Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 2 of 121

Droga Krzyżowa 2019

Stacja I.

Pan Jezus na śmierć skazany.

Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia… (Dz 3,14-15)

Skazanie Boga na śmierć rozpoczyna się w każdym z tych licznych momentów, w których zaczynam  – choćby na chwilę – udawać, że On mnie nie dostrzega. Zamykam, oczy duszy – niczym małe dziecko, które schowane pod kołderką wyobraża sobie, że jak się zakryje z głową i zamknie oczy, to zniknie – i dopuszczam do siebie słodko kuszącą myśl o grzechu. Co prawda sumienie rozpocznie rozpaczliwą walkę o prawdę na temat tej sytuacji, ale odbieram ją jako nic nie wnoszące zadawanie mi bólu. Prawdy nie zaneguję, ale znowu udam, że ona mnie nie widzi, że chwilowo wypadłem z pola jej zainteresowania. I wtedy dopuszczę kolejną myśl o grzechu. I jeszcze jedną. I następną. I że – te słynne i chyba ulubione słowa szatana: “Nic się nie stanie…”

A jednak coś się dzieje.

Zdrada, lenistwo, cudzołóstwo, obżarstwo i pijaństwo, pycha, egoizm, zaślepienie… Listę można ciągnąć. A pod tą masą obrzydliwości zabita boża łaska. I to wszystko we mnie. I może też w tobie.

Bóg zabity w duszy ludzkiej pozbawia tę duszę wszelkiej siły witalnej, sprawiając, że staje się ona niczym zmarły Łazarz z Betanii:

Już cuchnie, bo jest tu czwarty dzień. (J 11,39)

System duchowego zakłamania jest jednak tak wielki, że smród rozkładu wnętrza nie robi wrażenia na władzach duszy. Wola jest sparaliżowana kolejnym pragnieniem rozkoszy czy korzyści związanych z grzechem, intelekt zaś produkuje argumenty na rzecz trwania w morderczej symbiozie ze złem.

Aż chce się zawołać za św. Pawłem:

Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku śmierci? (Rz 7,24)

Stacja II.

Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona.

I wyprowadzają Go, aby Go ukrzyżować. (Mk 15,20b)

Drugi Ewangelista zwykle opisuje wydarzenia Męki używając czasu przeszłego, tu jednak używa czasu teraźniejszego. To tak, jakby Pan, w wiecznym “teraz”, był nieustannie prowadzony na śmierć.

Owo “wyprowadzenie” zostało oddane greckim słowem εξαγουσιν (eksagousin), które Stary Testament (i znowu w czasie teraźniejszym) używa tylko raz jeden – w księdze Ezechiela:

Oto jednak zostanie w niej resztka, którą wyprowadzają (εξαγουσιν – eksagousin) – synowie i córki. Oto oni wyjdą do was i zobaczycie ich drogę i czyny, a wy będziecie pocieszeni z powodu tego nieszczęścia, które sprowadziłem na Jerozolimę – wszystkiego, co sprowadziłem na nią. (Ez 14,22)

Resztka ocalonych jest wyprowadzana z niewoli babilońskiej, owego nowego Egiptu, synonimu dopuszczonego przez Stwórcę zniewolenia grzechem. Chrystus zaś – nowa Reszta –  jest prowadzony z pretorium Piłata, miejsca niesprawiedliwości i tchórzostwa na Golgotę, miejsce ukrzyżowania. Czy aby na pewno? Tak naprawdę przecież Jezus jest wyprowadzany przez swego Ojca do miejsca wiecznej chwały, “miejsca odpoczynku”, jak powie autor Listu do Hebrajczyków, a Golgota i grób w ogrodzie są tylko krótkimi przystankami. Napisałem, zgodnie z biblijną intuicją, “wyprowadzany”. Tak. Każdy z uczniów Chrystusa, który chce współtworzyć ową tajemniczą Resztę ze swym Mistrzem, w jakimkolwiek momencie dziejów świata by nie był, musi zostać wyprowadzony na drogę ku chwale. Przez krzyż.

Wróćmy na chwilę znów do proroctwa Ezechiela. Wolność wspomnianej tam Resztki zawiera się w śmierci Mesjasza. Los Resztki jest zapowiedzią losu Mesjasza. Wartość Resztki w oczach bożych jest równa wartości Mesjasza. I Resztka bowiem, i Mesjasz, dzięki swej wierności uzyskują obietnicę ostatecznego ocalenia – nie tylko dla siebie, ale także dla swego potomstwa. Reszta natomiast ocali “swoich synów i córki” (Ez 14,16)… Syn Boży, biorąc krzyż, oraz ustanawiając uobecniające Jego Mękę Misterium Ofiary i Uczty, ocala zastępy swych braci – czyli tych, którzy Mu uwierzą i będą pełnić wolę Ojca – po kres czasów.

Stacja III.

Pierwszy upadek Pana Jezusa.

Oto Ten został dany (dosł. leży), na upadek i powstanie wielu w Izraelu – oraz jako znak, któremu się sprzeciwiają. (Łk 2,34)

Choć grecki wyraz κειται (keitai) tłumaczy się na ogół jako “został dany”, to dosłowne brzmienie przemawia do mnie bardziej – mimo, że Symeon mówi tu o leżącym na rękach Matki Niemowlęciu.

Zakrwawiony Chrystus także leży pod ciężarem krzyża, pod ciężarem grzechów. Być może w tej scenie jeszcze bardziej jest znakiem miłości Boga do grzesznego człowieka – zbity, bezsilny, upodlony. Wielu potknie się o tego leżącego Skazańca i upadnie, “a upadek ich będzie wielki” (Mt 7,27). Wielu?

Może jeszcze inaczej. Sam się co i rusz potykam o Leżącego, o Sługę Pańskiego, który bardzo pragnie umyć mi nogi, potykam się o Jego Mękę, potykam się – bo o Niej zapominam. Za każdym razem doznaję rozdwojenia – chciałbym iść śmiało zacznij, bez upadków, a jednocześnie boję się, że kiedyś przyjdzie moment, gdy się już nie potknę i pójdę w nieodwracalne…

Najbardziej niezwykłe, a zarazem przedziwnie codzienne (jak codzienny może być mój i twój upadek) jest to, że to nie ja dźwigam Umęczonego z Jego patibulum, ale to On znajduje tyle siły – wiem, płynącej z miłości. On kocha i wie, że jest kochany przez Ojca! – aby mnie dźwignąć. A nie jest to takie proste…

I oto znów się zapatrzyłem w siebie, i znów się potykam, i znów padam jak kłoda obok Skazańca. I trudno mi wstać samemu, by iść z mrokiem w sercu, obojętnie, z wyuczonym chłodem, gdzieś przed siebie. Nie umiem tak chodzić. Nie mogę też udawać, że On tam nie leży.

Znak na moje życie.

Stacja IV.

Pan Jezus spotyka swą Matkę.

Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. (Łk 8,19)

Na drodze, którą szedł obarczony krzyżem Jej Syn, też pewnie nie mogła się dostać bliżej Niego. I też z powodu tłumu, owego niezliczonego motłochu wszystkich epok, który musi się nasycić widokiem krwawej miazgi. Dla tego tłumu oczy są jak usta, a pamięć jak bezdenny żołądek. Muszą spoglądać, zerkać, patrzeć, gapić się – jedni z lekko skrywanym wstrętem, inni bezczelnie i bezwstydnie. Jedni czekając ostatecznego upadku swej ofiary, sępim, cierpliwym, a jednocześnie pustym spojrzeniem pilnują ostatecznej godziny przejścia, aby ogłosić swoje spełnienie. Inni, z trudem chowają satysfakcję, jakby chcieli powiedzieć “a nie mówiłem”, ale się trochę bali tak ostentacyjnego okazywania swych myśli, być może przyzwyczajeni do permanentnego udawania, pełni pożądania krwi, ale zbyt tchórzliwi, by żyć nim na co dzień. Są i tacy, którym wyrzuty sumienia zamykają powieki, ale nic nie zrobią, aby ruszyć się z miejsca, będą stali niczym mury rozpadających się świątyń – aż wszystko runie ostatecznie i zakończy ich beznadziejną egzystencję. Jeszcze inni nadają impet motłochowi, są jego sercem i krwioobiegiem, wiecznie głodni, wiecznie spragnieni, wiecznie głośni, wiecznie pewni siebie – zapewne tacy sami, z identycznym rykiem durnego ego, będą zaludniali nieskończone przestrzenie Otchłani. Niektórzy zaś udają, że znależli się w tym tłumie przez przypadek, tylko przechodzili, tak naprawdę są przyzwoitymi ludźmi, same Weroniki i Szymony, a teraz to tak tylko, na momencik sobie popatrzą, czy to źle?

W ten sposób wszyscy się karmią i napawają widokiem zhańbionej ikony (podobieństwa Boga? podobieństwa człowieka?), aby tylko wiecznie głodny bóg ich istnienia, żołądek pożądania, choć trochę przestał domagać się strawy. Takie są – wtedy, na arenach czy ulicach, i teraz, w sieci, czy telewizji – jedyne igrzyska małodusznych…

Kłębiący się tłum wielorakich pożądań oddziela Matkę od Syna, skazując Go na samotność, a w Jej Przeczyste Serce wbijając miecze boleści – jeden za drugim.

A w tym tłumie – my.

Stacja V.

Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi.

A gdy Go prowadzili, chwyciwszy jakiegoś Szymona Cyrenejczyka, który szedł z pola, włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. (Łk 23,26)

Królestwo Niebios podobne jest do skarbu ukrytego w roli, który człowiek znalazł, ukrył, uradowany odszedł, sprzedał wszystko, co ma, i kupił tę rolę. (Mt 13,44)

Scena z Szymonem z Cyreny wydaje się przeczyć słowom, jakie Pan wypowiedział nauczając:

Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje Mnie. (Łk 9,23)

Szymon bowiem nie bierze swego krzyża, ale Jezusowy, nie czyni tego z własnej woli, ale zostaje pochwycony i niejako przymuszony do tej krwawej eskapady. Może właśnie dlatego możemy się w tym Szymonie odnaleźć. W końcu najczęściej bywa tak, że krzyż spada na nas znienacka, nagle, zastając nas nieprzygotowanych na mozolne uginanie się pod jego ciężarem. Zostajemy pochwyceni przez cierpienie, którego nikt nie zapraszał. Ktoś nam wkłada na ramiona ciężar, za którym nie tęsknimy. Czyjaś wola kieruje nasze kroki w stronę, w którą byśmy nawet nie pomyśleli, żeby iść. Zostajemy złapani, prowadzeni, przytrzymani i jedyne co możemy zrobić – a czego, z oczywistych przyczyn, nie mógł zrobić Szymon – to nadanie sensu naszej drodze krzyżowej.

Jak wiemy, z przekazów innych ewangelistów, człowiek z Cyreny, a przynajmniej jego synowie, zapewne odnaleźli głęboki sens owego przymusu w owo przedpołudnie jerozolimskie, podczas powrotu z pola. Odkryli w sytuacji trudnej, narażającej na zaciągnięcie rytualnej nieczystości w przeddzień święta Paschy, palec boży. Szymon mógł zrozumieć, że za rękami żołdaków i ich wolą, kryłą się inna Wola, ta, która kazała Skazańcowi idącemu na Golgotę dźwigać krzyż.

Jest wielkim skarbem, podobnym do tego, jaki odnalazł na polu bezimienny kupiec z Pańskiej przypowieści, odkrycie w przymusie codzienności, w owych licznych sytuacjach, które stawiają nas pod ścianą, sensu głębszego, aniżeli ten, jaki narzucają nam emocje.

A może ów kupiec pochodził z Cyreny?


Różaniec. Radosne I

I Tajemnica Radosna

Zwiastowanie

Archanioł Gabriel powiedział do Maryi: Witaj, pełna łaski, Pan z tobą! Lecz ona poruszyła się z powodu tego słowa i zaczęła się zastanawiać, co by to przywitanie mogło znaczyć. (Łk 1,28-29)

Św. Łukasz zanotował wspomnienie Maryi o Jej reakcji na anielskie pozdrowienie, którego głównym akordem było zapewnienie o wypełnieniu Łaską Pana. Poruszona, zatrwożona i zmieszana – to oznacza greckie słowo diatarasso, jakim Ewangelista oddał stan ducha Maryi. Przepełniała ją bojaźń połączona z pewnym zmieszaniem, a ponieważ była niewiastą skłonną do rozmyślań i kontemplacji ważnych spraw, dlatego, zanim jeszcze otworzyła usta, poczęła prowadzić w sobie wewnętrzny dialog, a pojąwszy, że za pełnym szacunku pozdrowieniem kryje się wielka i boża sprawa, zgodziłą się wejść w niezwykłą obietnicę Pana. Poruszona Słowem stała się Matką Słowa.

Nas częściej może porusza Słowo jak Heroda, który zatrwożył się zmieszany spełniającym się proroctwem o Mesjaszu. Poruszenie tyrana poruszyło “całą Jerozolimę” i miast doprowadzić do otwartości i uległości wobec Słowa, utknęło na lęku o stan posiadania i – pozorną – niezależność.

Kiedy Słowo przyjmuje postać zaskakującą, nieznaną, niepokojącą wręcz i rozbija nasze schematy i przyzwyczajenia również jesteśmy poruszeni, do tego stopnia, że – niczym apostołowie, gdy chodzącego po wodzie Pana wzięli za zjawę – krzyczymy pełni histerii.

Najgorzej jest jednak wówczas, gdy Słowo nas nie porusza, nie zatrważa, nie wywołuje żadnej reakcji. Obojętność i letniość zabija szansę na zbawienie.

Obyśmy słysząc Słowo nie lękali się bycia poruszonymi.

II Tajemnica Radosna

Nawiedzenie Św. Elżbiety

W tych dniach Maryja wstała i pośpiesznie wybrała się w górskie strony, do pewnego miasta judzkiego, a tam weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dziecko w jej łonie i została napełniona Duchem Świętym. I zawołała głosem wielkim: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twego łona. (Łk 1,39-42)

Zstępujące na ziemię Słowo powoduje różnorodne reakcje. Jednych porusza do strachu o siebie, innych zaś pobudza do pełnego radości tańca. W ten sposób zareagował mały Jan w łonie swej matki – zatańczył, niczym król Dawid przed Arką Przymierza. Musiało to być niezwykłe doświadczenie, a nawet bolesne, skoro Elżbieta – jaki pisze św. Łukasz – “zawołała wielkim głosem”. Zapewne nigdy dotąd nie doświadczała takiego poruszenia i takiej radości! Jej dziecię zaczęło pląsać wypełniając słowo psalmisty:

Góry skakały jak barany, pagórki jak młode jagnięta. (Ps 114,4)

Być może trwasz w milczeniu i poczuciu bezruchu, jak Zachariasz ukarany niemotą przez wzgląd na swą niewiarę, niewspółmierną do kapłańskiego powołania. Może czekasz na jakieś poruszenie, jak ów mężczyzna sparaliżowany od trzydziestu ośmiu lat, który wpatrzony w nieruchome i milczące wody sadzawki Bethesda, szukał wzrokiem człowieka, a napotkał Boga. Nie bój się, skoro rozważasz tajemnice dwócj Serc, Jezusa i Maryi, to znaczy, że Ona przyniesie ci Słowo nadziei i radości. Przyjmij je z prostotą swego serca, choć pewnie nie będzie ono takie, jakbyś się spodziewał. A wtedy, jak mówi prorok:

Dla was, czczących moje Imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości. I będziecie podskakiwać i rosnąć jak młode cielęta. (Ml 4,2)

III Tajemnica Radosna

Narodzenie Pana Jezusa

I urodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, ponieważ w gospodzie nie było dla nich miejsca. (Łk 4,1-7)

Słowo Boże może poruszyć aż do zmieszania i bojaźni a nawet lęku. Może także wywołać w duszy ludzkiej wielką radość i wprawić serce w taniec uwielbienia. Co jednak, gdy Słowo nie znajdzie miejsca, na którym mogłoby spocząć?

Gdy Noe sprawdzał jak wygląda grzeszny świat po potopie to wypuszczał z Arki gołębicę:

Gołębica nie znalazła dla siebie miejsca na wypoczynek, toteż wróciła do arki, gdyż woda była na całej powierzchni ziemi. (Rdz 8,9)

Słowo, niesione od Ojca mocą Ducha Św. może krążyć nad jakimś miejscem w nas, ale co będzie gdy się okaże, że jest ono zajęte przez otchłań wód? Potop był karą oczyszczającą świat z grzechu, jego wody obmyły ziemię czyniąc na niej miejsce dla człowieka, który chciał współpracować z Bogiem. Czy pozwalamy obmyć się wodom oczyszczenia i cierpienia? O co w nas może zahaczyć się boska Gołębica, o jakie drzewo, czy gałązkę? W Betlejem otwarty był tylko żłób i pasterze… Gdzie jest w nas wiara? Około trzydzieści lat po swoim narodzeniu Pan powie do uczonych w Piśmie:

Ojciec, który Mnie posłał, złożył o Mnie świadectwo; Jego głosu nigdy nie usłyszeliście, ani Jego postaci nie zobaczyliście i nie ma w was miejsca dla Jego Słowa, stąd wy nie wierzycie Temu, którego On posłał. (J 5,37-38)

Na szczęście Pan się nie daje tak łatwo zniechęcić! Prorok pisze:

Słowo, które z ust moich pochodzi nie wraca do mnie bez skutku, ale wypełnia mą wolę i wykonuje to, z czym je posłałem. (Iz 55,11)

IV Tajemnica Radosna

Ofiarowanie Pana Jezusa

A oto był w Jerozolimie człowiek o imieniu Symeon. Człowiek ten był sprawiedliwy i pobożny. Spodziewał się pociechy Izraela, a Duch Święty był na nim. Jemu to Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, póki nie zobaczy Pomazańca Pańskiego. (Łk 2,25-26)

Niczym gołębica z arki Noego Duch Pański szuka miejsca dla siebie. Szuka człowieka, w którego sercu mógłby uwić gniazdo dla Słowa. Szuka gleby żyznej. A może inaczej – szuka gleby na tyle popękanej i suchej i pragnącej, aby mógł zamienić ją w glebę żyzną, dającą owoc stukrotny.

Za czasów Heroda, króla Judei znalazł Duch Św. miejsce w duszy starego Symeona, który z utęsknieniem oczekiwał pociechy, jaką mógł dać tylko Bóg. Greckie słowo oznaczające w tym miejscu pociechę, może znaczyć też “zachętę” – i tak się dzieje w życiu Symeona. Otrzymuje on wypełenienie swych oczekiwań, widzi Mesjasza, ale także zostaje zachęcony do prorokowania. Zaiste, Pan znalazł w tym starcu swoje miejsce!

Jakże to podobne do tego, co stało się udziałem Maryi. Ona także wyczekiwała Mesjasza, także otrzymałą więcej niż oczekiwała, i także została zachęcona do prorokowania, czemu dała wyraz w swym hymnie: “Wielbi dusza moja Pana!”.

Gdy pozwalasz aby Pocieszycielem i Obrońcą twojego, może często udręczonego, życia, był sam Pan, wówczas spocznie na tobie Jego Duch. Nie zdziw się, gdy zachęci cię do prorokowania, czyli do mówienia prawdy – najpierw tej zwykłej, codziennej, a potem takiej, która daje rozeznanie i rozstrzygnięcie w większych sprawach.

V Tajemnica Radosna

Odnalezienie Pana Jezusa

On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że trzeba mi być w tym, co jest mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli słowa, które im powiedział.  Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. (Łk 2,49-51)

Gdy już przyjmiemy Słowo Boże do swego życia i zaczniemy postępować według nakazów Pańskich Pan będzie chciał nas nieustannie ćwiczyć w miłości i wierze. Być może zapragnie prowadzić nas niczym św. Piotra – tam, gdzie nie chcemy. Książę Apostołów przez całe swe życie boleśnie uczył się posłuszeństwa Panu, zarówno wtedy jak zanurzył się w głębinach Jeziora Galilejskiego, jak podczas piania koguta na dziedzińcu pałacu arcykapłańskiego, ale i później, choćby wtedy, gdy musiał przełamać starotestamentalne schematy myślowe i wejść do domu setnika Korneliusza, aby ochrzcić – według zamysłu Pańskiego – rzymianina i całą jego rodzinę. Nie rozumiał Piotr, ale nauczył się posłuszeństwa.

Można powiedzieć, że Święta Rodzina także uczy się wzajemnego poddania. Maryja i Józef nie pojmując do końca Słowa, okazują Mu swe posłuszeństwo, mały Jezus (jaki pisze św. Łukasz dosłownie “chłopiec Jezus”) jest z kolei poddany swym ziemskim rodzicom, a czyni to z chęci posłuszeństwa Słowu ojca niebieskiego, w którego sprawach chce być zawsze.

Nie musisz do końca pojmować Słowa, którym cię Pan prowadzi. Jest to nieznośne dla pełnej pychy natury ludzkiej, ale nic bardziej nie tworzy w nas miejsca dla Pana jak ciągłe wezwanie do chodzenia po wodzie, do przekraczania kolejnych zasłon własnych niezrozumień. Wzorem Maryi chowaj “wszystkie te sprawy” w swoim sercu i staraj się kontemplować Pańską Obecność – w słowie i Eucharystii.

Różaniec. Bolesne I

I Tajemnica Bolesna

Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

– Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich. – To powiedziawszy Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. (J 17,26 – 18,1)

Początek dramatu objawiającego miłość Ojca ma miejsce “za potokiem Cedron”, w ogrodzie. Św. Jan nie podaje nazwy tego miejsca, którą znamy z innych przekazów ewangelicznych. Może uznał, że wszyscy je znają, a może (co bardziej prawdopodobne) chciał położyć nacisk na słowo “ogród”.

Ezechiel wiele lat wcześniej zobaczy tę scenę w proroczym widzeniu i napisze:

I będą mówić: Ten spustoszony kraj stał się jak ogród Eden, a miasta, które były opustoszałe, zniszczone i zburzone, zostały umocnione i zaludnione. (Ez 36,35)

Prorok zrozumiał, że miłość Ojca chce przywrócić spustoszonej przez grzech ludzkiej duszy pierwotną przejrzystość rajskiego ogrodu. Mesjasz, niczym nowy Adam, wkracza do marnej namiastki Edenu, aby odwrócić ludzką niezgodę na posłuszeństwo Bogu. To, na co nie chcieli się zgodzić pierwsi rodzice, Jezus potwierdza teraz pośród krwawego potu:

…nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22,42)

Również w ogrodzie dokona się ostatni – przed cudownym epilogiem paruzji –  akt kosmicznego dramatu. W nowym grobie, położonym w ogrodzie zostanie złożone umęczone ciało boskiego Oblubieńca, aby po trzech dniach zwyciężyć śmierć. Ogród (a dodajmy, że geograficznie położony dokładnie po drugiej stronie Góry Oliwnej) stanie się miejscem zmartwychwstania. Oto prawdziwie rajskie owoce – posłuszeństwo i życie! Módlmy się, aby boski ogrodnik, którego w poranek wielkanocny ujrzała Maria Magdalena, dopuścił nas do skosztowania ich rajskiego smaku!

II Tajemnica Bolesna

Biczowanie Pana Jezusa

Wtedy zrobił bicz ze sznurków, wszystkich — w tym owce i woły — wypędził ze świątyni, bankierom rozsypał monety, powywracał stoły, (J 2,15)

Widzieliśmy tę scenę na niezliczonych obrazach, rzeźbach czy filmach. Obnażone Ciało Jezusowe na które spadają uderzenia bicza. Przedstawiano to różnie, mniej lub bardziej realistycznie. Nikt chyba nie odsłonił przerażającej brutalności biczowania bardziej niż Mel Gibson w Pasji, co potwierdzają ostatnie badania Całunu Turyńskiego. Jak donosiły portale:

Wnikliwa analiza nanocząsteczek wykazała nieznany dotąd szczegół: włókna Całunu są przyprószone kreatyniną o wielkości 20 do 100 nanometrów. Co to oznacza? Kreatynina to związek chemiczny zawarty głównie w mięśniach. Jego wysokie stężenie we krwi u zdrowego człowieka jest najczęściej wynikiem rozpadu mięśni, np. wskutek urazu. (…) Jeśli więc obie substancje rozsiane są na całym (!) Całunie, oznacza to, że Jezus „był torturowany w sposób wyjątkowo bestialski”, tak że rozpadały się Jego mięśnie.

Mięśnie Jezusowego Ciała rozpadają się na naszych oczach. Zmiana nauczania apostolskiego, nowe rozumienie roli urzędu piotrowego, eksperymenty liturgiczne, wywrócenie chrześcijańskiej moralności, a wreszcie absolutne przedefiniowanie pojęcia grzechu – obserwujemy to na co dzień, każdego ranka z niedowierzaniem wpatrując się w kolejne informacje. Na naszych oczach odbywa się wielkie biczowanie, którego skutkiem jest obumieranie Kościoła.

Czy jednak za ręką trzymającą bicz nie stoi ta sama wola, która dopuściła brutalne oczyszczenie świątyni, kiedy to Syn Boży wypędził ze swego domu bankierów, sprzedawców i tych, którzy uczynili ów dom jaskinią zbójców?

III Tajemnica Bolesna

Cierniem ukoronowanie Pana Jezusa

Nie ciesz się, Izraelu, nie krzycz z radości jak inne narody, bo opuściłeś Boga swego (…) Tak, oni muszą wędrować do Asyrii; Egipt ich zbierze, a Memfis pogrzebie, oset pokryje skarby ich ze srebra, a ich namioty porosną cierniami. (Oz 9,1.6)

Pan dopuścił, aby odwieczne Słowo, które rozbiło swój namiot pomiędzy nami, zostało wydane na pośmiewisko. Ów namiot ciała, został sparodiowany, zbezczeszczony i wykpiony. Zamiast “najpiękniejszego spośród synów ludzkich” przed nami staje:

Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa… (Iz 53,3)

Jakby Bóg zezwolił, aby Ciało Jego Syna upodobniło się do tej zniszczonej grzechem parodii jaką był lud wybrany w wizji Izajasza:

Cała głowa chora, całe serce osłabłe; od stopy nogi do szczytu głowy nie ma w nim części nietkniętej: rany i sińce i opuchnięte pręgi, nie opatrzone ani przewiązane, ni złagodzone oliwą. (Iz 1,5b-6)

A w innym miejscu ten sam Izajasz napisze:

…cała ziemia będzie [pokryta] głogiem i cierniami (Iz 7,24)

Wobec grzechu i znieprawienia tych, kórych niegdyś “sam wybrał”, Pan przyjmuje na siebie dramatyczne samoograniczenie. Ciało Chrystusa nie wygląda już tak samo jak wtedy, gdy uzdrawiał, wskrzeszał, czy po prostu przemierzał drogi Galilei. Szata Chrystusa już nie jest całodzienną tuniką, którą uczyniła Mu Matka. Głowa Chrystusa, spływająca strugami krwi nie jest podobna, do tej na którą patrzyli uczniowie.

A przecież, jak pisze Apostoł:

…głową Chrystusa jest Bóg. (1 Kor 11,3c)

Oto – i znów na naszych oczach – sam przedwieczny Ojciec dokonuje samoograniczenia. Powstrzymuje swą moc. Milczy za zasłoną z cierni.

IV Tajemnica Bolesna

Droga Krzyżowa Pana Jezusa

A gdy Go prowadzili, chwycili niejakiego Szymona z Cyreny, który szedł z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. (Łk 23,26)

Gdy Chrystusowe Ciało jest nie do poznania i znaczy budzącym żal, krwawym śladem swą drogę, to nie jest łatwo Mu towarzyszyć. Nikt nie chce się tą krwią umazać, czego dowód dał przenikliwy Piłat myjąc ręce. Wszyscy wolą stać z daleka, nawet uczniowie. Być może niektórzy z nich myśleli: “Byle to jakoś przetrwać, byle dalej”. Chciałoby się dziś powiedzieć: “Byle do emerytury”…

Żołnierze jednak, ów groźny przejaw dopustu bożego, chwycili jednego człowieka, który – może nia miał wyjścia – musiał się pobrudzić, musiał się zaangażować. Zapisano, że wracał z pola. I to prawda, bowiem biorąc krzyż pozostawił swoje pole, bezpowrotnie. Nie mógł się wymówić, jak owi zaproszeni na ucztę:

Kupiłem pole, muszę wyjść, aby je obejrzeć; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego! (Łk 14,18)

Dlaczego się nie wyrwał jak młodzieniec z Ogrodu Oliwnego, który w rękach oprawców pozostawił prześcieradło, jakim był okryty w ową ciepłą noc trwogi konania Mistrza?

Imię Symeon tłumaczy się jako “Bóg wysłuchał”, lub “słyszący”. Być może ów człowiek z Cyreny był jednym z niewielu umiejących słuchać. Przecież posłuszeństwo, to stawanie się tym, który wykonuje to, co usłyszał. Może przez ten żołnierski przymus Bóg otworzył ucho słyszącemu Szymonowi, a ten – nawet nie wiedząc o tym – stał się jedynym bratem Nazarejczyka na drodze męki. Tego samego Nazarejczyka, który powiedział:

Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je. (Łk 8,21)

Nas Pan często wysłuchuje, i bardzo tego pragniemy, ale czy my chcemy posłuchać Pana, kiedy Jego Ciało jest tak bardzo poranione, że wolelibyśmy odwrócić od niego spojrzenia?

V Tajemnica Bolesna

Ukrzyżowanie Pana Jezusa

Gdy przyszli na miejsce, zwane «Czaszką», ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. (…) A lud stał i patrzył. (Łk 23,33.35)

Co widzisz, patrząc na ukrzyżowane Jezusowe Ciało? Nie spowszedniał ci ten widok odmieniany na nieskończonych krucyfiksach wszystkich epok?

Macie oczy i nie widzicie? Macie uszy i nie słyszycie? I nie pamiętacie? (Mk 8,18)

Wiemy, że pośród bezmyślnie patrzących byli i ci, którzy rozumieli. Przynajmniej była tam jedna taka osoba. Ta, która potrafiła chować “wszystkie te sprawy” do skarbca swego serca, aby potem do nich powracać szukając ich znaczenia i sensu. Maryja. Matka Bolesna.

Jeśli chcesz odnaleźć ślad Boga w zniszczonym Ciele Jego Syna, jeśli naprawdę pragniesz zajrzeć za zasłonę historii i odnaleźć w niej “palec boży”, jeżeli rzeczywiście porusza cię widok Miejsca Czaszki i szukasz na nim śladów chwały bożej – to przybliż się do Niej. Zaufaj tym macierzyńskim nawoływaniom, jakich Ona nie szczędzi – z woli Ojca – swoim dzieciom pogrążonym w chaosie, dotkniętym grzechem, ślepym i głuchym, ale wciąż chcącym kochać Pana, który tyle za nich wycierpiał.

W Akita Maryja mówiła:

Na różańcu módlcie się za papieża, biskupów i kapłanów. Działanie szatana przeniknie nawet Kościół, do tego stopnia, że będzie można zobaczyć kardynałów sprzeciwiających się innym kardynałom i biskupów występujących przeciwko innym biskupom. Kapłani, którzy Mnie czczą, będą wyszydzani i prześladowani przez swych współbraci… świątynie i ołtarze będą plądrowane; Kościół będzie pełen tych, którzy pójdą na kompromis, a szatan będzie kusił wielu kapłanów i osoby konsekrowane, by opuścili służbę Panu.

Lud – tak, jak wtedy, na Golgocie, stoi i patrzy.

A ty?

Ułomki, kawałki, resztki…

A gdy zostali nakarmieni, powiedział do swoich uczniów: Zbierzcie pozostałe kawałki (κλασματα – klasmata), aby się nic nie zmarnowało! Zebrali więc i kawałkami (κλασματων – klasmaton) pięciu jęczmiennych chlebów, pozostałymi po jedzących, napełnili dwanaście koszy. (J 6,12-13)

Nie przeczę, zainspirował mnie (nie po raz pierwszy i nie ostatni) O. Pelanowski poniższym wyznaniem:

Zawsze mnie to wzrusza, gdy czytam jak Jezus nakazuje uczniom zebrać ułomki.

A potem rozwija swą myśl:

Zbywające ułomki chleba, zebrane do dwunastu koszów wydają się być obrazem odrzuconych i niepotrzebnych nikomu ludzi, odnajdujących jednak swoje miejsce we wspólnotach Kościoła symbolicznie zilustrowanych przez owe kosze. Wyobrażam sobie te resztki z chlebów leżące na trawie, odrzucone, wyplute, nie nadające się do spożycia, nie nadające się do niczego Apostołowie zbierają je troskliwie i umieszczają w koszach.

Ułomki. Restki. Połamane, a nawet pokruszone fragmenty porządnej całości. Wzgardzone. Odrzucone i jakoś niepotrzebne. A jednak zachowujące w sobie charakter tej pełni, z której je ukruszono.

Tak, dopisuje się do wzruszenia O. Augustyna, bo odnajduję w owych ułomkach samego siebie. Jestem marnym, złamanym kawałkiem. Okruchem. Chlebem, na którym Bóg dopuścił wiele pęknięć, a jeszcze więcej zrobiły ludzkie ręce i wybory. Moje decyzje.

A jednak Pan się troszczy o te resztki porozrzucane po murawie!

Ba, nasz Pan ma niezwykłą słabość do resztek…

Gdyby nam Pan Zastępów nie zostawił Reszty, stalibyśmy się jak Sodoma, podobni bylibyśmy Gomorze. (Iz 1,9)

Jeśli Reszta Izraela jest obrazem Kościoła – a tak odczytuje to św. Paweł – to również ci, którzy zachowają w sobie łączność z Chlebem Żywym, mogą napełnić sobą dwanaście koszy, które symbolizują dwanaście bram niebiańskiego Jeruzalem. Dostaje się tam idąc wąską drogą i wchodząc poprzez ciasną bramę. Ile się przy tym nas nałamie i nakruszy…

Chromych uczynię Resztą, a wyrzutków – narodem mocnym. I będzie królował Pan nad nimi na górze Syjon, odtąd i aż na zawsze. (Mi 4,7)

Ale napełnienie dwunastu koszy do pełna Resztą, to również obraz wielkiego miłosierdzia Bożego. W latach, gdy Oblubienica boskiego Mistrza trwoni swój wdzięk próbując przypodobać się światu, a ci których należałoby za Pawłem nazwać “filarami” Kościoła naszych czasów flirtują z nową, ulepszoną wersją Ewangelii, lub – w najlepszym wypadku – z własną małodusznością i tchórzostwem, widzimy wyraźnie, że “wielki tłum”, który podąża za Jezusem umiera z głodu. Czym go nakarmić? Wraca pytanie, tak przecież aktualne w chwili obecnej:

Gdzie kupimy chleba, by się ci [ludzie] najedli? (J 6,5)

Cudownie rozmnożone pięć chlebów zostało roztrwonione przez ludzki grzech i niewierność. Zostały tylko walające się w trawie resztki. Nie ma w nich wielkiego uduchowienia, ani doskonałości moralnej, ascetycznej dyscypliny, czy mądrości teologicznej. Są pragnienia tych rzeczy, albo – mówiąc inaczej – resztki tego wszystkiego, co niegdyś było bogactwem Kościoła. Jest też więź z Chlebem żywym. W końcu okruch to też Chleb…

Być resztką, pozornie niepotrzebnym połamanym kawałkiem to zgodzić się na życie ofiarą, na nieustanne uświadamianie sobie własnego wyboru i wyrzeczenia. Na ciągłe doświadczanie bólu, jaki się z tym wiąże. Dla jednych to będzie ubóstwo rodziców troszczących się o domową edukację swego dziecka, dla innych tęsknota wpisana w celibat. Obecnie coraz częściej widzimy rozpaczliwe ucieczki przed takim bólem „bycia łamanym” – czy to z małżeństwa, czy to z kapłaństwa. Przeraża liczba odejść i samobójstw wśród duchownych…

Chrystus nakazuje uczniom zebrać resztki. Mimo, że ułomki są pojedyncze, porozrzucane, niemalże zaśmiecające miejsce zgromadzenia (Kościół można przetłumaczyć jako zgromadzenie wywołanych), to Pan chce je mieć razem. Są cenne pojedynczo, ale dwanaście koszów, które mają zapełnić wydaje się dla Pana rzeczą ważną. Czyżby to była misja Reszty? Dopełnić pustych koszów? Zająć miejsce, które… ktoś pozostawił?

Jezus im powiedział: Zapewniam was, że wy, którzy poszliście za Mną, przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na tronie swojej chwały, zasiądziecie i wy na dwunastu tronach, aby sądzić dwanaście pokoleń Izraela. (Mt 19,28)

Czy jednak pasuje mi być ułomkiem? Czy pycha nie każe wciąż myśleć o sobie jako o pewnej pełni zazdrośnie oczekującej życiowego obfitowania? Czy chcę przyjąć powołanie bezsiły, słabości, nieustannego doznawania braku?

Odpowiedź.

Ciekawe w jaki sposób syn marnotrawny odpowiedział na dobroć swego ojca, który z taką wspaniałomyślnością przygarnął utracjusza na nowo dając mu miejsce przy sobie… Jak odpowiedział wcześniej, po tym jak dostał to, czego się domagał – swej części spadku – wiemy.

A po niewielu dniach młodszy syn zebrał wszystko i odjechał w dalekie strony, i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozwiąźle. (Łk 15,13)

Ale jak odpowiedział później?

A jak my odpowiadamy? Syn marnotrawny ześwinił się (dosłownie i w przenośni) tylko raz. My świnimy się nieustannie… Wydaje się nawet, że nie cenimy sobie sakramentu pojednania traktując go jak zwykłą miskę z wodą, w której można się ochlapać ze świńskiego gnoju i pójść dalej. Najczęściej tą samą drogą co wcześniej – w stronę tego samego błota…

Spełnia się zaś im to przysłowie: Pies wraca do swoich wymiocin, a świnia obmyta — do tarzania się w błocie. (2 P 2,22)

Czyż nie jesteśmy oczyszczeni wodą chrztu? Czyż nie jesteśmy obmyci Krwią Chrystusa Pana? A jednak odpowiadamy na to często tym samym lekceważeniem… Przekładamy błoto nad czystą wodę…

W kontekście walki o autentyczną i prawdziwą odpowiedź daną Panu warto zajrzeć do 5 rozdziału księgi Jozuego. Punktem wyjścia tego tekstu jest wejście Izraelitów do Ziemi Obiecanej. Wypełnia się zapowiedź Boga, dana przez usta Mojżesza. Jest to przypieczętowane spektakularnym przejściem przez Jordan, jakby powtórzeniem cudu znad Morza Czerwonego. Ten znak “zatrwożył serca królów kananejskich” do tego stopnia, że nie niepokoili Narodu Wybranego, gdy ten rozbił swe namioty na polach Jerycha.

Co robi Jozue? Jaki jest pierwszy rozkaz, pierwszy akt po wejściu w bożą obietnicę? Otóż Jozue nakazuje obrzezać wszystkich mężczyzn w obozie! Dopełnia przymierza z Panem i w ten sposób odpowiada na dobroć Boga wyrażającą się we wprowadzeniu krnąbrnego ludu do Kanaanu. Jest to czyn po ludzku ryzykowny – Jozue nie wie, czy jego lud nie zostanie zaatakowany zaraz po rozbiciu obozowiska, nie wie, że serca władców ościennych są pełne lęku, ma jednak głębokie przekonanie (dane przez Pana), że odpowiedzią na dobroć Boga jest znak przymierza. Dodajmy, że znak ten wyraża się w cierpieniu, w przelanej krwi, w zgodzie na pozorne osłabienie.

Jak jest Twoja odpowiedź na dobroć Boga?

Pismo zaznacza:

A ta była przyczyna, dla której Jozue dokonał obrzezania. Wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni, którzy wyszli z Egiptu, umarli na pustyni, w drodze po wyjściu z Egiptu. Ci bowiem wszyscy z ludu, którzy wyszli, byli obrzezani; natomiast ci z ludu, którzy się urodzili na pustyni w drodze po wyjściu z Egiptu, nie byli obrzezani. Czterdzieści bowiem lat Izraelici błąkali się po pustyni, póki nie wymarł cały naród, który wyszedł z Egiptu, mianowicie mężczyźni zdolni do noszenia broni. Nie słuchali oni głosu Pana, który poprzysiągł, że nie pozwoli im ujrzeć tej ziemi, którą poprzysiągł ich przodkom; że da nam ziemię opływającą w mleko i miód. Na ich miejsce wzbudził ich synów i tych Jozue obrzezał. Nie byli oni obrzezani, w drodze bowiem ich nie obrzezano. (Joz 5,4-7)

Musiało wyginąć pokolenie niewolników, które nie potrafiło rozpoznać w znakach (manna, przepiórki, woda ze skaly, słup obłoku i ognia) bożej obecności. Przeżywali swą rzeczywistość w nerwowym napięciu i wiecznym narzekaniu. Wyginęli, choć nie musieli – w końcu Jozue i Kaleb także byli dziećmi niewoli. Wyginęli, bo nie chcieli poddać swoistej terapii, jaką zaserwował im Pan prowadząc ich przez trudy pustyni do trudów zdobywania Kanaanu. Oni nie chcieli zdobywać, nie chcieli się uczyć żyć na nowo, woleli narzekać i szemrać.

Co ciekawe, fakt obrzezania Pan kwituje słowami:

Dziś zrzuciłem z was hańbę egipską. (Joz 5,9)

Ciekawe. Znaczy to, że hańba niewoli była związana z brakiem decyzji wejścia w przymierze. Mentalny niewolnik niby nie chce nikomu podlegać, dlatego zgadzając się na niewidzialne kajdany, jednocześnie odrzuca wszelkie formy pomocy. Nie widzi on w przymierzu z Bogiem dobra, ale opresyjny system zakazów i nakazów. Człowiek wolny wybiera zawsze większe dobro, bo wie, że dobro nie niewoli.

O. Jacek Salij pisał, cytując Stagirytę:

„Niewolnik jest żyjącym narzędziem, a narzędzie nieożywionym niewolnikiem” (Etyka Nikomachejska, 8,11,1161b) – ta podstawowa intuicja kilkakrotnie powtarza się w dziełach Arystotelesa. Innymi słowy, niewolnik to taki człowiek, który swój rozum i wolę ma poza sobą. Albo jeszcze inaczej: Podatność na manipulację jest podstawową cechą mentalności niewolniczej.

Niewolnikowi brakuje zdolności do autentycznego poznawania rzeczywistości oraz do podejmowania własnych decyzji.

Mentalność niewolniczą cechuje brak poczucia własnej godności. Stąd troska o korzystne układy jest dla niewolnika czymś bez porównania ważniejszym niż dbałość o prawdę: „toteż wszyscy pochlebcy mają w sobie coś służalczego, a ludzie nie mający poczucia godności własnej są pochlebcami” (Etyka Nikomachejska, 4,3,1125a).

Człowiek sprowadzony do roli narzędzia nie potrafi dążyć do prawdziwych celów, jego celami są te wartości, które ze swojej natury są tylko środkami do celu. Trzeba mieć duszę niewolnika, ażeby „wybrać tryb życia odpowiedni dla bydła” (1,5,1095b) i celem życia uczynić wartości hedonistyczne (3,11,1118b). Ale również utylitaryzm – jako postawa upatrująca najwyższy cel życia w zdobywaniu bogactwa – zdradza usposobienie niewolnika.

I dodawał:

Mentalność niewolnicza zainteresowana jest przede wszystkim własną wygodą i w ogóle nie rozumie potrzeby przekształcania ziemi w miejsce przyjazne wszystkim stworzeniom Bożym. Ziemia nie musi być Boża, byle tylko nam było na niej dobrze – myślą przedstawieni w Biblii ludzie o mentalności niewolniczej.

Kim więc jesteś? Mentalnym niewolnikiem? Człowiekiem wolnym, którego Syn Boży wprowadził w dziedzictwo Ojca?

Pamiętaj, że mentalna niewola jest zawsze związana z wyborem…

Na wielkoduszność Jozuego i na pierwszą po wejściu do Ziemi Obiecanej ofiarę Przymierza Bóg również odpowiada. Traktuje swój lud już nie jako dzieci, ale jako ludzi dojrzałych. Zabiera pokarm na drogę, a daje im pokarm stały.

Rozłożyli się obozem Izraelici w Gilgal i tam obchodzili Paschę czternastego dnia miesiąca wieczorem, na stepach Jerycha. Następnego dnia Paschy jedli z plonu tej krainy, chleby przaśne i ziarna prażone tego samego dnia. Manna ustała następnego dnia, gdy zaczęli jeść plon tej ziemi. Nie mieli już więcej Izraelici manny, lecz żywili się tego roku plonami ziemi Kanaan. (Joz 5,10-12)

Odpowiedzią Boga jest zabranie Izraelitom manny. W tym niezwykłym dialogu, jaki Pan prowadzi ze swym ludem ważne są momenty pozornej utraty czegoś – dobra duchowego, czy materialnego. Bóg zawsze chce prowadzić człowieka dalej i głębiej. Manna jest w tym miejscu obrazem wszystkich tych spraw, rzeczy, emocji i przywiązań, które obrastają nasze serca.

Bóg pozwala Izraelowi jeść z owoców Ziemi Obiecanej, aby ten przekonał się empirycznie o przebytej drodze – z niewoli do siebie.

Jak na ten gest Boga odpowiada Jozue? Przystępuje, z pewnym – przyznajmy to – trudem, do podboju Kanaanu.

I w tym miejscu znowu warto wrócić do pytania – jak Ty odpowiadasz Bogu? Wracasz do kałuży błota? Tkwisz w mentalnym niewolnictwie? Szemrzesz, bo Pan cię czegoś pozbawił, do czego byłeś przywiązany? A może jesteś gotów stanąć w przymierzu z Bogiem, z gotowością na ofiarę, ale jednocześnie z głębokim przekonaniem, że Bóg traktuje cię serio?

« Older posts Newer posts »

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑