Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: Styczeń 2011 (Page 1 of 7)

Wspomnienie św. Jana Bosko, prezbitera

Poniedziałek, 31 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 11, 32-40
I co jeszcze mam powiedzieć? Nie wystarczyłoby mi bowiem czasu na opowiadanie o Gedeonie, Baraku, Samsonie, Jeftem, Dawidzie, Samuelu i o prorokach, którzy przez wiarę pokonali królestwa, dokonali czynów sprawiedliwych, otrzymali obietnicę, zamknęli paszcze lwom, przygasili żar ognia, uniknęli ostrza miecza i wyleczyli się z niemocy, stali się bohaterami w wojnie i do ucieczki zmusili nieprzyjacielskie szyki. Dzięki dokonanym przez nich wskrzeszeniom niewiasty otrzymały swoich zmarłych. Jedni ponieśli katusze, nie przyjąwszy uwolnienia, aby otrzymać lepsze zmartwychwstanie. Inni zaś doznali zelżywości i biczowania, a nadto kajdan i więzienia. Kamienowano ich, przerzynano piłą, kuszono, przebijano mieczem; tułali się w skórach owczych, kozich, w nędzy, w utrapieniu, w ucisku – świat nie był ich wart – i błąkali się po pustyniach i górach, po jaskiniach i rozpadlinach ziemi. A ci wszyscy, choć ze względu na swą wiarę stali się godni pochwały, nie otrzymali przyrzeczonej obietnicy, gdyż Bóg, który nam lepszy los zgotował, nie chciał, aby oni doszli do doskonałości bez nas.
EWANGELIA Mk 5, 1-20
Jezus i uczniowie Jego przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. Ledwie wysiadł z łodzi, zaraz wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on stale w grobach i nawet łańcuchem nie mógł go już nikt związać. Często bowiem wiązano go w pęta i łańcuchy, ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. Wciąż dniem i nocą krzyczał, tłukł się kamieniami w grobach i po górach.
Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i krzyczał wniebogłosy: „Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie”. Powiedział mu bowiem: „Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka”. I zapytał go: „Jak ci na imię?” Odpowiedział Mu: „Na imię mi legion, bo nas jest wielu”. I prosił Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy.
A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosili Go więc: „Poślij nas w świnie, żebyśmy w nie wejść mogli”. I pozwolił im. Tak duchy nieczyste wyszły i weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach, a ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie legion, jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic.
Gdy wsiadł do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł zostać przy Nim. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: „Wracaj do domu, do swoich, i opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą”. Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus z nim uczynił, a wszyscy się dziwili.

Jedni znoszą cierpienie ze względu na Boga, w wierze. Innie dodają sobie cierpienia ze względu na samych siebie, na jakieś demoniczne uwiedzenie. Łączy ich ból. Cierpią jednako. A On stoi wobec tych i tych, jak propozycja, którą przecież jest. Można Mu powiedzieć – Przyjdź! Można – Odejdź z naszych granic. Zrobi to, o co prosimy.

Jezus jest odpowiedzią dla każdego cierpiącego. Niełatwą, bo aby ją przyjąć trzeba oddać coś ze swego skarbu, jakim staje się ból – wszelki ból, czy to niezawiniony, czy to konsekwencje grzechu. Samotność, rozczarowanie, poczucie zdrady, ból fizyczny, starość, niedołęstwo, ograniczenie wskutek choroby – wszystko trzeba Mu oddać. Co wtedy zostanie? Co będzie stanowiło o mnie, jak zabraknie tego, co najwyraźniejsze?

W Listach Nikodema, przepięknej książce Jana Dobraczyńskiego, Jezus mówi Nikodemowi, cierpiącemu z powodu umierającej córeczki – daj mi swój krzyż. W zamian weź mój.

To zaproszenie do szczególnej więzi.

Nie katuj się, mówi Pan. Nie oskarżaj. Wyjdź z grobu, choćby był jedynym twoim schronieniem. Nie krzycz już dniem i nocą. Nie tłucz się kamieniami, jakbyś tylko wtedy czuł, że żyjesz gdy cię boli. Na nic peta i łańcuchy – rwiesz je, bo tłamszą jedyne źródło twojej wolności jaka jest ból. Zaufaj mojemu krzyżowi. On pokona demona rozpaczy, który wmawia ci kłamstwo beznadziei!

IV Niedziela Zwykła

Niedziela, 30 I 2011 r.

I CZYTANIE So 2, 3; 3, 12-13
Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, może się ukryjecie w dzień gniewu Pana. Zostawię pośród ciebie lud pokorny i biedny, a szukać będą schronienia w imieniu Pana. Reszta Izraela nie będzie czynić nieprawości ani mówić kłamstwa. I nie znajdzie się w ich ustach zwodniczy język, gdy paść się będą i wylegiwać, a nie będzie nikogo, kto by ich przestraszył.
II CZYTANIE 1 Kor 1, 26-31
Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu. Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, upodobał sobie w tym, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło przed obliczem Boga. Przez Niego bowiem jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby jak to jest napisane, „w Panu się chlubił ten, kto się chlubi”.
EWANGELIA Mt 5, 1-12a
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie”.

Mam wrażenie (ale sądzę po sobie, więc mogę się mylić) że wydaje nam się, iż nie dorastamy i nie wierzymy do owej Konstytucji Królestwa, która proklamuje dziś Chrystus. Dlatego nie jest ona dla nas słowem mocnym, zdolnym przemienić życie. Raczej brzmi jak smutna konieczność, albo (w najlepszym wypadku) jak tania psychoterapia z motywem religijnym. „Jest ci źle, to będzie lepiej”. Rzeczywiście, cholernie pocieszające…

Bo przecież, tak naprawdę, to wielokrotnie (”i na różne sposoby” chciałoby się dodać) doświadczamy pustki duchowej (a przecież krok dzieli ją od bycia anawim Jahwe – ubogimi Pana), wielokrotnie wylewamy łzy, milkniemy przybici bólem, szukamy sprawiedliwości, ogarnia nas miłosierdzie, marzymy o powrocie do utraconej niewinności, szukamy pokoju, cierpimy niesłusznie. A ile w życiu urągania zniesiemy, to sam Pan Bóg raczy wiedzieć.

Właśnie, Pan Bóg.

Bez Niego, to wpisywanie siebie na listę błogosławionych, wygląda bardziej na użalanie sie nad sobą. Bo przecież pustka duchowa to nie prostota serca, łzy z powodu własnej głupoty to nie niezawinione cierpienie, na co dzień wrzeszczymy bez opamiętania na własny temat, sprawiedliwość musi być zawsze po naszej stronie, miłosierdzia chcemy dla samych siebie, czyste serce nawet nie wydaje nam się atrakcyjne i gdybyśmy mogli to popełnialibyśmy pewne grzechy raz jeszcze, pokój Boży myli nam się ze świętym spokojem, cierpimy gdy ktoś śmie mieć inne zdanie niż my. A z Jego powodu to nikt nam raczej nic nie robi, bo nie widać zbytnio byśmy my sami coś z Jego powodu czynili.

Dzieje się tak, bo jesteśmy ważniejsi dla siebie aniżeli On.

To każdy z nas zasiada na szczycie góry, zwanej życiem i naucza sam siebie.

A przecież… Wystarczyłoby posłuchać Pawła, który dziś z niezmącenie spokojnym realizmem przyznaje: Bóg wybrał to, co głupie, niemocne, słabe. On ma w tym upodobanie. Tylko tak może zalśnić Jego moc.

Tacy jesteśmy. Słabi. Głupi. Niemocni, choć udający siłaczy trzymających pod kontrola pół świata. Wzgardzeni, często sami przez siebie. Z maskami na twarzach. Pełni lęku, że ktoś odkryje jacy naprawdę jesteśmy.

Zapłakani chłopcy zostawieni w ciemnym pokoju i udający odważnych szeryfów.

Dziewczynki z zapałkami nie przyjmujące do wiadomości zimy, biedy i tego, że od dawna nikt nic u nich nie kupił.

A wystarczyłoby wpuścić do tego wszystkiego Boga. Pokazać Mu nasza biedę. Wypłakać Mu nasz paniczny lęk. I pozwolić by do nasz przemówił, aby dokonał owej cudownej wymiany, która przemienia światy. Abyśmy byli na nowo – przez Niego. Nie w sobie, nie przez siebie – przez niego. Wtedy Kazanie na Górze stanie się nie tylko etyczną poezją, ale prawdziwą propozycją. Wtedy, gdy pod swoje ego każdy z nas podstawi Chrystusa.

A wtedy – już nie puści, ale prości z Nim

– płaczący na widok Jego ran

– cisi, bo brak słów na wyrażenie miłości

– potrzebujący Jego sprawiedliwości

– wybaczający, bo i On nam wybacza, a nie mamy jak się odpłacić

– tęskniący za patrzeniem na Niego

– szukający pokoju, który leczy rany serc złamanych

– przetrzymujący cierpienie ze względu na miłość

– znoszący prześladowanie, bo będzie widać, że nie żyjemy dla siebie.

Bajka?

A może konieczność… „Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, może się ukryjecie w dzień gniewu Pana.”

Sobota III tygodnia Okresu Zwykłego

Sobota, 29 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 11, 1-2. 8-19
Wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy. Dzięki niej to przodkowie otrzymali świadectwo.
Przez wiarę ten, którego nazwano Abrahamem, usłuchał wezwania Bożego, by wyruszyć do ziemi, którą miał objąć w posiadanie. Wyszedł nie wiedząc, dokąd idzie. Przez wiarę przywędrował do Ziemi Obiecanej jako ziemi obcej, pod namiotami mieszkając z Izaakiem i Jakubem, współdziedzicami tej samej obietnicy. Oczekiwał bowiem miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg.
Przez wiarę także i sama Sara mimo podeszłego wieku otrzymała moc poczęcia. Uznała bowiem za godnego wiary Tego, który udzielił obietnicy. Przeto z człowieka jednego, i to już niemal obumarłego, powstało potomstwo tak liczne, jak gwiazdy niebieskie, jak niezliczony piasek, który jest nad brzegiem morskim.
W wierze pomarli oni wszyscy, nie osiągnąwszy tego, co im przyrzeczono, lecz patrzyli na to z daleka i pozdrawiali, uznawszy siebie za gości i pielgrzymów na tej ziemi. Ci bowiem, co tak mówią, okazują, że szukają ojczyzny. Gdyby zaś tę wspominali, z której wyszli, znaleźliby sposobność powrotu do niej. Teraz zaś do lepszej dążą, to jest do niebieskiej. Dlatego Bóg nie wstydzi się nosić imienia ich Boga, gdyż przysposobił im miasto.
Przez wiarę Abraham wystawiony na próbę ofiarował Izaaka, i to jedynego syna składał na ofiarę, on, który otrzymał obietnicę, któremu powiedziane było: „Z Izaaka będzie dla ciebie potomstwo”. Pomyślał bowiem, iż Bóg mocen wskrzesić także umarłych, i dlatego odzyskał go jako podobieństwo śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.
EWANGELIA Mk 4, 35-41
Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do uczniów: „Przeprawmy się na drugą stronę”. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim.
Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź się już napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się”. Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: „Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?”

Przez wiarę…

Odczytajmy dzisiejsze słowo najprościej jak można. Jako pytanie o naszą wiarę, czyli (tłumacząc z niezamierzonej nowomowy kościelnej) o zaufanie do Boga, ale także do tego sposobu funkcjonowania, działania, podejmowania decyzji, w którym kierujemy się zasadami Ewangelii. Zdaję sobie sprawę, że sformułowanie „zasady Ewangelii” brzmi nieco sztywno, zbyt chłodno i bezosobowo. Więc inaczej – sposób życia, w którym zawsze patrzę na świat poprzez Boże spojrzenie. Teraz tez niezbyt dobrze, bo jakoś poetycko. Więc, jak żyć „przez wiarę”?

Abraham, Sara, Izaak – szli nie wiedząc, ale wierząc. Szli niejako po własnych śladach, po tropach owocności swoich decyzji. Może i w ciemno, ale światłem było im potwierdzenie, jakiego doznawali przed Nim. A jednocześnie nie mogli przyzwyczaić się za bardzo do poszczególnych etapów swej wędrówki, pamiętając, że środek nie jest celem.

Wiara jest pielgrzymką, w której ufasz Przewodnikowi. Celem jest On sam, a raczej chwila (zwana czasami wiecznością) w której usiądziesz przy Nim w fotelu doświadczając pokoju (nie mylić ze spokojem). Każdy krok na owej drodze jest niejako stawiany z pewnym poczuciem ryzyka – nie wiesz do końca, gdzie wyląduje twoja stopa. Lecz gdy już postawisz krok, wówczas okazuje sie, ze i grunt pewny a i horyzont bardziej sie rozjaśnia. Patrzysz w tył i widząc ile już przeszedłeś wiesz już, że warto trzymać się tego szlaku.

Czasami wydaje ci się, że droga jest zbyt trudna, że boli, że już nie wiesz jak i gdzie. Potem okazuje się, że jesteś niesiony. Jego ręce staja się ochroną, choć o tyle specyficzną, że masz wrażenie, że wcale ich nie ma. To dowód wielkiej delikatności Przewodnika. Zwykle krzyczysz wtedy, jak uczniowie w łodzi: „Nic Cie to nie obchodzi, że ginę”? A zaraz potem, gdy fale ustają znów dziwisz się: „Kim właściwie On jest?”…

Zresztą… To wiara, która szuka zrozumienia zadaje sobie takie pytania. Nawet poprzez wiarę nie wiesz jeszcze kim On jest. Poznajesz to dopiero. Więc nie oczekuj, że poznasz Boga ot tak, już, natychmiast. Zaraz po pierwszym kroku. Zaufaj, a poznanie przyjdzie wraz z każdym kolejnym dniem. Nauczysz sie poznawać.

Wspomnienie św. Tomasza z Akwinu, prezbitera i doktora Kościoła

Piątek, 28 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 10, 32-39
Przypomnijcie sobie dawniejsze dni, kiedyście to po oświeceniu wytrzymali wielką nawałę cierpień, już to będąc wystawieni publicznie na szyderstwa i prześladowania, już to stawszy się uczestnikami tych, którzy takie udręki znosili. Albowiem współcierpieliście z uwięzionymi, z radością przyjęliście rabunek waszego mienia, wiedząc, że sami posiadacie majętność lepszą i trwałą. Nie pozbywajcie się więc nadziei waszej, która ma wielką zapłatę. Potrzebujecie bowiem wytrwałości, abyście spełniając wolę Bożą, dostąpili obietnicy. Jeszcze bowiem za krótką, za bardzo krótką chwilę przyjdzie Ten, który ma nadejść, i nie spóźni się. A mój sprawiedliwy z wiary żyć będzie, jeśli się cofnie, nie upodoba sobie dusza moja w nim. My zaś nie należymy do odstępców, którzy idą na zatracenie, ale do wiernych, którzy zbawiają swą duszę.
EWANGELIA Mk 4, 26-34
Jezus mówił do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”.
Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.
W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

Nie pozbywajcie się więc nadziei waszej…

Potrzebujecie bowiem wytrwałości…

– w obliczu piętrzących się trudności, w chwilach „kolejnego” upadku w „te same” grzechy, wobec gniewu bezsilności na siebie, czy na innych, czołga się do naszych serc pokusa, o której pisze św. Paweł: pozbycia się nadziei. My raczej byśmy powiedzieli, że to nadzieja nas opuszcza. Św. Paweł zaś mówi: nie pozbywajcie się nadziei.. Narzekając i rozpaczając z powodu trudności, zapominamy o nadziei, którą Bóg złożył w nasze serca; ona trwa w nas i bynajmniej to nie ona odchodzi, lecz my skutecznie wyrzucamy ją ze swego życia – wątpiąc. Tym samym przyznajemy racje słabości, grzechowi, pozwalamy zwyciężyć ciemności.

Dziś wspominamy największego teologa wszechczasów – św. Tomasza z Akwinu; teologa, filozofa, poetę, mistyka. Jednakże dzisiejszy Kościół jakby wstydził się tego swojego wiernego syna. Dlaczego? Trudno przyznawać się do kogoś, kto ma przeważnie rację, kto na przekór wszystkim wygłasza tezy i udowadnia, że są prawdziwe, kto wypowiedział się niemal na wszystkie tematy z pełnym przekonaniem do swoich racji. Przyzwyczailiśmy się do teologów, którzy mają skrajne poglądy, radykalnie walczą z tym , co trąci starością, krytykują wszystkich za rzekomy brak , tolerancji i elastyczności, atakują Kościół; a jeśli jeszcze okaże się, że rzucili kapłaństwo i związali się z kobietą, czy mężczyzną, to ze zrozumieniem mówi się, że w gąszczu problemów, jakie nastręcza życie i wiara naturalnie jest, że ktoś mógł się zagubić – dobrze, że chociaż jest prawdziwy, nie udaje.

W takiej dobie św. Tomasz – geniusz i do tego „mistrz prawdy”, wydaje się być nie na miejscu, kiedy wszyscy gubią się, grzeszą,  błądzą, świnią się, gdzie wszystko wolno, poza tym, że nie wolno mieć racji.

A skromny Tomasz, był po prostu człowiekiem nadziei – nikt po nim nie uwierzył tak mocno w człowieka, w jego rozum, pragnienie dobra i umiejętność dochodzenia do prawdy; Tomasz wiedział ze do życia, do świata, do znoszenia siebie i innych, do poszukiwania prawdy: potrzebujemy wytrwałości…

Wspomnienie bł. Jerzego Matulewicza, biskupa

Czwartek, 27 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 10, 19-25
Mamy pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez Krew Jezusa. On nam zapoczątkował drogę nową i żywą przez zasłonę, to jest przez ciało swoje. Mając zaś kapłana wielkiego, który jest nad domem Bożym, przystąpmy z sercem prawym, z wiarą pełną, oczyszczeni na duszy od wszelkiego zła świadomego i obmyci na ciele wodą czystą.
Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę. Troszczmy się o siebie wzajemnie, by się zachęcać do miłości i do dobrych uczynków. Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień.
EWANGELIA Mk 4, 21-25
Jezus mówił ludowi: „Czy po to wnosi się światło, by je postawić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, aby je postawić na świeczniku? Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. I mówił im: „Uważajcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma”.

Brzmi to trochę jak: taką miarą, jaką Mnie mierzycie, tak ja was odmierzę. Ale nie chodzi tu o jakąś mściwość Pana Jezusa, raczej o smutne (albo radosne) stwierdzenie faktu. Sposób, w jaki postrzegasz obecność Boga w twoim życiu, stwarza odpowiednią przestrzeń w twoim sercu. Na miarę wiary, niech Ci sie stanie – jak to w wielu miejscach mówił Pan do proszących o cud. Jeśli chowasz narzędzia, poprzez które działa łaska w twoim życiu, jeśli ich nie używasz i pozwalasz aby w szaleństwie samozakłamania przestały być skuteczne – nie dziw sie wówczas, że mało jest Boga, a trud, jakiego doświadczasz wydaje sie być sto razy większy.

Jakie to narzędzia?

A niech będzie to choćby czytanie Pisma św. z wiara, jako słowa dawanego ci przez Pana. Słowa żywego, które odnosi sie do konkretnych postaw, je ocenia i do czegoś wzywa.

A poważne traktowanie kierownictwa duchowego, czy stałego spowiednika – bez sprowadzania tych rzeczywistości do zaspokojenia potrzeby psychoterapii, czy ludzkiej bliskości.

A modlitwa, będąca może nawet walka wbrew sobie o obecność Jezusa.

A może rozmowy z innymi ludźmi wierzącymi, braćmi i siostrami.

A może takim narzędziem są pragnienia jakiegoś innego stylu życia, aniżeli ten pogańsko-światowy. Pragnienia, które, wrzucone pod korzec, przestały świecić pełnym blaskiem i stają się obecnie marnym cieniem samych siebie. Tak kiepskim, ze człowiek sam się zastanawia, jak mógł za czymś takim iść.

A przyjaźń? Prawdziwa miłość, której wspólnym mianownikiem jest jakaś konkretna boża wizja. Być może niegdyś mocno łączyła cię ze współmałżonkiem, czy kimś bliskim, a dziś udało ci się ją zakłamać i wystudzić do temperatury coli z lodówki.

Św. Paweł w pierwszym czytaniu wymienia szereg owych narzędzi, od wiary począwszy, a na wspólnej modlitwie, czy Mszy św. skończywszy. Przestrzega – zbliża się dzień, kiedy odmierzą każdemu z nas, miarą stosowną. Kiedy? Bóg raczy wiedzieć – czyli niedługo.

« Older posts

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑