Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Kategoria: Słowo Boże (page 2 of 119)

Wobec bezradności.

W pierwszy dzień tygodnia niewiasty, ledwie zaczynało świtać, poszły do grobu, niosąc przygotowane wonności.

Kamień zastały odtoczony od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa.

Gdy wobec tego były bezradne (pełne niepokoju), nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał. Przypomnijcie sobie, jak wam mówił, będąc jeszcze w Galilei: „Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, lecz trzeciego dnia zmartwychwstanie”». Wtedy przypomniały sobie Jego słowa, wróciwszy zaś od grobu, oznajmiły to wszystko Jedenastu i wszystkim pozostałym. A były to: Maria Magdalena, Joanna i Maria, matka Jakuba; i inne z nimi opowiadały to apostołom. Lecz słowa te wydały im się czczą gadaniną (niedorzecznością, nonsensem, plotkami, baśniami) i nie dali im wiary.

Jednakże Piotr wybrał się i przybiegł do grobu; schyliwszy się, ujrzał same tylko płótna. I wrócił do siebie, dziwiąc się temu, co się stało. (Łk 24, 1-12)

Pierwszy werset tej ewangelii, to jeszcze jest świat uporządkowany – wstaje świt, niewiast zgodnie ze wcześniejszym postanowieniem idą do grobu niosąc wonności wyrażające ich miłość do Zmarłego. Wszystko jest, jak się wydaje, na swoim miejscu. I żal, który musiała przenikać ich serca, i wielkoduszność wyrażająca się w tym, co nazywamy “ostatnią posługą”, i może rozpacz, i stracone nadzieje, i poczucie pustki, może niepewności czy niewiedzy co dalej robić. Są pozbawione oparcia (widać, że mężczyźni pochowali się po kątach – przypomina się sytuacja z raju, kiedy Adam pozostawił Ewę na pastwę kusiciela), więc idą za porywem swej naturalnej dobroci.

I nagle zgrzyt – kamień odsunięty.

I kolejny – nie ma ciała Nauczyciela.

Te dwa zgrzyty są jak wybicie kogoś z utartej ścieżki postępowania. Jak niczym nie przewidziana zmiana trajektorii strzały wypuszczonej z łuku.

Ich pierwszą reakcją na brak Jezusowych zwłok nie mogła być radość. Człowiek, którego przyzwyczajenia zostały zburzone nie cieszy się, lecz najpierw ulega dezorientacji, czy nawet złości. Przecież one szły do grobu – owszem namaścić ciało – niosąc, pośród wonności, swój ból, żal, poczucie krzywdy i niezgodę na to, co się stało! Może ulegały już mechanizmowi, który każe rozmawiać ze zmarłymi. Może chciały wypłakać się przed martwym, zimnym Jezusem. Pójście do grobu Mistrza, było dla nich niczym pójście do własnego grobu, wejściem w te rejony samych siebie, w których jest bolesna pustka, ciemność i rozpacz. Chciały tam napotkać Jego ślad, choćby martwy, ale tam nic już nie było.

Na to nie były przygotowane.

Ogarnęła je bezradność.

To ciekawe uczucie. Charakteryzuje je nie tylko brak pomysłu na zachowanie w danej sytuacji, ale także rodzaj bezsilności i dezorientacji. Człowiek, wybity z rytmu przyzwyczajeń, doświadcza, że jest w sytuacji bez wyjścia, oraz ogarnia go dramatyczne poczucie samotności.

Może to charakteryzuje wielu z nas?

Może jakieś wydarzenia, niekoniecznie będące skutkiem naszych grzechów, wybijają nas z rytmu codzienności, znanych ścieżek postępowania, utartych schematów. Choroba, śmierć kogoś bliskiego, czyjaś zdrada, zagubiona relacja z kimś bliskim, coraz bardziej doskwierająca samotność. A może są jeszcze inne znaki, wykraczające poza nas samych – kataklizm, trzęsienie ziemi, pożar. Czyjeś cudowne ocalenie, albo uzdrowienie, albo w drugą strone – czyjaś nagkla demoniczna głupota kończąca się porzuceniem rodziny i dzieci, lub kapłaństwa.

Znaki. Wstrząsy, jakie dopuszcza Pan, aby potrząsnąć naszą pustką i niewiarą.

Niewiasty idące do jerozolimskiego grobu na pewno były pełne miłości, ale nie miały w sobie wiary, choć ich Nauczyciel tyle razy wzywał – “Miejcie wiarę”! Nie pamiętały żadnej z trzykrotnych zapowiedzi o zmartwychwstaniu! Nie pamiętały proroctw! Nie wyciągnęły wniosków ze wskrzeszenia młodzieńca w Nain czy Łazarza! Pozwoliły swojej wierze usnąć, dając posłuch naturalnym emocjom i reakcjom.

Mimo, że niosły wonności, to jednak ich dobry czyn był pusty, bo bez wiary. Tak jak i nasze czyny, nasze dobre uczynki, nasze bycie “przyzwoitym człowiekiem”, nasze starania się, nasze pobożności, nasze modlitwy i śpiewy, nasze posty i wymagania od siebie, mogą być puste, mogą być jedynie wonnościami do namaszczenie trupa – bez wiary!

Zobaczywszy dwóch aniołów, poczuły niepokój, jakąś przedziwną sprzeczność, między tym co odbierały ich zmysły, emocjami, doświadczeniem, oraz przebijającymi się wspomnieniami z Jezusowych proroctw.

Pochyliły głowy, co oznacza, że wreszcie przepuściły rozum przed swoje uczucia. Zaczęły – może wzorem Maryi – rozmyślać, rozważać, przyglądać się chwili. Podobnie uczyni Piotr, gdy wejdzie do grobu – schyli się i dopiero wtedy ujrzy puste płótna, ułożone zapewne tak, jakby ciało z nich samo wyparowało.

O, jak mało w naszym życiu jest takich pochyleń! Przecież nawet z naszych małych wstrząsów nie wyciągamy żadnych wniosków! Nie uczy nas nic, ani choroba, ani samotność, ani śmierć! Widzimy sprzedawane kościoły! Widzimy domy boże zamienione na restauracje i kluby nocne! Widzimy płonący dach najważniejszej świątyni Francji! Widzimy jak nasze dzieci i wnuki żyją w grzechu, a często i w grzechu umierają! Widzimy apostazje narodów! Widzimy to wszystko i nie skłania nas to do nawrócenia! Może warto przypomnieć sobie sparafrazowane słowa Chrystusa, które w noc płonącej katedry czytałem na Twitterze, a które napisał O. Wojciech Ziółek SJ:

Czyż myślicie, że ci Galowie byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Europy, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie.

Nie nawracamy się, bo pozwoliliśmy uśpić się naszej wierze. Dlatego nie pojmujemy znaków. Dlatego też Bóg jest często bezradny wobec nas.

Strach, bezsilność, ból, zapatrzenie w siebie, zmęczenie, zniechęcenie – to jedyny filtr, jaki dopuszczamy patrząc na nasze życie i odrzucając spojrzenie według wiary. A przecież Pan jest mocą, siłą odwagą, kojącym balsamem, jedyną pełnią, a wreszcie Życiem!

Zgadzasz się ze mną?

To powiedz to – sobie i innym. Ludziom i aniołom.

Powiedz, że wierzysz.

Że w noc paschalną, gdy Chrystus zwycięża na nowo w nas, ty – po raz kolejny – chcesz patrzeć na życie przez wiarę! Nie przez siebie, ale przez wiarę! Nie przez bezradność! Nie przez słabość! Nie przez swój – wątpliwej jakości, przyznajmy to – geniusz!

Dziś Bóg chce zawrzeć z tobą przymierze. Na nowo. Chce ci obiecać szczęście i wieczność. Chce ci obiecać wybawienie. Chce ci obiecać spełnienie.

Masz się na nowo wyrzec grzechu, zwłaszcza ciężkiego. To grzech jest twoim największym wrogiem. Największym wrogiem twojej rodziny, relacji, twojej Ojczyzny. Masz się wyrzec lenistwa, pychy nieczystości, obżarstwa i pijaństwa, gniewu, chciwości, zazdrości, i tylu innych słabości, które pasożytują na twoim życiu. Masz się wyrzec grzechu, aby być wolnym.

Masz się wyrzec – jak pisze Apostoł – wszystkiego, co ma choćby pozór zła, wsłuchując się w nauczanie apostolskie Kościoła, które pomaga rozpoznać ów pozór. Masz się wyrzec ścieżek prowadzących do grzechu, abyś mógł sobą władać.

Masz się wyrzec szatana, tym samym uznając jego podstępne działanie. Masz się go wyrzec, aby móc służyć prawdziwemu Panu.

Chciej uwierzyć! Chciej powiedzieć – wierzę!

Chciej powiedzieć:

Oto rozpoznałem dobro najwyższe w Bogu, poznałem, że to On jest źródłem wszystkiego – “nieba i ziemi”, ludzi i bytów duchowych, przyrody i świata zwierząt. On jest źródłem szczęścia i ludzkiej miłości. Rozpoznałem, że tak jest. Choć sam mogę tego nie doświadczać, to ufam tym, którzy mi o tym mówili, którzy to doświadczyli i oparli na tym swoje życie. Wierzę w Boga Stwórcę, Ojca, który mnie miłuje. Wierzę i chcę go poznawać!

Wierzę w Chrystusa, Jego ziemskie życie, jakie miał dzięki pokornej zgodzie młodziutkiej Panny z Nazaretu. Wierzę w Jego słowa i czyny, wierzę w Jego miłość, która najpełniej wyraziła się w Jego Krwi przelanej na Krzyżu, tej samej, którą – wraz ze swym Ciałem – pozostawił do spożywania. Wierzę, że jest obecny w Eucharystii przyjmowanej i adorowanej. Wierzę, że pokonał śmierć i żyje i oczekuje na mnie w domu Ojca.

Wierzę w Ducha świętego, który jest miłością Ojca i Syna, który po dziś dzień napełnia swoich wybranych mową prorocką. Wierzę w Ducha, dzięki któremu możemy patrzeć na nasze życie przez pryzmat żywej wiary, który porusza i prowadzi Kościół. Tak! Wierzę w Kościół! Wspólnotę słabych i grzesznych ludzi, którzy chcą jednak ufać mocy Ewangelii! Którzy mają rodzinę w niebie – świętych, braci i siostry, którzy przeszli ziemię. Którym Pan pozostawił siebie w sakramentach! Którzy mogą sobie nawzajem świadczyć o żyjącym Panu, zmagając się o okazywanie sobie miłości!

Wierzę, że kiedyś Pan mnie osądzi i drżę na myśl o tym, ale chcę ufać Jego miłosierdziu! Wierzę w nie, bo wiem, że mi przebacza – ileż razy mi przebaczał i nadal to czyni! Wierzę, że będę żył wiecznie!

Chcę wierzyć. Wierzę!

Piotr odszedł od grobu zadziwiony. Tak, wiara zadziwia. Jej moc zdumiewa. Jej prostota zachwyca. Życz ci tego zdumienia i zachwytu – i oby Przeciwnik nie wyrwał ci tej zbroi, którą dziś Zmartwychwstały, Ten, dla którego nie ma rzeczy niemożliwej, zakłada na ciebie.

Odrzucenie.

W opisie Pasji wg św. Jana odnajdujemy szereg postaci, z których każda jest żywą katechezą o odrzuceniu Boga.

Judasz, który całuje swego Mistrza, zaprzeczając znaczeniu tego gestu, uosabia pytanie o naszą obłudę, o gesty, które wykonujemy, a które mogą być puste, o udawanie miłości, o posłuszeństwo prawom lęku, troski o siebie, chciwości.

Kohorta i straż, mimo, że niesie światło, i mimo, że szuka Jezusa, i mimo, że On się im objawia, i mimo, że padają przed Nim na ziemię, to jednak wiąże Go, krępuje Jego działanie, uosabia pytanie o naszą konsekwencję, wobec tego co rozpoznajemy jako prawe i dobre. O uległość wobec blasku Słowa. O skrępowanie mocy Bożej przez brak naszej wytrwałości.

I jeszcze Piotr. Mimo, że staje w obronie Jezusa, to jednak zapiera się Go przed służącą (Dlaczego Piotr używa miecza? Czy dlatego, że każe mu to uczynić Pan? Bynajmniej. On po prostu dobywa miecz, bo go ma. Tyle. Ot, impuls. Ot, bezrefleksyjność.) i to trzy razy. Abp Fulton Sheen zauważa, że zaparcie się Piotra ma trzy powody. Najpierw czyni tak z powodu przesadnej pewności siebie Piotra co do własnej lojalności. “Chociaż starożytny prorok powiedział, że owce się rozproszą, Piotr miał poczucie, że będzie wolny od takiego upadku, gdyż dano mu klucze do królestwa niebieskiego”. Drugi powód to fakt, że nie czuwał i nie modlił się w Ogrójcu, a potem aktywizmem (miecz) chciał zastąpić duchowość. Trzeci powód to dystans fizyczny, jaki zachowywał od Chrystusa – jak pisze Sheen: “mógł on być symbolem dystansu duchowego, który ich obu oddzielał. Każde oddalenie od słońca prawości jest ciemnością”. Można dodać – nie wystarczy blask ogniska na dziedzńcu arcykapłańskiego domostwa…

Annasz, chociaż był arcykapłanem Boga Żywego, i uzurpuje sobie odpowiedzialność za dzieci Izraela,  jest jednak bardziej skupiony na swojej chwale, aniżeli na bożej. Jego reakcją na prawdę jest przemoc i danie odczucia swej władzy.

Kajfasz, mimo że w imieniu Izraela błaga w Jom Kippur Pana o odpuszczenie grzechów całego ludu i w imieniu Pana udziela ludowi błogosławieństwa, stając w miejscu drabiny Jakubowej, to nie wierzy w moc bożego błogosławieństwa i bawi się w krwawą politykę, doradzając, “aby jeden człowiek umarł za naród”.

Piłat, mimo, że ma wszystko – władzę, wojsko, prawo – aby wydać sprawiedliwy wyrok, ulega chwiejności i chęci przypodobania się ludowi i starszyźnie. Jego gra na zwłokę stawia go ostatecznie pod ścianą. Ulega, udając, że nie jest odpowiedzialny za wyrok, który wydaje.

I tu warto zauważyć, idąc za myślą Fultona Sheena, że proces Jezusa, w swoich dwóch fazach – religijnej przed arcykapłanami, oraz politycznej, ludzkiej, przed Piłatem – odpowiada dwom oskarżeniom.

Najpierw sądzono Proroka i Jego orędzie. W myśl tego przesłania, jest On nie tylko Sługą Jahwe, ale wręcz Jego Synem. Autentyczność i prawda bijące z tego orędzia (które sam Pan nazwał Ewangelią, Dobrą Nowiną o panowaniu Niebios) pociągnęło za sobą serca tysięcy Galilejczyków i Judejczyków. Ludzie, którzy uwierzyli w przepowiadanie Jezusa, w Jego słowa i czyny, którzy spróbowali popatrzeć na swe życie oczyma wiary i odkryć siebie, jako dzieci miłosiernego Ojca, weszli na drogę zupełnie nowej egzystencji.  Uznano jednak, że takie orędzie należy odrzucić, a z nim cały obraz Boga i Jego woli, jaką Prorok przyszedł objawić.

Potem, u Piłata, sądzono Króla, który, ma pewne prawa co do człowieka i świata. Jego Królestwo nie jest z tego świata, ale Jego Królestwo jest ponad tym światem. Jak potem powie Jan w Apokalipsie: “Król królów i Pan Panów”. Tymczasem w osobach Piłata i Heroda

Dlaczego narody się buntują, czemu ludy knują daremne zamysły? Królowie ziemi powstają i władcy spiskują wraz z nimi przeciw Panu i przeciw Jego Pomazańcowi (Ps 2,1-2).

Rzymski prokurator i żydowski tetrarcha uwierzyli w diabelskie zapewnienia, które Przeciwnik próbował sprzedać samemu Jezusowi w dniach pamiętnego kuszenia na pustyni:

Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. (Łk 4,5-6)

Uznano więc, że nie ma On prawa do zaoferowania człowiekowi swoich praw i że ludzkie Królestwo nie chce rządzić się zasadami “Państwa Bożego”, jak by powiedział św. Augustyn.

Dodatkowo, jako że kpina połączona z krwawym widowiskiem wzbudza u tłumu pogardę, postanowiono wyśmiać roszczenia Boga, roszczenia w myśl których zbłąkany człowiek może patrzeć oczyma wiary na swe życie, a Bóg może w to życie wkroczyć z mocą dając ludziom swoje prawa. Znakiem tego wyśmiania była korona cierniowa i szkarłatny płaszcz. Żołnierze, którzy stali się narzędziem wydrwienia boskich prerogatyw Jezusa, są jednocześnie obrazem tej części nas samych, która wciąż dąży do świętego spokoju, i jest gotowa uciekać w drwinę i cynizm, nawet wobec rzeczy najświętszych. W momencie zamętu, często dzięki zniszczeniu części własnej wrażliwości przez dobrowolną zgodę na jakiś grzech (zwłaszcza ciężki), człowiek gubi jasność rozeznania dobra i złą, nawet w najprostszych rzeczach. Aby oddzielić się od ciężaru decyzji i odpowiedzialności ucieka w kpinę, która pozwala mu zachować ułudę dystansu.

Ułudzie ulegają także Nikodem i Józef z Arymatei, którzy – choć przychodzą z uczynkiem miłosierdzia, namaścić martwe ciało Jezusa i złożyć je do ofiarowanego przez siebie grobu – próbują dobrocią zamazać swoje tchórzostwo i niechęć do zaryzykowania pozycji w obronie prawdy. Same uczynki, bez wiary, choćby najlepsze nie na wiele się zdadzą, bowiem Paweł pisze:

…z uczynków Prawa żaden człowiek nie może dostąpić usprawiedliwienia w Jego oczach (Rz 3,20).

Pocałunek Judasza, brak konsekwencji ludzi świątynnych, popis siły władzy Annasza, pycha Piotra, małoduszność Piłata, tchórzostwo Nikodema i Józefa. W ten sposób człowiek odrzuca Boga.

Na szczęście, w tamtym momencie, Bóg nie odrzuca ostatecznie człowieka.

Na szczęście w tej galerii osobliwości, pośród tych przedziwnych typów ludzkich, które zauważył “umiłowany uczeń” w ów poranek wiosennego dnia miesiąca Nisan, był ktoś jeszcze.

Zwykle zwracamy uwagę na puentę sceny, którą nazywa się “Testamentem z krzyża”:

I od tej godziny uczeń wziął ją do siebie. (J 19,27).

Ale zaczyna się ona od słów Jezusa, skierowanych do Maryi:

Niewiasto, oto twój syn! (J 19,26).

To nie my skłaniamy Maryję, aby wzięła nas pod opiekę, to najpierw Ona musiała ponowić swe oddanie Słowu Wcielonemu i gotowość wielkiego macierzyństwa wobec człowieka. Bóg zaprosił ją do współpracy w kontynuacji dzieła Jezusowego. W czyimś sercu bowiem musiała zaistnieć doskonała odpowiedź na doskonałą miłość wyrażoną w orędziu Proroka i Króla. Choć wydaje się, że człowiek – w osobach Judasza, żołnierzy, Piotra, arcykapłanów czy Piłata – odrzuca owo orędzie, to jednak jest też inny człowiek, Maryja, najpiękniejszy owoc stworzenia i stojący obok niej umiłowany uczeń, towarzyszący Mistrzowi do końca. Oni przyjmują boże dzieło w sobie i pozwalają mu rozkwitnąć. Orędzie wydaje owoc nie w wielkich tego świata, nie w pysznych i zapatrzonych w siebie, nie w sercach opanowanych lękiem i obłudą, ale w ziemi przepełnionej prostotą, ludzką bezradnością, i wielkim zaufaniem.

Maryja spod krzyża, przyjmująca umiłowanych uczniów swego Syna, przyjmująca bez zastrzeżeń Jego orędzie – będące jednocześnie orędziem Ewangelii – to Prorokini i Służebnica Królestwa. Jako taka przychodzi do nas w niekończących się objawieniach i jako Królowa, naczynie wybrane pełne Bożej łaski, rozdziela te dary tym, którzy zgodzą się wejść na Jej drogę. A my tych łask bardzo potrzebujemy, zwłaszcza teraz, gdy tak niewielu pragnie spojrzenia wiary i posłuszeństwa prawom Króla królów.

Maryja też, jako Matka, jest jedyną z osób występujących w tym dramacie, która pozostaje w głębokiej zażyłości z Bogiem. Nikt inny nie nawiązał z Nim takiej więzi, ani Jego uczniowie, ani Jego kapłani. To też wezwanie dla nas. Spojrzenie wiary i posłuszeństwo prawom Królestwa jest możliwe o ile (oraz na tyle) trwamy w relacji z Panem.

Ułomki, kawałki, resztki…

A gdy zostali nakarmieni, powiedział do swoich uczniów: Zbierzcie pozostałe kawałki (κλασματα – klasmata), aby się nic nie zmarnowało! Zebrali więc i kawałkami (κλασματων – klasmaton) pięciu jęczmiennych chlebów, pozostałymi po jedzących, napełnili dwanaście koszy. (J 6,12-13)

Nie przeczę, zainspirował mnie (nie po raz pierwszy i nie ostatni) O. Pelanowski poniższym wyznaniem:

Zawsze mnie to wzrusza, gdy czytam jak Jezus nakazuje uczniom zebrać ułomki.

A potem rozwija swą myśl:

Zbywające ułomki chleba, zebrane do dwunastu koszów wydają się być obrazem odrzuconych i niepotrzebnych nikomu ludzi, odnajdujących jednak swoje miejsce we wspólnotach Kościoła symbolicznie zilustrowanych przez owe kosze. Wyobrażam sobie te resztki z chlebów leżące na trawie, odrzucone, wyplute, nie nadające się do spożycia, nie nadające się do niczego Apostołowie zbierają je troskliwie i umieszczają w koszach.

Ułomki. Restki. Połamane, a nawet pokruszone fragmenty porządnej całości. Wzgardzone. Odrzucone i jakoś niepotrzebne. A jednak zachowujące w sobie charakter tej pełni, z której je ukruszono.

Tak, dopisuje się do wzruszenia O. Augustyna, bo odnajduję w owych ułomkach samego siebie. Jestem marnym, złamanym kawałkiem. Okruchem. Chlebem, na którym Bóg dopuścił wiele pęknięć, a jeszcze więcej zrobiły ludzkie ręce i wybory. Moje decyzje.

A jednak Pan się troszczy o te resztki porozrzucane po murawie!

Ba, nasz Pan ma niezwykłą słabość do resztek…

Gdyby nam Pan Zastępów nie zostawił Reszty, stalibyśmy się jak Sodoma, podobni bylibyśmy Gomorze. (Iz 1,9)

Jeśli Reszta Izraela jest obrazem Kościoła – a tak odczytuje to św. Paweł – to również ci, którzy zachowają w sobie łączność z Chlebem Żywym, mogą napełnić sobą dwanaście koszy, które symbolizują dwanaście bram niebiańskiego Jeruzalem. Dostaje się tam idąc wąską drogą i wchodząc poprzez ciasną bramę. Ile się przy tym nas nałamie i nakruszy…

Chromych uczynię Resztą, a wyrzutków – narodem mocnym. I będzie królował Pan nad nimi na górze Syjon, odtąd i aż na zawsze. (Mi 4,7)

Ale napełnienie dwunastu koszy do pełna Resztą, to również obraz wielkiego miłosierdzia Bożego. W latach, gdy Oblubienica boskiego Mistrza trwoni swój wdzięk próbując przypodobać się światu, a ci których należałoby za Pawłem nazwać “filarami” Kościoła naszych czasów flirtują z nową, ulepszoną wersją Ewangelii, lub – w najlepszym wypadku – z własną małodusznością i tchórzostwem, widzimy wyraźnie, że “wielki tłum”, który podąża za Jezusem umiera z głodu. Czym go nakarmić? Wraca pytanie, tak przecież aktualne w chwili obecnej:

Gdzie kupimy chleba, by się ci [ludzie] najedli? (J 6,5)

Cudownie rozmnożone pięć chlebów zostało roztrwonione przez ludzki grzech i niewierność. Zostały tylko walające się w trawie resztki. Nie ma w nich wielkiego uduchowienia, ani doskonałości moralnej, ascetycznej dyscypliny, czy mądrości teologicznej. Są pragnienia tych rzeczy, albo – mówiąc inaczej – resztki tego wszystkiego, co niegdyś było bogactwem Kościoła. Jest też więź z Chlebem żywym. W końcu okruch to też Chleb…

Być resztką, pozornie niepotrzebnym połamanym kawałkiem to zgodzić się na życie ofiarą, na nieustanne uświadamianie sobie własnego wyboru i wyrzeczenia. Na ciągłe doświadczanie bólu, jaki się z tym wiąże. Dla jednych to będzie ubóstwo rodziców troszczących się o domową edukację swego dziecka, dla innych tęsknota wpisana w celibat. Obecnie coraz częściej widzimy rozpaczliwe ucieczki przed takim bólem „bycia łamanym” – czy to z małżeństwa, czy to z kapłaństwa. Przeraża liczba odejść i samobójstw wśród duchownych…

Chrystus nakazuje uczniom zebrać resztki. Mimo, że ułomki są pojedyncze, porozrzucane, niemalże zaśmiecające miejsce zgromadzenia (Kościół można przetłumaczyć jako zgromadzenie wywołanych), to Pan chce je mieć razem. Są cenne pojedynczo, ale dwanaście koszów, które mają zapełnić wydaje się dla Pana rzeczą ważną. Czyżby to była misja Reszty? Dopełnić pustych koszów? Zająć miejsce, które… ktoś pozostawił?

Jezus im powiedział: Zapewniam was, że wy, którzy poszliście za Mną, przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na tronie swojej chwały, zasiądziecie i wy na dwunastu tronach, aby sądzić dwanaście pokoleń Izraela. (Mt 19,28)

Czy jednak pasuje mi być ułomkiem? Czy pycha nie każe wciąż myśleć o sobie jako o pewnej pełni zazdrośnie oczekującej życiowego obfitowania? Czy chcę przyjąć powołanie bezsiły, słabości, nieustannego doznawania braku?

Odpowiedź.

Ciekawe w jaki sposób syn marnotrawny odpowiedział na dobroć swego ojca, który z taką wspaniałomyślnością przygarnął utracjusza na nowo dając mu miejsce przy sobie… Jak odpowiedział wcześniej, po tym jak dostał to, czego się domagał – swej części spadku – wiemy.

A po niewielu dniach młodszy syn zebrał wszystko i odjechał w dalekie strony, i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozwiąźle. (Łk 15,13)

Ale jak odpowiedział później?

A jak my odpowiadamy? Syn marnotrawny ześwinił się (dosłownie i w przenośni) tylko raz. My świnimy się nieustannie… Wydaje się nawet, że nie cenimy sobie sakramentu pojednania traktując go jak zwykłą miskę z wodą, w której można się ochlapać ze świńskiego gnoju i pójść dalej. Najczęściej tą samą drogą co wcześniej – w stronę tego samego błota…

Spełnia się zaś im to przysłowie: Pies wraca do swoich wymiocin, a świnia obmyta — do tarzania się w błocie. (2 P 2,22)

Czyż nie jesteśmy oczyszczeni wodą chrztu? Czyż nie jesteśmy obmyci Krwią Chrystusa Pana? A jednak odpowiadamy na to często tym samym lekceważeniem… Przekładamy błoto nad czystą wodę…

W kontekście walki o autentyczną i prawdziwą odpowiedź daną Panu warto zajrzeć do 5 rozdziału księgi Jozuego. Punktem wyjścia tego tekstu jest wejście Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Wypełnia się zapowiedź Boga, dana przez usta Mojżesza. Jest to przypieczętowane spektakularnym przejściem przez Jordan, jakby powtórzeniem cudu znad Morza Czerwonego. Ten znak “zatrwożył serca królów kananejskich” do tego stopnia, że nie niepokoili Narodu Wybranego, gdy ten rozbił swe namioty na polach Jerycha.

Co robi Jozue? Jaki jest pierwszy rozkaz, pierwszy akt po wejściu w bożą obietnicę? Otóż Jozue nakazuje obrzezać wszystkich mężczyzn w obozie! Dopełnia przymierza z Panem i w ten sposób odpowiada na dobroć Boga wyrażającą się we wprowadzeniu krnąbrnego ludu do Kanaanu. Jest to czyn po ludzku ryzykowny – Jozue nie wie, czy jego lud nie zostanie zaatakowany zaraz po rozbiciu obozowiska, nie wie, że serca władców ościennych są pełne lęku, ma jednak głębokie przekonanie (dane przez Pana), że odpowiedzią na dobroć Boga jest znak przymierza. Dodajmy, że znak ten wyraża się w cierpieniu, w przelanej krwi, w zgodzie na pozorne osłabienie.

Jak jest Twoja odpowiedź na dobroć Boga?

Pismo zaznacza:

A ta była przyczyna, dla której Jozue dokonał obrzezania. Wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni, którzy wyszli z Egiptu, umarli na pustyni, w drodze po wyjściu z Egiptu. Ci bowiem wszyscy z ludu, którzy wyszli, byli obrzezani; natomiast ci z ludu, którzy się urodzili na pustyni w drodze po wyjściu z Egiptu, nie byli obrzezani. Czterdzieści bowiem lat Izraelici błąkali się po pustyni, póki nie wymarł cały naród, który wyszedł z Egiptu, mianowicie mężczyźni zdolni do noszenia broni. Nie słuchali oni głosu Pana, który poprzysiągł, że nie pozwoli im ujrzeć tej ziemi, którą poprzysiągł ich przodkom; że da nam ziemię opływającą w mleko i miód. Na ich miejsce wzbudził ich synów i tych Jozue obrzezał. Nie byli oni obrzezani, w drodze bowiem ich nie obrzezano. (Joz 5,4-7)

Musiało wyginąć pokolenie niewolników, które nie potrafiło rozpoznać w znakach (manna, przepiórki, woda ze skaly, słup obłoku i ognia) bożej obecności. Przeżywali swą rzeczywistość w nerwowym napięciu i wiecznym narzekaniu. Wyginęli, choć nie musieli – w końcu Jozue i Kaleb także byli dziećmi niewoli. Wyginęli, bo nie chcieli poddać swoistej terapii, jaką zaserwował im Pan prowadząc ich przez trudy pustyni do trudów zdobywania Kanaanu. Oni nie chcieli zdobywać, nie chcieli się uczyć żyć na nowo, woleli narzekać i szemrać.

Co ciekawe, fakt obrzezania Pan kwituje słowami:

Dziś zrzuciłem z was hańbę egipską. (Joz 5,9)

Ciekawe. Znaczy to, że hańba niewoli była związana z brakiem decyzji wejścia w przymierze. Mentalny niewolnik niby nie chce nikomu podlegać, dlatego zgadzając się na niewidzialne kajdany, jednocześnie odrzuca wszelkie formy pomocy. Nie widzi on w przymierzu z Bogiem dobra, ale opresyjny system zakazów i nakazów. Człowiek wolny wybiera zawsze większe dobro, bo wie, że dobro nie niewoli.

O. Jacek Salij pisał, cytując Stagirytę:

„Niewolnik jest żyjącym narzędziem, a narzędzie nieożywionym niewolnikiem” (Etyka Nikomachejska, 8,11,1161b) – ta podstawowa intuicja kilkakrotnie powtarza się w dziełach Arystotelesa. Innymi słowy, niewolnik to taki człowiek, który swój rozum i wolę ma poza sobą. Albo jeszcze inaczej: Podatność na manipulację jest podstawową cechą mentalności niewolniczej.

Niewolnikowi brakuje zdolności do autentycznego poznawania rzeczywistości oraz do podejmowania własnych decyzji.

Mentalność niewolniczą cechuje brak poczucia własnej godności. Stąd troska o korzystne układy jest dla niewolnika czymś bez porównania ważniejszym niż dbałość o prawdę: „toteż wszyscy pochlebcy mają w sobie coś służalczego, a ludzie nie mający poczucia godności własnej są pochlebcami” (Etyka Nikomachejska, 4,3,1125a).

Człowiek sprowadzony do roli narzędzia nie potrafi dążyć do prawdziwych celów, jego celami są te wartości, które ze swojej natury są tylko środkami do celu. Trzeba mieć duszę niewolnika, ażeby „wybrać tryb życia odpowiedni dla bydła” (1,5,1095b) i celem życia uczynić wartości hedonistyczne (3,11,1118b). Ale również utylitaryzm – jako postawa upatrująca najwyższy cel życia w zdobywaniu bogactwa – zdradza usposobienie niewolnika.

I dodawał:

Mentalność niewolnicza zainteresowana jest przede wszystkim własną wygodą i w ogóle nie rozumie potrzeby przekształcania ziemi w miejsce przyjazne wszystkim stworzeniom Bożym. Ziemia nie musi być Boża, byle tylko nam było na niej dobrze – myślą przedstawieni w Biblii ludzie o mentalności niewolniczej.

Kim więc jesteś? Mentalnym niewolnikiem? Człowiekiem wolnym, którego Syn Boży wprowadził w dziedzictwo Ojca?

Pamiętaj, że mentalna niewola jest zawsze związana z wyborem…

Na wielkoduszność Jozuego i na pierwszą po wejściu do Ziemi Obiecanej ofiarę Przymierza Bóg również odpowiada. Traktuje swój lud już nie jako dzieci, ale jako ludzi dojrzałych. Zabiera pokarm na drogę, a daje im pokarm stały.

Rozłożyli się obozem Izraelici w Gilgal i tam obchodzili Paschę czternastego dnia miesiąca wieczorem, na stepach Jerycha. Następnego dnia Paschy jedli z plonu tej krainy, chleby przaśne i ziarna prażone tego samego dnia. Manna ustała następnego dnia, gdy zaczęli jeść plon tej ziemi. Nie mieli już więcej Izraelici manny, lecz żywili się tego roku plonami ziemi Kanaan. (Joz 5,10-12)

Odpowiedzią Boga jest zabranie Izraelitom manny. W tym niezwykłym dialogu, jaki Pan prowadzi ze swym ludem ważne są momenty pozornej utraty czegoś – dobra duchowego, czy materialnego. Bóg zawsze chce prowadzić człowieka dalej i głębiej. Manna jest w tym miejscu obrazem wszystkich tych spraw, rzeczy, emocji i przywiązań, które obrastają nasze serca.

Bóg pozwala Izraelowi jeść z owoców Ziemi Obiecanej, aby ten przekonał się empirycznie o przebytej drodze – z niewoli do siebie.

Jak na ten gest Boga odpowiada Jozue? Przystępuje, z pewnym – przyznajmy to – trudem, do podboju Kanaanu.

I w tym miejscu znowu warto wrócić do pytania – jak Ty odpowiadasz Bogu? Wracasz do kałuży błota? Tkwisz w mentalnym niewolnictwie? Szemrzesz, bo Pan cię czegoś pozbawił, do czego byłeś przywiązany? A może jesteś gotów stanąć w przymierzu z Bogiem, z gotowością na ofiarę, ale jednocześnie z głębokim przekonaniem, że Bóg traktuje cię serio?

Czyje panowanie?

Będzie On panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego Królestwu nie będzie końca. (Łk 1, 33)

Słysząc powyższe zdanie podziwiam wiarę Niepokalanej, która w obliczu trudów i przeciwności umiała – wbrew doświadczeniu zewnętrznemu – zawierzyć tym słowom wypowiedzianym przez Anioła w zaciszu nazaretańsiego Domku… A przecież wszystko dookoła mówiło, że panowanie nad rzeczywistością jest w innym ręku! Szczególnie wtedy, gdy słyszała stek pomówień na temat swego Syna, gdy oskarżano Go działanie czartowską mocą, o rozbijanie jedności Narodu Wybranego, o zwodzicielstwo, o łamanie Prawa, a może i o stawianie wymagań niemożliwych do spełnienia… Miałaby prawo wtedy pytać – Jakie panowanie? Jakie królestwo? Jaki tron? Przecież nic o tym nie świadczy!

A później? Kiedy w purpurze starej szmaty żołnierskiego płaszcza i szyderczej koronie z cierniowego krzaka, cały w ranach, stąpał na Golgotę znacząc swą drogę smugami krwi… Co myślała? Przecież ten widok wydawał się być szyderstwem, obmierzłym chichotem oskarżyciela, które wydawał się potwierdzać słowa z Góry Kuszenia:

Potem diabeł, wyprowadziwszy Go na wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa zamieszkałego świata – w jednej chwili. I powiedział do Niego diabeł: Tobie dam całą tę władzę i chwałę ich, gdyż mnie została przekazana, i mogę ją dać, komu chcę. (Łk 4,5-6)

Jeszcze bardziej wydawało się, w chwili, gdy wywyższono Umęczonego na tronie Krzyża, że wszystko, jest w ręku diabła.

A jednak wiemy o Niej, że ufała…

Tak bardzo chciałbym, aby dzisiaj, w pośrodku Wielkiego Postu Anno Domini 2019, kiedy dookoła nas w gruzy wali się stary porządek świata, a jedyna ostoja człowieka, święta Matka Kościół zachowuje się niczym żona proroka Ozeasza:

Spór prowadźcie z waszą matką, prowadźcie spór!
Ona bowiem już nie jest moją żoną, a Ja już nie jestem jej mężem. 
Winna usunąć znaki nierządu ze swej twarzy 
i spośród swych piersi ozdoby cudzołożnicy. 
W przeciwnym razie – obnażę ją zupełnie
i stanie się taką jak w dzień swych urodzin; 
uczynię ją podobną do pustyni, 
sprawię, że będzie jak ziemia wyschnięta, 
że zginie śmiercią z pragnienia.  (Oz 2,4-5)

Tak bardzo chciałbym odnaleźć na nowo nadzieję w słowach niebiańskiego posłańca z Nazaretu… To nie głupota, grzech (także, a może przede wszystkim mój) słabość, czy wszelka nieprawość panuje i panować będzie. Choć na tym świecie działa książę ciemności, to Panem jest Syn Maryi, a „Jego panowaniu nie będzie kresu”…

« Older posts Newer posts »

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑