Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Kategoria: Słowo Boże (page 2 of 119)

Ułomki, kawałki, resztki…

A gdy zostali nakarmieni, powiedział do swoich uczniów: Zbierzcie pozostałe kawałki (κλασματα – klasmata), aby się nic nie zmarnowało! Zebrali więc i kawałkami (κλασματων – klasmaton) pięciu jęczmiennych chlebów, pozostałymi po jedzących, napełnili dwanaście koszy. (J 6,12-13)

Nie przeczę, zainspirował mnie (nie po raz pierwszy i nie ostatni) O. Pelanowski poniższym wyznaniem:

Zawsze mnie to wzrusza, gdy czytam jak Jezus nakazuje uczniom zebrać ułomki.

A potem rozwija swą myśl:

Zbywające ułomki chleba, zebrane do dwunastu koszów wydają się być obrazem odrzuconych i niepotrzebnych nikomu ludzi, odnajdujących jednak swoje miejsce we wspólnotach Kościoła symbolicznie zilustrowanych przez owe kosze. Wyobrażam sobie te resztki z chlebów leżące na trawie, odrzucone, wyplute, nie nadające się do spożycia, nie nadające się do niczego Apostołowie zbierają je troskliwie i umieszczają w koszach.

Ułomki. Restki. Połamane, a nawet pokruszone fragmenty porządnej całości. Wzgardzone. Odrzucone i jakoś niepotrzebne. A jednak zachowujące w sobie charakter tej pełni, z której je ukruszono.

Tak, dopisuje się do wzruszenia O. Augustyna, bo odnajduję w owych ułomkach samego siebie. Jestem marnym, złamanym kawałkiem. Okruchem. Chlebem, na którym Bóg dopuścił wiele pęknięć, a jeszcze więcej zrobiły ludzkie ręce i wybory. Moje decyzje.

A jednak Pan się troszczy o te resztki porozrzucane po murawie!

Ba, nasz Pan ma niezwykłą słabość do resztek…

Gdyby nam Pan Zastępów nie zostawił Reszty, stalibyśmy się jak Sodoma, podobni bylibyśmy Gomorze. (Iz 1,9)

Jeśli Reszta Izraela jest obrazem Kościoła – a tak odczytuje to św. Paweł – to również ci, którzy zachowają w sobie łączność z Chlebem Żywym, mogą napełnić sobą dwanaście koszy, które symbolizują dwanaście bram niebiańskiego Jeruzalem. Dostaje się tam idąc wąską drogą i wchodząc poprzez ciasną bramę. Ile się przy tym nas nałamie i nakruszy…

Chromych uczynię Resztą, a wyrzutków – narodem mocnym. I będzie królował Pan nad nimi na górze Syjon, odtąd i aż na zawsze. (Mi 4,7)

Ale napełnienie dwunastu koszy do pełna Resztą, to również obraz wielkiego miłosierdzia Bożego. W latach, gdy Oblubienica boskiego Mistrza trwoni swój wdzięk próbując przypodobać się światu, a ci których należałoby za Pawłem nazwać “filarami” Kościoła naszych czasów flirtują z nową, ulepszoną wersją Ewangelii, lub – w najlepszym wypadku – z własną małodusznością i tchórzostwem, widzimy wyraźnie, że “wielki tłum”, który podąża za Jezusem umiera z głodu. Czym go nakarmić? Wraca pytanie, tak przecież aktualne w chwili obecnej:

Gdzie kupimy chleba, by się ci [ludzie] najedli? (J 6,5)

Cudownie rozmnożone pięć chlebów zostało roztrwonione przez ludzki grzech i niewierność. Zostały tylko walające się w trawie resztki. Nie ma w nich wielkiego uduchowienia, ani doskonałości moralnej, ascetycznej dyscypliny, czy mądrości teologicznej. Są pragnienia tych rzeczy, albo – mówiąc inaczej – resztki tego wszystkiego, co niegdyś było bogactwem Kościoła. Jest też więź z Chlebem żywym. W końcu okruch to też Chleb…

Być resztką, pozornie niepotrzebnym połamanym kawałkiem to zgodzić się na życie ofiarą, na nieustanne uświadamianie sobie własnego wyboru i wyrzeczenia. Na ciągłe doświadczanie bólu, jaki się z tym wiąże. Dla jednych to będzie ubóstwo rodziców troszczących się o domową edukację swego dziecka, dla innych tęsknota wpisana w celibat. Obecnie coraz częściej widzimy rozpaczliwe ucieczki przed takim bólem „bycia łamanym” – czy to z małżeństwa, czy to z kapłaństwa. Przeraża liczba odejść i samobójstw wśród duchownych…

Chrystus nakazuje uczniom zebrać resztki. Mimo, że ułomki są pojedyncze, porozrzucane, niemalże zaśmiecające miejsce zgromadzenia (Kościół można przetłumaczyć jako zgromadzenie wywołanych), to Pan chce je mieć razem. Są cenne pojedynczo, ale dwanaście koszów, które mają zapełnić wydaje się dla Pana rzeczą ważną. Czyżby to była misja Reszty? Dopełnić pustych koszów? Zająć miejsce, które… ktoś pozostawił?

Jezus im powiedział: Zapewniam was, że wy, którzy poszliście za Mną, przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na tronie swojej chwały, zasiądziecie i wy na dwunastu tronach, aby sądzić dwanaście pokoleń Izraela. (Mt 19,28)

Czy jednak pasuje mi być ułomkiem? Czy pycha nie każe wciąż myśleć o sobie jako o pewnej pełni zazdrośnie oczekującej życiowego obfitowania? Czy chcę przyjąć powołanie bezsiły, słabości, nieustannego doznawania braku?

Odpowiedź.

Ciekawe w jaki sposób syn marnotrawny odpowiedział na dobroć swego ojca, który z taką wspaniałomyślnością przygarnął utracjusza na nowo dając mu miejsce przy sobie… Jak odpowiedział wcześniej, po tym jak dostał to, czego się domagał – swej części spadku – wiemy.

A po niewielu dniach młodszy syn zebrał wszystko i odjechał w dalekie strony, i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozwiąźle. (Łk 15,13)

Ale jak odpowiedział później?

A jak my odpowiadamy? Syn marnotrawny ześwinił się (dosłownie i w przenośni) tylko raz. My świnimy się nieustannie… Wydaje się nawet, że nie cenimy sobie sakramentu pojednania traktując go jak zwykłą miskę z wodą, w której można się ochlapać ze świńskiego gnoju i pójść dalej. Najczęściej tą samą drogą co wcześniej – w stronę tego samego błota…

Spełnia się zaś im to przysłowie: Pies wraca do swoich wymiocin, a świnia obmyta — do tarzania się w błocie. (2 P 2,22)

Czyż nie jesteśmy oczyszczeni wodą chrztu? Czyż nie jesteśmy obmyci Krwią Chrystusa Pana? A jednak odpowiadamy na to często tym samym lekceważeniem… Przekładamy błoto nad czystą wodę…

W kontekście walki o autentyczną i prawdziwą odpowiedź daną Panu warto zajrzeć do 5 rozdziału księgi Jozuego. Punktem wyjścia tego tekstu jest wejście Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Wypełnia się zapowiedź Boga, dana przez usta Mojżesza. Jest to przypieczętowane spektakularnym przejściem przez Jordan, jakby powtórzeniem cudu znad Morza Czerwonego. Ten znak “zatrwożył serca królów kananejskich” do tego stopnia, że nie niepokoili Narodu Wybranego, gdy ten rozbił swe namioty na polach Jerycha.

Co robi Jozue? Jaki jest pierwszy rozkaz, pierwszy akt po wejściu w bożą obietnicę? Otóż Jozue nakazuje obrzezać wszystkich mężczyzn w obozie! Dopełnia przymierza z Panem i w ten sposób odpowiada na dobroć Boga wyrażającą się we wprowadzeniu krnąbrnego ludu do Kanaanu. Jest to czyn po ludzku ryzykowny – Jozue nie wie, czy jego lud nie zostanie zaatakowany zaraz po rozbiciu obozowiska, nie wie, że serca władców ościennych są pełne lęku, ma jednak głębokie przekonanie (dane przez Pana), że odpowiedzią na dobroć Boga jest znak przymierza. Dodajmy, że znak ten wyraża się w cierpieniu, w przelanej krwi, w zgodzie na pozorne osłabienie.

Jak jest Twoja odpowiedź na dobroć Boga?

Pismo zaznacza:

A ta była przyczyna, dla której Jozue dokonał obrzezania. Wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni, którzy wyszli z Egiptu, umarli na pustyni, w drodze po wyjściu z Egiptu. Ci bowiem wszyscy z ludu, którzy wyszli, byli obrzezani; natomiast ci z ludu, którzy się urodzili na pustyni w drodze po wyjściu z Egiptu, nie byli obrzezani. Czterdzieści bowiem lat Izraelici błąkali się po pustyni, póki nie wymarł cały naród, który wyszedł z Egiptu, mianowicie mężczyźni zdolni do noszenia broni. Nie słuchali oni głosu Pana, który poprzysiągł, że nie pozwoli im ujrzeć tej ziemi, którą poprzysiągł ich przodkom; że da nam ziemię opływającą w mleko i miód. Na ich miejsce wzbudził ich synów i tych Jozue obrzezał. Nie byli oni obrzezani, w drodze bowiem ich nie obrzezano. (Joz 5,4-7)

Musiało wyginąć pokolenie niewolników, które nie potrafiło rozpoznać w znakach (manna, przepiórki, woda ze skaly, słup obłoku i ognia) bożej obecności. Przeżywali swą rzeczywistość w nerwowym napięciu i wiecznym narzekaniu. Wyginęli, choć nie musieli – w końcu Jozue i Kaleb także byli dziećmi niewoli. Wyginęli, bo nie chcieli poddać swoistej terapii, jaką zaserwował im Pan prowadząc ich przez trudy pustyni do trudów zdobywania Kanaanu. Oni nie chcieli zdobywać, nie chcieli się uczyć żyć na nowo, woleli narzekać i szemrać.

Co ciekawe, fakt obrzezania Pan kwituje słowami:

Dziś zrzuciłem z was hańbę egipską. (Joz 5,9)

Ciekawe. Znaczy to, że hańba niewoli była związana z brakiem decyzji wejścia w przymierze. Mentalny niewolnik niby nie chce nikomu podlegać, dlatego zgadzając się na niewidzialne kajdany, jednocześnie odrzuca wszelkie formy pomocy. Nie widzi on w przymierzu z Bogiem dobra, ale opresyjny system zakazów i nakazów. Człowiek wolny wybiera zawsze większe dobro, bo wie, że dobro nie niewoli.

O. Jacek Salij pisał, cytując Stagirytę:

„Niewolnik jest żyjącym narzędziem, a narzędzie nieożywionym niewolnikiem” (Etyka Nikomachejska, 8,11,1161b) – ta podstawowa intuicja kilkakrotnie powtarza się w dziełach Arystotelesa. Innymi słowy, niewolnik to taki człowiek, który swój rozum i wolę ma poza sobą. Albo jeszcze inaczej: Podatność na manipulację jest podstawową cechą mentalności niewolniczej.

Niewolnikowi brakuje zdolności do autentycznego poznawania rzeczywistości oraz do podejmowania własnych decyzji.

Mentalność niewolniczą cechuje brak poczucia własnej godności. Stąd troska o korzystne układy jest dla niewolnika czymś bez porównania ważniejszym niż dbałość o prawdę: „toteż wszyscy pochlebcy mają w sobie coś służalczego, a ludzie nie mający poczucia godności własnej są pochlebcami” (Etyka Nikomachejska, 4,3,1125a).

Człowiek sprowadzony do roli narzędzia nie potrafi dążyć do prawdziwych celów, jego celami są te wartości, które ze swojej natury są tylko środkami do celu. Trzeba mieć duszę niewolnika, ażeby „wybrać tryb życia odpowiedni dla bydła” (1,5,1095b) i celem życia uczynić wartości hedonistyczne (3,11,1118b). Ale również utylitaryzm – jako postawa upatrująca najwyższy cel życia w zdobywaniu bogactwa – zdradza usposobienie niewolnika.

I dodawał:

Mentalność niewolnicza zainteresowana jest przede wszystkim własną wygodą i w ogóle nie rozumie potrzeby przekształcania ziemi w miejsce przyjazne wszystkim stworzeniom Bożym. Ziemia nie musi być Boża, byle tylko nam było na niej dobrze – myślą przedstawieni w Biblii ludzie o mentalności niewolniczej.

Kim więc jesteś? Mentalnym niewolnikiem? Człowiekiem wolnym, którego Syn Boży wprowadził w dziedzictwo Ojca?

Pamiętaj, że mentalna niewola jest zawsze związana z wyborem…

Na wielkoduszność Jozuego i na pierwszą po wejściu do Ziemi Obiecanej ofiarę Przymierza Bóg również odpowiada. Traktuje swój lud już nie jako dzieci, ale jako ludzi dojrzałych. Zabiera pokarm na drogę, a daje im pokarm stały.

Rozłożyli się obozem Izraelici w Gilgal i tam obchodzili Paschę czternastego dnia miesiąca wieczorem, na stepach Jerycha. Następnego dnia Paschy jedli z plonu tej krainy, chleby przaśne i ziarna prażone tego samego dnia. Manna ustała następnego dnia, gdy zaczęli jeść plon tej ziemi. Nie mieli już więcej Izraelici manny, lecz żywili się tego roku plonami ziemi Kanaan. (Joz 5,10-12)

Odpowiedzią Boga jest zabranie Izraelitom manny. W tym niezwykłym dialogu, jaki Pan prowadzi ze swym ludem ważne są momenty pozornej utraty czegoś – dobra duchowego, czy materialnego. Bóg zawsze chce prowadzić człowieka dalej i głębiej. Manna jest w tym miejscu obrazem wszystkich tych spraw, rzeczy, emocji i przywiązań, które obrastają nasze serca.

Bóg pozwala Izraelowi jeść z owoców Ziemi Obiecanej, aby ten przekonał się empirycznie o przebytej drodze – z niewoli do siebie.

Jak na ten gest Boga odpowiada Jozue? Przystępuje, z pewnym – przyznajmy to – trudem, do podboju Kanaanu.

I w tym miejscu znowu warto wrócić do pytania – jak Ty odpowiadasz Bogu? Wracasz do kałuży błota? Tkwisz w mentalnym niewolnictwie? Szemrzesz, bo Pan cię czegoś pozbawił, do czego byłeś przywiązany? A może jesteś gotów stanąć w przymierzu z Bogiem, z gotowością na ofiarę, ale jednocześnie z głębokim przekonaniem, że Bóg traktuje cię serio?

Czyje panowanie?

Będzie On panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego Królestwu nie będzie końca. (Łk 1, 33)

Słysząc powyższe zdanie podziwiam wiarę Niepokalanej, która w obliczu trudów i przeciwności umiała – wbrew doświadczeniu zewnętrznemu – zawierzyć tym słowom wypowiedzianym przez Anioła w zaciszu nazaretańsiego Domku… A przecież wszystko dookoła mówiło, że panowanie nad rzeczywistością jest w innym ręku! Szczególnie wtedy, gdy słyszała stek pomówień na temat swego Syna, gdy oskarżano Go działanie czartowską mocą, o rozbijanie jedności Narodu Wybranego, o zwodzicielstwo, o łamanie Prawa, a może i o stawianie wymagań niemożliwych do spełnienia… Miałaby prawo wtedy pytać – Jakie panowanie? Jakie królestwo? Jaki tron? Przecież nic o tym nie świadczy!

A później? Kiedy w purpurze starej szmaty żołnierskiego płaszcza i szyderczej koronie z cierniowego krzaka, cały w ranach, stąpał na Golgotę znacząc swą drogę smugami krwi… Co myślała? Przecież ten widok wydawał się być szyderstwem, obmierzłym chichotem oskarżyciela, które wydawał się potwierdzać słowa z Góry Kuszenia:

Potem diabeł, wyprowadziwszy Go na wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa zamieszkałego świata – w jednej chwili. I powiedział do Niego diabeł: Tobie dam całą tę władzę i chwałę ich, gdyż mnie została przekazana, i mogę ją dać, komu chcę. (Łk 4,5-6)

Jeszcze bardziej wydawało się, w chwili, gdy wywyższono Umęczonego na tronie Krzyża, że wszystko, jest w ręku diabła.

A jednak wiemy o Niej, że ufała…

Tak bardzo chciałbym, aby dzisiaj, w pośrodku Wielkiego Postu Anno Domini 2019, kiedy dookoła nas w gruzy wali się stary porządek świata, a jedyna ostoja człowieka, święta Matka Kościół zachowuje się niczym żona proroka Ozeasza:

Spór prowadźcie z waszą matką, prowadźcie spór!
Ona bowiem już nie jest moją żoną, a Ja już nie jestem jej mężem. 
Winna usunąć znaki nierządu ze swej twarzy 
i spośród swych piersi ozdoby cudzołożnicy. 
W przeciwnym razie – obnażę ją zupełnie
i stanie się taką jak w dzień swych urodzin; 
uczynię ją podobną do pustyni, 
sprawię, że będzie jak ziemia wyschnięta, 
że zginie śmiercią z pragnienia.  (Oz 2,4-5)

Tak bardzo chciałbym odnaleźć na nowo nadzieję w słowach niebiańskiego posłańca z Nazaretu… To nie głupota, grzech (także, a może przede wszystkim mój) słabość, czy wszelka nieprawość panuje i panować będzie. Choć na tym świecie działa książę ciemności, to Panem jest Syn Maryi, a „Jego panowaniu nie będzie kresu”…

Józef – w drodze, ku Przejściu.

Jego rodzice chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy (przejścia). (Łk 2,41)

Św. Józef, patron dzisiejszego dnia, jest człowiekiem wiary konsekwentnej wyrażającej się w pobożności oraz gotowości na zmianę siebie. W ten sposób jest też prawdziwym synem Abrahama, który wbrew nadziei, niejako w ciemno, uwierzył bożej Obietnicy.

On to wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów, zgodnie z tym, co było powiedziane: «Takie będzie twoje potomstwo». Dlatego też poczytano mu to za sprawiedliwość. (Rz 4,22)

Abraham wyszedł ze świata swojej codzienności, z Ur Chaldejskiego. Józef co roku wychodził ze swego domu, swej „małej ojczyzny” i swych przyzwyczajeń, z mikroświata Nazaretu, czy Galilei, aby na nowo przeżyć przejście (paschę) – z niewoli do wolności. Kryło się za tym niezwykłe pragnienie Narodu Wybranego, aby wciąż uobecniać wytęsknioną wolność. Pragnienie tym, silniejsze, im bardziej warunki zewnętrzne mówiły o niewoli.

Tym razem, Bóg udzielił Józefowi niezwykłej lekcji.

Była ona odpowiedzią na Józefowe otwarcie na bożą wolę. Nikt, kto byłby wewnętrznie zamknięty nie byłby tak wolny od swoich schematów myślowych i własnych, prywatnych dogmatów. Zresztą, od początku Pan prowadził Józefa drogą nieustannego wychodzenia i przechodzenia a nawet uciekania. Od początku oczekiwał od niego, aby wybudowawszy coś – wydawałoby się na stałe, dom, warsztat, miejsce pracy – musiał zaraz to zostawiać i gdzieś, daleko zaczynać od początku. Nazaret, Betlejem, Egipt, potem znów Nazaret. Coroczna pielgrzymka do Jerozolimy wydaje się symboliczną powtórką tych ciągłych wyjść i powrotów Męża Sprawiedliwego, jak Pismo nazywa Józefa.

Gotowość na zmiany musi być cechą współczesnego mężczyzny. Oczywiście, nie chodzi tu o zmiany dla zmian, ale o podporządkowanie swego życia dobru, jakie niesie ze sobą powołanie, rodzina, czy – mówiąc ogólnie – wola boża. Mężczyzna musi nieustannie umieć weryfikować swoje rozeznanie dobra. Nie wolno mu zamknąć się w klatce utartych schematów i wypróbowanych rozwiązań, gdyż mogą okazać się one niewystarczające. A ponieważ jest to trudne, dlatego mężczyzna musi zabiegać o Łaskę – o spowiedź, o trwanie w Komunii z Chrystusem przyjmowanym i adorowanym, o posłuszeństwo wobec przykazań czy spowiednika lub kierownika duchowego.

A gdy dopełnił się czas ich powrotu, chłopiec Jezus pozostał w Jerozolimie, o czym nie wiedzieli (czego nie poznali) Józef i Jego matka. (Łk 2,43)

Nie tyle nie zauważył więc Józef zniknięcia przybranego syna, co nie wiedział o Jego pozostaniu w Jerozolimie. Nie chodzi tu więc o przeoczenie, co raczej o brak wiedzy, brak właściwego rozpoznania sytuacji. Łukasz używa tu tego samego wyrazu (“egno”) co Jan gdy pisze o nierozpoznanym Słowie, jakie przyszło do swojej własności:

Na świecie był i świat przez Niego powstał, ale świat Go nie rozpoznał. (J 1,10)

Józef nie rozpoznał, gdzie jest jego syn. Greckie “egno” odnosi się do poznania, jako pewnego połączenia danych, zestawienia faktów.

Prawdopodobnie Jezus jako dziecko nie różnił się niczym od swoich rówieśników. Po dwunastu latach od Jego narodzin Józef miał prawo przywyknąć do tego codziennego obrazu zwykłego chłopca. Zatarły się w jego pamięci cudowne wydarzenia z Betlejem i Egiptu. Od lat pewnie nie miewał niezwykłych snów, nie było znaków ani widzeń a zwykłą codzienność nie nakazywała myśleć wm niebiańskich kategoriach o cudownym skarbie, jaki znajdował się pomiędzy Józefem a Maryją. Cieśla zapewne też nie miał większych skłonności do przeglądania w pamięci “albumu rodzinnego” i rozważania niezwykłych wydarzeń sprzed lat, co było raczej udziałem jego Oblubienicy. Żyjąc zwyczajnością i mocno stąpając po ziemi nie był przygotowany na to, że Jezus zacznie chodzić innymi ścieżkami, aniżeli te od dawna wydeptywane.

Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników… (Łk 2,44)

Może się okazać, że Pana nie ma tam, gdzie spodziewalibyśmy się Go spotkać. Przecież pielgrzymi po odbyciu pobożnego nawiedzenia świętego miejsca, winni mieć Pana pomiędzy sobą. Powstaje tu pytanie o autentyczność naszej pobożności – jeśli z niej nic nie wynika, żadna przemiana życia, żadne zadziwienie się cudami (nawet tymi codziennymi) Pana, żadna głębia relacji z Nim, wreszcie żadna zmiana życia – to po co komu taka pobożność!

Na marginesie odnotujmy, że dziś pośród pątników, rzadko byśmy odnaleźli mężczyzn na miarę św. Jóżefa. Nie chodzi tu bynajmniej o herosów, nadludzi świętości, ale o prostą, może nawet chropowatą zwyczajność pokory i zaufania Bogu.

Wielu mężczyzn nie odnajduje się w Kościele, pośród ludzi pobożnych. Odrzuca ich nie tylko wszelki fałsz, konieczność poddania się kapłanowi, czy wewnętrzny brak tolerancji na pewne rodzaje kobiecej pobożności dominujące w naszych świątyniach, ale także głębokie niezrozumienie celu – po co jest Kościół, po co modlitwa, po co spowiedź. Nie otrzymali instrukcji obsługi do pobożności i Kościoła – zarówno tej intelektualnej, jak i osobowej. Nie mieli w domu wzorca człowieka wiary i sprawiedliwości na miarę św. Józefa. Jest to zmiana pokoleniowa, bo jeszcze kilkadziesiąt lat temu, można było w polskich rodzinach taki wzorzec wiary i sprawiedliwego, uczciwego życia znaleźć.

…uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. (Łk 2,44)

W tym miejscu warto podkreślić, że więzy krwi nie są wartością absolutną. Chrystus uczynił nową rodzinę, opartą o posłuszeństwo woli Bożej, jako jedyne kryterium bliskości ze sobą. Co jednak robić, gdy rodzina doświadcza rozkładu poprzez życie w kłamstwie, albo ubóstwianiu tego, co przyziemne?

Dramatyczne są te rodziny, w których mężczyzna starając się bronić swojej – pobłogosławionej przecież przez Boga – roli głowy domu, a jednocześnie odrzuca jednoczący charakter bożej prawdy, wspólnej modlitwy, walki o łaskę uświęcającą, wojny wydanej grzechowi. Wyczuwając słuszność swego powołania, jednocześnie pozbawia się jedynych narzędzi, które mogłyby scementować rodzinę. Doprowadza to do tragedii, zawiedzionych oczekiwań (także wobec Boga i Kościoła) i samotności.

Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy, szukając Go. (Łk 2,45)

Tu znowu dotykamy jednego z aspektów wielkości Józefa z Nazaretu – zdolności do uczenia się w swoim życiu, do zmiany, czyli – mówiąc językiem duchowym – do nawracania się. Józef zawraca do Jerozolimy, do podstaw, do źródła. Nie obraża się na rzeczywistość, nie tupie nogami, nie histeryzuje, nie oskarża swej żony i całego świata. Milcząc (ale z troską, o czym, później zaświadczy Maryja) musi cofnąć się do miejsca, w którym po raz ostatni widział Jezusa. Symbolicznie – kiedy gubisz Pana, to w sobie odnajdź powody tego zagubienia, nie szukaj problemu poza sobą, ale w sobie, nie kwestionuj innych ale siebie.

Józef jest wolny od dyktatu własnych emocji, co nie znaczy, że ich nie przeżywa. Jest jednak ponad koniecznością przywiązywania do nich (jak i do swojego zdania ) nadmiernej wagi. Wielu współczesnych mężczyzn żyje natomiast w przymusie przeżywania, który może zrobić z nich domowych lub firmowych tyranów, albo nieradzących sobie z życiem mięczaków.

Musiał zgodzić się, aby obumarło w nim dotychczasowe przekonanie o swoim synu, o Bogu, o rodzinie. Św. Józef nie bez przyczyny jest patronem dobrego umierania!

Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. (Łk 2,46-47)

Józef odnajduje Jezusa w świątyni, w miejscu świętym, ale nie przy ołtarzu ofiarnym (sam Jezus będzie ofiarą i ołtarzem), ale między uczonymi w Słowie Bożym. Wydaje się nawet, że tamtejsi rabini są bardziej przejęci mądrością Słowa Wcielonego, aniżeli sam Józef. W końcu o nim nie mówi Ewangelia, że zachowywał wszystkie te sprawy w swoim sercu…

Możemy odnaleźć w tym fragmencie zachętę do współczesnego mężczyzny, aby ze wszech miar wracał do Słowa. Nie tylko do słuchania Słowa Bożego (jakoś trzeba usłyszeć co robić, a niby gdzie to usłyszeć, jak nie w Słowie? We własnych emocjach, w zachciankach, we własnej dumie lub pysze?) ale do prób zrozumienia siebie i świata. Słowo to Logos, czyli także “wewnętrzna racjonalność rzeczy i uporządkowanie”. Jeśli mężczyzna nie uporządkował sobie świata zgodnie z obiektywną prawdą zawsze będzie błądził i chodził po omacku.

Racjonalność działań, porządkowanie wzburzonych fal emocjonalności niewiasty, zdolność do uczenia się i obiektywizacji własnych przekonań – oto konieczne cechy mężczyzny, jakie uobecnia św. Józef.

Dołączmy do tego przedsiębiorczość, wsłuchiwanie się w wolę bożą, pobożność opartą nie o emocje, ale silnie zakorzenioną w rzeczywistości. Zdolność do traktowania błędów i porażek jako lekcji, a nie emocjonalnego końca świata.

A dzisiaj? Warto do tej listy cech dodać niezłomność w codziennej walce o wychowanie dzieci, wzięcie totalnej odpowiedzialności za swoją rodzinę, ochronę najbliższych przed grzechem ciężkim i zepsuciem, kształtowanie siebie w celu bycia jasnym (co nie znaczy bezgrzesznym i nie popełniającym błędów) punktem odniesienia dla innych.

Zanegować własne „ja”…

Na progu Wielkiego Postu Pan wzywa do zaparcia się siebie.

Użyty w tym miejscu czasownik arneomai (lub aparneomai) oznacza wypierać się czegoś, zaprzeczyć, zanegować coś. W trybie rozkazującym występuje tylko w tym wymogu przekazanym przez wszystkich trzech ewangelistów synoptycznych (Mt 16, 24; Mk 8, 34; Łk 9, 23) po pierwszej zapowiedzi męki i śmierci Jezusa. Wyprzeć się siebie oznacza tu niejako zapomnieć o sobie, odrzucić własne pragnienia i dążenia i całkowicie zrezygnować z ich zaspokojenia. Ta rezygnacja z siebie nie jest jednak celem samym w sobie, lecz
prowadzi do podporządkowania swojej woli nakazom Jezusa oraz do życia zgodnie z Jego nauką. Nie oznacza to, że wszystkie ludzkie pragnienia, dążenia i życiowe cele są złe same w sobie. Uczeń Chrystusa ma je odrzucić, ponieważ zadania i cele przekazane mu przez Mistrza są o wiele ważniejsze i mają na względzie nie tylko własne dobro, lecz zbawienie wielu. Dlatego Jezus domaga się od niego pełnej dyspozycyjności i gotowości do wyrzeczeń.

(Nowy Komentarz Biblijny)

« Older posts Newer posts »

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑