Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: Kwiecień 2020 (page 1 of 2)

Apokalipsa pustego Grobu

Mówiły między sobą: Kto nam ODSUNIE (odsłoni, odtoczy; αποκυλισει – apokylisei) KAMIEŃ od wejścia do grobu? (Mk 16,3)

Jedynym uświadomionym a tym samym i zapisanym zmartwieniem niewiast biegnących w tamten wielkanocny poranek do Grobu, był problem kamienia. Wejście do wnętrza grobowej jaskini zostało w Wielki Piątek zamknięte olbrzymim głazem, jakby dopełnieniem śmierci Tego, który głosił Ewangelię wolności. Grób, kamień, straż i pieczęcie – uczyniono wszystko, co było tylko po ludzku możliwe, aby nie dopuścić do zrealizowania się obietnicy Jezusa:

Oto idziemy do Jerozolimy: a [tam] Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia ZMARTWYCHWSTANIE. (Mt 20,18-19)

A elita Izraela, dla której Jezus był śmiertelnym zagrożeniem, doskonale o tych zapowiedziach wiedziała!

Nazajutrz, to jest po dniu przygotowania, zebrali się arcykapłani i faryzeusze u Piłata mówiąc: Panie, przypomnieliśmy sobie, że ten zwodziciel powiedział za życia: Po trzech dniach powstanę. Poleć więc STRZEC GROBU aż do trzeciego dnia, żeby przypadkiem Jego uczniowie przyszedłszy nie ukradli Go i nie powiedzieli ludowi: został wzbudzony z martwych, i ten ostatni błąd będzie gorszy od pierwszego. (Mt 27,63)

Cały aparat ucisku i wszystkie możliwości ówczesnego systemu, zostały zaprzągnięte do definitywnego zamknięcia “sprawy Jezusa z Nazaretu” – i to z czynnym udziałem władz religijnych!

Nie jest łatwo wyzwolić się od wpływu tego typu duchowych “autorytetów”. Nie było łatwo w czasach Apostołów, w czasach proroków (gdy musieli przepowiadać rzeczy trudne, godzące w “pokój i bezpieczeństwo” o jakim mówili oficjalni, nadworni, prorocy), nie jest też łatwo obecnie. Wszak czytamy u Apostoła:

Bo gdy mówić będą: pokój i bezpieczeństwo, wtedy zagłada spadnie na nich nagle, jak bóle na niewiastę brzemienną, i nie ujdą. (1 Tes 5,3)

I jeszcze Jeremiasz przekazuje nam pełną zapalczywości groźbę Pańską:

Prorok, który ma sen, niech opowiada swój sen! Kto miał moje słowo, niech wiernie opowiada moje słowo! Co ma wspólnego słoma z ziarnem – wyrocznia Pana. Czy moje słowo nie jest jak ogień – wyrocznia Pana – czy nie jest jak młot kruszący skałę? Oto dlatego ZWRÓCĘ SIĘ PRZECIW PROROKOM – wyrocznia Pana – którzy kradną sobie nawzajem moje słowo. Oto się zwrócę przeciw prorokom – wyrocznia Pana – którzy używają swego własnego języka, by wypowiadać wyrocznie. Oto się zwrócę przeciw tym, co jako proroctwa głoszą sny kłamliwe – wyrocznia Pana. Opowiadają je i zwodzą mój lud kłamstwami i chełpliwością. Nie posłałem ich ani nie dawałem polecenia; w niczym też nie są użyteczni dla tego narodu – wyrocznia Pana. (Jr 23,27-32)

Wielu ludzi dzisiaj zastanawia się komu wierzyć, czyje YouTubowe kazanie jest prawdziwe a czyje jest fastfoodowym produktem spożywczopodobnym. Na którym straganie, pod którym kamieniem, na czyim biurku leży prawda? Kto broni nowoczesnych teologii a kto własnego grzechu? Kto jest wierny Tradycji Ojców, a kto dzieli się własnymi mniemaniami, marzeniami i snami? Kto wskazuje na rozum oświecony wiarą, a kto na rozum oświecony lękiem? Kto “proroctwa zachowuje i Ducha nie gasi”, a kto wielbi “pobożność pozbawioną mocy”? Kto pokłada ufność w Prawie, a kto – choćby na oślep – szuka znaków Pańskich?

Kto – w tej kakofonii słów – wypowie Słowo odsłaniające zasłonę wielkiego zamętu?

Gdy tysiące ludzi pourywało bezpośrednie kontakty ze swoimi starszymi rodzicami, bo pouczeni słowami hierarchy, zachowują rodzinny “social distancing”. Czy ktoś zbada ile zgonów zostało spowodowane depresją, utratą sensu życia, czy brakiem kontaktu z nielicznymi, którzy jeszcze odwiedzali babcię czy dziadka? Poczucie samotności, pustka, panika wylewająca się z telewizora, odebranie możliwości zachowywania codziennego, czy coniedzielnego rytuału chodzenia do kościoła (trzeba się wyszykować, przejść, poruszać, spotkać z ludźmi) jest nie mniej – a może nawet bardziej – zabójcza i okrutna niż niejeden wirus!

Gdy tenże dostojnik, a wraz z nim wielu innych katolickich deistów przekonuje, że nie można mówić o gniewie bożym, o karze, czy nawet o jakiejkolwiek ingerencji Stwórcy w stworzenie. Logicznym byłoby wówczas pytanie o sensowność modlitw w ogóle, bo skoro Bóg nie ingeruje…

Gdy pasterze nie chcą/nie potrafią/nie mogą wywalczyć przesunięcia zakończenia zakazu większych zgromadzeń w świątyniach o jeden dzień, aby mogli tam przyjść zagubieni grzesznicy przynajmniej w Niedzielę Miłosierdzia… W dzień, o którym Pan powiedział, że jest ostatnią szansą dla wielu dusz!

Gdy Oblubienice Chrystusa zamiast modlić się na kolanach o miłosierdzie Boże i pokutować za biednych grzeszników (jakby to ujęła Maryja w Fatimie i s. Faustyna w Dzienniczku) oraz medytować Słowo odkrywające prawdę o rzeczywistości – szyją maseczki… Te same maseczki, o których jakiś czas wcześniej minister zdrowia mówił, że nie wie do czego są potrzebne! Wychodzi na to, że wiele zakonów także nie wie do czego jest potrzebnych… Można się więc spodziewać, że i tak liche źródełko powołań wkrótce się definitywnie wyczerpie. Są przecież fajniejsze organizacje pozarządowe, czy stowarzyszenia charytatywne, aniżeli te w których ślubuje się czystość, ubóstwo i posłuszeństwo…

Gdy wielu kapłanów, których racja bytu opiera się na wypełnianiu polecenia Pana, aby szafowali Jego Ciałem – pozamykało zupełnie świątynie, zanim ktokolwiek wspomniał o takiej konieczności…

Gdy pod zamkniętymi kościołami w trakcie Triduum Paschalnego gromadzą się wylęknieni ludzie, rozglądając się cichcem, czy nikt ich nie nagra, nie zrobi zdjęcia – bo tak bardzo chcą nakarmić się Chlebem Życia…

Gdy z placu św. Piotra słyszymy, że jesteśmy przestraszeni, zagubieni i bezradni… A wywołujące wzruszenie widoki skąpanego w deszczu placu wydają się cenniejsze nad realne wezwanie do pokuty! Przy czym okazuje się, że figury retoryczne o “szpitalu polowym” nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością, bo gdy prawdziwie potrzebny jest pokarm dla dusz, to miejsce, w których można by się nim nakarmić pozostają zamknięte…

Gdy aparat ideologiczno-państwowy okazuje się wszechwładny i rości sobie prawo do decydowania o Kościele… I pasterze nie protestują! Jakby bardziej utożsamiali się z prawami Państwa, aniżeli z odwiecznymi prawami swego Kościoła!

Gdy liczy się skrupulatnie zgony mające być spowodowanymi przez wirusa, ale nie liczy się już morderstw starców i nienarodzonych…

Gdy w pozamykanej ze strachu przed chorobą Wielkiej Brytanii aborcję uważa się za coś niezbędnego do życia i pozwala się dokonywać jej w domach prywatnych…

Gdy rządzący Narodem zbudowanym na chrześcijańskim fundamencie swoimi decyzjami pokazują, że tenże fundament nie jest opoką, na której trzeba się oprzeć a wierność Krzyżowi i Ewangelii trzeba włożyć do muzealnej gabloty…

Gdy na naszych oczach zmienia się oblicze świata i Kościoła, a niewielu ma odwagę zinterpretować to, co się dzieje w świetle Pisma i Tradycji… A przecież całkiem niedawno często przytaczano słynny ustęp Katechizmu zapowiadający “ostatnią próbę Kościoła” oraz oszustwa pseudomesjańskie. Nawiasem mówiąc, ostatnio podano, że nabrała przyspieszenia Agenda ONZetowska 2030…

Przed przyjściem Chrystusa Kościół ma przejść przez końcową próbę, która zachwieje wiarą wielu wierzących. Prześladowanie, które towarzyszy jego pielgrzymce przez ziemię, odsłoni „tajemnicę bezbożności” pod postacią oszukańczej religii, dającej ludziom pozorne rozwiązanie ich problemów za cenę odstępstwa od prawdy. Największym oszustwem religijnym jest oszustwo Antychrysta, czyli oszustwo pseudomesjanizmu, w którym człowiek uwielbia samego siebie zamiast Boga i Jego Mesjasza, który przyszedł w ciele.
To oszustwo Antychrysta ukazuje się w świecie za każdym razem, gdy dąży się do wypełnienia w historii nadziei mesjańskiej, która może zrealizować się wyłącznie poza historią przez sąd eschatologiczny. Kościół odrzucił to zafałszowanie Królestwa, nawet w formie złagodzonej, które pojawiło się pod nazwą millenaryzmu, przede wszystkim zaś w formie politycznej świeckiego mesjanizmu, „wewnętrznie perwersyjnego”.
Kościół wejdzie do Królestwa jedynie przez tę ostateczną Paschę, w której podąży za swoim Panem w Jego Śmierci i Jego Zmartwychwstaniu. Królestwo wypełni się więc nie przez historyczny triumf Kościoła zgodnie ze stopniowym rozwojem, lecz przez zwycięstwo Boga nad końcowym rozpętaniem się zła, które sprawi, że z nieba zstąpi Jego Oblubienica. Triumf Boga nad buntem zła przyjmie formę Sądu Ostatecznego po ostatnim wstrząsie kosmicznym tego świata, który przemija. (KKK 675-677)

Martwimy się o zrozumienie tego, co się dzieje. Chcemy odsłonięcia prawdy. Nie widzimy wyjścia w naszym niezrozumieniu. Zastanawiamy się kto nam rozjaśni tę sytuację, w jakiej jesteśmy. Kto odsunie ten kamień? Kto ma moc otworzyć pieczęcie?

I mówi do mnie jeden ze Starców: «Przestań płakać:  Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak że OTWORZY KSIĘGĘ I SIEDEM JEJ PIECZĘCI». I ujrzałem między tronem z czworgiem Zwierząt a kręgiem Starców stojącego Baranka jakby zabitego, a miał siedem rogów i siedmioro oczu, którymi jest siedem Duchów Boga wysłanych na całą ziemię. (Ap 5,5-6)

Nasza niewiedza, ślepota, przerażenie, nieumiejętność odsłonięcia prawdy jest i musi być jednym wielkim wezwaniem do Pana Dziejów – Odkryj, to, co niepojęte i budzące tak wielką trwogę! 

Spojrzawszy W GÓRĘ zauważyły, że kamień był odsunięty (αποκεκυλισται – apokekylistai), a był on bardzo wielki. (Mk 16,4)

ww górę

Bóg zadba o odsłonięcie tego, co ukryte. Uczyni to wobec tych, którzy nie będą zwlekać z posłuszeństwem miłości wobec tego co już objawił – w Słowie, przykazaniach, czy nawet drobnych natchnieniach Ducha. Człowiek narodzony z Ducha słyszy Jego szum, ale nie wie dokąd go jeszcze Pan zaprowadzi! Za każdym krokiem uczynionym w posłuszeństwie, Bóg będzie odsłaniał prawdę, choćby nie wiadomo jak była ona przywalona przez grzech, marność natury, czy przewrotność serc ludzi nieprawych. Byle – jak niewiasty – skoro świt wyjść z domu. Byle przerwać kwarantannę strachu. Byle zaufać. Byle nie dać się obawom i wątpliwościom, tak charakterystycznym dla intelektualistów o wiecznie zaciśniętych powiekach, zawsze broniących się przed posłuszeństwem słowom Pana:

Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5,37)

Nie tylko grupce miłujących Go niewiast Pan odsłonił prawdę o pustce Grobu. Znali ją także pilnujący groty strażnicy. Znali ją arcykapłani i reszta duchowej elity Narodu Wybranego. Znał ją także rzymski prokurator, bez którego wiedzy niewiele się mogła dziać w tej zapyziałej prowincji Imperium. Dla niewiast jednak owo odsłonięcie było Radosną Nowiną, dla innych – przeraźliwą komplikacją w dobrze zapowiadających się planach zrównoważonego rozwoju Cesarstwa, Izraela, czy własnych karier. 

Zapewne wielu dojrzy to, co ukryte zostało za ciemną zasłoną naszej niewiedzy. Jeśli ta perspektywa kogoś rozbija, przeraża, czy nawet pcha w stronę fałszu i obłudy – to znak, że chwila na nawrócenie mija. Za moment może być za późno, bo nie będzie komu powiedzieć w imieniu Sędziego Wszechrzeczy: “Ego te absolvo”…

Jest napisane, że niewiasty musiały spojrzeć w górę, aby zauważyć, że to, co wydawało się zakryte, jest de facto odsłonięte. Choroba, pomyślność doczesna, zdrowie, a nawet śmierć sama – to są rzeczy, jakie odkrywamy patrząc w dół. Życie, autentyczne życie, rozpoznam tylko patrząc w górę, tam, gdzie: 

…przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga (Kol 3,1)

To sformułowanie o patrzeniu w górę, użyte w powyższym fragmenciem Markowej Ewangelii, oznacza także “odzyskanie wzroku”. Tylko patrząc w stronę Domu Ojca rzeczywiście mogę widzieć – głębnie i ostrzej aniżeli dotąd. Odzyskiwali wzrok niewidomi dotknięci przez Jezusa, odzyskał wzrok także Szaweł po trzech dniach ciemności, gdy skruszał już dostatecznie podczas postu na ulicy Prostej (jakby to wszystko było takie proste…). Przyszły Apostoł Narodów wcześniej widział w wyznawcach Jezusa z Nazaretu tylko zabójców prawdziwej religii objawionej w dziejach Patriarchów i Proroków, widział w nich ciemną jaskinię śmierci i swoich śmiertelnych wrogów. Po niezwykłym spotkaniu pod Damaszkiem, podczas którego Zmartwychwstały utożsamił się ze swoim Kościołem, Szaweł uzyskał prawdziwą ostrość spojrzenia i poznał, że śmierć jest gdzie indziej, a to, co wcześniej uznawał za grób jest w rzeczywistości Życiem.

Czy podobnie nie jest obecnie? Wszak każda plaga ma w sobie zapowiedź miłosierdzia, a nawet już nim jest! Czytam bowiem w Psalmach:

Wiem, Panie, że sprawiedliwe są Twoje wyroki i że mnie słusznie upokorzyłeś. (Ps 119,76)

Odsunięty wielki kamień zwiastował niewiastom początek czegoś diametralnie innego, aniżeli świat, który znały do tej pory. Zmartwychwstanie wywróciło wszystko do góry nogami. Odzyskana, czy uzyskana umiejętność patrzenia zmienia sposób funkcjonowania. Szaweł odrzucił papiery z Sanhedrynu i stał się gorliwym heroldem Jezusowego Królestwa. Plaga, jaką przeżywamy, odsłania zamysły serc, projekty i postanowienia, pokazuje co dla kogo jest naprawdę ważne i za co warto oddać życie. Jeśli potraktujemy na serio wnioski z tych odkryć – wszystko będzie inne. 

Kościół będzie trwać, bo nie zmogą go bramy piekła, ale może zmieści się w małych Wieczernikach poszczególnych rodzin. Pośród ludzi połączonych nie tyle więzami krwi, co decyzją radykalnego posłuszeństwa Słowu Ojca. Opuszczona Oblubienica będzie trwać na pustyni, schowana na czas jakiś przed wzrokiem Smoka. Ale prędzej czy później stanie przed nim gotowa na rozszarpanie, na “śmierć poza miastem”, na krańcowe upokorzenie i wydrwienie. Kto przy niej wytrwa, tego ciało będzie leżeć wystawione na widok wszystkich. Cały świat obejrzy wszystkie słabości, grzechy i upadki garstki wiernych. Nic i nikt nie zostanie oszczędzone. Niewielu będzie takich, którzy – jak zalecał Prymas Tysiąclecia – nie mają do ukrycia. Miłujący zhańbione Ciało Pana będą dręczeni, przymuszani do bezbożności, kuszeni łatwym osobistym sukcesem za wszelką cenę, zaspokojeniem swoich pragnień i szybkim pozornym rozgrzeszeniem ze swych win. Będą ze smutkiem oglądali ślady dawnej świetności – katedry, bazyliki i sanktuaria – wyjęte z ich rąk. Wielu z nich się pogodzi z takim stanem rzeczy. 

Kto się ostanie?

Cokolwiek uczniowie Chrystusa nie stworzą sobie teraz, jakiejkolwiek opcji nie wybiorą, wszystko to nie uchroni ich przed Smokiem i Bestią. Bowiem nie w pragnieniu ocalenia siebie jest ratunek, nie w miłości siebie, ale w miłości Boga i bliźniego (także – a może zwłaszcza – nieprzyjaciela), ofierze i pokucie. Opuszczony Bóg przygarnie opuszczoną Oblubienicę, a z nią jej dzieci, upodobnione do Baranka – poddane tylko Jego prawu, oczyszczone Jego Krwią, oddychające Jego tchnieniem.

Nowa Arka Noego będzie miała deski z cierpienia i gwoździe z dusz ofiarnych. Tak jak fale nowego potopu zaleją ludzkie serca, tak i Arka zostanie w nich zbudowana. Wielkim dziełem będzie ocalenie nawet kilku dusz, ukrytych w sercach prawdziwie kapłańskich.

Tylko kto ma takie serce?

“Na koniec moje Niepokalane SERCE zwycięży”!

Wczesnym rankiem

Bardzo rano, w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy wschodziło słońce. (Mk 16,2)

Mówi się, że czas leczy rany. Gdy jednak nie można w żaden sposób wyrazić swej zranionej miłości, ból staje się nie do wytrzymania. Niewiasty – według relacji św. Marka – idą do cmentarnego ogrodu Józefa z Arymatei wczesnym rankiem, gdy pierwsze promienie słońca padają na ziemię. Można odczytać w tym wydarzeniu pewien pośpiech, jakąś niecierpliwość. Może taka była natura ich miłości? Prędka, konkretna, do bólu (nomen omen) praktyczna? Nie ociągająca się. Gotowa do działania.

Swoją drogą warto zastanowić się nad tym, co czynisz wczesnym rankiem – jak bardzo ciało i uczucia są nieskore do pobudki, do działania. Każdy początek dnia może jawić ci się bardziej jako nowy rozdział ciężkich do znoszenia trudów, aniżeli radosna okazja do pełnienia czynów miłości. Wielu z niecierpliwością już od samego rana wyczekuje szansy na odpoczynek i nasycenie się przyjemnością. Nie ma się wtedy co dziwić, że Bóg nie powierza ci poważnych zadań, wymagających wysiłku i odpowiedzialności, wszak ty nie traktujesz poważnie Jego darów – kolejnego dnia życia, danych ci sił, talentów, a nawet własnego powołania. Wszak:

Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; (Łk 12,48)

Paradoksalnie, może droga przez życie byłaby mniej uciążliwa, gdyby nie ta opieszałość utrudniająca pobożne i uczciwe przeżywanie kolejnej “nowej szansy” danej przez Pana o poranku…

Niewiasty więc, skoro świt, spieszą do Grobu.

Nie ma z nimi Matki Jezusowej. Ona trwa, ma nadzieję i czeka – a może już wie, bo zanim jeszcze słońce wzeszło to Baranek przyszedł pokazać świetliste rany, Tej, która zaufała… Tak czy inaczej, Ona nie musi biec do Grobu. Już kiedyś, gdy odnalazła Go po trzech dniach nerwowych poszukiwań usłyszała nutę wyrzutu w słowach Syna, dlatego teraz nie biega nigdzie i nie szaleje. 

Poranek to moment nowego rozdania, kolejnego początku, szansy na coś lepszego, aniżeli dzień wcześniej. Kres dnia poprzedniego, jest jednocześnie momentem odnowienia możliwości człowieka. Niewiasty przeżywają tę chwilę w żałobie, ale jednocześnie wypełnione są miłością, tylko ona bowiem może przenieść człowieka poprzez wszelkie granice. Uniesione nią nie zastygają w bezczynności, nie pogrążają się w bierności, lub w pełnej bólu stagnacji. Czy w jakiś szczególny sposób przeżyły tamtego rana dotyk jutrzenki na swoich, mokrych może jeszcze od łez, twarzach? A może nie zwróciły na to uwagi – praktyczna miłość, nauczona pokornie służyć, nie zauważa poetycznych asocjacji… Gdyby przystanęły chwilę, może dostrzegłyby jak cień cofa się przed mocą brzasku i przy odrobinie skupienia przypomniałyby sobie Izajaszowe proroctwo:

Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. (Mt 4,16)

To pośpieszne wyjście z ciemności nocy, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, nasuwa skojarzenia z poszukiwaniem Najcenniejszego Skarbu, jakim jest dla duszy wybranej Pan – Deus Absconditus, Oblubieniec z Pieśni nad Pieśniami, prawdziwa Perła. Przez całą Biblię, od wypędzenia z ogrodu Eden wiarołomnych praojców, aż po tęskne wołanie Ducha i Oblubienicy w Apokalipsie, człowiek poszukuje Boga.

Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody. (Ps 63,2)

Ale już za chwilę Anioł-Młodzieniec wypomni im, że szukają nie Tego, którego szukają – przecież szły namaścić CIAŁO, a nie spotkać ŻYWEGO.

Niegdyś, po rozmnożeniu chleba, tłum szukał Chrystusa nie po to, aby zmienić swój sposób myślenia i odrzucić połatane bukłaki pomysłów na życie. Szukali Go, gdyż chcieli się nasycić – tu i teraz. Gdyż rozpoznali w Nim kogoś, kto może dać chleb – za darmo, do sytości i bez większych zobowiązań. Bóg jednak nie jest od zaspokojenia wszystkich naszych potrzeb na ziemi. Jego Królestwo zaczyna się w naszej woli (jeśli przyjmiemy Jego prawa dla naszych społeczności), ale nie jest stąd. Gdy wzgardzisz Jego prawami, będziesz wiecznie głodny i nienasycony, i nic nie wypełni twej duszy, przed którą przecież wieczność! Doświadczysz głodu i fiaska swych starań na ziemi, oraz piekielnej tęsknoty na wieki. Wzgardzony Chrystus – ów kamień odrzucony przez budujących – rozsadza systemy, najbardziej uświęcone hierarchie, czcigodne instytucje. Mimo, że władza ojcowska w rodzinie pochodzi od Boga, to i taką władzę rozsadzi moc Ewangelii, jeśli nie będzie poddana Jego Prawom! A co dopiero władza urzędników Państwowych! A nawet – strach pomyśleć – kościelnych… (Czyż nie dlatego doświadczamy kryzysu pasterzy dusz? Nie jest to jakaś opinia “katolickiego fundamentalisty”! O takim kryzysie mówią wszyscy – od prawa, do lewa.)

Poszukujesz rzeczy często przyziemnych, naturalnych, często będących wypełnieniem swych zranień, a możesz odnaleźć Wodę Żywą – jeśli tylko szukasz szczerze, prawdziwie, autentycznie, na kolanach, w mocy sakramentów i pod opieką świętych. Szukaj niestrudzenie, od wczesnego ranka, nawet jeśli jest jeszcze ciemno. Nie zważaj na mrok, na żal i na smutek. Pukaj. Naprzykrzaj się. Daj wszystko. Zawalcz, aby przezwyciężyć ociężałość władz duszy i własnego ciała! Słońce jest, choć może skryte jeszcze za firmamentem twoich perspektyw – ŚWIATŁO ZAWSZE GDZIEŚ JEST!

…wonne maści niosły…

Gdy minął szabat, Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść i namaścić Go. (Mk 16,1)

Szły, aby namaścić Jezusa. Nie tyle nawet martwe Ciało – nie jest przecież napisane wprost, że celem ich wędrówki był ludzki trup – co po prostu chciały namaścić Jego, ich ukochanego Nauczyciela. 

Czym jest jednak namaszczenie zwłok? Do czego było ono potrzebne? Czy to nie jedna z tych czynności, o których złośliwie mówi się że są potrzebne niczym “umarłemu kadzidło”? Benedykt XVI zwraca uwagę, że przecież czynność namaszczenia, niejako przywracająca zmarłego do świata żywych osób, jest daremnym wysiłkiem – żadne ludzkie działania nie sprawią, że zmarły ożyje. Choćby “żył w pamięci”, “w sercach” – to jednak jest martwy. Wonności mogły powstrzymać rozkład ciała, ale nie mogły przywrócić zmarłego do życia. Czyżby niewiasty w ten nazbyt ludzki i przyziemny sposób odpowiadały na pewną intuicję, jaka mogła się na wpół świadomie zrodzić w ich sercach? Wyczuwały prawdę nie potrafiąc jej wyrazić? Chciały zakonserwować zmarłego, ale chodziło im o życie, o Jego wieczną obecność pomiędzy nimi?

Ratzinger napisze:

Rankiem pierwszego dnia kobiety te zobaczą, że ich starania o Zmarłego i o Jego zachowanie były nazbyt ludzkimi staraniami. Zobaczą, że Jezus nie ma być zachowany w śmierci, lecz znowu żyje, i teraz dopiero żyje naprawdę. Zobaczą, że Bóg w sposób definitywny, możliwy jedynie dla Niego, zachował Go przed rozkładem i tym samym wyrwał Go z mocy śmierci. Jednak w tej trosce i miłości kobiet jest już zapowiedź poranka Zmartwychwstania. (Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu)

Czy przez pomyłkę nie próbujemy – ze czcią i miłością – konserwować trupa? Biegniemy co sił do umęczonego Ciała Pana, do Jego Kościoła, bezładnie rozłożonego w swej widzialnej postaci, powalonego bez mocy, bez siły i możliwości działania i bardzo chcemy to zniszczone Ciało namaszczać, oblewać wonnościami, perfumować. Ale to nie tędy droga! 

Z punktu widzenia kochających niewiast ich działanie było najzupełniej logiczne (oczywiście podług logiki miłości), wykonywały posługę zgodną z tradycją i zwyczajem; być może niekonieczną, ale pełną miłosierdzia; wyróżniły się przy tym gorliwością i odwagą. Niczym synowie kapłanów, którym Pismo nakazywało przygotowywać “pachnące mieszanki do balsamów” (Por. 1 Krl 9,30)  kobiety przyrządziły wonności dla wiecznej świątyni. Niczym królowa Saby zaniosły pachnidła temu, który przewyższał mądrością Salomona (Por. 1 Krn 10,10). Ale plan boży przewyższał ich starania! Chciały Jezusa pośród siebie i Go otrzymały, jednakże nie wskutek ich zabiegów, i nie tylko symbolicznie.

Kościół – mistyczne Ciało Pana – leży obnażony i zda się martwy. Chcemy, aby żył i strzegł Obietnicy zbawienia, by był znakiem dobroci Boga dla ludzi kolejnego tysiąclecia. Czy mamy czekać jak Apostołowie w kątach zamkniętego Wieczernika? Czy też biec namaszczać martwe członki? A może, niczym Maryja (o czym mówi tradycja, apokryfy i objawienia), trwać w oczekiwaniu z żywą nadzieją? Bezruch i lęk, działanie i czynna miłość, czy pełna wiary kontemplacja danego niegdyś Słowa?

Co byśmy nie zrobili, Bóg przeprowadzi swój plan w sposób przekraczający nasze wyobrażenia! 

Jeszcze jedno wydaje się oczywiste – nie ma powrotu do tego, co było przed Golgotą. Jezus nie podejmie już nigdy swej misji w takiej samej formie, jak niegdyś. Czas tłumów, kazań na górze, czy cudownych spotkań z Rabbim w cielesnej postaci się skończył. Owszem, Pan będzie przyciągał miliony istnień – poprzez uczniów. Będzie słyszany na kontynentach – poprzez uczniów. Będzie doświadczany w uzdrowieniach duszy i ciała – poprzez posługę uczniów. 

Również i dla pobitej Oblubienicy Pana, Kościoła, nie ma powrotu do przeszłości. Zda się, że do historii odchodzą akcje duszpasterskie, Dni Młodzieży, rekolekcje na stadionach, wielkie pielgrzymki, tłumne zgromadzenia. Znikną grupy i grupeńki przyparafialne będące erzacem rodziny. Przestaną sycić internetowi kaznodzieje bardziej usypiający niż wzywający do realnych działań. To już było. A jak będzie? Na miarę tego, co się znajduje w sercach uczniów… 

Trzy Maryje poszły…

Gdy minął szabat, Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść i namaścić Go. (Mk 16,1)

Opis Zmartwychwstania św. Marek rozpoczyna od ukazania czytelnikowi grupy kobiet wybierających się wczesnym rankiem do wykutego w skale Grobu. Znamy te niewiasty. Pojawiają się w scenie Ukrzyżowania:

Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome. Kiedy przebywał w Galilei, one towarzyszyły Mu i usługiwały. (Mk 15,40-41)

Wtedy, w Wielki Piątek, patrzyły na śmierć Jezusa (απο μακροθεν, apo makrothen) “z daleka” (autor Apokalipsy skomentowałby, że to “ze strachu” por. Ap 18,10.15), teraz jednak pragną podejść bliżej, do ciała ich Mistrza. W ten sposób chcą dalej wypełnić to, co było było sensem ich bycia przy Jezusie – towarzyszyć i usługiwać. Zatrzymajmy się przy tych dwóch terminach. 

Pierwszy z nich jest w Ewangeliach odnoszony głównie do Apostołów, których Jezus powołał “aby Mu towarzyszyli”. Tym razem jednak mowa jest o świeckich niewiastach.

Św. Marek w swoim dziele odróżnia sposób bycia uczniów i wspomnianych kobiet. Obie grupy towarzyszą Jezusowi, ale każda na inny sposób. Apostołowie mają czynić Go obecnym gdziekolwiek pójdą poprzez powtarzanie Jego nauk i powielanie Jego czynów. Jest to ich powołanie po dziś dzień – sprawują sakramenty i przepowiadają Ewangelię. Powołanie tych niewiast definiuje – obok terminu “towarzyszenie” – słowo “usługiwać”, tak bardzo dziś zabarwione pejoratywnie. Oczywiście, wszystkie te terminy się gdzieś wzajemnie przenikają, zapewne w pojęciu “naśladowania Chrystusa”, co czynią i “Apostołowie” i “niewiasty” i “jeszcze inni uczniowie”. 

Czym jest dziś “towarzyszenie i usługiwanie” Jezusowi? Życie “w świecie współczesnym” zbytnio przypomina nieustanną kontemplację własnego ego – wszystkie boleści i radości egzystencji są przefiltrowane przez skupienie na sobie. Nikomu nie towarzyszymy… Zgubiliśmy prostą, katolicką perspektywę życia dla kogoś, życia przepełnionego myślą o dobru drugiego człowieka, czy to będzie współmałżonek, czy dziecko, czy przyjaciel, czy duchowe dzieci. Żyjemy sami dla siebie, sami przez siebie i sami ze sobą. Jedyne towarzyszenie, to takie, które się opłaci – przyjemnością, użyciem, wyciszeniem samotności. Skoro nie towarzyszymy drugiemu człowiekowi, (ba, uciekamy od tego, więcej nawet – mówią nam, że tylko dystans ma sens, bo drugi człowiek może cię zanieczyścić) wybierając tragiczną samotność, to tym bardziej trudno tu mówić o autentycznej służbie, której elementem konstytutywnym jest poświęcenie, nazywane w języku chrześcijaństwa męczeństwem. 

Kto chce się poświęcić? Kto chce się dla kogoś męczyć? Kto chce komuś towarzyszyć aż po śmierć?

Nie wybieramy “towarzyszenia i usługiwania” dlatego nie umiemy przebaczać i trwać. Wyczuleni na punkcie swoich przeżyć wyolbrzymiamy słowa i gesty innych kierowane pod naszym adresem, upatrując w nich ataku bądź nieprzychylnej opinii. Zaczadzeni interesownością w drugim człowieku widzimy kogoś czyhającego na coś, co posiadamy, na jakiś nasz “skarb” – czas, siły, pieniądze. 

Skoro tak jest z relacjami międzyludzkimi, to cóż myśleć o odniesieniu do Pana?! 

A jednak On zaprasza do miłości towarzyszącej i służebnej! Choć wydaje się, że owo zaproszenie jest skierowane pod gruntownie zły adres, to jednak wiem, że nasz Pan się nie myli. Zawsze powoływał ludzi słabych i grzesznych aby ich wzmocnić i uświęcić. Zawsze wzywał chorych, aby ich uzdrowić. Podobnie jest i w naszej, zda się ostatniej, epoce. Powołanie do bycia przy Nim i do służenia Mu jest nadal aktualne! Może trudniejsze niż kiedykolwiek, może bardziej perfidnie podkopywane, może przygniecione tonami śmieci słabości ludzkiej natury. Ale jest! Dziś Pan także poszukuje dusz wybranych, dusz ofiarnych, dusz bardziej chcących patrzeć w Niego niż w znikomą doczesność ambicji i wygodnictwa. 

Tylko, czy ktoś na to odpowie?

Czy ktoś uzna miłość za wystarczające „dzieło życia”?

Reakcja na Jezusowe spojrzenie pełne tęsknoty nie musi iść po linii dotąd istniejących zakonów, zgromadzeń czy seminariów duchownych. W większości nich zda się dokonywać “mysterium iniquitatis”, podobne do tego, o którym mówił Pan do św. S. Faustyny:

Pod koniec drogi krzyżowej, którą odprawiałam, zaczął się skarżyć Pan Jezus na dusze zakonne i kapłańskie, na brak miłości u dusz wybranych. — Dopuszczę, aby były zniszczone klasztory i kościoły. — Odpowiedziałam: Jezu, przecież tyle dusz Cię wychwala w klasztorach. — Odpowiedział Pan: — Ta chwała rani Serce Moje, bo miłość jest wygnana z klasztorów. Dusze bez miłości i poświęcenia, dusze pełne egoizmu i samolubstwa, dusze pyszne i zarozumiałe, dusze pełne przewrotności i obłudy, dusze letnie, które mają zaledwie tyle ciepła, aby się same przy życiu utrzymać. Serce Moje znieść tego nie może. Wszystkie łaski Moje, które codziennie na nich zlewam, spływają jak po skale. Znieść ich nie mogę, bo są ani dobrzy, ani źli. Na to powołałem klasztory, aby przez nie uświęcać świat; z nich ma wybuchać silny płomień miłości i ofiary. A jeżeli się nie nawrócą i nie zapalą pierwotną miłością, podam ich w zagładę świata tego… (Dz. 1702)

W tym samym Dzienniczku Chrystus zwierza się Swej Sekretarce w następujący sposób:

Na pociechę twoją powiem ci, że są dusze w świecie żyjące, które mnie szczerze kochają, w ich sercach przebywam z rozkoszą, ale jest ich niewiele; (Dz. 367)

Wróćmy do niewiast spieszących się wczesnym rankiem do kamiennej groty grobowej. Co ich pcha? Zapewne miłość do Jezusa, ale może także i trochę własne tchórzostwo. Jest przecież napisane, że w trakcie Ukrzyżowania “stały z daleka”… Może tą “ostatnią posługą” namaszczenia ciała chcą w jakiś sposób zmazać ten dystans, jaki wszedł w bliskość między nimi a ich katowanym Nauczycielem? Tak czy inaczej, ich wędrówka do grobu oznacza większą odwagę, aniżeli ta, jaką odznaczali się Apostołowie, którzy przecież też mieli Mu towarzyszyć, a co więcej, powinni pamiętać, że Jezus chciał, by Jego uczeń był tam gdzie i On.

Niewiasty pragną towarzyszyć Rabbiemu z Nazaretu nawet po śmierci. Choć nie wyobrażają sobie, że On żyje, to jednak traktują Go jak wciąż obecnego. Nie myślą, że skończyłą się ich misja i zadanie. 

Odwracając nieco sytuację, można powiedzieć że często  traktujemy Chrystusa jak martwego, ucinając nasze towarzyszeniu Mu i posługiwanie. Wydaje się nam, że On nie widzi tego co robimy, nie słyszy naszych słów i myśli, nie dotyka Go nasza obojętność. To są te wszystkie momenty dnia, kwestie obecne w naszych planach, pragnienia zajmujące serce – w których albo się z Nim nie liczymy, albo Go wprost nie ma. A o cóż innego można oprzeć swoje rozeznawanie, podejmowanie decyzji, tworzenie jakichkolwiek planów, jak nie o Jego żywą Obecność? 

Odkrywając coraz większe pokłady własnego egoizmu – jako nieodrodne dziecko tego czasu i tego świata – przekonuję się, że nie jestem w stanie podjąć sensownej decyzji, jeśli nie stanę z nią przed Jego Obliczem! Zdaję sobie sprawę, że brzmi to banalnie, ale widzę w sobie tak przemożną słabość i plątaninę tylu nieumiejętności, tak dużą chęć “bezruchu decyzyjnego”, że  bez zmuszenia się do patrzenia na życie z perspektywy wiary w Baranka umarłego, lecz żyjącego nie dałbym rady funkcjonować w powołaniu, którym – jak ufam – On mnie obdarzył. Nawet, jeśli – z różnych przyczyn: grzechu, czy słabości natury – wydaje się, że Pan umarł, zniknął, albo mówiąc bardziej biblijnie – ukrył się, to nie wolno mi w tej myśli trwać, czy wyciągać z niej wniosków. Niewiasty miłowały, nawet, gdy były pewne Jego śmierci. Choć trudno powiedzieć, że już wtedy wierzyły, że On żyje, to jednak w ich miłości Jezus był realnie istniejącą Osobą, tak jakby żył. 

Ta miłość została nagrodzona.

I nie było to liche uczucie, jakiś płytki sentyment. One nie szły do Grobu popłakać sobie pod zimną skałą. Ich miłość wyrażała się w czynie – wydać pieniądze na wonności, przekroczyć lęk przed spotkaniem strażników, pójść, namaścić – tyle czynności, tyle zadań do wykonania, tyle okazji do usłyszenia trudnych pytań, tyle ryzyka.

Znowu wraca pytanie o miłość, która kosztuje. Która jest zaryzykowaniem siebie, swojego dobrego imienia, nawet wtedy, gdy wydaje się być to bezsensowne. Bo przecież takie jawi się działanie owych, przepełnionych miłością kobiet. Zapewne racjonalnie myślący mężczyźni by tam się nie ruszyli uznając na przykład przekonanie strażników, aby wpuścili przybyłych do wnętrza jaskini grobowej, za nierealne do wykonania! Jednak serce miłujące przekracza chłodną racjonalność. 

Czy tylko niewiasty są do tego zdolne?

Czy – niezależnie od płci – my jesteśmy do tego zdolni?

Czytam ten króciutki fragment Ewangelii. Zastanawiam się nad moim towarzyszeniem Panu. Nad służeniem Mu – dla mnie wyrażającym się w głoszeniu Jego Słowa i czynieniu Go obecnym w sakramentach. Zastanawiam się nad marną miłością do Niego. Pobrzmiewa mi w uszach skarga Jezusa:

Ach, serce, któreś mnie przyjęło rankiem, w południe pałasz nienawiścią przeciw mnie pod najrozmaitszymi postaciami. Ach, serce przeze mnie szczególnie wybrane, czy na to, abyś mi więcej zadawało cierpień? Wielkie grzechy świata są zranieniem Serca Mego jakby z wierzchu, ale grzechy duszy wybranej przeszywają Serce Moje na wskroś… (Dz. 1702)

Cała moja natura próbuje przytrzymać mnie w zamknięciu “świętego spokoju”, w poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa, w stworzeniu sobie “duchowych zatyczek do uszu”, by nie usłyszeć wyrywającego z codzienności żalu Pana.

A jednak…

Wstrząs odsłaniający.

A po szabacie, o świcie pierwszego dnia tygodnia, przyszła Maria Magdalena i druga Maria, aby obejrzeć grób. I oto powstało WIELKIE TRZĘSIENIE ZIEMI, gdyż anioł Pana zstąpił z nieba, podszedł, odwalił kamień i usiadł na nim. Jego wygląd przypominał błyskawicę, a jego odzienie – białe jak śnieg. Strażnicy z lęku przed nim zadrżeli i stali się jak martwi. 

Anioł zaś odezwał się i powiedział do kobiet: WY SIĘ NIE BÓJCIE; wiem bowiem, że szukacie Jezusa ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, – gdyż powstał tak jak powiedział; chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie był położony. I idźcie szybko, powiedzcie jego uczniom, że powstał z martwych i oto poprzedza was do Galilei – tam Go zobaczycie; oto powiedziałem wam. 

I szybko odeszły od grobowca ze strachem i z wielką radością pobiegły oznajmić to jego uczniom. A oto Jezus spotkał je i powiedział: WITAJCIE!

One zaś podeszły, objęły Jego stopy i pokłoniły Mu się. 

Wtedy Jezus powiedział do nich: NIE BÓJCIE SIĘ! Idźcie i oznajmijcie moim braciom, aby poszli do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28,1-10)

Wielu zostało pozbawionych w tym Wielkim Poście okazji do fizycznego uczestnictwa nabożeństwie Drogi Krzyżowej. Rozgrywała się ona jednak pomiędzy nami, albo może raczej – w nas. Szczególnie długo przystanęliśmy przy X stacji Via Crucis – Obnażeniem z szat. 

Został obnażony z wszelkich szat i okryć nasz Pan. 

Została obdarta ze wszelkich złudzeń Matka nasza, Kościół święty. 

Obnażone zostały “zamysły serc ludzkich”. 

Jasno się przekonaliśmy, że czas – jak przed Bitwą Warszawską 1920 r. – w którym wszyscy, Kościół, Naród i Państwo klękają przed Panem i proszą o miłosierdzie, odszedł bezpowrotnie do przeszłości. Dziś pragnienie panowania Chrystusa nie przenosi się na życie świeckie. Sacrum i profanum rozstało się. Wiara w potęgę Stwórcy nie jest już światłem w przestrzeni życia społecznego, a rozum oświecony wiarą nie dostarcza już argumentów do działania i musiał ustąpić rozumowi oświeconemu naukami szczegółowymi, choć jest jasne, że nie dają one odpowiedzi na wszystkie pytania człowieka, zawężając ludzkie poznanie głównie do tego co zmysłowe.

Obnaża się świadomość tego, co naprawdę ważne.

Usłyszeliśmy kilka dni temu, że trwające obostrzenia zostaną “poluzowane”. Ale nie dlatego, że domaga się tego dobro duszy człowieczej, ale dlatego, że domaga się tego gospodarka. Pokarm dla duszy – mniej jest istotny, aniżeli finanse Państwa.

Trzeba z tego wyciągać wnioski – i to nie tyle natury politycznej, co duchowej, egzystencjalnej, można powiedzieć – fundamentalnej.

Wiara, rozumiana jako dający pociechę dodatek do życia – obumiera. To dobrze. Trzeba, aby rozbudziła się wiara tych, którzy naprawdę jej chcą, którzy się na nią decydują z całą mocą konsekwencji, jaka z takiej decyzji wynika. Nie możemy być „katolikami bezobjawowymi”. Jeśli jednak świat nie chce smaku soli, jeśli widzimy, że dłuższe przebywanie pośród tego świata grozi nam samym, że smak stracimy – trzeba może tę szczyptę soli gdzieś ukryć, by przechować na lepszy czas.  

***

Słyszeliśmy przed chwilą:

I oto powstało WIELKIE TRZĘSIENIE ZIEMI, gdyż anioł Pana zstąpił z nieba, podszedł, odwalił kamień i usiadł na nim. (Mt 28,10)

Wielkie trzęsienie ziemi. Sejsmos (σεισμος). Wstrząs. Drżenie. Zamieszanie.

Takie samo, jak wówczas gdy wydawało się, że Pan śpi podczas żeglugi Apostołów przez wzburzone morze. Poprzez swą pozorną nieobecność Chrystus odsłonił prawdę o sercach Apostołów oraz – zarazem – o Swej pedagogice i wszechmocy. Wspominał o tym wydarzeniu aktualny biskup Rzymu, gdy prowadził wstrząsającą ceremonię na opustoszałym placu św. Piotra.

I oto na morzu zerwała się POTĘŻNA BURZA, tak że łódź była przykrywana przez fale. On natomiast spał. (Mt 8,24)

Takie samo, jak podczas pobytu Pawłą i Sylasa w więzieniu. Trafili tam, gdyż zostali oskarżeni o wzniecanie niepokoju. A oskarżyli ich właściciele opętanej kobiety, niewolnicy, którzy wykorzystywali jej duchową niewolę robiąc z niej wróżbitkę na użytek głupiej gawiedzi. Paweł i Sylas uwolnili ją z mocy Złego, ale tym samym pozbawili tych ludzi przychodów. Obnażyli prawdziwe intencje niegodziwych ludzi. Apostołowie wrzuceni do więzienia przez pretorów, w zamknięciu, śpiewali hymny i modlili się, tym samym odsłaniając prawdziwe źródło siły w nich samych.

Uwierzyli, że naprawdę “miecz obosieczny w ich ręku” (Ps 149), a jest nim Słowo Boże. Ucisk odkrył w nich, być może im samym nie znane wcześniej, pokłady wiary. 

Nagle powstało WIELKIE TRZĘSIENIE ZIEMI, tak że zachwiały się fundamenty więzienia; natychmiast też otworzyły się wszystkie drzwi i rozwiązały się więzy wszystkich. (Dz 16,26)

Przerażony strażnik aż chciał się zabić ze strachu, a pretorzy – dowiedziawszy się jeszcze że Apostołowie są obywatelami rzymskimi, czyli ludźmi wolnymi – musieli ich przepraszać osobiście za wyrządzoną niesprawiedliwość.

Podobne sejsmos aż siedem razy jest wymieniane w Apokalipsie. Ma być ono szczególnym znakiem ostatecznego przyjścia Pana, odsłaniającym kres wszechrzeczy. 

Chrystus sam o tym prorokował:

Powstanie bowiem naród przeciwko narodowi i królestwo przeciwko królestwu, będą głody, a miejscami TRZĘSIENIA ZIEMI. (Mt 24,7)

A starotestamentalny prorok Ezechiel był świadkiem tego zjawiska, owego sejsmos, gdy kazał mu Pan prorokować do Ducha nad wyschniętymi kośćmi dzieci Izraela:

I prorokowałem, jak mi polecono, a gdy prorokowałem, oto powstał SZUM I TRZASK, i kości jedna po drugiej zbliżały się do siebie. (Ez 37,7)

Czyż nie doświadczaliśmy w ubiegłym stuleciu takich wstrząsów gdy św. Jan Paweł II prorokował do Ducha na ówczesnym pl. Zwycięstwa w 1978 r.? Czyż nie odsłoniły one prawdy o mocy Boga?

Uobecniamy dzisiaj Zmartwychwstanie naszego Pana – wstrząs kosmiczny, ingerujący w naturę i jej dane przez Boga prawa. Bóg nie pozwolił, aby natura była do końca autonomiczna wobec Jego mocy. Poprzez historyczne wydarzenie Zmartwychwstania przekroczył zasady i normy, których sam jest Stwórcą. 

Bo Bóg jest wolny!

Bo jest Bogiem zazdrosnym! Zazdrosnym o nas, o nasze dusze, o serca, o umysły i wolę! Bo sam mówi:

Oto jak srebro przetopiłem cię ogniem i wypróbowałem cię w piecu utrapienia. Przez wzgląd na Mnie, na Mnie samego, tak postępuję, bo czyż mogę być znieważony? CHWAŁY MOJEJ NIE ODDAM INNEMU. (Iz 48,10-11)

A chwałą bożą jest żyjący człowiek, jak mówi św. Ireneusz z Lyonu! 

Więc wstrząsa Pan, na różnorakie sposoby, naturą, aby człowiek na nowo stał się tym, do czego został wezwany przez Stwórcę. Jego chwałą!

Niech więc w tę świętą noc Anioł Pana odsunie kamień naszych grobów!

Niech obnaży do końca, to co ma zostać odkryte!

Niech zadrżą ci, którzy mają zadrżeć!

Niech staną się jak martwi ci, którzy mają się takimi stać! Którym się wydaje, że upilnują Boga!

Niech się uradują ci, którzy w tę noc usłyszą – Nie bójcie się! Nie poddawajcie lękowi, nawet jeśli jesteście zamknięci we własnych Wieczernikach.

Może jeszcze trzeba czasu, zanim Go ujrzymy. Może jeszcze trzeba Marii Magdaleny, aby nam to ogłosiła, może trzeba się wypłakać nad własnymi winami jak Piotr, może trzeba się samemu wybrać do grobu jak niewiasty. Może trzeba pójść do Galilei, a może trzeba będzie jeszcze poczekać do Pięćdziesiątnicy, bo tak bardzo jesteśmy zabarykadowani. 

Byle jednak tego wstrząsu nie przegapić, nie zakłamać, jak rzymscy żołnierze czy kapłani i faryzeusze.

Dokonało się pomiędzy nami trzęsienie ziemi, serc i ducha. W noc Paschy Pan przeszedł, jak przez Egipt i wielu poraził. Nie chcemy, aby poraził nas na wieki. Chcemy żyć na Jego chwałę, dlatego padamy na twarze przed Zwycięzcą śmierci i odnawiamy dziś nasze Przymierze z Nim, tak dobrym, że nam na to pozwala.

On jest Panem życia. Nasze życie i zdrowie są w Jego ręku! Jeśli takie są Jego zamiary, abyśmy coś jeszcze na tym świecie mogli uczynić na Jego chwałę – niech nas obdarzy swoim życiem!

« Older posts

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑