Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 3 of 121

Czyje panowanie?

Będzie On panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego Królestwu nie będzie końca. (Łk 1, 33)

Słysząc powyższe zdanie podziwiam wiarę Niepokalanej, która w obliczu trudów i przeciwności umiała – wbrew doświadczeniu zewnętrznemu – zawierzyć tym słowom wypowiedzianym przez Anioła w zaciszu nazaretańsiego Domku… A przecież wszystko dookoła mówiło, że panowanie nad rzeczywistością jest w innym ręku! Szczególnie wtedy, gdy słyszała stek pomówień na temat swego Syna, gdy oskarżano Go działanie czartowską mocą, o rozbijanie jedności Narodu Wybranego, o zwodzicielstwo, o łamanie Prawa, a może i o stawianie wymagań niemożliwych do spełnienia… Miałaby prawo wtedy pytać – Jakie panowanie? Jakie królestwo? Jaki tron? Przecież nic o tym nie świadczy!

A później? Kiedy w purpurze starej szmaty żołnierskiego płaszcza i szyderczej koronie z cierniowego krzaka, cały w ranach, stąpał na Golgotę znacząc swą drogę smugami krwi… Co myślała? Przecież ten widok wydawał się być szyderstwem, obmierzłym chichotem oskarżyciela, które wydawał się potwierdzać słowa z Góry Kuszenia:

Potem diabeł, wyprowadziwszy Go na wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa zamieszkałego świata – w jednej chwili. I powiedział do Niego diabeł: Tobie dam całą tę władzę i chwałę ich, gdyż mnie została przekazana, i mogę ją dać, komu chcę. (Łk 4,5-6)

Jeszcze bardziej wydawało się, w chwili, gdy wywyższono Umęczonego na tronie Krzyża, że wszystko, jest w ręku diabła.

A jednak wiemy o Niej, że ufała…

Tak bardzo chciałbym, aby dzisiaj, w pośrodku Wielkiego Postu Anno Domini 2019, kiedy dookoła nas w gruzy wali się stary porządek świata, a jedyna ostoja człowieka, święta Matka Kościół zachowuje się niczym żona proroka Ozeasza:

Spór prowadźcie z waszą matką, prowadźcie spór!
Ona bowiem już nie jest moją żoną, a Ja już nie jestem jej mężem. 
Winna usunąć znaki nierządu ze swej twarzy 
i spośród swych piersi ozdoby cudzołożnicy. 
W przeciwnym razie – obnażę ją zupełnie
i stanie się taką jak w dzień swych urodzin; 
uczynię ją podobną do pustyni, 
sprawię, że będzie jak ziemia wyschnięta, 
że zginie śmiercią z pragnienia.  (Oz 2,4-5)

Tak bardzo chciałbym odnaleźć na nowo nadzieję w słowach niebiańskiego posłańca z Nazaretu… To nie głupota, grzech (także, a może przede wszystkim mój) słabość, czy wszelka nieprawość panuje i panować będzie. Choć na tym świecie działa książę ciemności, to Panem jest Syn Maryi, a „Jego panowaniu nie będzie kresu”…

Józef – w drodze, ku Przejściu.

Jego rodzice chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy (przejścia). (Łk 2,41)

Św. Józef, patron dzisiejszego dnia, jest człowiekiem wiary konsekwentnej wyrażającej się w pobożności oraz gotowości na zmianę siebie. W ten sposób jest też prawdziwym synem Abrahama, który wbrew nadziei, niejako w ciemno, uwierzył bożej Obietnicy.

On to wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów, zgodnie z tym, co było powiedziane: «Takie będzie twoje potomstwo». Dlatego też poczytano mu to za sprawiedliwość. (Rz 4,22)

Abraham wyszedł ze świata swojej codzienności, z Ur Chaldejskiego. Józef co roku wychodził ze swego domu, swej „małej ojczyzny” i swych przyzwyczajeń, z mikroświata Nazaretu, czy Galilei, aby na nowo przeżyć przejście (paschę) – z niewoli do wolności. Kryło się za tym niezwykłe pragnienie Narodu Wybranego, aby wciąż uobecniać wytęsknioną wolność. Pragnienie tym, silniejsze, im bardziej warunki zewnętrzne mówiły o niewoli.

Tym razem, Bóg udzielił Józefowi niezwykłej lekcji.

Była ona odpowiedzią na Józefowe otwarcie na bożą wolę. Nikt, kto byłby wewnętrznie zamknięty nie byłby tak wolny od swoich schematów myślowych i własnych, prywatnych dogmatów. Zresztą, od początku Pan prowadził Józefa drogą nieustannego wychodzenia i przechodzenia a nawet uciekania. Od początku oczekiwał od niego, aby wybudowawszy coś – wydawałoby się na stałe, dom, warsztat, miejsce pracy – musiał zaraz to zostawiać i gdzieś, daleko zaczynać od początku. Nazaret, Betlejem, Egipt, potem znów Nazaret. Coroczna pielgrzymka do Jerozolimy wydaje się symboliczną powtórką tych ciągłych wyjść i powrotów Męża Sprawiedliwego, jak Pismo nazywa Józefa.

Gotowość na zmiany musi być cechą współczesnego mężczyzny. Oczywiście, nie chodzi tu o zmiany dla zmian, ale o podporządkowanie swego życia dobru, jakie niesie ze sobą powołanie, rodzina, czy – mówiąc ogólnie – wola boża. Mężczyzna musi nieustannie umieć weryfikować swoje rozeznanie dobra. Nie wolno mu zamknąć się w klatce utartych schematów i wypróbowanych rozwiązań, gdyż mogą okazać się one niewystarczające. A ponieważ jest to trudne, dlatego mężczyzna musi zabiegać o Łaskę – o spowiedź, o trwanie w Komunii z Chrystusem przyjmowanym i adorowanym, o posłuszeństwo wobec przykazań czy spowiednika lub kierownika duchowego.

A gdy dopełnił się czas ich powrotu, chłopiec Jezus pozostał w Jerozolimie, o czym nie wiedzieli (czego nie poznali) Józef i Jego matka. (Łk 2,43)

Nie tyle nie zauważył więc Józef zniknięcia przybranego syna, co nie wiedział o Jego pozostaniu w Jerozolimie. Nie chodzi tu więc o przeoczenie, co raczej o brak wiedzy, brak właściwego rozpoznania sytuacji. Łukasz używa tu tego samego wyrazu (“egno”) co Jan gdy pisze o nierozpoznanym Słowie, jakie przyszło do swojej własności:

Na świecie był i świat przez Niego powstał, ale świat Go nie rozpoznał. (J 1,10)

Józef nie rozpoznał, gdzie jest jego syn. Greckie “egno” odnosi się do poznania, jako pewnego połączenia danych, zestawienia faktów.

Prawdopodobnie Jezus jako dziecko nie różnił się niczym od swoich rówieśników. Po dwunastu latach od Jego narodzin Józef miał prawo przywyknąć do tego codziennego obrazu zwykłego chłopca. Zatarły się w jego pamięci cudowne wydarzenia z Betlejem i Egiptu. Od lat pewnie nie miewał niezwykłych snów, nie było znaków ani widzeń a zwykłą codzienność nie nakazywała myśleć wm niebiańskich kategoriach o cudownym skarbie, jaki znajdował się pomiędzy Józefem a Maryją. Cieśla zapewne też nie miał większych skłonności do przeglądania w pamięci “albumu rodzinnego” i rozważania niezwykłych wydarzeń sprzed lat, co było raczej udziałem jego Oblubienicy. Żyjąc zwyczajnością i mocno stąpając po ziemi nie był przygotowany na to, że Jezus zacznie chodzić innymi ścieżkami, aniżeli te od dawna wydeptywane.

Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników… (Łk 2,44)

Może się okazać, że Pana nie ma tam, gdzie spodziewalibyśmy się Go spotkać. Przecież pielgrzymi po odbyciu pobożnego nawiedzenia świętego miejsca, winni mieć Pana pomiędzy sobą. Powstaje tu pytanie o autentyczność naszej pobożności – jeśli z niej nic nie wynika, żadna przemiana życia, żadne zadziwienie się cudami (nawet tymi codziennymi) Pana, żadna głębia relacji z Nim, wreszcie żadna zmiana życia – to po co komu taka pobożność!

Na marginesie odnotujmy, że dziś pośród pątników, rzadko byśmy odnaleźli mężczyzn na miarę św. Jóżefa. Nie chodzi tu bynajmniej o herosów, nadludzi świętości, ale o prostą, może nawet chropowatą zwyczajność pokory i zaufania Bogu.

Wielu mężczyzn nie odnajduje się w Kościele, pośród ludzi pobożnych. Odrzuca ich nie tylko wszelki fałsz, konieczność poddania się kapłanowi, czy wewnętrzny brak tolerancji na pewne rodzaje kobiecej pobożności dominujące w naszych świątyniach, ale także głębokie niezrozumienie celu – po co jest Kościół, po co modlitwa, po co spowiedź. Nie otrzymali instrukcji obsługi do pobożności i Kościoła – zarówno tej intelektualnej, jak i osobowej. Nie mieli w domu wzorca człowieka wiary i sprawiedliwości na miarę św. Józefa. Jest to zmiana pokoleniowa, bo jeszcze kilkadziesiąt lat temu, można było w polskich rodzinach taki wzorzec wiary i sprawiedliwego, uczciwego życia znaleźć.

…uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. (Łk 2,44)

W tym miejscu warto podkreślić, że więzy krwi nie są wartością absolutną. Chrystus uczynił nową rodzinę, opartą o posłuszeństwo woli Bożej, jako jedyne kryterium bliskości ze sobą. Co jednak robić, gdy rodzina doświadcza rozkładu poprzez życie w kłamstwie, albo ubóstwianiu tego, co przyziemne?

Dramatyczne są te rodziny, w których mężczyzna starając się bronić swojej – pobłogosławionej przecież przez Boga – roli głowy domu, a jednocześnie odrzuca jednoczący charakter bożej prawdy, wspólnej modlitwy, walki o łaskę uświęcającą, wojny wydanej grzechowi. Wyczuwając słuszność swego powołania, jednocześnie pozbawia się jedynych narzędzi, które mogłyby scementować rodzinę. Doprowadza to do tragedii, zawiedzionych oczekiwań (także wobec Boga i Kościoła) i samotności.

Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy, szukając Go. (Łk 2,45)

Tu znowu dotykamy jednego z aspektów wielkości Józefa z Nazaretu – zdolności do uczenia się w swoim życiu, do zmiany, czyli – mówiąc językiem duchowym – do nawracania się. Józef zawraca do Jerozolimy, do podstaw, do źródła. Nie obraża się na rzeczywistość, nie tupie nogami, nie histeryzuje, nie oskarża swej żony i całego świata. Milcząc (ale z troską, o czym, później zaświadczy Maryja) musi cofnąć się do miejsca, w którym po raz ostatni widział Jezusa. Symbolicznie – kiedy gubisz Pana, to w sobie odnajdź powody tego zagubienia, nie szukaj problemu poza sobą, ale w sobie, nie kwestionuj innych ale siebie.

Józef jest wolny od dyktatu własnych emocji, co nie znaczy, że ich nie przeżywa. Jest jednak ponad koniecznością przywiązywania do nich (jak i do swojego zdania ) nadmiernej wagi. Wielu współczesnych mężczyzn żyje natomiast w przymusie przeżywania, który może zrobić z nich domowych lub firmowych tyranów, albo nieradzących sobie z życiem mięczaków.

Musiał zgodzić się, aby obumarło w nim dotychczasowe przekonanie o swoim synu, o Bogu, o rodzinie. Św. Józef nie bez przyczyny jest patronem dobrego umierania!

Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. (Łk 2,46-47)

Józef odnajduje Jezusa w świątyni, w miejscu świętym, ale nie przy ołtarzu ofiarnym (sam Jezus będzie ofiarą i ołtarzem), ale między uczonymi w Słowie Bożym. Wydaje się nawet, że tamtejsi rabini są bardziej przejęci mądrością Słowa Wcielonego, aniżeli sam Józef. W końcu o nim nie mówi Ewangelia, że zachowywał wszystkie te sprawy w swoim sercu…

Możemy odnaleźć w tym fragmencie zachętę do współczesnego mężczyzny, aby ze wszech miar wracał do Słowa. Nie tylko do słuchania Słowa Bożego (jakoś trzeba usłyszeć co robić, a niby gdzie to usłyszeć, jak nie w Słowie? We własnych emocjach, w zachciankach, we własnej dumie lub pysze?) ale do prób zrozumienia siebie i świata. Słowo to Logos, czyli także “wewnętrzna racjonalność rzeczy i uporządkowanie”. Jeśli mężczyzna nie uporządkował sobie świata zgodnie z obiektywną prawdą zawsze będzie błądził i chodził po omacku.

Racjonalność działań, porządkowanie wzburzonych fal emocjonalności niewiasty, zdolność do uczenia się i obiektywizacji własnych przekonań – oto konieczne cechy mężczyzny, jakie uobecnia św. Józef.

Dołączmy do tego przedsiębiorczość, wsłuchiwanie się w wolę bożą, pobożność opartą nie o emocje, ale silnie zakorzenioną w rzeczywistości. Zdolność do traktowania błędów i porażek jako lekcji, a nie emocjonalnego końca świata.

A dzisiaj? Warto do tej listy cech dodać niezłomność w codziennej walce o wychowanie dzieci, wzięcie totalnej odpowiedzialności za swoją rodzinę, ochronę najbliższych przed grzechem ciężkim i zepsuciem, kształtowanie siebie w celu bycia jasnym (co nie znaczy bezgrzesznym i nie popełniającym błędów) punktem odniesienia dla innych.

Zanegować własne „ja”…

Na progu Wielkiego Postu Pan wzywa do zaparcia się siebie.

Użyty w tym miejscu czasownik arneomai (lub aparneomai) oznacza wypierać się czegoś, zaprzeczyć, zanegować coś. W trybie rozkazującym występuje tylko w tym wymogu przekazanym przez wszystkich trzech ewangelistów synoptycznych (Mt 16, 24; Mk 8, 34; Łk 9, 23) po pierwszej zapowiedzi męki i śmierci Jezusa. Wyprzeć się siebie oznacza tu niejako zapomnieć o sobie, odrzucić własne pragnienia i dążenia i całkowicie zrezygnować z ich zaspokojenia. Ta rezygnacja z siebie nie jest jednak celem samym w sobie, lecz
prowadzi do podporządkowania swojej woli nakazom Jezusa oraz do życia zgodnie z Jego nauką. Nie oznacza to, że wszystkie ludzkie pragnienia, dążenia i życiowe cele są złe same w sobie. Uczeń Chrystusa ma je odrzucić, ponieważ zadania i cele przekazane mu przez Mistrza są o wiele ważniejsze i mają na względzie nie tylko własne dobro, lecz zbawienie wielu. Dlatego Jezus domaga się od niego pełnej dyspozycyjności i gotowości do wyrzeczeń.

(Nowy Komentarz Biblijny)

Nadchodzi…

Lecz także teraz jeszcze — wyrocznia Pana! — nawróćcie się do mnie całym sercem swoim i w poście, i płaczu, i żalu!
I rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty wasze! Nawróćcie się do Pana, Boga waszego, gdyż dobry On jest i miłosierny, wielkoduszny i pełen łaskawości i daje się za złości przebłagać.
Może będzie można się spodziewać, że się nakłoni i przebaczy, oraz błogosławieństwo po sobie zostawi: ofiary z pokarmów i płynów dla Pana, Boga waszego!
Uderzcie w róg na Syjonie! Ogłoście post, zwołajcie zgromadzenie, zbierzcie lud, zwołajcie gminę (świętą społeczność), zgromadźcie starców, zbierzcie razem dzieci i niemowlęta od piersi! Niech młody małżonek wyjdzie ze swojej komory, a młoda małżonka ze swojej komnaty!
Między przedsionkiem a ołtarzem niech płaczą kapłani, słudzy Pana! Niech mówią: „Miej litość, Panie, nad ludem Twoim i nie wydawaj dziedzictwa swego na hańbę, aby poganie z nas nie szydzili (nie zapanowali nad nami)! Dlaczego mają mówić między narodami: Gdzież jest Bóg wasz?”
Oto Pan okazał troskę o kraj swój i oszczędził lud swój. (Jl 2,12-18)

Zapewne wiele homilii w dniu dzisiejszym będzie się rozpoczynało podobnie: Oto kolejny już Wielki Post w naszym życiu…

No właśnie.

I co z tego wynika? Czemu w tym akurat momencie przeżywasz wezwanie do rozdzierania serca? Czy może nie dlatego, że – w przeciwieństwie do Serca Ukrzyżowanego Pana – robisz wszystko, aby swego serca nie rozedrzeć? Przecież prędzej, czy później, coś ci to serce rozbije, zrani, stłucze, albo doda takiego ciśnienia, że ulegnie zawałowi.

Co jest twoim celem postu na dzień dzisiejszy? Delikatny lifting swej pobożności? Wypełnienie przepisu, które automatycznie zalicza cię do kręgu osób porządnie wierzących? A może nie masz żadnego wyraźnego celu – “tak trzeba”, myślisz, i tyle.

A do czego zaprasza Słowo?

Powstrzymanie Dnia Pańskiego – oto cel postu, który jest nieodłącznym elementem pokuty za grzechy!

Nawrócić i rozedrzeć serce – oto cel postu, który ma choć trochę przybliżyć nasze serca do Najświętszego Serca Pana!

Patrząc dookoła widzisz chyba, że Dzień Pański się zbliża. Prorok Joel wspomina o tym kilka wersetów przed fragmentem, który czyta się dzisiaj jako pierwsze czytanie liturgiczne:

Dmijcie w róg na Syjonie, a wołajcie na górze mej świętej! Niechaj zadrżą wszyscy mieszkańcy kraju, bo nadchodzi dzień Pański, bo jest już bliski. Dzień ciemności i mroku, dzień obłoku i mgły. (Jl 2,1-2)

Jeśli jednym z elementów tego dnia ma być tryumf pogan, to jesteśmy coraz bliżej takiej chwili. Dlatego prorok wzywa “świętą społeczność”, aby wołała do Pana o litość i zmiłowanie: “aby poganie z nas nie szydzili”, czy – w innym tłumaczeniu – “aby nie zapanowali nad nami”. Problemem wielu katolików jest, że nie mają nic przeciwko temu, aby stać się sługami pogaństwa… Jakie będą tego skutki?

Św. O. Pio na początku 1950 r. miał wypowiedzieć następujące proroctwo:

Dobrze pozamykajcie i uszczelnijcie okna. Nie wyglądajcie na zewnątrz, dokładnie zakryjcie okna. Moi wybrani nie powinni widzieć Mojego gniewu. Miejcie ufność we Mnie, Ja będę waszą obroną. Wasza wiara zobowiązuje Mnie do przybycia wam z pomocą. Noc będzie bardzo zimna. Wiatr zacznie przeraźliwie huczeć i wyć. Po krótkim czasie usłyszycie grzmoty. Zamknijcie wszystkie drzwi i okna. Z nikim nie rozmawiajcie z zewnątrz. Padnijcie przed krzyżem, żałujcie za grzechy i błagajcie o opiekę Mojej Matki. Nie patrzcie przez okno podczas trzęsienia ziemi, ponieważ gniew Boga jest święty. Szatan zatryumfuje. Jednak po trzech nocach ogień i trzęsienia ziemi ustaną. Następnego dnia słońce znów wzejdzie i oświeci ziemię. Jak tylko nadejdą całkowite ciemności, nikt nie powinien opuszczać swego domu lub wyglądać przez okno. Ciemności będą trwały dzień i noc, kolejny dzień i kolejną noc, i jeszcze jeden dzień. Lecz następnej nocy gwiazdy znów wzejdą na niebie, a przy nadchodzącym dniu ponownie ujrzycie blask słońca i będzie to czas wiosny. W ciągu dnia ciemności Moi wybrani nie powinni spać, jak uczniowie w Ogrodzie Oliwnym. Muszą się modlić nieprzerwanie, a nie zawiodę ich. Zbiorę Moich wybranych. Piekło uwierzy, że włada całą ziemią, a Ja ją odzyskam. Wielu Mnie przeklnie, a mimo to tysiące dusz ocali się przeze Mnie. Żadne ludzkie rozumowanie nie jest w stanie pojąć głębin Mojej miłości. Zniszczenia będą ogromne. Ale Ja, wasz Bóg, oczyszczę ziemię.

Modlitwa, zamknięcie się w swojej małej “izdebce”, wytrwała ufność – oto co radzi Chrystus poprzez O. Pio. Można do tego dodać, to, do czego wzywa dziś Joel – post, płacz i żal.

Poprzez okres pokuty, zmianę sposobu myślenia, większe przylgnięcie do Ewangelii muszę odkryć w Chrystusie Zbawcę, który przeprowadzi mnie ze śmierci i ciemności do życia i światła. Dzień Pański musi stać się dla mnie światłością! Aby tak się jednak stało trzeba bym na nowo odkrył w sobie proch, marność, miernotę, znikomość. Hebrajskie słowo “hewel” określające proch, łączy się brzmieniowo z imieniem Abel. Odkryć w sobie bardziej Abla niż Kaina – oto zadanie na czas najbliższych czterdziestu dni. A kogo we mnie widzi bardziej Bóg?

Proch powstaje wskutek spalenia czegoś, albo rozbicia czegoś. Co więc musi w tobie spłonąć, albo jaki kamień trzeba w sobie rozbić? Wydaje ci się, że popiół, że proch nie ma żadnej wartości? Że twoje życie spopielone i rozbite będzie bez sensu? Jedynie światło Paschy nada mu sens! A do tego trzeba się przygotować.

Po czym poznasz, że uśmierzył się gniew Pański nad twoją głową? Według słów Joela, po chwili, w której zapragniesz coś dać z siebie Panu, szczerze i prawdziwie, i będziesz rzeczywiście miał co oddać. Z twego rozdartego serca popłynie pieśń chwały dla twego Boga.

Że brzmi to jak abstrakcja?

Ano właśnie…

Rozpoznać Bożą chwałę.

Żyć adoracją to przeżywać dzień ze stałą świadomością Jego obecności. I nie chodzi tu o przerażającą myśl o strasznym Bogu, który śledzi każdy mój krok, aby sprawdzić na ile przestrzegam Jego zasad i powinności, ale o pokorną obecność Baranka, który mi się ofiarowuje i chce we mnie i przeze mnie uświęcać czas i przestrzeń. Przeżywając codzienność w ten sposób nauczę się życia będącego jednocześnie chwałą Boga. Miejscem, w którym uczę się takiego stylu życia jest adoracja. Tam poznaję uniżenie Boga i Jego pokorę. Tam rozpoznaję, jak cierpliwie Pan czeka na mnie. Tam rozpoznaję wierność, jaką Pan ma wobec obietnic jakich udzielił. Tam uczę się ciszy i pokornego czekania na Jego łaskę. Tam wreszcie, poznawszy – w przejawach Jego działania, zapisanych w historii, zarówno świata, jak i mojej osobistej –  jak dobry jest mój Bóg, mogę dojść do prawdziwej i autentycznej radości i uwielbienia.

To wszystko zawiera w sobie pieśń, jaką wyśpiewała Najświętsza Maryja Panna przyjąwszy słowo Archanioła i prorockie słowo św. Elżbiety. Gabriel odsłonił przed Maryją zamysł Boży, jako pokorną propozycję Najwyższego, Elżbieta zaś potwierdziła szczególne wybranie Maryi oraz słuszność drogi, jaką postępowała Ta, która “uwierzyła w spełnienie słów powiedzianych od Pana” – drogi ufności i zawierzenia.

I rzekła Maryja: Uwielbia dusza moja Pana.

Duch mój weselem się napełnił dzięki Bogu, mojemu Zbawicielowi, że spojrzał na taką małość swojej służebnicy.

Bo oto odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, że mnie On, Możny, tak wielkie rzeczy uczynił. Święte Jego imię!

Jego miłosierdzie przez pokolenia i pokolenia dla żyjących w Jego bojaźni.

Okazał w dziełach moc swojego ramienia, rozproszył unoszących się pychą w myślach serc swoich.

Strącił możnych ze stołków, a małych uczynił wielkimi.

Cierpiących głód napełnił dobrami, a bogatych z gołymi rękami odprawił.

Ujął się za Izraelem, swoim sługą, aby pamiętano o Jego miłosierdziu,

jak powiedział do naszych przodków: Abrahamowi i jego potomstwu na wieki. (Łk 1,46-55)

Dietrich von Hildebrand napisał:

Bóg musi się objawić naszemu duchowi w swej nieskończonej chwale, a my musimy na nią odpowiedzieć w świętej radości i miłującym uwielbieniu. (…) Cieszymy się z tego, że istnieje prawda, że istnieje ten oto dobry, szlachetny człowiek, że jest coś takiego jak niebo usiane gwiazdami czy wspaniałe dzieło sztuki. Tu wszakże chodzi o radość z tego, że to, co ma byt absolutny, jest nieskończenie doskonałe i że to coś nieskończenie wspaniałe jest Osobą. Jakież nieskończone wzmożenie rzeczywistości dobra zawiera się w fakcie, że summum bonum, najwyższe dobro, nie jest niemym, nieosobowym bytem, jakąś ideą czy zasadą jedynie, lecz Osobą, która mówi do nas: “Ego sum qui sum”- “Jestem, który jestem”, Osobą absolutną, w której spełnia się kwintesencją wszelkich wartości, która nas stworzyła i utrzymuje przy istnieniu, która nas tak ogarnia i posiada, jak to może czynić tylko osoba. Chwała Boga musi ugodzić nas w serce, a my w wielbiącej miłości musimy paść na kolana i całkowicie oddać się Bogu. Musimy udzielić owej czystej odpowiedzi, w której punkt ciężkości przenosimy z siebie na Boga, tak że chwała Boża sama w sobie jest źródłem najczystszej radości. “Deus meus et omnia” – “Bóg mój i wszystko” (św. Franciszek z Asyżu).

Do poznania chwały Bożej i odpowiedzi na nią musi jednak dojść drugi element: konfrontacja naszej własnej osoby z Bogiem. W obliczu Boga uświadamiamy sobie naszą grzeszność i nicość. Mówimy ze św. Franciszkiem: “Kim Ty jesteś, a kim ja jestem?”. (…) Jeśli tkwimy w pysznej, ślepej na wartości postawie, która szuka zadowolenia tylko we własnej chwale, zaś absolutnej chwale wartości przeciwstawia bezsilną niechęć, to żadne objawienie Bożej chwały nic nam nie pomoże. Zamiast radosnego oddania się Bogu wywoła ono pełen pychy gest Lucyfera, który chciałby Boga zdetronizować.

Maryja jest pełna radości z powodu Bożego działania. Jej przekonanie o dobroci Boga wiernego swym zapewnieniom, o Jego sprawiedliwości o miłosierdziu, o “wywyższeniu pokornych” obficie wypełnia serce Maryi. To samo serce, pod którym spoczywa Syn Boży – żywy dowód bożej litości nad słabym człowiekiem.

Jeśli adoracja ma stać się uwielbieniem – a więc już nie modlitwą przebłagania, prośby czy nawet słuchania – musi być zakotwiczona w bożym działaniu a następnie zostać przełożona na dziękczynienie. W uwielbieniu bezradność grzesznika przemienia się w radość z obdarowania. W doświadczenie – przede wszystkim intelektualne, poznawcze – Daru, w którym człowiek rozpoznaje swoje “nic” ale od razu widzi, że jest ono wypełnione niewyobrażalną Łaską. Może przydarzyło Ci się to doświadczenie po jakiejś spowiedzi. Przystępując do niej otaczała cię beznadzieja i rezygnacja, ale otrzymane przebaczenie przyniosło myśl o niepojętej Miłości, tak potężnej i absolutnej, że przekraczającej zdolność ludzkiego kochania i pojmowania! I nie chodzi tu o rodzaj sentymentu czy afektu, nie! Chodzi o czyste rozpoznanie takiej bezinteresownej afirmacji, do której nikt z nas nie jest zdolny. Co więcej owe afirmujące przyjęcie proszącego o przebaczenie grzesznika nie zatrzymuje się na samym akcie przebaczenia, nie, ono biegnie dalej i wyraża się w nieustannym podtrzymywaniu słabego człowieka w przeróżnych przejawach jego życia. Podtrzymywaniu tym skuteczniejszym i pełniejszym o ile człowiek wchodzi w boży zamysł i realizuje boży plan.

Odkrycie, a może raczej odkrywanie, dobroci Boga działającego, musi prowadzić do zachwytu nad Bogiem i do pragnienia powiększania Jego chwały.

Medytując hymn Maryi widzimy Jej zmysł realizmu. To wyczucie rzeczywistości nie prowadzi jednak do narzekania, lęku o siebie czy przyszłość, rozpaczy, depresji, ospałości, ani do ucieczki od planu bożego. Maryja w swojej małości a także w przejawach mocy (“strącił z tronu możnych”) widzi działanie Łaski, Opatrzność, czyli dobroć Boga! Można zadać sobie pytanie, czemu zmysł realizmu, którym się szczycimy, nas prowadzi do czegoś wręcz przeciwnego? Maryja poznaje świat przez pryzmat Boga, my zaś poznajemy świat przez pryzmat samych siebie skupiając się na naszej bezradności.


Czy dostrzegasz dobroć Boga w swoim życiu i w życiu oddanych i ludzi?

Czy dziękujesz Bogu za Jego dobroć? Czy napełnia cię ona radością? Jeśli nie to co cię cieszy?

Co robisz, aby przeżywać dzień “w obecności Pana”, czyli ze świadomością, że On jest, chce ci towarzyszyć i przez ciebie czynić “wielkie rzeczy”?

« Older posts Newer posts »

© 2019 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑