Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: Marzec 2012 (Page 1 of 4)

DROGA KRZYŻOWA 2012

Tu będzie nieco inaczej. To ja zapraszam Ciebie, Jezu. Pójdź ze mną. Nadaj sensu mojej drodze, upadkom i otchłani. Ty wiesz czym jest ludzka samotność i rozpacz. Chcę Ci pokazać każdy przystanek, jaki uczyniło w moim życiu cierpienie. Przemień je w chwałę, nawet, jeśli wydaje mi się to kompletnie nierealne.

Ale dla Ciebie, Cierpiący i Zmartwychwstały Boże, nie ma nic niemożliwego.

STACJA I

Skazany

Niech jęk pojmanych dojdzie do Ciebie; mocą Twojego ramienia oszczędź na śmierć skazanych. (Ps 79, 11)

Jestem skazany.

I choć nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem do końca niewinny, to spora część wyroku, jaki na mnie ciąży, nie jest moim wyborem, ani skutkiem moich win. Dźwigam w sobie pytania, które boję się wypowiedzieć. Wolę uciec w poczucie klęski, w rozpacz, w lęk przed nieuchronnym – przed pustką, jaka wessie mnie bezpowrotnie.

Kto mnie skazał?

Kto stoi za tym wyrokiem?

Kto umywa ręce, odwracając głowę od konsekwencji własnych decyzji, nie patrząc na skazańca?

Czyj grzech wisi nad moją głową, przez którą przebiegają pełne zawstydzenia myśli?

Dlaczego mam wciąż dźwigać w sobie przekleństwo, którego nie wybrałem? Wszyscy odwracają się ode mnie, idą ku sobie, ku sprawom ważniejszym aniżeli nieuchronność mego losu. Czyż mogę ich za to winić? Jestem sam, tu na placu prokuratorskim, gdzie diabeł przebrany w togę Piłata nakazuje mnie chłostać gradem oskarżeń.

Jezu!

Czy mam prawo teraz choć trochę pomyśleć, że jesteś blisko? Że ból, jaki czuję, łączy mnie z Tobą? Wiem, że jest on niczym w porównaniu do Twej niewinnej Męki. Lecz daj mi choć promyk nadziei, że nie jestem tu sam. Że ten ślad na lithostros zostawiła Twoja stopa.

I skoro skazuje mnie los, grzech innego, życie, czy nawet mój grzech – Ty mnie ocal.

STACJA II

Krzyż

 Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. (Łk 14, 27)

Każą iść. I choć wiem, dokąd ta droga prowadzi, to wolałbym jeszcze tak stać w miejscu. Boję się ciężaru, jaki włożą mi na barki. Mam w uszach te słowa o potędze Krzyża, o jego mocy, o poświęceniu, o miłości – i jeszcze bardziej się lękam. Wiem też, że każdy krok będzie dodawał mi ciężaru. Wiem, że częściowo sam jestem sobie winien. Wiem, że nie ucieknę przed tym. Wiem.

Niektórzy mówią – nie zastanawiaj się, po prostu idź; nie myśl, nie zagłębiaj się, nie analizuj. Idź. Tak trzeba.

Nie umiem.

Nie chcę krzyża. Wolałbym uciec.

Momentami tylko, przez krótkie chwile, wydaje mi się, że widzę krwawy ślad na ziemi. Jaśniejący ślad.

I choć nie jestem godzien, chcę przez moment stać się Uczniem.

Jezu!

Nie zostawiaj mnie w tym miejscu, gdy wydaje mi się, że ciężar przygniata mnie do ziemi.

Nie zostawiaj mnie, gdy marzę o śmierci, o ucieczce.

Niech widzę Twoje ślady.

Niech wiem, że jesteś.

STACJA III

Pierwszy Upadek

Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości! (Rz 11, 12)

Był taki moment, gdy wiedziony pokusą po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z własnego grzechu. Nie było miejsca na wykręty, na ucieczki, na wymówki. Brutalna prawda o poszukiwaniu szczęścia poza Bogiem, zabolała, ale i jednocześnie dodała (paradoksalnie) odwagi w owych poszukiwaniach. Czy, gdybym znał skutki owych eksperymentów, to powtórzyłbym je raz jeszcze?

Nie wiem…

A teraz potykam się sam o siebie. O emocje, o pragnienia, o egoizm – bogata jest ta droga w tego typu ostre kamienie.

Może więcej rozumiem, może jestem „bogatszy w doświadczenia” – cóż z tego, skoro nie potrafię jednego i drugiego zaprząc do dobra…

Jezu!

Ty upadałeś pod ciężarem tego, co ja wybieram.

Podnosiłeś się, podczas gdy ja często wolę trwać na ziemi.

Podnieś mnie.

Uzdrów z tego głupiego przekonania, że grzech jest jedyną przestrzenią wolności w moim życiu i jedynym szczęściem, na jakie zasługuję!

Zbierz mnie w całość, gdy się rozsypuję.

 STACJA IV

Matka

Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. (J 19, 27)

Jakieś czułe spojrzenie. Jakaś troska. Jakiś odruch miłości.

Tylko czemu nie przyjmuje tego do siebie, czemu odwracam głowę, czemu lękam się zalewającej serce fali słodyczy. Jakbym bał się, że ta fala mnie rozsypie, a i tak przecież ciężko.

Czy nie lepiej zamknąć oczy i serce, by iść dalej.

Przecież nie wierzę bym zasługiwał na ten moment – choć go pragnę.

– Maryja zatrzymuje się patrzy smutno, uważnie, aby od tej chwili iść obok. Będzie podnosić z upadków, będzie czuwać, będzie cierpliwie czekać, będzie milczeć. Poda różaniec, nauczy jego siły, pokaże miejsca na drodze, gdzie mniej kamieni. Po prostu – będzie.

Jezu!

Dziękuję Ci za Jej obecność. Dziękuję za Jej milczenie i pokorę. Dziękuję za spojrzenie, które wychwytuje potrzebę mojego serca.

I gdyby jeszcze mogła mnie nauczyć jak kochać! Jak uwierzyć, że kochać mogę i mogę miłości doświadczać!

 

STACJA V

Szymon

Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. (Ap 3, 17)

Dlaczego mi pomaga? Jaki ma w tym interes? Po co mu targanie moich ciężarów, gdy tyle ma spraw własnych? Takie zadanie sobie wymyślił? Kolekcjonuje czyny własnej doskonałości? Kazali mu? Przymusili? Sam z siebie przecież by tego nie czynił…

Kocha?

Kogo? Przecież, że nie mnie. Jeśli to dla mnie, to zobaczycie wszyscy, ze za chwile będzie miał dosyć. Ja przecież na żadną pomoc nie zasługuję. Żaden człowiek nie ubrudzi rak dla mnie.

Że zbyt mocno w to wierzę? W końcu ileś osób się o to postarało.

Zostaw. Bez łaski.  Pójdę sam.

Jezu!

Widzisz jaką moc ma przekleństwo braku miłości. Jestem podejrzliwy wobec każdego człowieka, który wychodzi do mnie z gestem życzliwości. Ty przyjąłeś pomoc Szymona, chociaż został zmuszony do wzięcia Twego Krzyża. Ty masz serce szerokie, otwarte, ja – jestem małoduszny, nie widzący zbyt wiele poza własnym cierpieniem. A jakiekolwiek porzucenie mnie, choćby nieświadome i najmniejsze jest dla mnie jak potwierdzenie odwiecznej prawdy – nie zasługujesz…

Uratuj mnie z tej choroby!

Przekonaj o miłości!

STACJA VI

Weronika

Odpowiedziała Rut: Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż: gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem. (Rt 1, 16)

Nie sądzę, żeby wiele rozumiała z tego, co tu się dzieje, co dzieje się we mnie. Porusza mnie to, że się mnie nie boi, że podchodzi śmiało, że nie zrażają jej kolce, ani obraz maszkary, jaki stanowię w tej chwili. Ona ma dar – nie zatrzymuje się na tym co zewnętrzne, szuka głębiej. Wielu, na przykład ja sam, tego nie potrafi. Czyżby starała się zrozumieć? Czyżby nie odrzucała zbyt łatwo tego pośmiewiska jakim jestem? Czyżby jej – zależało? Czyżby widziała w mojej twarzy obraz Innego i tak mocno uwierzyła w ten wizerunek, że jest gotowa zaryzykować odrzucenie?

Nie odrzucę jej. Mam wrażenie, że jest szczera w swym porywie. W swej… miłości?

Jezu!

To pięknie brzmi: „widzieć w bliźnich Twój obraz”. Trudno mi zdobyć się na gest Weroniki. Nie umiem się przebijać do drugiego człowieka. Boje się ran, jaki może mi zadać. Dlatego nie podchodzę, omijam, odwracam wzrok.

Posyłaj do mnie liczne Weroniki, abym w ten sposób nauczył się miłości. A jeśli może nie uda mi się wejść na ten poziom bycia z kimś drugim, to chociaż – przez ich świadectwo – przekonaj mnie, że miłość istnieje.

STACJA VII

Drugi Upadek

Lecz opieka faraona będzie dla was zawstydzeniem, a pohańbieniem ucieczka w cień Egiptu. (Iz 30, 3)

Leżeć, leżeć, nie wstawać. Tak mi dobrze. Wszystko gdzieś znika, nie ma trudu, nie ma samotności, nie ma bolesnych ran, nie ma oczekiwań innych ludzi. Jest pustka, ale to błoga pustka. Nie czuję nic. Nikt nie krzyczy, a przynajmniej niczego nie słyszę. Nikt nie chce niczego ode mnie. Nikt mnie nie upokarza.

Nie podnoście mnie, nie szarpcie. To jedyny spokój jaki mam – leżeć w tym gnojowisku drogi. Wiem, że to nierealne. Nie róbcie mi wyrzutów, bo co uczyniliście, bym odnalazł pokój gdzie indziej?

Niech to trwa. Nic nie jest w tym momencie ważne, tylko to, że mogę leżeć. Nic to, z krew sączy się z odwiecznych ran. Grunt, że jest dobrze.

Jezu!

Znasz to uczucie? Jeśli tak, to proszę – zrozum mnie. A wtedy wstanę. Bo przecież dlatego upadam czasami, gdyż zdaje mi się, że nigdzie indziej nie dostanę tej chwili ciszy. Tak, to głupie, myśleć, z grzech cię zrozumie. Więc, wołam do Ciebie, powiedz, że rozumiesz tę nędzę jaka jestem ja, grzesznik.

STACJA VIII

Płacz Niewiast

Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! (Łk 23, 28)

Jestem odcięty od płaczu. Nie porusza mnie. Nie rozumiem go. Doszukuję się w nim jakiegoś fałszu, nieprawdy, przesady. Zwłaszcza, jeśli ma to być płacz nade mną. Łatwiej przyjąć milczącą obecność Matki, czy wypełnione próbą zrozumienia spojrzenie Weroniki. A ten szloch, ta histeria, te emocje – nie, nie chcę. Mam poczucie zanurzenia się w grzęzawisko, każdy krok, pośród tych głosów, wydaje mi się moim ostatnim. Tak jakbym miał już zaraz zapaść się. Mimo bólu, jaki mi stale towarzyszy – jest on bezpieczniejszy „na zimno”, bez poruszeń.

Mam ochotę zawołać – Nie płaczcie nade mną…

Jezu!

Szloch kobiet na Twój widok wynikał ze współczucia. Nie chciałeś go, bo ważniejsze było, aby zwróciły uwagę na siebie, na przyszłość swoją i swych dzieci. Mój lęk przed płaczem jest zupełnie czym innym. Wyzwól mnie z niego. Spraw, abym umiał w nim ujrzeć czyjąś troskę, przejęcie, a może nawet…

STACJA IX

Trzeci Upadek

Zacząłem więc ulegać zwątpieniu z powodu wszystkich trudów, jakie podjąłem pod słońcem. (Koh 2,20)

A może to wszystko nie ma sensu? Po co się męczyć, szarpać, przekraczać? Po co zawracać głowę Bogu i ludziom? Po co nieustannie zgadzać się na kompromisy między ciałem a duchem? Jeśli mnie skazano, to niech już teraz dopełni się wyrok, co zmieni te kilka kroków? Czy musi się dopełnić jakaś miara mojego cierpienia? Tylu ucieka, tylu wybiera życie bez tej szamotaniny, zadowalając się zwykłym, ludzkim ciepełkiem. Może to i wybór namiastki, może to i upadek – ale znika na wpół żałosna walka o konsekwencję. Może trzeba sobie powiedzieć, że miłość jest niemożliwa, że po tylu zdradach (i tych własnych, i tych uczynionych przez kogoś) nie ma co się wygłupiać, że nie warto silić się na zaufanie.

Nie rób z siebie widowiska, odpuść – szepce ktoś…

Jezu!

Pokusa jest zbyt silna. Mów do mnie. Niech nawet cisza przemawia Twoim Głosem. Bo blisko jest chwila, gdy zaneguję do końca miłość i wszystko, co z nią się wiąże. A przecież nie mogę zanegować Ciebie. Nie chcę żyć w wiecznym rozdarciu między tym, co wiem, a tym, co doświadczam. Nie chcę, by w mej duszy po trochu rozkładał się trup rozpaczy. Pomóż! Podnieś mnie!

STACJA X

Obnażenie

Podobnie arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie drwili między sobą i mówili: Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. (Mk 15,31)

Boję się tych ciekawskich spojrzeń uważnie taksujących każdy milimetr zbitego ciała, i jeszcze bardziej zbitej duszy. Nienawidzę pseudo litościwych uśmiechów, zainteresowanych jedynie podkreśleniem swej wyższości i nieskazitelności. Nie zniosę obłudnej troski tych, którym się wydaje, że mogą mnie teraz opisać, „zrozumieć”, ocenić i zamknąć w pudełeczku z odpowiednią etykietką. Obcość ludzkich słów sprawia, że obijam się o niewidzialny mur. Nie chce więc odkrywać poranionego serca. Tyle razy dawano mi pić koktajl z upokorzeń, że wolę, aby wszyscy myśleli, z jestem pysznym gburem, zajętym jedynie własnymi sprawami. Wystarczy, że Matka zna prawdę, a z nią tych kilka osób, którym będzie zależało, aby zrozumieć.

Jak bolą te puste spojrzenia… Jak bolą te mądre teorie…

Jezu!

Przyjąłeś upokorzenie i wściekło-taksujący dotyk spojrzeń tłumu. A byli to ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno wołali – „Hosanna!”. Nie uciekłeś przed złośliwością i małością innych. Wiesz, że tak nie umiem. Nie chcę pytań, spojrzeń, i gotowych recept na szczęście. Ale, jeśli mam zostać obnażony, to pozwól, że razem z Tobą. Nie wiem jak, nie wiem, czy zasługuję – ale daj mi nie być wtedy sam.

Jakże chcę wierzyć, że mnie rozumiesz…

STACJA XI

Przybicie

Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości; jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje. Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci. Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców. Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości. A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; (Ps 22, 15-18)

Jestem zdany na łaskę i niełaskę innych. Unieruchomiony. Jak sparaliżowany. Nie wiem, co boli bardziej – ból fizyczny, który jest stałym towarzyszem, czy ten wewnętrzny – samotności, odrzucenia i wymuszonej bierności…

Nie panuję nad niczym. Nie słucha mnie moje ciało, nie posłuchają ludzie, nie słuchają emocje. Mam świadomość, że każdy, kto na mnie patrzy wie o mnie wszystko, i to od tej strony, której zwykle się nie pokazuje. Znają moje słabości, moje grzechy, choćby te najbardziej wstydliwe, moje myśli, moje pomyłki życiowe i błędy. I nie ma w ich oczach wyrozumiałości, raczej potwierdzenie: „Tak, przegrałeś wszystko. Nic ci się nie udało. Nic nie osiągnąłeś. Tyle zmarnowanych lat, przegapionych szans, zniszczonych ludzi. Wszystko to twoja wina.” A ja nawet nie umiem zaprzeczyć. Nie wiem jak. A oni biorą to za milczącą zgodę swych oskarżeń.

Jezu!

Szatan nawet na krzyżu kusił Cie rozpaczą i poczuciem przegranej. Wiem więc, że rozumiesz te chwile, gdy podobna (choć nieporównywalnie mniejsza) pokusa ma dostęp do mojego serca. Pomóż mi wówczas. Przyjdź z nadzieją. Nie wydawaj mnie na pastwę tych myśli. I gdy ja już nic nie mogę, gdy jestem pozbawiony możliwości uczynienia jakiegokolwiek gestu, poślij swoich aniołów, aby uczynili, to czego jestem pozbawiony.

Tak pokornie wydałeś się w obce i nieczułe ręce… Nieosiągalne…

STACJA XII

Śmierć

A właśnie za wszystkich umarł Chrystus po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. (2 Kor 5,15)

Chyba chciałbym.

Są takie momenty, gdy wyobrażam sobie tę chwilę.

Znikł by wówczas pozbawiony nadziei świat i życie, w którym zaginęła perspektywa na szczęście. Wiem jednak, ze to tęsknota za radykalna ucieczką, o tyle głupią, że dającą w zamian (być może) wieczność rozpaczy. Ironiczny żart złośliwego szatana.

Łatwiej myśleć o takim nagłym zniknięciu, aniżeli o powolnym umieraniu, a zwłaszcza o powolnym, rozłożonym na raty obumieraniu. Nie umiem stawać się ziarnem rzuconym w ziemię, które musi obumrzeć, nie umiem już czynić tego dla kogoś. Może kiedyś były takie momenty, gdy łatwo było mi zapomnieć o sobie, ale teraz, patrząc na zgliszcza, tego co łączyło mnie z innymi – po co mam obumierać? Czy to ma sens?

Jezu!

Kochasz, nie patrząc na to, czy ktoś Twoją miłość przyjmuje, czy odrzuca. To ostatnie boli, ale jednocześnie nie zamyka Twego serca. Jesteś nieustanną decyzją na wyniszczenie, na umieranie, dla dobra Twych uczniów. Ponawiasz każdego dnia swoją Ofiarę na ołtarzach całego świata. Jakbyś chciał mi wyryć w sercu to wołanie: „Warto się spalić!”

STACJA XIII

Zdjęcie z Krzyża

Teraz, odpoczynek! Dajcie wytchnąć strudzonemu! (Iz 28, 12a)

Skończyło się wszystko, co najbardziej bolesne. Zapanowała cisza.

Nie znam tego uczucia. Znam ciszę przed burzą, ten świdrujący niepokój przeczuwający, że coś zaraz się stanie. Nie wiem jednak czym jest pokój spełnienia. Zawsze przecież co jest nie tak – we mnie, w innych, w sprawach do załatwienia. Zawsze czegoś brakuje. Nawet jak nie przezywam swego braku, czy swego skazania, to cos jest nie w porządku. A tu? Nieznane mi miejsce, gdzie jakby coś się zamyka i zamiera w powietrzu przesyconym spokojem.

Zachodzące słońce, wyciągnięte ramiona Matki. Czułość, której nie czuję.

I spokój.

Jezu!

Daj mi kiedyś dojść do tej chwili. Gdy przeminie ból. Gdy poznam czym jest pokój serca. Gdy doświadczę łez miłości. Gdy bezwładne ciało z ufnością powierzy się kochającym dłoniom.

Tylko proszę. Niech to stanie się jeszcze za życia, a nie po śmierci…

STACJA XIV

Grób

Szeol i Otchłań są jawne dla Pana, o ileż bardziej serca synów ludzkich. (Prz 15, 11)

Wiem, że leżę w grobie. Dookoła ciemność, pustka i cisza.

Mój grób to miejsce, do którego wycofuję się gdy po raz kolejny wiem, że trudniej przeżywać kolejne dni, aniżeli oddzielić się ciężkim kamieniem od innych i świata. Bo po co mam żyć? Dla kogo mam się zmagać z Krzyżem, z wyrokiem ciążącym nad moim życiem, z kamieniami, na które upadam, z ludzkimi krzykami i samotnością. Grób sprawia, że znikają wątpliwości, pytania, pragnienia. Wchłania mnie i wsysa kusząca otchłań.

Jest zimno i pusto.

Jestem sam. Nic nie czuję.

Jest pusto.

Jezu!

Wierzę, że zstąpiłeś do otchłani – nie tylko po to, aby wyprowadzić na wolność praojców, ale także, aby zatknąć w miejscu największego ludzkiego nieszczęścia i zimnej samotności swój znak. Wierzę, że tam, gdzie króluje rozpacz utraconych szans jest już ślad Twojej przebitej stopy. Wierzę, że w moim grobie pod kamieniem cichego smutku, jest pamiątka Twej Obecności.

Byłeś tam przede mną.

Bądź tam ze mną.

Czwartek V tygodnia Wielkiego Postu

Czwartek, 29 III 2012 r.

I CZYTANIE Rdz 17, 3-9
Abram padł na oblicze, a Bóg tak do niego mówił: „Oto moje przymierze z tobą: staniesz się ojcem mnóstwa narodów. Nie będziesz więc odtąd nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów. Sprawię, że będziesz niezmiernie płodny, tak że staniesz się ojcem narodów i pochodzić będą od ciebie królowie. Przymierze moje, które zawieram pomiędzy tobą a Mną oraz twoim potomstwem, będzie trwało z pokolenia w pokolenie jako przymierze wieczne, abym był Bogiem twoim, a potem twego potomstwa. I oddaję tobie i twym przyszłym potomkom kraj, w którym przebywasz, cały kraj Kanaan, jako własność na wieki, i będę ich Bogiem”.
Potem Bóg rzekł do Abrahama: „Ty zaś, a po tobie twoje potomstwo przez wszystkie pokolenia, zachowujcie przymierze ze Mną”.
EWANGELIA  J 8, 51-59
Jezus powiedział do Żydów: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki”.
Rzekli do Niego Żydzi: „Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy, a Ty mówisz: «Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki». Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?”
Odpowiedział Jezus: „Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: «Jest naszym Bogiem», ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy kłamcą. Ale Ja Go znam i słowo Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień, ujrzał go i ucieszył się”.
Na to rzekli do Niego Żydzi: „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?”
Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem”. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni.

Co mi obiecujesz, Panie?

Abrahamowi obiecałeś potomstwo liczne, jak gwiazdy niebieskie. Długo musiał czekać, aby otrzymać zadatek Twego przyrzeczenia w postaci Izaaka. A i wtedy pokazałeś mu, że Tyś jest Panem ludzkich losów. Nie zobaczył jednak za swych ziemskich dni wypełnienia obietnicy, choć – jak zaświadczył to Twój Syn – dane mu było tajemne widzenie. Może tak tylko ujrzał dzień Syna Bożego – i uradował się. Jednak życie patriarchy było wypełnione cierpieniem, które bywa ceną wiary konsekwentnej.

Przed taką wiarą konsekwentnie uciekam, a Ty mnie do niej nieubłagania zawracasz, nawracasz.

Żydom Syn Twój obiecał życie wieczne, jeśli tylko będą trwać przy nauce miłości. Przy Jego, a więc i Twojej nauce. Obawiam się, Panie, że ze mną jest gorzej, aniżeli z nimi. Bo dla nich obietnica ta miała pewną wartość. Oburzyli się, ze składa ją zwykły syn cieśli. Poruszyli się. Mnie zaś (a jak sądzę i wielu mi podobnym) obietnica ta po prostu nie porusza.

Czyżbym tracił wiarę, Panie, Boże Abrahama?

A może tak marny ze mnie materiał na Twego ucznia? Trudności i cierpienia, jakie przynosi życie, wydają mi się nie do uniesienia. Błądzę w gąszczy pytań i wątpliwości. Dobija mnie samotność i poczucie opuszczenia. Nie tylko nie mam wiary sędziwego patriarchy, ale nawet jego zwykłej, naturalnej siły, wyrobionej w tysięcznych dniach wędrówek po pustyni, czy w walce o swoich.

Co więc mi obiecujesz? Ojcostwo? Wieczny żywot?

„Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni…”

Środa V tygodnia Wielkiego Postu

Środa, 28 III 2012 r.

I CZYTANIE Dn 3, 14-20. 91-92. 95
Król Nabuchodonozor powiedział: „Czy jest prawdą, Szadraku, Meszaku i Abed-Nego, że nie czcicie mojego boga ani nie oddajecie pokłonu złotemu posągowi, który postawiłem? Czy teraz jesteście gotowi, w chwili gdy usłyszycie dźwięk rogu, fletu, lutni, harfy, psalterium, dud i wszelkiego rodzaju instrumentów muzycznych, upaść na twarz i oddać pokłon posągowi, który uczyniłem? Jeżeli zaś nie oddacie pokłonu, zostaniecie natychmiast wrzuceni do rozpalonego pieca. Który zaś bóg mógłby was wyrwać z moich rąk?”
Szadrak, Meszak i Abed-Nego odpowiedzieli, zwracając się do króla Nabuchodonozora: „Nie musimy tobie, królu, odpowiadać w tej sprawie. Jeżeli nasz Bóg, któremu służymy, zechce nas wybawić z rozpalonego pieca, może nas wyratować z twej ręki, królu. Jeśli zaś nie, wiedz królu, że nie będziemy czcić twego boga ani oddawać pokłonu złotemu posągowi, który uczyniłeś”.
Na to wpadł Nabuchodonozor w gniew, a wyraz jego twarzy zmienił się w stosunku do Szadraka, Meszaka i Abed-Nega. Wydał rozkaz, by rozpalono piec siedem razy więcej, niż było trzeba. Mężom zaś najsilniejszym spośród swego wojska polecił związać Szadraka, Meszaka i Abed-Nega i wrzucić ich do rozpalonego pieca.
Król Nabuchodonozor popadł w zdumienie i powstał spiesznie. Zwrócił się do swych doradców, mówiąc: „Czy nie wrzuciliśmy trzech związanych mężów do ognia?” Oni zaś odpowiedzieli królowi: „Rzeczywiście, królu”. On zaś w odpowiedzi rzekł: „Lecz widzę czterech mężów rozwiązanych, przechadzających się pośród ognia i nie dzieje się im nic złego; wygląd czwartego przypomina anioła”.
Nabuchodonozor powiedział na to: „Niech będzie błogosławiony Bóg Szadraka, Meszaka i Abed-Nega, który posłał swego anioła, by uratował swoje sługi. W Nim pokładali swą ufność i przekroczyli nakaz królewski, oddając swe ciała, by nie oddawać czci ani pokłonu innemu bogu poza Nim”.
EWANGELIA J 8, 31-42
Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.
Odpowiedzieli Mu: „Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakżeż Ty możesz mówić: «Wolni będziecie?»”
Odpowiedział im Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni. Wiem, że jesteście potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie przyjmujecie mojej nauki. Głoszę to, co widziałem u mego Ojca, wy czynicie to, coście słyszeli od waszego ojca”.
W odpowiedzi rzekli do Niego: „Ojcem naszym jest Abraham”. Rzekł do nich Jezus: „Gdybyście byli dziećmi Abrahama, to byście pełnili czyny Abrahama. Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga. Tego Abraham nie czynił. Wy pełnicie czyny ojca waszego”.
Rzekli do Niego: „Myśmy się nie narodzili z nierządu, jednego mamy Ojca – Boga”. Rzekł do nich Jezus: „Gdyby Bóg był waszym ojcem, to i Mnie byście miłowali. Ja bowiem od Boga wyszedłem i przychodzę. Nie wyszedłem od siebie, lecz On Mnie posłał”.

Po pierwsze to Jezus mówi do tych, którzy Mu uwierzyli. Nie spiera się z wrogami, ale – w pewien sposób – z bliskimi. Ich problemem jest nieumiejętność wytrwania. Widzą atrakcyjność Jego nauki, uznają jej słuszność, ale na dłuższą metę nie potrafią (nie chcą?) trwać w jej zasadach. Uciekają przed konsekwencjami przyjętej prawdy. Boją się, że powiedziawszy „Amen” na Jezusowe słowa i dzieło, tym samym pozostaną bez zabezpieczenia, „na lodzie”, w świecie nieprzyjaznym i wrogim. Nie odkryli jeszcze, że to nie idea wyzwala, czy mgliste poczucie słuszności, ale Syn – On czyni ludzi wolnymi. Nie odkryli że sami są synami Ojca. Przy całym uznaniu dla Chrystusowego nauczania nie potrafią (nie chcą?) zobaczyć siebie jako dzieci w ramionach Ojca. Wymyka im się miłość jako więź, która łączy synów człowieczych ze Stwórcą. Widzą jedynie prawo, zasady, idee, tradycje. Są puści, mimo że noszą w sobie dar Abrahamowego dziedzictwa.

Wolność nie leży w ideach, czy nawet prawach, ale w miłości do Syna Bożego.

Jak daleko nam do tego.

Jak bardzo miłość staje się synonimem zniewolenia, przymusu czy wykorzystywania. Może właśnie przez to, że tyle razy byliśmy wykorzystywani, albo sami wykorzystywaliśmy innych,  jest dla nas abstrakcją pojecie miłości Chrystusowej.

Jezus otwiera swoim słuchaczom małą furtkę w tym tragicznym murze niezrozumienia. Wspomina o pełnieniu czynów Abrahama, czyli o wierze. Jest to i dla nas furtka, zaiste, zbawienna. Stoi przy niej św. siostra Faustyna i delikatnie się uśmiechając szepce: Jezu, ufam Tobie”.

Czwartek IV tygodnia Wielkiego Postu

Czwartek, 22 III 2012 r.

I CZYTANIE Wj 32, 7-14
Pan rzekł do Mojżesza: „Zstąp na dół, bo sprzeniewierzył się lud twój, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej. Bardzo szybko odwrócili się od drogi, którą im nakazałem, i utworzyli sobie posąg cielca ulany z metalu i oddali mu pokłon, i złożyli mu ofiary, mówiąc: «Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej»”. I jeszcze powiedział Pan do Mojżesza: „Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku. Zostaw Mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem”. Mojżesz jednak zaczął usilnie błagać Boga swego, Pana, i mówić: „Dlaczego, Panie, płonie gniew Twój przeciw ludowi Twemu, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej wielką mocą i silną ręką? Czemu to mają mówić Egipcjanie: «W złym zamiarze wyprowadził ich, chcąc ich wygubić w górach i wygładzić z powierzchni ziemi». Odwróć zapalczywość Twego gniewu i zaniechaj zła, jakie chcesz zesłać na Twój lud. Wspomnij na Abrahama, Izaaka i Izraela, Twoje sługi, którym przysiągłeś na samego siebie, mówiąc do nich: «Uczynię potomstwo wasze tak liczne jak gwiazdy niebieskie, i całą ziemię, o której mówiłem, dam waszym potomkom, i posiądą ją na wieki»”. Wówczas to Pan zaniechał zła, jakie zamierzał zesłać na swój lud.
EWANGELIA J 5, 31-47
Jezus powiedział do Żydów: „Gdybym Ja wydawał świadectwo o sobie samym, sąd mój nie byłby prawdziwy. Jest przecież ktoś inny, kto wydaje sąd o Mnie; a wiem, że sąd, który o Mnie wydaje, jest prawdziwy.
Wysłaliście poselstwo do Jana i on dał świadectwo prawdzie. Ja nie zważam na świadectwo człowieka, ale mówię to, abyście byli zbawieni. On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście radować się krótki czas jego światłem.
Ja mam świadectwo większe od Janowego. Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania; dzieła, które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał. Ojciec, który Mnie posłał, On dał o Mnie świadectwo. Nigdy nie słyszeliście ani Jego głosu, ani nie widzieliście Jego oblicza; nie macie także słowa Jego, trwającego w was, bo wyście nie uwierzyli w Tego, którego On posłał.
Badacie Pisma, ponieważ sądzicie, że w nich zawarte jest życie wieczne: to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie.
Nie odbieram chwały od ludzi, ale wiem o was, że nie macie w sobie miłości Boga. Przyszedłem w imieniu Ojca mego, a nie przyjęliście Mnie. Gdyby jednak przybył kto inny we własnym imieniu, to byście go przyjęli. Jak możecie uwierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga?
Nie mniemajcie jednak, że to Ja was oskarżę przed Ojcem. Waszym oskarżycielem jest Mojżesz, w którym wy pokładacie nadzieję. Gdybyście jednak uwierzyli Mojżeszowi, to byście i Mnie uwierzyli. O Mnie bowiem on pisał. Jeżeli jednak jego pismom nie wierzycie, jakże moim słowom będziecie wierzyli?”

Mocne są słowa Jezusa. A przecież mówi On nie tylko do ludzi swoich czasów, czyli pobożnych Izraelitów, znających na wyrywki Pismo św. Mówi także do nas, pobożnych XXI wieku, nie mniej niż tamci przekonanych o słuszności wyznawanych idei i przyjętych schematów na życie. Podobnie jak oni, my także, zapominamy o tym że Bóg jest żywy, a przez to – nieobliczalny, wymykający się naszym myślowym szufladkom, przekraczający nasze wyobrażenia. Jak to pisał C. S. Lewis „on nie jest lwem oswojonym”. Miał co prawda na myśli swego Aslana, lecz ten to nic innego jak literacka figura Chrystusa.  Czyżby więc Bóg był dziki? Może nie jest to najlepsze słowo, bo stwarza wiele uproszczeń, ale doskonale obrazuje pewien sposób myślenia o Stwórcy, sposób, którego instynktownie nie lubimy. Dla wielu z nas, a zwłaszcza tych, którym dana jest jakaś władza w Kościele, nieobliczalność Bożych natchnień jest zmorą, która spędza sen z powiek. Czyż nie tak czuli się pobożni i ważni Żydzi w czasach Jezusa? Przekonanie, że Pan, o którym wydaje nam się, iż poznaliśmy Jego ścieżki i dróżki, wykręca nam jakiś numer, łamiący wzniosłe schematy, jest przerażające.

Jezus woła – znasz Biblię (katechizm), często może nawet na wyrywki, ale czy przychodzisz poprzez nią do Mnie? Czy odkrywasz, że to Ja jestem Słowem żywym i prawdziwym, a nie to wydrukowane w twej książce? Czy Słowo czytane i słuchane przyprowadza cię do Słowa żywego i wcielonego?

Jezus woła – czy widzisz Moje dzieła? Nie tylko te, które są dla ciebie wygodne do przyjęcia, gładkie, wypłukane z kontrowersji, ale także te, które nie wiadomo dokąd prowadzą? Czy umiesz w ogóle rozpoznać Moje dzieło? Jakimi narzędziami się kierujesz, aby to uczynić? A może po prostu, bezmyślnie powielasz zdanie innych, zwalniając się z myślenia, modlitwy, i całego przebiegu rozeznawania…

Jezus woła – czy przyjmujesz Mnie, żywego i pełnego mocy, oraz Mnie, upadającego pod ciężarem win wszystkich ludzi, także i tych „pobożnych”? Czy masz w sobie miłość mojego Ojca, czy też wciąż, po części świadomie, nie dopuszczasz jej do swego serca i rozumu? Czy zgadzasz się, aby ta miłość prowadziła cię dokądkolwiek zechcę? Czy też poubierałeś już swe życie i tę więź ze Mną w schematy, w których się dusisz, ale które (jak sądzisz) zapewniają ci bezpieczeństwo? A jeśli Mnie nie przyjmujesz, to który z ludzi, który z twoich konstruktów myślowych, jaka idea, czy zamysł jest przez ciebie przyjęty na Moje miejsce?

Pytania o Boga, o wiarę, o uświęcony przepis na religię – o własnego złotego cielca…

Środa IV tygodnia Wielkiego Postu

Środa, 21 III 2012 r.

I CZYTANIE Iz 49, 8-15
Tak mówi Pan: „Gdy nadejdzie czas mej łaski, wysłucham cię, w dniu zbawienia przyjdę ci z pomocą. A ukształtowałem cię i ustanowiłem przymierzem dla ludu, aby odnowić kraj, aby rozdzielić spustoszone dziedzictwa, aby rzec więźniom: «Wyjdźcie na wolność!»; marniejącym w ciemnościach: «Ukażcie się!»
Oni będą się paśli przy wszystkich drogach, na każdym bezdrzewnym wzgórku będzie ich pastwisko. Nie będą już łaknąć ni pragnąć, i nie porazi ich wiatr upalny ni słońce, bo ich poprowadzi Ten, co się lituje nad nimi, i zaprowadzi ich do tryskających zdrojów. Wszystkie me góry zamienię na drogę, i moje gościńce wzniosą się wyżej.
Oto ci przychodzą z daleka, oto tamci z Północy i z Zachodu, a inni z krainy Sinitów. Zabrzmijcie weselem, niebiosa! Raduj się, ziemio! Góry, wybuchnijcie radosnym okrzykiem! Albowiem Pan pocieszył swój lud, zlitował się nad jego biednymi. Mówił Syjon: «Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał». Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie!”
EWANGELIA J 5, 17-30
Żydzi prześladowali Jezusa, ponieważ uzdrowił w szabat. Lecz Jezus im odpowiedział: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam”. Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go zabić, bo nie tylko nie zachował szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu.
W odpowiedzi na to Jezus im mówił: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili.
Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia.
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że nadchodzi godzina, nawet już jest, kiedy to umarli usłyszą głos Syna Bożego, i ci, którzy usłyszą, żyć będą. Podobnie jak Ojciec ma życie w sobie, tak również dał Synowi: mieć życie w sobie samym. Przekazał Mu władzę wykonywania sądu, ponieważ jest Synem Człowieczym.
Nie dziwcie się temu! Nadchodzi bowiem godzina, w której wszyscy, którzy spoczywają w grobach, usłyszą głos Jego: a ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny, na zmartwychwstanie potępienia. Ja sam z siebie nic czynić nie mogę. Tak, jak słyszę, sądzę, a sąd mój jest sprawiedliwy; nie szukam bowiem własnej woli, lecz woli Tego, który Mnie posłał”.

Być tak blisko Boga, aby móc z największą pewnością mówić podobnie jak Jezus. Jak daleko mi do tego. Jak bardzo jestem zaplatany w swoje „ja”, w swoje bóle i troski, a wreszcie – w swoje niepewności. A przecież to, co wprost uderza ze słów Jezusa, to pewność – pełna pokory („sam z siebie nic czynić nie mogę”) i miłości („Ojciec miłuje Syna”) a także spokojnej prostoty. Syn jest pewien mocy wskrzeszania umarłych, pewien jest własnej godności, pewien jest władzy, jaka posiada, a wreszcie pewien jest przyszłości sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Pewien jest też tego – tak zwyczajnie, po ludzku – że jest kochany.

I tu się wywracam w moich konstrukcjach myślowych.

Bo dużo mogę przyjąć o sobie i Bogu, ale świadomość bezinteresownej miłości, momentami mnie przerasta, zwłaszcza, gdy codzienny szlag mnie trafia na samego siebie.

Masz podobnie?

A Bóg ustami Izajasza, jakby odpowiadając z uśmiechem woła – „Nie zapomnę o tobie”! A nam nie mieści się to w głowach… Nie, przepraszam, w głowach to może jeszcze jakoś tak, ale w sercu to już miejsca na tak proste prawdy nie ma.

Pójdź na Mszę. Przyjmij Komunię. Stań się żywym tabernakulum. I uświadom sobie, że On nie przychodzi do ciebie z przymusu, albo w poszukiwaniu wrażeń. Przychodzi – bo kocha.

« Older posts

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑