Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 2 of 123

Ogień i rózga

Można mieć dwojakie podejście do grzechu, jako świadomie wybieranego zła. Z jednej strony jest to bowiem decyzja ludzka, zła, katastrofalna i rozbijająca boże zamysły względem człowieka – decyzja godna potępienia i kary, raniąca serce Boga, niszcząca więź zarówno z Nim, jak i z bliźnim. 

Z drugiej strony warto sobie uświadomić motywy i okoliczności takiej grzesznej decyzji, jej wielorakie uwarunkowania, nie po to, aby ją usprawiedliwić – co się często dzieje obecnie – ale by odkryć korzenie grzechu, to “coś”, co powoduje, że dany grzech staje się w swej powtarzalności nawykiem, czy nałogiem. 

To podejście, musi być zanurzone w jakikolwiek rodzaj czy stopień skruchy, bez której poszukiwanie korzeni własnego grzechu łatwo zamieni się – najpierw na płaszczyźnie emocji, a potem zgody rozumu – na poszukiwanie okazji choćby minimalnego zwolnienia się z odpowiedzialności za własne decyzje. 

Choć szukać należy przyczyn własnego postępowania w sobie, wewnątrz własnego serca, zgodnie z tym co powiedział Chrystus, to jednak – aby odnaleźć owe przyczyny, nie szukając w nich wymówki – trzeba, niczym Piotr, „wyjść na zewnątrz” swego grzechu. Trzeba zburzyć ów mur łączący swoje ego i zadać mu ból, niejako zaprzeczyć sobie i naturalnej tendencji do wybielania siebie. Dopiero wówczas pianie koguta i smutne spojrzenie Mistrza będą sygnałem do tego, aby „gorzko zapłakać”. Owo Piotrowe wyjście na zewnątrz może ustrzec przed tym, by ktoś nas nie „wyrzucił” na zewnątrz, w ogień nieugaszony.

Wyjdźmy więc “na zewnątrz” grzechu, aby dotrzeć do ukrytej izdebki własnego serca. Niech przykładem będzie nieczystość, sfera wad, słabości i grzechów uderzających w najbardziej czułe i intymne miejsca. To właśnie o namiętności i nieczystości Pismo mówi jak o ogniu płonącym:

(16) Dwa rodzaje ludzi mnożą grzechy,
a trzeci ściąga gniew karzący:
(17) namiętność gorąca, jak ogień płonący,
nie zgaśnie, aż będzie zaspokojona;
człowiek nieczysty wobec swego ciała,
nie zazna spokoju, aż go ogień spali;
rozpustnik, dla którego każdy chleb słodki,
nie uspokoi się aż do śmieci. (Syr 23,16-17)

Skąd się bierze tak mocne “zainfekowanie” nieczystością na początku XXI wieku? Ktoś powie, że to kwestia naszych czasów, tak rozseksualizowanych i nastawionych na rozbudzanie pożądliwości w tym kierunku, co rozpoznajemy zarówno w sferze wizualnej (reklama, media) jak i powszechnym sposobie myślenia. To skutek przegranej przez Kościół wojny kulturowej, i oddania pola przez tych, którzy powinni bronić cnoty czystości i wychowania do niej. Ale to wszystko są przyczyny spoza serca ludzkiego, czynniki zewnętrzne. Czy gdybyśmy nie byli w zanurzeni w ten świat, gdybyśmy się schowali przed jego wpływem na zmysły, czy wtedy byłoby inaczej? Czy dziecko wychowywane pod przysłowiowym kloszem byłoby wolne od tej seksualnej dominanty w myśleniu? 

Na pewno nie doświadczałoby tak prędko chaosu uczuciowego i zniszczenia własnej wrażliwości. Łatwiej byłoby takiemu dziecku korzystać z Łaski. Ale rdzeń problemu zapewne by pozostał, najpierw dlatego, że tkwi on korzeniami w grzechu pierworodnym. Tak wyjaśnia owo zranienie ludzkiej natury O. Jacek Salij OP:

Grzech naszych prarodziców był jedynym grzechem w ludzkich dziejach, który popełnili ludzie najdosłowniej bezgrzeszni, dlatego nie jesteśmy w stanie ani zrozumieć, ani ogarnąć wyobraźnią, jak wielką katastrofę duchową spowodował on w tych, którzy się go dopuścili. Stara mądrość chrześcijańska formułuje to tak: grzech pierwszych rodziców był nie tylko ich osobistą winą, ponadto wypaczył samą ludzką naturę. 

Grzech pierworodny, źródłowy, to jedno. Do skłonności upadłej natury dochodzą jeszcze aktualne słabości, które noszą w sobie rodzice. Obawiam się, że wyjście z myślenia i zachowania stymulowanego nieczystością, to kwestia nie jednego ani dwóch pokoleń życia “pod kloszem”, ale co najmniej kilku. Czy to możliwe w obecnej rzeczywistości?

Skąd się bierze plaga masturbacji i pornografii? Z łatwości osiągnięcia tych dwóch rodzajów szybkiej przyjemności. Z racji rozpowszechniania mediów elektronicznych i Internetu nie trzeba wiele się natrudzić aby odnaleźć poszukiwane treści. Podobnie z masturbacją – jest ona łatwym rozwiązaniem na trudne emocje, które przecież pojawiają się dość często. 

Niektórzy psychologowie powiedzą, że masturbacja jest zjawiskiem naturalnym, a dziecko samo może odkryć przyjemność płynącą z drażnienia swych narządów płciowych, i pewnie tak jest. Tylko czemu dojrzały człowiek, świadomy tego, że nad popędami panuje rozum, wraca do tego sposobu rozładowania swych napięć? Dodajmy, że wraca tak często, że  owa praktyka wydaje mu się wręcz niezbędna do życia.

O. Augustyn Pelanowski w książce “Wolni od niemocy” napisał:

Grzeszymy raz i od razu wpadamy w łapy tresera, czyli złego ducha. On sprawia, że grzechy się powtarzają raz, drugi, dziesiąty, jeszcze przy dwudziestym razie człowiekowi wydaje się, że to sporadyczne potknięcie, z którym niebawem sobie da radę. Ale gdy już jest ten „jubileuszowy”, setny upadek, to opór wobec grzechu słabnie, mamy też ograniczoną wizję rzeczywistości, może nawet już jesteśmy na progu piekła jest to już consuetudo peccandi et defensio peccatorum. Tak tworzą się więzy nałogu. Sami w ten cyrk wchodzimy, sami go tworzymy i czując bicz tresera, lękając się jego uderzeń, wykonujemy mechanicznie to, co nam zaproponuje. Tak zaczyna się nałóg alkoholowy, nałóg narkotykowy, nikotynowy, masturbacji, dewiacji seksualnych, nałóg obmawiania, zniewolenia pracą, nałóg chciwości, zazdrości, lenistwa, obżarstwa, bulimia, anoreksja, kłótliwość, choroba komputerowa, telewizyjna… Nie można później od tego się uwolnić, tak jak osioł nie może oderwać od żłobu swego pyska. Nie potrafisz z tymi rzeczywistościami zerwać i nie wyobrażasz sobie bez nich życia! To już jest zniewolenie. Życie wydaje się nie do zniesienia bez tych rzeczy, a z powodu tych rzeczy nie możesz znieść życia!

Wydaje się, że są dwa rodzaje przyczyn tej formy autoerotyki, jaką jest masturbacja – pierwszy nazwijmy naturalnym, związanym z pierwotną, nieuporządkowaną pożądliwością, nie poddaną jeszcze tej celowości, jaką zakłada rozum oświecony wiarą. Odnosi się ona do pragnienia zbliżenia się i posiadania pięknego ciała ludzkiego, jak i do zaspokojenia głodu bliskości. Ktoś się zaczyna podobać, co wywołuje określone wrażenia emocjonalne i reakcje fizjologiczne, a sposobem na poradzenie sobie z tym przeżyciem wydaje się właśnie masturbacja. Druga jej przyczyna wiąże się z poszukiwaniem łatwej formy rozładowania napięcia, będącej jednocześnie mglistą namiastką intymności czy czułości. Obie te przyczyny dominują w młodym człowieku gdyż nie zostaje on odpowiednio pokierowany do radzenia sobie zarówno z problemem pożądania (nikt mu nie mówi, co robić z emocjami jakie się w nim odzywają) jak i niezaspokojoną potrzebą czułości, czy bliskości (nikt mu jej nie daje), szczególnie w momencie, gdy doświadcza on – nawet czysto subiektywnie – poczucia odrzucenia. 

Napisałem “nikt”. Ktoś powie: “Ale jak to, dziś przecież jest całe morze, ba, cały ocean specjalistów od seksu i zachowań seksualnych!”. Ktoś inny doda: “To może powinno być więcej edukacji seksualnej! Jeszcze więcej specjalistów!”. A przecież żaden specjalista nie da takiej siły wewnętrznej i mocy afirmacji, jak rodzic, zwłaszcza ojciec.

Bo to o niego chodzi. To on jest powołany do zaopatrzenia własnego dziecka, szczególnie syna, w narzędzia – zarówno te intelektualne, ku zrozumieniu, jak i te emocjonalne – służące oswojeniu tej siły wewnętrznej, jaką jest seksualność. To ze słabości ojców wynikają trudności dzieci – i tak przez pokolenia. Pismo mówi:

Przodkowie nasi zgrzeszyli — ich nie ma, a my dźwigamy ich grzechy.  (Lm 5,7)

To zdrowa relacja z ojcem, z cechami, które on reprezentuje – męstwem, wytrwałością, prymatem rozumu nad emocjami – a które nie będą jedynie papierową teorią, kształtuje w człowieku sprawność czystości. To ojciec musi wytłumaczyć jak radzić sobie z naporem pożądliwości, z owym przemożnym chceniem, które trzeba zrozumieć i ukierunkować odpowiednio. Z reakcjami fizjologicznymi. Z przeżywaniem intymności. Z podmiotowym traktowaniem drugiego człowieka. Z samoakceptacją.

To relacja z ojcem, a ściślej mówiąc jej zaburzenia, stoją u przyczyn poszukiwania czułości w autoerotyźmie. Młody człowiek, pozostawiony samemu sobie, szuka pocieszenia w tym, co zakodowało się w jego świadomości jako przyjemne a nie związane z większym wysiłkiem. Deficyt ojcowskiej miłości i afirmacji, braki emocjonalne, braki w rozumnym tłumaczeniu świata i człowieka, to wszystko czego potrzebuje każdy z nas na płaszczyźnie emocji i doświadczenia bycia przyjętym i chcianym (świadomie piszę “doświadczenia”, bo nie chodzi tu tylko o intelektualne przyjęcie pewnej prawdy, ale o potwierdzenia jej na drodze emocjonalnej) trzeba czymś w sobie zastąpić, trzeba się jakoś pocieszyć. Dla wielu właśnie masturbacja, dodatkowo wzmocniona pornografią, będzie tym właśnie jedyną dostępną odpowiedzią na przeżywanie naturalnej pożądliwości oraz erzacem niedostępnej czułej intymności. Podobnie zresztą jest później, po rozpoczęciu współżycia, w małżeństwie, czy wyborze życia w celibacie – nieprzepracowane deficyty rzucają długie cienie, podtrzymując wewnątrz dorosłego człowieka istnienie wiecznie głodnego, niezaspokojonego dziecka czy nadwrażliwego nastolatka. Niestety, nie da się już wówczas wrócić do dzieciństwa, ani stworzyć sobie zastępczego ojca, który wytłumaczy świat i przez niego przeprowadzi. Nie pomogą w tym żadne sztuczki psychologiczne. Wyrobione przez lata nawyki i – bardziej lub mniej świadome – braki ukierunkowują zachowania, przeżycia, myśli i decyzje. 

Jest jednak coś ponad tym ukierunkowaniem – to zbawienie, jakie przynosi Syn Boży, do którego kluczem jest wiara, czyli żywa relacja z Nim, a przez Niego z jedynym Ojcem, który nie zawiedzie. Owszem, Bóg wielu uzdrowił z nałogów w jednej chwili, także z tych uzależnień, które odnoszą się do sfery seksualnej. Wielu jednak nie uzdrowił, może dlatego, że zaprasza w ten sposób do relacji ze Sobą, jednak żywe odniesienie osób do siebie buduje się latami.

Samo się nic nie zrobi. Dorosły człowiek jest wezwany do pracy nad sobą w każdej dziedzinie, gdyż bez niej będzie pogłębiał swoje deficyty. Dlatego też Pismo przestrzega przed nieuporządkowaną pożądliwością, jasno opisując jej ścieżki:

(16) Dwa rodzaje ludzi mnożą grzechy,
a trzeci ściąga gniew karzący:
(17) namiętność gorąca, jak ogień płonący,
nie zgaśnie, aż będzie zaspokojona;
człowiek nieczysty wobec swego ciała,
nie zazna spokoju, aż go ogień spali;
rozpustnik, dla którego każdy chleb słodki,
nie uspokoi się aż do śmieci.
(18) Człowiek popełniając cudzołóstwo
mówi do swej duszy: «Któż na mnie patrzy?
Wokół mnie ciemności, a mury mnie zakrywają,
nikt mnie nie widzi: czego mam się lękać?
Najwyższy nie będzie pamiętał moich grzechów».
(19) Tylko oczy ludzkie są postrachem dla niego,
a zapomina, że oczy Pana,
nad słońce dziesięć tysięcy razy jaśniejsze,
patrzą na wszystkie drogi człowieka
i widzą zakątki najbardziej ukryte.
(20) Wszystkie rzeczy są Mu znane, zanim powstały,
tym więc bardziej – po ich stworzeniu.
(21) Takiego [człowieka] spotka kara na ulicach miasta,
tam gdzie nie będzie się spodziewał niczego
– zostanie schwytany. (Syr 23,16-21) 

Posłużę się tu analizą jaką dokonał ks. Łukasz Kadziński, który odczytał w tym Słowie jakby trzy rodzaje grzechów nieczystych. Pierwszy rodzaj tekst natchniony nazywa “gorącą namiętnością”, a odnosi się do pożądania osób, emocji, bliskości, władzy nad drugim. Jest ona „jak ogień płonący”, nie zgaśnie, póki nie będzie zaspokojona. Gdyby odnieść to teraz do rozwoju człowieka, to na tym etapie wydaje się niezbędna mądra pomoc rodziców, zwłaszcza ojca, który cierpliwie i z miłością będzie uczył odpowiednich sprawności rozumu i woli, potwierdzając to jednocześnie swoim przykładem.

Podobnie będzie z drugim rodzajem nieczystości, czy też może etapem, który jednak skierowany jest bardziej do własnego ciała – masturbacją i pornografią. Jako łatwy rodzaj dawania sobie tak bardzo potrzebnego przeżycia, które dotyka głodu czułości, intymności a jednocześnie daje rozładowanie i (krótkotrwałe) poczucie rozluźnienia – wciąga coraz bardziej, spala i wypala człowieka, jego siły życiowe, zostawiając swoiste wypalenie. Zgodnie z wersetem: 

Dwa rodzaje ludzi mnożą grzechy,
a trzeci ściąga gniew karzący… (Syr 23,16)

Te dwa pierwsze rodzaje nieczystości wprowadzają na ścieżkę nawyku, a co za tym idzie nałogu. Do zejścia z tej drogi potrzebne jest współdziałanie Łaski i wytrwałości człowieka.

Trzeci rodzaj nieczystości ściąga na siebie karę bożą, a odnosi się do rozpusty, czyli wyjścia z nieczystości w stronę drugiego człowieka. To już nie wyobrażenia, nie smakowanie grzechu poprzez wzrok, ale generowanie „realnego kontaktu”. Zaiste, w tym „każdy chleb jest słodki”, drugi człowiek jest sprowadzany do przedmiotu, zwłaszcza jego ciało. Ktoś staje się dostarczycielem wrażeń, emocji i satysfakcji dla kogoś drugiego. Może dziać się tak zarówno w przelotnym romansie, flircie, jak i dłużej trwającym związku, opierającym się na dawaniu sobie nawzajem seksualnego przeżycia, a także w chorych poszukiwaniach seksualnych “spełnień”. Kto raz wejdzie na tę drogę „nie uspokoi się aż do śmierci”. Zły zaciemnia poznanie rozpustnika i zapomina on, że:

Oczy Pana, nad słońce, dziesięć tysięcy razy jaśniejsze,
patrzą na wszystkie drogi człowieka
i widzą zakątki najbardziej ukryte.
Wszystkie rzeczy są Mu znane, zanim powstały,
tym więc bardziej – po ich stworzeniu. (Syr 23,19-20)

W powyższym wersecie jest też nadzieja. Skoro bowiem Pan widzi to, co najbardziej ukryte, skoro wszystko jest Mu znane zanim powstało, to zna także przyczyny grzesznych zachowań ludzkich i może w nie wkroczyć. Może wskazać chore miejsca nawet tam, gdzie nie zajrzy ludzka świadomość. Może naprowadzić na korzenie choroby, jaka nas toczy, abyśmy Mu te korzenie oddali w modlitwie. Może oświetlić naszą pamięć, wspomnienia, utarte sposoby radzenia sobie z naszymi głodami i brakami. Byle starać się rozpoznane miejsca Jemu nazywać, Jemu oddawać, zanurzać w drogocennej Krwi Chrystusa, aby prosić o ogień inny, aniżeli ten z namiętności – o ogień Ducha Św. Tylko on może nauczyć człowieka bliskości z Bogiem, a przecież o brak autentycznej bliskości tu idzie. O głęboki głód akceptacji i poddania się Komuś, kto nas w owym podporządkowaniu nie zdepcze, nie zgnoi, nie zawiedzie. Komuś, przed kim odnajdziemy się jako pokorne dzieci, nie szukające dróg wyniosłości. 

Z kajdan grzechu do otwartych ramion Ojca! Z więzów nałogu do karności, jaką niesie mądrość! Z rózgi szatana do rózgi Chrystusa!

(2) Któż zastosuje rózgi na moje myśli,
a do serca mego – karność mądrości,
by nie oszczędzić mnie w moich błędach,
nie przepuść moich grzechów,
(3) aby się nie mnożyły moje winy
i aby moje grzechy się nie wzmagały;
abym nie upadł wobec przeciwników
i nie sprawił uciechy mojemu wrogowi?
(4) Panie, Ojcze i Boże mego życia,
nie dawaj mi wyniosłego oka,
(5) a żądzę odwróć ode mnie!
(6) Niech nie panują nade mną żądze zmysłowe i grzechy cielesne,
nie wydawaj mię bezwstydnej namiętności! (Syr 23,1-6)

A wspomniany już O. Augustyn tak pisze:

W Apokalipsie jest napisane o Jezusie Chrystusie, że będzie On pasł narody rózgą żelazną. Uderzenie takiej rózgi łamie twarde karki i wykoślawione dusze, źle zrośnięte, krnąbrne i zatwardziałe w złości i lęku. Takie złamanie nie jest jednak nieszczęściem, choć jest jakimś bólem. Karcenie Jezusa jest zawsze pełne duchowej radości wypływającej z przeżycia uwolnienia od siebie samego, a właściwie od swego skrzywienia duchowego. Rózga się nie złamie, ale pod nią musi się złamać ludzka pycha.

Patrząc więc na korzenie własnych grzechów, zwłaszcza zanurzonych w nieczystości, zatęsknijmy za miłującymi ramionami Boga, uznając swą winę i niechęć do zawierzenia tej miłości, jako mogącej wypełnić nasz wewnętrzny głód. Albo ogień namiętności albo ogień Ducha…

Adwentowe pytania

(19) Takie zaś jest świadectwo Jana, gdy żydzi z Jerozolimy posłali do niego kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kim ty jesteś? (20) Wyznał on i nie zaprzeczył: Ja nie jestem Chrystusem. (21) Zapytali go zatem: Co więc? Czy jesteś Eliaszem? On na to: Nie jestem. Czy jesteś tym Prorokiem? Odpowiedział: Nie. (22) Wtedy zapytali: Kim jesteś? Powiedz, abyśmy dali odpowiedź tym, którzy nas posłali. Co twierdzisz sam o sobie? (23) A On: Ja jestem głosem wołającego na pustkowiu: Prostujcie drogę Pana – jak powiedział prorok Izajasz. (24) Wysłannicy zaś byli spośród faryzeuszów. (25) Stąd zadali mu takie pytanie: Dlaczego zatem chrzcisz, skoro nie jesteś Mesjaszem ani Eliaszem, ani tym Prorokiem? (26) Jan w odpowiedzi stwierdził: Ja chrzczę w wodzie, lecz pośród was stoi (trwa, jest nieustannie obecny) Ten, którego wy nie znacie; (27) Ten, który idzie za mną i któremu nie jestem godny rozwiązać rzemyka u sandała. (28) Wydarzyło się to w Betanii za Jordanem, gdzie Jan przebywał i chrzcił. (J 1,19-28)

Jan Chrzciciel ma wyraźny problem, aby dokładnie zdefiniować i przekazać w sposób uporządkowany charakter swojej misji. Odpowiadając na pytania urzędowego poselstwa z Jerozolimy (najpewniej z Wysokiej Rady, czyli Sanhedrynu) stara się nazwać specyfikę swego powołania, a jest ona trudna do uchwycenia w dotychczas przyjętych kategoriach. 

Tak czasami bywa, że coś co wydaje się proste na pierwszy rzut oka wymyka się znanym kategoriom czy myślowym schematom. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy mamy do czynienia z niezamierzonym – z ludzkiego punktu widzenia – działaniem Boga. Takie nieszablonowe jest, na przykład, powołanie św. Pawła, będącego jednocześnie Apostołem (bo wypełniał misję apostolską głosząc Dobrą Nowinę po krańce ziemi) ale nie należącego formalnie do grona Dwunastu (nie towarzyszył Panu podczas Jego ziemskich dni, choć powołał go sam Pan, objawiając się na drodze do Damaszku). Nieszablonowe jest też działanie boże wobec ludzi, którzy w dobrej wierze idą śladami patriarchów, ale spotykają ich zadziwiające konsekwencje. Tak było z ojcem Jana, kapłanem Zachariaszem, który reaguje na słowa Archanioła Gabriela zgodnie z biblijnymi wytycznymi, jak Abraham, Mojżesz czy Gedeon – prosi o znak. W końcu niegodziwemu królowi Achazowi Pan sam dał znak, jak to zapowiedział prorok Izajasz. Zachariaszowe pytanie o potwierdzenie dla bożej interwencji skutkuje przymusowym milczeniem na dziewięć miesięcy. Tak. Bóg jest nieschematyczny, czy nam się to podoba, czy nie.

Stary kapłan przerwał swoje milczenie dopiero po narodzinach syna, którego nazwał zgodnie z zapowiedzią Gabriela. Wydaje się, że zarówno jego niemota, jak i wyśpiewany hymn uwielbienia Boga, są prorockimi znakami, na których Panu zależało bardziej, aniżeli na chodzeniu utartymi szlakami, po których poruszali się synowie Izraela.

Jan staje się więc szczególnym zwiastunem bożej woli, którego powołanie rozpina się pomiędzy skrajnościami – Starym i Nowym Przymierzem, czekaniem na Mesjasza i oglądaniem Go, milczeniem i wołaniem. Prorockie jest milczenie jego ojca, jak i prorockie jest słowo, które po nim wypowiada. Prockie jest przebywanie Jana na pustyni (zapewne przez kilkanaście lat, jeśli nie więcej) w milczeniu aż do momentu, kiedy to:

…doszło (stało się, dotarło) Słowo Boga do Jana syna Zachariasza, na pustyni. (Łk 3,2)

Starając się zadowolić wysłanników starszyzny żydowskiej Jan usiłuje odkryć – być może także i wobec samego siebie – swą tożsamość, kim jest na jaka jest natura jego powołania. Odpowiadając na pytania za każdym razem ma i nie ma racji – “wyznał a nie zaprzeczył”. 

Nie jest bowiem Eliaszem, choć idzie w jego “duchu i mocy” wypełniając proroctwa związane z powtórnym przyjściem Eliasza, jako Poprzednika Mesjaszowego. Nie jest jedynie prorokiem, jak ci starotestamentalni bo żaden z nich nie poprzedzał wprost Zbawiciela, ale jednocześnie jest ostatnim prorokiem Starego Przymierza. Jednakże nie jest “tym prorokiem”, czyli Mojżeszem, prawodawcą, który był przyjacielem Boga.

Nazywa się “głosem”, ale przyznajmy, nie jest to dość ścisłe pojęcie i mogło wielu, nawet szczerze myślącym, przedstawicielom Rady się nie spodobać…

Jak pisze bowiem ks. Maciej Warowny: 

Oni wiedzieli, jakim powinien być Mesjasz, co powinien zrobić, jak się zachowywać, czego nauczać, kogo wybrać na swych przyjaciół, a kogo potępić i odrzucić. Oni wiedzieli, więc byli kompletnie nieprzygotowani na przyjęcie NOWOŚCI, którą przygotował dla nich i dla nas także, Bóg. Oni, czyli faryzeusze, uczeni w Piśmie, saduceusze, zeloci zamknęli Mesjasza w swoich oczekiwaniach. Oni w gruncie rzeczy nie oczekiwali żadnej nowości, nie dopuszczali do swej świadomości, że mogą zostać zaskoczeni nowością tego, co Bóg pragnie im dać. Wyznaczyli Bogu Jego miejsce, uwięzili Go w swoich pragnieniach i oczekiwaniach, ograniczyli Jego działania swoją wyobraźnią i możliwymi do przewidzenia scenariuszami. 

A przecież faryzeusze byli stosunkowo młodym ugrupowaniem w sędziwej religii żydowskiej! Bazując na własnych doświadczeniach winni mieć nieco bardziej otwarte serca na nieszablonowość bożych propozycji. Może dlatego przeżywali pewien rodzaj usztywnienia, że ukierunkowani byli bardziej na “działanie po bożemu”, aniżeli na “nasłuchiwanie Boga”. Upatrywali Łaski w drobiazgowym wypełnianiu Tory i wszystkich zwyczajów, co zresztą samo w sobie nie było złe, ale pozbawione (jak powie to św. Paweł) “ducha” opierało się na samej tylko “literze”. 

Źródłem takiej postawy może być – często chorobliwa – potrzeba zamiany własnych wątpliwości i niewiedzy w konieczność działania, zadania do wykonania. Tam, gdzie Bóg mówi “trwaj, czekaj, nasłuchuj”, człowiek słyszy “działaj, nie marnuj czasu, rób coś”. Jedno i drugie jest dobre i słuszne. Jedno bez drugiego nie może stać się dobrym nośnikiem woli bożej. Działanie musi rodzić się ze słuchania, a słuchanie musi zaowocować kiedyś działaniem. 

Jan był Głosem, a jego otwartość na Słowo, jakie “stało się” w nim, wzięła się z daru Łaski jak i z lat doświadczania trudów pustyni. Jednocześnie Jan chrzcił, czyli coś robił, działał, wykraczając przy tym z tego, co faryzeusze uznawali z jedynie dopuszczalne działanie. Znak zanurzenia w wodzie był potwierdzeniem orędzia, wzmocnieniem wezwania do pokuty, nie miał – jak byśmy dziś powiedzieli, charakteru sakramentalnego, ale pełnił rolę czegoś przyciągającego, symbolu, który wyrażał to, czego nie umiały dopowiedzieć słowa. Jan działał, ale nie tak, jak wyobrażali to sobie przedstawiciele Wysokiej Rady.

Pytanie na Adwent – w czym rozmijają się nasze oczekiwania i przyzwyczajenia z wolą bożą? Na ile jestem gotowy nasłuchiwać głosu Pańskiego? Czy chęć działania i niecierpliwość nie zagłusza Słowa? Ale i z drugiej strony patrząc – czy za własną pustynią nie kryje się lęk przed działaniem?

Ktoś powie – za dużo pytań! Cóż… Stary Zachariasz przez dziewięć miesięcy szukał właściwej odpowiedzi na jedno jedyne pytanie, które zadał Archaniołowi, a co dopiero my mamy zrobić z mnóstwem własnych wątpliwości…

Adwentowe mroki

Wtedy Pan rzekł: «Wybierz dla Mnie trzyletnią jałowicę, trzyletnią kozę i trzyletniego barana, a nadto synogarlicę i gołębicę». Wybrawszy to wszystko, Abram poprzerąbywał je wzdłuż na połowy i przerąbane części ułożył jedną naprzeciw drugiej; ptaków nie porozcinał. Kiedy zaś do tego mięsa zaczęło zlatywać się ptactwo drapieżne, Abram je odpędził. A gdy słońce chyliło się ku zachodowi, Abram zapadł w głęboki sen i opanowało go uczucie lęku, jak gdyby ogarnęła go wielka ciemność. Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem… (Rdz 15,9-12.8)

Szczególnie w takich okresach jak Adwent, czy Wielki Post, doświadcza się pewnego rodzaju marazmu, senności, czy zniechęcenia. Przeróżne trudności, niczym dzikie zwierzęta zwabione padliną wypełzają z ciemnych zakamarków świadomości i opadają nas odbierając całkowicie resztki zapału. Adwentowi patroni wzywają nas do czekania i prostowania ścieżek dla Pana, podczas gdy ulegamy z jednej stronie przedświątecznej gonitwie konsumpcjonizmu, a z drugiej – potrzebie świętego spokoju. Jak się nawracać, gdy głowa nie pracuje a serce weszło na tryb spowolnionej, sennej pracy?

I tylko czasami ukłuje sumienie myśl o tych wszystkich postanowieniach adwentowych, ofiarach i wyrzeczeniach… Niespełnianych… Niewykonywanych… Odbębnianych…

I tylko momentami przypomni się, że jeszcze jakiś czas temu człowiek stawiał sobie pytanie o jakość swej relacji ze Stwórcą, o przyczyny braku skruchy w sobie, o niechęć do prawdy…

Wróćmy więc do tego z tak wielką niechęcią podejmowanego tematu, jakim jest skrucha. Zmuśmy się do refleksji.

Może dlatego nie odnajduję w sobie jej śladów, że tak naprawdę sobie myślę: „Co Go obchodzi mój grzech? Przecież to, co ja robię nie dosięga Jego Osoby. Przecież nic, co czynię nie może go obchodzić. Przecież On jest mną całkowicie niezainteresowany!”

A przecież Serce Boga jest przebite! I to – tak wszyscy mówią – ja jestem autorem tego przebicia…

A przecież Serce Jego Matki też jest zranione! Ona też jest osobą. Jest kimś komu powtarzam wielokrotnie: „Posługuj się mną”, a potem zatykam uszy.

Skrucha, prawdziwa skrucha, a przynajmniej wysiłek przybliżania się do niej, winna być warunkiem koniecznym każdej modlitwy, nawet tej, którą odklepujemy, kiedy myślimy sobie, że jest późno, a tyle nam jeszcze zostało do odmówienia.

Bóg nie ma gdzie wlać swego miłosierdzia, bo nie odnajduje w nas miejsca, które uczynić może dopiero skrucha. Nie odsłaniamy Mu się do końca i naprawdę. Wciąż jesteśmy zakryci.

Z modlitwą może być jak z terapią. Jeśli przychodzi się na nią z chęcią szybkiego załatwienia trudnej sprawy, z potrzebą przerzucenia na terapeutę odpowiedzialności za swoje problemy, z pragnieniem żeby ktoś za mnie coś zdecydował – taka terapia się nie uda. Trzeba najpierw wniknąć do wnętrza siebie i do swoich trudności. Podobnie jest ze spotkaniem z Bogiem. Tylko takie będzie prawdziwe, w którym odsłonisz Mu swoje wnętrze, trudności, swoją trudną historię. A zacząć trzeba – tak, jak na terapii – od stwierdzenia: „Mam problem”. Od skruchy.

Abraham, zawierając przymierze z Bogiem, musiał porozcinać połówki różnych zwierząt. Odsłonić ich wnętrzności. Wtedy doświadczył trudnego, ale potężnego spotkania z Panem. Opadł go lęk i senność, jak kogoś zmagającego się z demonami własnego wnętrza, swojej historii, trudnych przeżyć i nietrafionych decyzji.

Rozetnij przed Nim wnętrze swego zezwierzęcenia. Nie bój się ciemności, które mogą cię dosięgnąć. Odsłoń na adoracji to, co masz w środku. Zawalcz o coś więcej niż spokój i przeczekanie adwentowych ciemności. Zawalcz o prawdę.

Dotyk Boga

W księdze Apokalipsy, na samym początku, czytamy:

Gdy Go zobaczyłem, padłem do Jego stóp jak martwy. On natomiast nałożył na mnie swoją prawą rękę i powiedział: Nie bój się, Ja jestem Pierwszy i Ostatni. (Ap 1,17)

Spotkanie z Bogiem porusza człowieka. Ale każdego? W końcu spotykamy się z Nim nieustannie, ale jakoś nie jesteśmy poruszeni, wręcz przeciwnie – znudzeni, zmęczeni, zniechęceni, zamknięci. Żebyśmy chociaż byli przerażeni! Ale nawet i to nie… 

Ale co innego przyciąga moją uwagę w tym fragmencie: “padłem jak martwy” – pisze o sobie Jan. Dlaczego aż tak? Odpowiadając na to pytanie pomińmy wrażliwość “umiłowanego ucznia” a skupmy się na tym porównaniu: “jak martwy”, nekros (νεκρος). W samej Apokalipsie to słowo powraca nie w kontekście wrażliwości i radosnego poruszenia, ale w kontekście autentycznej śmierci – fizycznej lub duchowej:

A do Anioła Kościoła w Sardes napisz: Oto, co mówi Ten, który ma siedem duchów Bożych i siedem gwiazd: Wiem o twoich czynach; masz imię, że żyjesz, ale jesteś umarły. (Ap 3,1)

Ten nekros to ktoś, kto doświadcza duchowej martwoty, mimo pozorów życia. To ktoś, komu wydaje się, że ma tożsamość (imię) istoty żyjącej (jakby widział siebie jako siedzącego przed tronem Pańskim Anioła; “istoty żyjące” to te, o których wspomina Apokalipsa w dalszej swej treści, oraz te, które widzi Ezechiel) ale jest martwy z powodu swych czynów. Może jego mniemanie wynika z pozornej bliskości Pana, ale bliskości udawanej, nie autentycznej, nie przemieniającej.

W dalszej części Listu do Kościoła w Sardes Duch mówi o “tych, co nie splamili swych szat” i będą chodzić “w bieli”. Wynika z tego, że większa część tego Kościoła to nekros, które splamiły swe szaty. Czym? Niewiernością? Nieczystością? Na pewno brakiem czujności, do której dwukrotnie wzywa Pan owego umarłego, jednocześnie zapraszając do wzmocnienia “tego, co pozostało”, czyli albo “tych, co chodzą w bieli”, albo jakieś resztki wiary w nim samym.

Słowo nekros pojawia się jeszcze kilkukrotnie w Ewangeliach, zawsze w kontekście jakiegoś rodzaju śmierci. Jako rzeczownik wyraz ten oznacza wprost zwłoki, jak w przypadku opowieści o wskrzeszeniu młodzieńca z Nain. Tylko św. Łukasz używa tego słowa niejako symbolicznie, wkładając je w  usta miłosiernego ojca z przypowieści:

…ten mój syn był martwy, lecz znów ożył, był zgubiony, lecz odnalazł się. I zaczęli się cieszyć. (Łk 15,24)

… ten twój brat był martwy, a znów ożył, był zgubiony, a odnalazł się. (Łk 15,32)

Bóg więc dotyka mojej i twojej martwoty, dotyka nas, jak cuchnących zwłok, dotyka śmierci w nas. 

Przychodzimy do niego martwi, albo jak martwi. Przez grzech, jeden z siedmiu głównych, lub przez zwykłą/niezwykłą niewiarę. Przez ześwinienie, jak syn marnotrawny, albo przez zdemonienie, jak chłopiec, którego diabeł wrzucał raz w ogień, raz w wodę, targając nim po skrajnościach (Mk 9,26). Zresztą, czy oba te obrazy nie mówią o podobnej sprawie? Raz chcemy być “istotami żyjącymi”, niemalże aniołami, a raz doznajemy zezwierzęcenia pozwalając, aby targały nami sprzeczne żywioły. To chyba obraz adekwatny do kondycji wielu z nas. Nałogi. Emocje. Lęki. Od świni, do anioła. I wszystko w jednym sercu, rozumie, woli. Przecież to doprowadza nawet nie tyle do zadyszki, co do zawału! Do tragicznego w swym finale migotania przedsionków duszy!

Chciałoby się zawołać za św. Pawłem:

Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli … ? (Rz 7,24)

Może to uczynić jedynie Ten, który był nekros, ale nie z powodu swoich win – a potem stał się zōn (ζων), prawdziwie żyjący! Tylko On może mnie wybawić!

A do Anioła Kościoła w Smyrnie napisz: Oto, co mówi Pierwszy i Ostatni, który był umarły, a ożył. (Ap 2,8)

Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i Hadesu. (Ap 1,18)

W jaki sposób On to czyni? 

Wiemy że słowem, ale także gestem.

Może ktoś powie, że to psychologizowanie, albo doszukiwanie się skojarzeń tam, gdzie ich nie ma, ale zwróćmy uwagę na pełne czułości gesty Jezusa. Przeczytaj raz jeszcze:  

Gdy Go zobaczyłem, padłem do Jego stóp jak martwy. On natomiast nałożył na mnie swoją prawą rękę i powiedział: Nie bój się, Ja jestem Pierwszy i Ostatni. (Ap 1,17)

Nałożenie ręki jest terminem technicznym oznaczającym błogosławieństwo i przeznaczenie do jakiegoś dzieła. Ale jest to także bardzo intymny gest, którego Jezus używał wielokrotnie za swych ziemskich dni. 

Dotknięcie Pana jest zarazem ustanowieniem do posługi, a jednocześnie dodaniem otuchy, wlaniem męstwa, siły, oddaleniem przerażenia – przecież Pan mówi do Jana: “Nie bój się!”. Jest to gest zaiste ojcowski, bo tylko ojciec może udzielić swemu dziecku siły wynikającej z czystej miłości i akceptacji, a także ustanowić go przez to dojrzałym człowiekiem, nie poszukującym tej siły gdzie indziej. Okazana czysta i autentyczna miłość czyni drugiego człowieka pełnym, uzdrawia, uzdalnia do okazywania innym bezinteresownej miłości i służby. 

Chrystus, dotykając ludzi, niczym prawdziwy therapeuón, terapeuta, lekarz, okazuje miłość, współczucie, serdeczną życzliwość. Odkręca wstręt, jaki możemy mieć do siebie nawzajem. Mówi: “Chcę twego oczyszczenia, twej wolności. Chcę być z tobą blisko.”

Ks. Jerzy Szymik zauważa:

Jednym z najczęstszych gestów Jezusa na kartach Ewangelii jest dotykanie ludzi. Uzdrawia ich dotykając ciała, oczu, wkłada palce w uszy, własną śliną dotyka chorego języka, głaszcze dzieci, dotyka sparaliżowanych. Przez fizyczny dotyk leczy niemotę, ślepotę, głuchotę, a zatem pokonuje spowodowane chorobą bariery, by tak rzec, komunikacyjne. Dotykając czule swoje dzieci, wzbudzając ich wiarę, sprawia, że mogą żyć pełnią życia.

Zbliżył się wtedy pewien trędowaty, pokłonił się Mu i prosił: „Panie, jeśli Ty zechcesz, potrafisz mnie oczyścić”. Wyciągnął więc rękę, dotknął go i powiedział: „Chcę, stań się czysty”. I natychmiast jego trąd ustąpił. (Mt 8,2-3)

Wówczas dotknął jej ręki i opuściła ją gorączka; ona natomiast wstała i zaczęła Mu usługiwać. (Mt 8,15)

Gdy to do nich mówił, oto przyszedł pewien przełożony (synagogi) i oddając Mu pokłony powiedział: Moja córka doszła teraz do końca, ale przyjdź, połóż na nią swą rękę, a będzie żyła. (Mt 9,18)

A kiedy przyszedł do domu, niewidomi zbliżyli się do Niego. Jezus im mówi: Wierzycie, że mogę to uczynić? Mówią Mu: Tak, Panie! Wówczas dotknął ich oczu, mówiąc: Niech się wam stanie według waszej wiary. (Mt 9,28-29)

Wówczas Jezus stanął, przywołał ich i powiedział: Co chcecie, abym wam uczynił? A oni: Panie, aby otworzyły się nam oczy! Jezus zaś zlitował się, dotknął ich oczu, a oni natychmiast odzyskali wzrok i poszli za Nim. (Mt 20,32-34)

A On, pełen współczucia, wyciągnął swoją rękę, dotknął go i powiedział: Chcę, bądź oczyszczony! (Mk 1,41)

Jezus zaś natychmiast wyciągnął rękę, uchwycił go i powiedział: O małowierny, dlaczego zwątpiłeś? (Mt 14,31)

Dotknięcie Pana wyrywa ze zwątpienia, z marazmu, z chęci polegania na własnych siłach. 

Czyż nie cierpimy przez brak pełnego miłości dotyku w naszym życiu, przeszłości, dzieciństwie, a nawet teraźniejszości? Czyż nie tęsknimy za takim dotknięciem, nałożeniem ręki, które znamionuje czystą miłość i afirmację, a jednocześnie dodaje odwagi i siły? Czy nie pożądamy dotyku drugiego człowieka, jego czułości, przyjęcia, przygarnięcia?

Dlatego przygarniajcie jedni drugich, jak i Chrystus przygarnął was dla chwały Boga. (Rz 15,7)

Gdy zaś Józef obudził się ze snu, zrobił tak, jak mu rozkazał anioł Pana i przygarnął swoją żonę. (Mt 1,24)

Barnaba jednak przygarnął go, zaprowadził do apostołów i opowiedział im, jak w drodze zobaczył Pana i że do niego przemówił, i jak w Damaszku śmiało wypowiadał się w imieniu Jezusa. (Dz 9,27)

Czy dlatego nie potrafimy przygarnąć się nawzajem, bo wciąż przeżywamy ranę z powodu bycia odtrąconymi, nie przyjętymi, zwłaszcza przewz naszych bliskich? – a oni przez swoich bliskich, i tak w pokolenia…

Bóg jest w swojej miłości czuły, cielesny – w wielorakim znaczeniu tego słowa – czego wyraz dał w Eucharystii. Sam mówi o sobie, że jest niczym ptak przygarniający swoje pisklęta pod skrzydła (Łk 13, 34b).

Chciałoby się zawołać – Dzięki Ci, Panie, za Twe Wcielenie! Za to, że nie pozostajesz niedostępnym Logosem na wysokościach, ale przyszedłeś w człowieczym ciele, aby pokazać, że jesteś na wyciągnięcie ręki, bliski, wiedzący, co to czułość i okazywanie troski! 

Św. Jan Paweł II powiedział:

Ciało, i tylko ono, zdolne jest uczynić widzialnym to, co niewidzialne: duchowe i Boże.

Używane na określenie dotyku Jezusa w Ewangeliach greckie słowo haptomai (ἅπτομαι) oznacza także pewien rodzaj przywiązania, nie tylko bliskości fizycznej, ale także duchowej. Dotyk Jezusa nie jest zimnym, sztywnym gestem, pełnym hieratyczności, ale realnym przybliżeniem się do konkretnego człowieka. Czy za tym nie tęsknimy?

Już wielokrotnie w tym miejscu zwracałem uwagę na poruszone litością i współczuciem serce Pana. Na wstrząśnięte wnętrze Jezusa stykającego się z nędzą człowieka. Powtarzam tę myśl z uporem, będąc świadomym, jak trudno jest nam za nią pójść, by przylgnąć do tego, kto nas tak miłuje. ALe przecież On nam naprawdę współczuje! Dwukrotnie w liście do Hebrajczyków, św. Paweł wspomina o tym:

Nie mamy bowiem takiego Arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu. (Hbr 4,15)

Pismo określa owo współczucie dwoma terminami: sympathēsai (συμπαθησαι) – współczuć, mieć sympatię; oraz metriopathein (μετριοπαθειν) – współczuć (w odpowiedniej mierze), nieść delikatność, zrozumieć.

Chrystus więc nas rozumie, jest w swej litości bardzo delikatny, jest pełen życzliwości do nas. I to wszystko mimo naszych win! 

Ktoś powie: “Tak, ale jest On również naszym sędzią. Jest sprawiedliwy”. To prawda. Ale w tej sprawiedliwości jest wyrozumiały, co nie znaczy, że spolegliwy.

Z jakże wielką czułością sądziłeś swych synów, których przodkom dawałeś przysięgi i przymierza, pełne wspaniałych obietnic. (Mdr 12,21)

Modlitwa Adwentowa

(20) Bóg pokoju, który dzięki krwi wiecznego przymierza wyprowadził spośród umarłych wielkiego Pasterza owiec, Pana naszego, Jezusa, 

(21) niech was dojrzałymi uczyni (wydoskonali, naprawi, przeszkoli, wyposaży) do wszystkiego, co dobre (każdego dobrego dzieła), byście spełniali Jego wolę. Niech w nas sprawi to, co miłe Jemu za pośrednictwem Jezusa Chrystusa, któremu chwała na wieki wieków. Amen. 

(22) Proszę was, bracia, przyjmijcie to słowo zachęty, bo przecież krótko napisałem wam. (Hbr 13,20-22)

Żyjemy w świecie pełnym zamętu. Doświadczamy go zarówno wewnątrz siebie, jak i dookoła nas. Każdy dzień przynosi niepokojące informacje, w pył padają odwieczne pewniki, rozczarowujemy sobą innych, pozostając również rozczarowanymi drugim człowiekiem, często najbliższym. Boimy się przyszłości i o przyszłość. Przeżywamy frustrację niespełnienia i niezrozumienia. Wciąż niepokojącą zagadką pozostaje dla nas serce drugiego człowieka. Próbujemy się uśpić, niczym Apostołowie w Ogrodzie Oliwnym, ale przebudzenie jest jeszcze boleśniejsze, aniżeli trwanie na jawie. Doświadczamy rozdarcia dokonując różnorakich wyborów.

Pan chce, abyśmy szli, a dookoła ciemna, adwentowa noc.

Pamiętając więc, że jedyny i prawdziwy pokój daje ten, którego Apostoł nazywa wielokrotnie Bogiem pokoju, żebrzemy:

Wlej, Panie, w nasze skołatane serca swój pokój, swoją ciszę!

Tyś jest Melchizedekiem, prawdziwym Królem Salemu, Królem Pokoju! Nie wprowadzi nas do tego Miasta Warownego ani przyjemność, czy namiętność, ani odseparowanie, czy zamknięcie na innych, ani nieufność, czy trwanie w poczuciu odrzucenia. Skieruj nasze kroki ku miejscu świętemu, ku pokojowi, ku – po raz kolejny – przyjęciu Twego panowania. 

Ty widzisz, jak niespokojni jesteśmy, jak niepewni, jak rozdrażnieni. Udający często silnych i zdecydowanych a wewnątrz pełni niezaspokojonych tęsknot, smutni i wciąż poszukujący niemożliwego. Jeśli prawdziwy pokój jest pojednaniem, zgodzeniem siebie z rzeczywistością, odnalezieniem w pełni radości swego miejsca – to nam tego brakuje! Zstąp więc, Panie, i wybaw nas! 

Zgodnie z Zachariaszowym proroctwem “skieruj nasze stopy na drogę pokoju”! (Łk 1,79) 

Uczyń nas “synami pokoju”! (Łk 10,6) 

Daj abyśmy świadomie mogli dążyć do tego co “służy pokojowi i wzajemnemu zbudowaniu”! (Rz 14,19) 

Zetrzyj rychło pod naszymi stopami, tego, który swymi podszeptami wprowadza w głowy i serca zamęt – szatana, oskarżyciela i oszczercę! (Rz 16,20; 1 Kor 14,33) 

Jesteś naszym Pasterzem, Ty prowadzisz na dobre pastwiska i Ty sam dbasz o swe owce, pojąc je Najdroższą Krwią swoją. My zaś wszyscy, owce i barany, psy nieme i szczekające, stada i i ich przewodnicy, potrzebujemy Twego głosu, Twej wyciągniętej prawicy, Twego uniesionego ramienia. Bez tego gubimy się i błąkamy na bezdrożach. Pragnąc dobra wybieramy zło. Szukając Twojej woli plączemy się w naszych chęciach. Chcąc czynić to, co Tobie miłe, wybieramy to, co dogodne dla nas. 

Zgodnie ze słowem Apostoła, uczyń nas dojrzalszymi, gotowymi wymienić utarte sposoby naszych działań na Twe dobro. Przeszkól, wyćwicz nas do wszystkiego, co Ty widzisz jako “dobre”, a nawet “bardzo dobre”. Napraw w nas umiejętność miłowania! W miejsce nieufności daj ufność Twemu prowadzeniu. W miejsce wzajemnej podejrzliwości wlej pewność bycia przyjętym. W miejsce pragnienia kontrolowania wszystkiego daj otwartość na nieznane dobro. W miejsce związania pożądliwością daj wolność ku przejrzystości. A przede wszystkim otwórz nas na spotkanie z Ojcem – tym, który wychodzi naprzeciw, nie odrzuca, przygarnia i bierze w ramiona. Z tym, który nie chce nas stracić. Z tym, któremu tak bardzo na nas zależy.

Bez zanurzenia się w takim spotkaniu wciąż pozostajemy przychodniami, obcymi, wrogami sobie i innym.

Spraw w nas to, co Tobie miłe – uczyń gotowymi do codziennego składania siebie w ofierze, bo wiemy, że się to Tobie podoba. Wiemy też, że nie chcesz ofiar bez serca, bez duszy, bez pokrycia w szczerym pragnieniu. Dlatego błagamy, abyś uzdrowił tę chorobę rozumu i woli w nas samych – przez takie poruszenie, które tylko Ty możesz sprawić. Wstrząśnij skałą, jaką jesteśmy, aby utworzyła się w nas szczelina, niczym betlejemska grota, gotowa na przyjęcie Wcielonego Słowa, spełnienie niezasłużonej Obietnicy.

Sami nie umiemy zrobić miejsca dla Ciebie, dla Twego panowania, dla Twego pokoju. 

Dlatego żebrzemy – Przyjdź!

« Older posts Newer posts »

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑