Oz 8,11)

Jak może ołtarz służyć ku grzechowi? Zapewne wtedy, gdy zamiast składać na nim ofiarę dla Pana, składa się ofiarę dla bałwana – czy będzie nim Baal, Asztarte, Pachamama, własne ego, lub bożek pieniądza czy globalizmu – będącego dziełem ludzkich bądź szatańskich zamysłów. Można jeszcze w żadnego Boga nie wierzyć, ale budować ołtarze i składać ofiary, żyjąc z części mięsa, które przysługuje ofiarnikowi.

Składają całopalne ofiary, ofiarują mięso i pożywają, lecz Pan nie ma w nich upodobania. (Oz 8,13a)

Może istnieć szereg wymagających, pobożnych czynności, które katolik (świecki lub – nawet może bardziej – duchowny) robi, nie licząc się z bożą wolą, trwając w obłudzie i rozdwojeniu serca, i licząc, że jakimś psim swędem przemknie się ukradkiem przez bramy nieba. Celibat, który nie będzie ofiarą, ale wygodnictwem. Akty modlitewne, mające na celu uspokojenie sumienia czy emocjonalne “przyklepanie” grzesznej codzienności. Władza, która posługując się “służebną” frazeologią, tak naprawdę jest bezduszną tyranią broniącą własnych interesów. Używanie pobożnej i pseudoteologicznej nowomowy, nie mającej związku z rzeczywistością.

Teraz przypomni sobie ich winę, ukarze ich grzechy, wrócą z powrotem do Egiptu! (Oz 8,13b)

Elita ówczesnego państwa Izraelskiego próbował zjednać sobie władców Egiptu systematycznymi darami, licząc na ich przychylność. To, w czym szuka się ochrony i ratunku, a co nie jest pochodzącym od boga darem, może stać się pułapką. Chęć upodobnienia się do świata zaowocuje utratą smaku ewangelicznej soli. Kościelna mentalność uformowana przez kategorie światowe, globalistyczne, socjologiczne, polityczne – a nie ewangeliczne, biblijne, czy po prostu boże, doprowadzi do zatraty chrześcijańskiej tożsamości. Zresztą – już się tak stało… Decyzje leżą w rękach pokoleń uformowanych na rewolucji 1968 roku, na odrzuceniu tradycji i prostoty wiary, na synkretyzmie religijnym i na fundamentalnym założeniu uczynienia Kościoła bliższym “współczesnemu człowiekowi”. Jeśli więc, jako katolik i chrześcijanin, szukam pomocy i zrozumienia “w Egipcie”, czyli w świecie, dostanę to czego poszukuję w czwórnasób. Świat mną zawładnie. 

Gdzie się zwracasz z prośbą o pomoc, o wytchnienie, o ratunek w trudzie codzienności? Do świata, czy do Boga? Do diabła, czy do Chrystusa? Do grzechu, czy do proroka?

Czy zdając sobie sprawę z tego, jacy jesteśmy i co się z nami dzieje, nie powinniśmy z całą mocą zawalczyć o zmianę? Nie, nie struktur i zasad ogólnych. To jest wtórne, i na to jesteśmy za mali. Pierwsza jest zmiana siebie, zwana niepopularnie nawróceniem. Walka na śmierć i życie o ocalenie własnej duszy. O zmuszenie się do przemiany myślenia, a potem postępowania. A ponieważ tylko On, mocą swego Ducha, może to w nas uczynić – jeśli tzw. “człowiek współczesny” różni się czymś od ludzi innych epok, to zapewne stopniem zniszczenia – to trzeba wszelkimi sposobami Go błagać.

Boże, zmiłuj się nade mną…

Widzę co się dzieje. Nie potrafię zakłamać prawdy o tym, co mnie otacza, co już jakoś jest we mnie.

Bez Twego miłosierdzia, bez Twojego wiatru, bez Twej pomocy, utonę we własnych winach, nie widząc ich… Wskutek zaślepienia pragnieniem i żądzą – czy to ciała, czy to władzy, czy to świętego spokoju – nie zauważę, że woda sięga mi po szyję i już ugrzązłem w wodnej kipieli. Ocal mą duszę, o Panie! Ześlij ratunek, zanim całkowicie pogrążę siebie, mych bliskich, przyjaciół i towarzyszy! Bądź moim królem! Rządź! Broń! Osądzaj! Wolę wpaść w Twoje ręce, aniżeli zaufać rękom ludzkich książąt i grzeszników! Wolę ochronę skrzydeł św. Michała, aniżeli ochronę zapewnień mądrych tego świata! Wolę Twoje obietnice, aniżeli obłudne obiecanki ludzi! Daj, byśmy mogli budować Ci ołtarze, jak niegdyś przodkowie nasi – najpierw w sercach, a potem z potrzeby tych przemienionych serc dookoła nas. Nie Baalom, ale Tobie. Nie na ludzką chwałę, ale na chwałę Twojego imienia. Ołtarze, które nie będą pretekstem do załatwiania własnych interesów, spełniania pożądań, czy wygodnego życia, ale będą miejscem ofiary w Duchu i Prawdzie. 

Nie jest to jednak w naszej mocy. Bez Ciebie nic nie możemy uczynić.

Zmiłuj się więc nade mną i nad tymi, którzy – jak ja, świadomi swych win – chcą Cię słuchać i chcą Ci służyć. Chcą, aby Twe prawa nie były obce, ale wpisane w ich serca i umiłowane! I choć widzą, że brak im siły, to wierzą, że nie wyczerpała się Twa litość i – jeśli chcesz – możesz wyciągnąć swe ramię nad nimi.

Uczyń, tak, Panie, nasz Boże!

O kluczu do tych dni…

W Ewangelii z Wielkiej Środy odnajdujemy dwa pytania – Judaszowe: “Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam”, i to prawdziwie apostolskie: “Gdzie chcesz, abyśmy Ci przygotowali Paschę?”. Obydwa odsłaniają klucz do przeżywania tajemnicy Triduum Paschalnego. To, w którą stronę przechylimy nasze serca świadczy i o tym, co naprawdę jest w nas, i o tym, co się de facto stanie naszym udziałem. 

Z jednej strony jest Judasz, człowiek uwikłany w siebie, pytający “co z tego wszystkiego będę miał” – z tej męki (zapewne bardziej swojej niż czyjejś), z tego trudu, z tych wydarzeń. Człowiek stawiający siebie na pierwszym miejscu, zapatrzony w swoje potrzeby, któremu się wydaje, że ogólnie pojęta materia jest jedyną odpowiedzią na jego braki. Że w ogóle świat i życie tylko z materii się składa i jest jedynie doczesnością. Pytanie Judasza jest daleko rozwiniętą konsekwencją grzechu Adama. Wtedy, w Edenie, rezygnując z życia duchowego, z miłości i bliskości z Bogiem, człowiek w sposób radykalny zwrócił się ku materii i biologii, jako jedynym wyznacznikom swej egzystencji. Pozbawił się wstępu do ogrodu ducha, po którym Pan „przechadzał się (…) w porze, kiedy był powiew wiatru” (Rdz 3,8), a w zamian wybrał “niezmierny trud” i “ból”. Potomkowie Adama uwierzyli, że lekarstwo na konsekwencje upadku leży w jeszcze bardziej doskonałym poddawaniu sobie materii i wyciskaniu z własnej biologii nawet tego, czego ona nie ma możliwości dać. Zapatrzeni w ziemię chcemy tylko zadowolić siebie, nawet jeśli wydaje nam się, że idzie o sprawy piękne i szlachetne.

Judasz domaga się gratyfikacji, nie zauważając, że jednocześnie przekracza granicę zdrady. Nie widzi tego, bo zobaczyć nie może. Miłość do mamony i niechęć do miłości zaślepia go. Zostaje mu to, co dotykalne; to, co można dostać, zrobić, załatwić, przetworzyć, poczuć, – doczesność w każdej ze swych form.

Drugie pytanie zadają pozostali uczniowie Jezusa: “Gdzie chcesz, abyśmy Ci przygotowali Paschę?”. Ono kieruje nas ku Panu, a nie ku nam samym. Nie jest pytaniem o nasze zadowolenie, nasze kalkulacje, plany i zamierzenia. Nie jest próbą zmuszenia Boga, aby podpisał się pod tym, cośmy sami wykoncypowali. Jest służebne i podkreśla gotowość na pełnienie Jego woli. Zadający je wiedzą, że nie znajdą w sobie nic, co mogliby ofiarować Mistrzowi a jednocześnie nie chcą dla siebie nic, poza udziałem w usłużeniu, Temu, którego wybrali. Nie wprost, ale deklarują, że pójdą tam, gdzie On wskaże i uczynią to, czego On pragnie.

Jak chcesz, byśmy Ci usłużyli? – tak można sparafrazować to pytanie. 

I choć wiemy, że wielu z tych, którzy tak mówili, de facto nie jest jeszcze gotowa na to, aby naprawdę stanąć w orszaku Baranka i pójść za Nim dokądkolwiek się uda, to jednak widzimy różnicę i kontrast między tym, który “wyszedł w noc” i tymi, którzy pozostali w Wieczerniku, wybierając – choćby nieporadnie i niedoskonale – miłość i wierność.

Wchodzimy w Triduum Sacrum. 

Możemy je przeżywać ozięble i bez żadnego przejęcia niczym i nikim. Byle przeszło. Możemy szukać siebie i własnej korzyści w tych dniach, nawet – w jakimś sensie – duchowej. “Co chcecie mi dać”, “Co z tego będę miał”… Jest to skrajna możliwość, będąca echem Judaszowego pytania, która dla wielu może być dość zakamuflowaną (ach, te ludzkie możliwości zakłamywania samych siebie) ale jednak logiczną konsekwencją postawy życiowej. Jeśli ktoś zredukował samego siebie do procesów biologicznych a radość czerpie jedynie z materii, to choćby swoje życie religijne okrasił mnóstwem pobożnych gestów, to i tak będzie ono dla niego źródłem frustracji i trudu.

Możemy także skupiać się literalnie na Męce Chrystusa, angażować wyobraźnię, starać się zobaczyć samych siebie na dziedzińcu Kajfasza, czy Piłata. Możemy wzbudzać smutek w sercu wobec biczowania czy upadków Pana na Drodze Krzyżowej. I to już będzie o niebo lepsze niż obojętność. Ale wtedy usłyszymy od Pana, razem z niewiastami jerozolimskimi: “Nie płaczcie nade Mną”, “Płaczcie nad sobą”… Zielone drzewo jest wiecznie owocujące i kwitnące, a to co wydaje się wyznawcom materii porażką jest w rzeczywistości triumfem.

Bo przecież ani refleksja historyczna mad splotem wydarzeń sprzed 2000 lat, ani poruszenia emocjonalne po obejrzeniu “Pasji” Mela Gibsona, ani dokonywanie (choćby tylko w wyobraźni) rekonstrukcji historycznych – nie przybliżą nas do tego “miejsca”, w którym Pan chce przeżyć Paschę z nami. 

Przecież – będąc jednocześnie niepokalaną i dobrowolną Ofiarą – nikt mu życia siłą nie odbiera, ale sam je oddaje! Więcej, często niejako popycha “akcję” do przodu, aby – jak to pisali ewangeliści, relacjonując tajemniczą rozmowę na górze Tabor między Jezusem, Mojżeszem a Eliaszem – dopełnić “swego odejścia”, swego Exodusu, zadania danego przez Ojca. Pasja Jezusa nie jest przypadkowym produktem czyichś niecnych zamierzeń, ale Panem historii. Jest Zwycięzcą idącym w triumfie oraz Królem wstępującym na tron. Tak. Męka jest realna i ból jest realny, i upokorzenie jest ogromne – ale On tego pragnie. Świadomie wypija kielich podany Mu przez Ojca. 

Bo to jest walka. Walka duchowa o dusze. O otwarcie Księgi żywota zapieczętowanej na siedem pieczęci, którą widział Jan w Apokalipsie. O wyrwanie ze szponów diabła i z krainy wiecznej śmierci ciebie i mnie. A wszystko to rozgrywa się w przestrzeni ducha. Samo cierpienie niewiele by dało, ale cierpienie doskonale (czyli nadprzyrodzenie) Niewinnego, Ofiara przekraczajaca doczesność oraz materię, bo będąca dziełem Syna Bożego – tak, to zmieniło (dosłownie) losy ludzkości. 

Gdzie chcesz spędzić z nami Paschę, Panie? 

W Twojej duszy. W Twoim sercu. Tam, gdzie otworzysz się na wieczność.

Taki jest klucz na najbliższe dni. Nie “co z tego będę miał”, ale “jak Ci, Panie usłużyć”. Nie “korzyść materialna” (w rzeczach, ciele, lub przeżyciach), ale “skarb w niebie”. Nie Męka, jako opis li tylko cierpienia, ale Męka, jako droga za Barankiem do zwycięstwa. Nie walka z okolicznościami, procesami, psychologią tłumów, czy charakterami bohaterów pasyjnego dramatu, ale walka duchowa. Nie apoteoza cierpienia, ale chwała Niewinnego.

Nie “wczuwanie się” emocjonalne, ale odkrywanie duchowej warstwy rzeczywistości. Bo tylko w niej jesteśmy uczestnikami tego misterium. Tylko dzięki niej wiemy, że to o nas idzie, o mnie i o ciebie. I to może prowadzić do wyjścia z siebie. Bo mniej ważne jest co “przeżyjemy”, ale co “przyjmiemy” adorując pełną miłości wolę Syna Bożego.

A że trudno nam to pojąć? 

Im bardziej myślenie materią i biologią spenetrowało duszę, tym mniej będziemy rozumieć nadprzyrodzoną wartość Tajemnicy Paschalnej. Nasze oczy są wciąż “na uwięzi”, bo ufność pokładamy w “ciele i krwi”, a nie w Ojcu i Jego mądrości. Wciąż wyrywamy z Jego ręki koleje losu własnego i innych nie dowierzając Jego miłości. Wciąż chcemy być pełnoprawnymi partnerami historii zbawienia, a nie adoptowanymi dziećmi “w Symu”, które mogą co najwyżej przyjąć lub odrzucić proponowany dar, nabyty tak cenną Krwią. Przyjmowanie będzie się nam zbytnio kojarzyło z biernością, a my przecież tak bardzo chcemy działać, redukując to działanie jedynie do świata rzeczy i uczuć. 

W tym systemie nie ma miejsca ani dla ducha, ani dla Ducha…

Więc nic nie pojmujemy.

Daj mi, Panie, Twego Ducha, bo będę koncentrował się jedynie na sobie, na swoich – nieważne, czy pozytywnych, czy negatywnych – przeżyciach, szukając pocieszenia nawet w pobożnych poruszeniach serca. Poprowadź mnie dalej, głębiej, wzwyż, ku Sobie – tam, gdzie bierzesz księgę z rąk Zasiadającego na tronie i otwierasz jej siedem pieczęci. Poprowadź moją duszę do Twego orszaku, bym z nim zaśpiewał pieśń uwielbienia:

Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo. (Ap 5,12)

O zakłamaniu i palcu Bożym

(1) Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną. (2) Wczesnym rankiem (o brzasku) zaś znów zjawił się w świątyni. Cały lud zaczął schodzić się do Niego, a [On] usiadłszy, nauczał ich. (3) Wtedy znawcy Prawa i faryzeusze przyprowadzili kobietę pochwyconą na cudzołóstwie, postawili ją pośrodku (4) i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę schwytano w chwili, gdy cudzołożyła. (5) Mojżesz w Prawie nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? (6) To mówili, by Go wystawić na próbę i by mieć powód do oskarżenia Go. Jezus zaś pochylił się i zaczął spisywać palcem po ziemi. (7) A gdy tak nalegali z pytaniem Go, wyprostował się i powiedział do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem. (8) Znów się pochylił i żłobił po ziemi. (9) Gdy to usłyszeli, zaczęli wychodzić jeden po drugim, poczynając od starszych, aż został On sam i kobieta stojąca pośrodku. (10) Wtedy Jezus podniósł się i zwrócił się do niej: Niewiasto, gdzie [oni] są? Nikt cię nie potępił? (11) Odpowiedziała: Nikt, Panie! A Jezus: Ja też cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz. (J 8,1-11)

Wprowadzenie

Obie strony – kobieta i jej oskarżyciele – żyją w kłamstwie i wielkim stresie z niego wynikającym. 

Oni kłamią o sobie, bo nie widzą w sobie przewrotności. Kłamią, bo nie idzie im o obrażenie Boga, a nawet o przekroczenie Jego Prawa. Boga, Prawo, tę kobietę, nawet jej grzech traktuję czysto instrumentalnie. Gdyby chodziło o przekroczenie Prawa, od razu by ją ukamienowali, lub pojmali także mężczyznę, z którym grzeszyła. Nie widzą w sobie grzechu kłamstwa i obłudy. Tego też dotyka w nich Jezus swoim Słowem.

Ona kłamie, bo zaprzecza prawdziwości Dekalogu i szukając ludzkich względów (miłości, godności, szacunku, pieniędzy) depcze szóste przykazanie. Nie wie, czym jest miłość, więc jej szuka w zdradzie i niewierności.

A pośrodku jest Bóg, który zamienia winnych w niewinnych. Bóg, który chce doprowadzić nas do zobaczenia w samych sobie winy, aby uzdrowić nas uniewinnieniem. Ten, który nie potępia nas za nasze grzechy, tylko za ich wypieranie się, zatajenie, zaprzeczanie im. Pan przypomina, że o wiele niebezpieczniejsze dla nas jest osądzanie grzesznika, aniżeli jego grzech.

Oni (na podst O. A. Pelanowskiego)

Każdy ma jakiś ambitny cel: niektórzy dążą do wykreowania w sobie wizerunku uduchowionej i poprawnej moralnie osobistości, inni chcą być intelektualnymi potentatami, jeszcze inni chcą być bogaci lub piękni, stworzyć idealną rodzinę lub osiągnąć jakikolwiek sukces. Zagrożenie w osiągnięciu celu, może spowodować dysharmonię emocjonalną, intelektualną, moralną a nawet duchową – taki rozdźwięk wywołany w nas napięciem lękowym wobec niepewności czy uda nam się osiągnąć cel i czy zdołamy go utrzymać nazywamy stresem. Długotrwały stres może być niebezpieczny: trwanie latami w ambicjonalnych napięciach może doprowadzić do zakłamania albo depresji, chorób ciała albo zaburzenia osobowości.

Po co sukces? Dla własnego ego lub dla innych. Cokolwiek uczynimy jest nagradzane pochwałą, albo karane niezadowoleniem. Żeby tego uniknąć zakłamujemy swój wizerunek. Każde zakłamanie jest wielkim stresem.

Jeśli ciągle kłamiemy o sobie samych i nieustannie zaprzeczamy prawdzie o sobie przed ludźmi i Bogiem – nasz stres jest gigantyczny – tak wielki, że możemy go już nie dostrzegać, bo nie dostrzegamy niczego innego poza nim. Czasem obserwujemy to u innych, rzadziej widzimy u siebie: ktoś ma dziwnie nienaturalny ton głosu, albo nieustannie się śmieje lub narzeka, szybko wyrzuca z siebie słowa, albo robi nużące przerwy w wypowiedzi, wzdycha, jakby niósł wielki ciężar, zakrywa usta dłonią, jakby się obawiał, że ktoś zajrzy do środka i dowiemy się więcej, albo ucieka ze wzrokiem, mruży powieki, by ukryć źrenice i tak na nas spogląda, wzrusza ramionami przy jednoczesnym zapewnieniu, że się z kimś we wszystkim zgadza, ktoś inny nadmierne troszczy się o wzbudzenie naszej sympatii, do tego dochodzą przerysowane pochlebstwa, uroczyste przysięganie w błahych sprawach, cytowanie wielkich ludzi i mądrych sformułowań, powoływanie się nieustanne na autorytety i wreszcie agresywne zaprzeczanie czemuś.

Tacy mogli być oskarżyciele kobiety cudzołożnej. Zakłamani i fałszywi. Pochwyceni przez własne kłamstwa, półmroki i jawne ciemności. Zasłaniający się pobożnością, świętymi czynnościami, albo wręcz wolą Bożą. Chcieli ciskać Bogiem, jak kamieniem, a nie wiedzieli, że natrafili na “kamień odrzucony”, choć węgielny… Skamieniały ich serca więc sami siebie musieli uznać za niezdatnych, odrzuconych. Zapisanych na ziemi, których imiona wiatr rozwieje i ślad po nich zaginie.

Nadziejo Izraela, Panie, wszyscy, którzy Cię opuszczają będą zawstydzeni; ci, którzy się oddalają od Ciebie, będą zapisani na ziemi… (Jr 17,13)

Ona

Czytamy, że Pan pisał tu (dosłownie, za pierwszym razem spisywał – może grzechy, może prawo?) palcem na ziemi. Mogło być tak, że stojąca przed Nim kobieta odrzuciła przykazania napisane palcem bożym na kamiennych mojżeszowych tablicach. Ponieważ natura pustki nie znosi i każdy musi żyć jakimiś zasadami, dlatego w zamian mogła mieć swoje przykazania, własne (albo przez kogoś wpojone) prawa, które były de facto zasadami demonicznymi. 

Tym razem Bóg napisał palcem na piasku. Dosłownie “żłobił” (takiego wyrazu używa Jan kiedy po raz drugi opisuje czynność, jaką wykonywał Jezus) kontury – liter, ludzkiego życia. Innym wkładał palce w uszy, jej tylko napisał na ziemi.

Jakie mogą być przykazania pisane ludzkim palcem? Podaję niektóre, za O. Augustynem Pelanowskim (“Wolni od niemocy”):

Nigdy nie krytykuj tatusia i mamusi; jesteśmy nieomylni!

Nie wolno ci sprawiać żadnej przykrości babci, zawsze jej przytakuj!

Rób co chcesz, ale nie wolno ci podpaść w szkole. 

Nie pokazuj się w domu, jeśli nie będziesz miał najlepszych efektów.

Bądź ambitny – jeśli nic nie chcesz osiągnąć, nie liczysz się również dla mnie. 

Musisz być źródłem zadowolenia dla rodziny, ale dotychczas nigdy ci się to nie udało. Próbuj, może ci się uda. Masz jednak małe szanse…

Nie możesz mieć własnych pomysłów na życie. Rób to, co mówimy.

Praca jest najważniejsza.

Żyję po to, aby inni byli ze mnie zadowoleni.

Nie nadaję się do niczego.

Nie proś nigdy nikogo o pomoc, miej swój honor.

Nie wolno ci się mylić.

Będziesz wyprowadzony z równowagi ilekroć coś ci się nie powiedzie.

Będziesz obwiniał bliźniego swego jak siebie samego.

Nie będziesz siebie samego kochał, ani nigdy sobie wybaczał.

Będziesz zawsze oczekiwał, żeby wszystko było inaczej, niż jest i zawsze miał złe nastawienie do rzeczywistości.

Będziesz żądał miłości i aprobaty od każdego za wszystko.

Będziesz  unikał  stawiania  czoła  trudnościom życia, pamiętając, ze nie możesz się zmienić, jesteś bowiem zdeterminowany przez swoją przyszłość

Nie odchodź nawet na chwilę od twoich problemów.

Będziesz biernie czekał, żeby szczęście przyszło do ciebie i masz nie wierzyć w to, ze przyjdzie.

Warto je spokojnie przeczytać, aby rozpoznać jak bardzo żyjesz tymi “prawami” zamiast Słowem Boga. A tylko Ono daje życie. Ludzkie zasady przynoszą śmierć, jeśli postawi się je na najważniejszym miejscu. Nie przynoszą one takiego światła, jakie daje Ten, którego Symeon nazwał Wschodzącym Słońcem! 

Czy prawda o tobie, zapisana palcem Bożym w twoim sercu, w życiu, w Słowie (w którym, jak ufam, się przeglądasz) jest ci bliska? 

A może wypierasz ją aby zrobić miejsce dla własnych zakłamanych dekalogów, praw wynikających z ludzkich doświadczeń, często będących przykrywką dla nieprawości, do których nie chcesz się przyznać?

On

Bardzo bliskie jest mi to, jak jest ukazany Jezus w tej scenie. Z jednej strony kłębi się zgraja podekscytowanych złością i cwaniactwem mężczyzn, a z drugiej pochyla się nad ziemią (a może i nad rzuconą pomiędzy nich wszystkich cudzołożnicą) pełen spokoju Pan.  Chrystus jest tu Światłem, o które rozbija się kamienna masa ciemności utkanej z żądz, chorych projekcji, tajonych pretensji, frustracji, niechęci, poczucia wyższości.

Przyszli tu tłumnie po aprobatę „świątyni” dla swoich zamiarów. (…) Są pewni swej racji, bezczelni, bo bezkarni za osłoną Prawa. Zwietrzyli świeżą krew. Są natarczywi, agresywni, nawet niebezpieczni. Jezus jest sam naprzeciw tej podekscytowanej zgrai. Gdyby rzecz zasadzała się na zwykłej konfrontacji osobowości, na psychologicznej próbie charakterów, kto wie, jak by to się skończyło. Zrobił bowiem coś, czego w takiej sytuacji absolutnie zrobić nie wolno: przysiadł na jakimś stopniu czy kamieniu, a pisząc palcem po ziemi, nawet pochylił się jeszcze niżej, skulony, bez słowa. Obojętny jak kamień. Ci ludzie nie byli zbrodniarzami. Dali się tylko ponieść czemuś niedobremu. Nieczysta ciekawość, niedobre podniecenie, atawistyczny instynkt mordu, bezduszny legalizm, bezmyślność, podła satysfakcja buchnęły od nich na Niego i załamały się. Rozpękły, jak wzdęta fala załamuje się i odbija od skały tkwiącej u brzegu, rozpryskując się na tysiączne bryzgi wody. Odmawiając nawet pozoru uczestnictwa w tej nawałnicy mrocznych emocji, Jezus sprawił, że wyhamowała, a oni w nowym świetle – świetle, którego tylko On był źródłem – zobaczyli siebie, swoje postępowanie i winę tej kobiety. W świetle, bo to za sprawą Światła mrok ustępuje, rozprasza się i ginie. (Maria Szamot, Chcę widzieć Jezusa)

Panie, niech na Twoim świetle zawsze rozbija się plątanina moich żali i pretensji, skorupa moich lęków zamienionych w emocjonalny masyw! Niech światło Słowa zawsze ma moc laseru tnącego to, co najtwardsze we mnie!

Niech pozostanie tylko nas dwoje – moja nieszczęsna dusza, miłośnica resztek miłości; i Ty – miłośnik nędznej duszy. Jak ujął to św. Augustyn, Relicti sunt duo, misera et misericordia („pozostało ich dwoje: nędzna i miłosierdzie”).

Niech cudzołożna moja dusza stanie się – w spotkaniu z Chrystusem – Oblubienicą! Pochwyć ją, Panie. Już nie grzech, ani demony, ale Twoja łaska niech ją pochwyci i zdobędzie.

A stać się tak może dzięki Eucharystii – tu jest brzask, Światło zstępujące z Góry Oliwnej, aby nauczając oświecić sumienie i dodać otuchy.

Chodźcie w światłości, by was ciemność nie pochwyciła (J 12,35)

Oto rzecz nowa! Wciąż nowa!

O szaleństwie wyjścia z bezsensu.

Dotykamy obecnie wielu kryzysów – kryzys ekonomiczny, kryzys autorytetów, kryzys kapłaństwa, kryzys ojcostwa i męskości, nawet kryzys macierzyństwa i kobiecości. Zewsząd słychać o przeróżnych chorobach duszy (są i inne, ale tamte zawsze są mniej ważne), które – Ciebie i mnie, i innych dookoła – dotykają i degenerują. Widzę Ciebie i Tobie podobnych, młodych ludzi, którzy zniszczeni skutkami owych kryzysów wpadają w obojętność, bezsiłę i gorzkie odrętwienie. Znieczulani mediami, ogłupieni mnogością bodźców, zajęci coraz to nowymi rozrywkami, przedłużają swoją ni to młodość ni to dzieciństwo – nieustanną niedojrzałość! – doświadczając jednocześnie potwornego bezsensu życia i demonicznej pustki.

Postawieni przed wyborem drogi życiowej stoją na rozdrożu sparaliżowani, bezdecyzyjne. Nie ciągnie ich ani małżeństwo (chyba, że poprzez zaspokojenie własnych pożądliwości, ale i to można swobodnie dziś realizować bez większych zobowiązań, lub – proszę wybaczyć dosadność – na własną rękę…), ani kapłaństwo, czy stan zakonny (bo przeraża perspektywa rezygnacji z własnej woli). Boją się popełnić błąd, a jednocześnie wolą bezruch i stagnację, nawet jeśli skutkuje ona rozpaczą. Boją się błędu, dramatycznie błądząc. Nie potrafią sami z siebie wejść w odpowiedzialność za kogoś. Chcieliby znaleźć lekarstwo na swą samotność, ale natura ich – ukształtowana w narcystycznym świecie egotyzmu – wzdraga się, przed perspektywą ofiary i uczynienia ze swego życia daru. A przecież nie ma miłości bez postawy daru z siebie!     

I to jest najpoważniejszy kryzys.

Tkwisz w nim?

Drugi jest podobny – brak ufności, niewiara, beznadziejna perspektywa smutnego hedonizmu i pogoni za wiatrem w świecie bez Boga.

„Sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj…”

Jeśli, choć trochę dostrzegasz to, o czym mówię – zaufaj Temu, który ma moc wyprowadzić człowieka z każdego kryzysu. I choć przeciwnik będzie pokazywał tę drogę w wykrzywionym zwierciadle – nie bój się, nie bój się trudu. Większego nieszczęścia będziesz doświadczał trwając w egotycznym pilnowaniu największego skarbu jaki masz – samego siebie.

Dlatego trzeba zrobić to, czego tak się bał smutny bogaty młody człowiek z Ewangelii.

Trzeba rozdać najcenniejsze.

Znasz przykazanie miłości Boga i bliźniego. Wszyscy znamy. Nie trzeba być prymusem z religii, lub członkiem jakiejś wspólnoty, aby je znać. Ale przykazanie to nie może pozostać na poziomie sloganu, czy niewiele znaczącego hasła. Musi zostać wyrażone w konkretnym czynie! I to nie jednym! Dopiero wtedy może stać się znakiem i świadectwem dla niewierzącego w miłość świata. A my sami jesteśmy jego cząstką i sami potrzebujemy – i Ty i ja – takiego znaku. 

Potrzebujemy świętych – a przynajmniej tych, którzy nie boją się o świętość zawalczyć!

Kto z nas w dzisiejszych czasach nie jest mniej lub bardziej zraniony przez brak miłości, życiowe frustracje i zniechęcenia, przez rany wyniesione z dzieciństwa? Kto, no powiedz mi, kto? Kto z nas wyszedł bez szwanku z kryzysów rodzinnych, z cyklonu rewolucji seksualnych i kulturowych? (O. Daniel-Ange)

Okopujemy się, barykadujemy, opancerzamy – strach o siebie jest zaraźliwy!

Każdy z nas jakoś wątpi w miłość czystą, szlachetną, uczciwą, pełną i porywającą. Jesteśmy zranieni niewiarą w to, że warto dać siebie. To zranienie przeżywają zarówno małżonkowie jak i bezżenni. Kapłani i świeccy. Widząc trudne obowiązki wynikające z miłowania zapominamy o mocy jaka płynie z naśladowania Chrystusa. 

Boimy się, że dając siebie nic nam nie zostanie dla nas samych. Zapominamy, że Chrystus o nas zadba lepiej niż my sami o siebie. 

Boimy się, że okażemy naiwność nie szukając zemsty, czy okazując życzliwość. Zapominamy, że tylko takie życie jest drogą do prawdziwego szczęścia – życia Błogosławieństwami. 

Boimy się, że nie damy rady tak żyć. Zapominamy, że myśląc w ten sposób zadajemy kłam wierze w Łaskę.

Słowo

Zapominamy też co, tak naprawdę, jest istotą wezwania Bożego dla tych, którzy chcieliby nazywać się “małą trzódką”. A przecież św. Paweł przypomina:

Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem. (Kol 3,16)

Jakie Słowo? Może to?

Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! (Łk 12, 32-34)

Sprzedajcie, oddajcie, poświęćcie coś dla skarbu, jakim jest Królestwo! Oddaj siebie dla skarbu, jakim jest Miłość! Zamień skarb egotycznych rojeń na skarb z ręki Chrystusa! Nie żałuj Mu siebie!

Czy chcesz?

Boisz się? Nie wierzysz? Myślisz, że nie dasz rady?

Musimy uczynić ewangeliczne słowa o miłości Boga do nas i o miłości bliźniego – wiarygodnymi! Nikt tego za nas nie zrobi. Nikt tego nie zrobi za rodziców wobec dzieci i małżonków wobec siebie nawzajem. Nikt inny nie może też tego uczynić wobec naszych poranionych serc. Inaczej będziemy wiecznie nieszczęśliwi. Bóg pragnie, aby nasze serca leczyć wzajemną miłością. To najlepsza psychoterapia!

Czy chcesz, aby Twoje serce tak było leczone i tak leczyło innych?

W świecie pełnym samotności i opuszczania siebie nawzajem, napęczniałym jadem zdrad i oszukiwania, udawania i obłudnych uśmiechów, chowanych skrzętnie i żywionych uraz, odczuwalnej na co dzień przemocy i władzy nie mającej nic wspólnego ze służbą, emocjonalnych szantaży i nieustannych manipulacji, mylenia dobra z utylitaryzmem – potrzeba, jak ożywczego haustu świeżego powietrza, ludzi miłości, którzy będą żywymi znakami nadziei i strażnikami Niewidzialnego! 

Miłość musi być wielkoduszna, obfita, wypływająca z serca zachwyconego Panem, który oddał się nam w taki sam sposób! Takich serc pragnie Bóg!

Czy chcesz, aby i Twoje serce było takie?

Miłość dąży do tego, aby była czysta, czyli także bezinteresowna. Bez liczenia na odpłatę i wzajemność. Bez szukania korzyści za własne cierpienia, zranienia i trudy. Bez życia według zasady “coś za coś”, której drugą stroną jest prawo “oko za oko, ząb za ząb”. Czysta, czyli ukierunkowana na Pana, i ze ze względu na Pana. Tylko On i Jego Królestwo są jedyną zasadą, jedyną racją bytu takiego miłowania. Żaden człowiek, żadna przyjemność, żadna satysfakcja, żadne samozadowolenie. Kocham, bo Pan tak chce!

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie? 

Miłość musi być zawsze przebaczająca, tak, aby nikt nie miał wątpliwości, że gdy przyjdzie prosić Cię o przebaczenie, to otrzyma przygarnięcie “w imię Jezusa” i doświadczy radosnej (a nie niechętnej, z musu, “przez zęby”) akceptacji! W ten sposób stajesz się świadkiem Miłosierdzia, którego sam potrzebujesz! Miłość też zawsze prosi o przebaczenie, pamiętając, że jest pokorną służebnicą dusz ludzkich i tego, co chce nasz Pan. W ten sposób człowiek staje się rycerzem miłosierdzia! Walczy z sobą w obronie tego przymiotu Boga! Chrystus, który lubi przebaczać, pragnie serc ukształtowanych na Jego wzór, a nie na wzór zranień, lęków i grzechu. 

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie?

Miłość odkrywa jakiś rodzaj para-sakramentu w drugim człowieku – w bracie i współmałżonku. Sprawia, że wiesz, iż bez drugiego nie możesz dojść do świętości. Jest Ci niezbędny jak powietrze, bo bez niego nie możesz oddychać Bogiem. Spodobało się bowiem Panu zbawić nas we wspólnocie. Widząc brata, dostrzegasz dzieło Boga, wyrażające się w miłości Chrystusa i Jego posłuszeństwie Ojcu. Ponieważ Pan mieszka w sercach swoich wiernych, dlatego serce twego brata, siostry, współmałżonka to miejsce, w którym mieszka Pan!

Bóg pragnie serc, które będą miłowały bliźniego widząc w tym spotkanie z miłością Trójcy.

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie?

Jest miłość i oddanie wyrażające się w radykalnie przeżywanej czystości. Jej radykalizm wiąże się nie z tym, że żyje się we wstrzemięźliwości seksualnej (bo ona obowiązuje wszystkich ochrzczonych nie będących małżonkami, a ich także w pewnych sytuacjach), ale w tym, że oddaje się siebie na wyłączność Panu, rezygnując z przyrodzonego prawa dysponowania sobą. Jest to “bezżenność dla Królestwa”, o której wspomina Chrystus w Ewangelii. Celibatariusz staje się więc świadkiem Królestwa, o którym Chrystus mówi, że “już jest pośród” nas.

Świadek Królestwa!

Potrzeba – jak by powiedział O. Ange – strażników poranka! Ludzi zapatrzonych w wieczność, w nadzieję, w szczęście niekoniecznie “tu i teraz” ale to, które otrzymamy z ręki w Pana w Jego Domu. Wtedy, gdy urzeczywistni się Królestwo w całej swej pełni!

Strażnik to ktoś kto wpatruje się w dal i… czeka. Cierpliwie i z nadzieją. Czuwa i rozpoznaje wroga. Jest dla innych. Składa ofiarę nieprzespanej nocy, godzin czuwania, byle tylko ochronić tych, którzy mu się powierzyli.

Gdy stajesz się świadkiem Królestwa Bożego, wtedy Twoje ciało jest świadkiem obecnego a zarazem przychodzącego Pana! Już nie własnych zranień! Nie pychy czy niespełnionych mrocznych pożądań! Nie świadkiem wiecznego nienasycenia, ale Tego, który przychodząc, odmieni niebo i ziemię!

Niewiele jest rzeczy w życiu, którym świadomie nadajesz (albo odkrywasz dla nich) sens. Wchodząc w poświęcenie siebie przywrócisz rajski charakter nie tylko przeżywanej w sposób naturalny czystości, ale także wszystkiemu co Cię stanowi. Wyrywasz się z egoistycznej, obojętnej na wolę bożą i prawdziwe potrzeby bliźnich egzystencji. Każdego dnia musisz sobie uświadamiać po co i dla kogo żyjesz, wstajesz z łóżka, przekraczasz się i trudzisz. I dostajesz do robienia tego wszystkiego Łaskę! Co więcej, to wszystko – cały wysiłek i zmaganie – jest potrzebne! Ma sens! 

Miłość jest odpowiedzią na dar, który pochodzi z ręki dobrego Boga. Pan, pragnąc gorąco złączyć się z Tobą w wieczności (po to żyjesz!), udziela Ci łask, które nie są “prezentami” w naszym rozumieniu (czyli niewiele znaczącymi zabawkami, dla naszej uciechy lub przyjemności) ale darami, mającymi dopomóc osiągnąć cel ostateczny. W jakimś kontekście bracia i siostry również są takim darem, który domaga się odpowiedzi. Obojętność w tej materii jest czystą niewdzięcznością wobec Pana, który chce nauczyć nas miłości i wyprowadzić z egotycznej “wsobności”.

Braci i siostry (we wspólnocie, lub zakonie) nie wybiera się (nawet jeśli się wybiera!), lecz otrzymuje. Otrzymuje! Z ręki Boga!

Gdyby to od nas zależało, bardzo możliwe, że nigdy nie wybralibyśmy sobie tych konkretnych ludzi do dzielenia z nimi wiary, a może i życia. Choć mogliśmy zostać pociągnięci przykładem niektórych z nich. Paradoksem pozostaje, że ten sam brat, którego świadectwo mogło pociągnąć dziś jest dla Ciebie kimś odpychającym i trudnym… Ale właśnie tego brata wybrał dla Ciebie Pan! Czy przyjmujesz go, jako dar Serca Bożego? Szczególnie – czy przyjmujesz tego, którego nigdy byś z pewnością nie wybrał?! Z którym wolałbyś nie zadawać się na co dzień?

A dlaczego Pan wybrał właśnie tych, a nie innych? Cóż, odpowiedź na to poznasz w pełni już w Jego Domu.

Żona, dziecko, brat, siostra, przyjaciel, kolega — kada z tych osób została Ci powierzona i z każdej zdasz sprawę przed Obliczem Pana. Co robisz, aby wzrastała miłość w drugim człowieku? Tego nie osiągnie się przez pouczanie i strofowanie, przez obrażanie się i krzyk, przez oczekiwania i fochy. Trzeba się z ufnością (i odważną świadomością własnej bezbronności) zaangażować! Trzeba siebie dać! Przecież nie można być mężem czy żoną na pół gwizdka! Tak samo – nie można kochać braci tylko na kilkadziesiąt procent! 

Miłość sprawia, że zaczyna się traktować drugiego jak cenny klejnot, dany z Bożego skarbca – z samego przebitego Serca naszego Pana. A ponieważ każdy jest niepowtarzalny, to każdy jest skarbem jedynym w świecie!

Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. (Łk 12, 32-34)

Czy na te boże dary – którym także jesteś dla innych – nie należy odpowiedzieć? Jak? Darem z siebie!

Chcę widzieć świadków!

Potrzebujemy – ja potrzebuję! – kochających się małżeństw i kochających się wspólnot! Małżonków będących znakami bożej cierpliwości i troski, przekraczających siebie i przyjmujących siebie nieustannie – ze względu na miłość, jaką sam Pan ich obdarzył. Braci znoszących swoje braki, ograniczenia i nieumiejętności, szukających okazji do wybaczenia sobie nawzajem (Wyobraź sobie – przeżywać wieczór tak, jakbyś miał zobaczyć już ranek w innym świecie. To zmusza do przebaczenia, bo uświadamiasz sobie, że możesz już nie mieć na to okazji!), wyrzekających się uprzedmiotowienia drugiego człowieka, rezygnujących z szukania kogoś “dla siebie” na rzecz bycia “dla bliźniego”.

Czy chcesz dać siebie?

Czy zechcesz dać się posolić Duchowi św., aby stać się solą dla braci? Czy dasz się zapalić, aby być światłem dla nich? Bez pychy i arogancji oraz poczucia wyższości. Z pokorą godną Chrystusa, naszego Pana i Sługi?

Czy chcesz przyjąć drugiego jako sól i światło na Twoje obecne życie? Z pokorą Maryi, Służebnicy Pańskiej?

O. Daniel-Ange tak wspominał wypowiedź pewnego młodego człowieka, dającego rok swego życia Szkole Ewangelizacji Jeunesse-Lumiere:

Kiedy mój brat staje w prawdzie w swoim życiu, moje życie zostaje oświetlone! 

Wielokrotnie widziałam jak potwierdzała się słuszność tych słów. Widziałem, jak odkłamywanie swego życia, codziennych fałszów i ucieczek, nazywanie swych błędów – otwierało serca innych, kruszyło ury między ludźmi i owocowało autentyczną (choć może nieco szorstką, myślę tu bowiem o braciach, siostry chyba mają inaczej…) radością miłowania!

Kto zechce dać życie, “aby byli bracia”? Aby tak kochać?

Ktoś powie – to trudne. Tak. Ale taką drogę wybrał Chrystus!

On cię nie oszczędza. Ale dlatego, że chce, by twoje serce żyło. Jednak do tego trzeba być świętym! To prawda. Twoja świętość to jedyny problem. I pełnia: z faktu bycia oskarżonym, prześladowanym, wykluczonym, wypędzonym, obrażanym, nienawidzonym — On odważył się wydobyć… szczęście! Ośmielił się prosić, by wtedy „tańczyć z radości”. To szaleństwo! Oczywiście, ale miłość albo jest szalona, albo jej nie ma. (O. Daniel-Ange)

Czy zniesiesz to szaleństwo?!

Czy chcesz stać się tak głupim (pamiętasz co św. Paweł mówił? Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata!), aby w to uwierzyć i za tym pójść?

« Older posts

© 2022 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑