Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Autor: jacek (page 1 of 130)

Ofiara najuboższych

A jeżeli kto chce złożyć w darze ptactwo jako całopalenie dla Pana, niech złoży w darze synogarlicę lub młodego gołębia. Kapłan przyniesie go do ołtarza, złamie mu główkę i zamieni go w dym na ołtarzu. Krew jego wyciśnie na ścianę ołtarza. Potem oddzieli wole jego wraz z piórami i wyrzuci je na popielisko, na wschód od ołtarza. Następnie kapłan naderwie jego skrzydła, jednak nie oddzielając ich całkowicie, i zamieni w dym na ołtarzu, na drwach leżących na ogniu. To jest CAŁOPALENIE, OFIARA SPALANA, miła woń dla Pana. (Kpł 1,14-17)

Ostatnimi czasy Pan Bóg wskazuje mi księgę Kapłańską, a dokładnie jej początek, jako odpowiedź na serię pytań, z jakimi się borykam. Na pierwszy rzut oka niewiele interesujących rzeczy da się tam znaleźć – same przepisy liturgiczne… i to w wydaniu starotestamentalnym… Zasady składania różnych ofiar, prawa o tym co można uznać za czyste a co za nieczyste, przepisy organizacyjne kult świątynny. Warto sobie jednak przypomnieć, że w myśli biblijnej ofiary i czystość rytualna były drogą do świętości, w myśl Bożego przykazania:

Uświęćcie się więc i BĄDŹCIE ŚWIĘTYMI, bo Ja jestem święty: Ja, Pan, Bóg wasz! (Kpł 20,7)

Pamiętam, że O. Augustyn Pelanowski wspominał, że księga ta jest duchowym przewodnikiem dla kapłanów, również tych żyjących obecnie. Pamiętam też, że Orygenes, ten wielki komentator Słowa Bożego, żyjący na przełomie II i III w. wygłosił szereg homilii poświęconych właśnie księdze Kapłańskiej. Słusznie więc można ją nazwać swoistą mapą wskazującą drogę do świętości Boga. Przypomnijmy sobie, że hebrajskie słowo „kadosz”, tłumaczy się jako “święty”, a oznacza to co oderwane, oddzielone, wyłączone z użytku powszechnego, specjalnie przeznaczone. Dlatego złożenie ofiary zakłada wyjęcie czegoś – rzeczy, osoby, jakieś przestrzeni duchowej – z użytku doczesnego i przeniesienie jej do sfery nadprzyrodzonej. Uświęcenie czegoś. Oddanie czegoś. To nie tylko rodzaj zawierzenia, czyli pewnej ufności w opiekę i prowadzenie, ale także rezygnacja z chęci stanowienia o czymś. W ten sposób dochodzi się do świętości – jedności z Bogiem, który jest po trzykroć Święty.

***

Prof. Paweł Śpiewak stwierdził kiedyś, że w starożytnej księdze midraszy odnajdujemy następującą wątpliwość: 

Dlaczego nauczanie dzieci zaczyna się od studiowania Księgi Kapłańskiej, a nie od Księgi Rodzaju? Ponieważ dzieci są czyste i czyste są ofiary. Niech czyste zajmuje się czystością. 

Bardzo ciekawa to rada dla wszystkich, którzy chcieliby edukować swe dzieci odrywając się od pozytywistycznych założeń współczesnej pedagogiki (bądź mniej lub bardziej zakamuflowanej anty-pedagogiki). Rozpocząć wychowanie i przekazywanie mądrości (a nie wiedzy) od nauki na temat tego co święte, czyste i niewinne! Z tego krok tylko do poznania co piękne, dobre i prawdziwe! Czyż “nowych ludzi plemię”, które tak często przywoływał Prymas Tysiąclecia, nie powinno być właśnie na tym wychowane?

Ech… Któż to pojmie…

***

Powróćmy jednak do naszych rozważań, opartych na fragmencie księgi Kapłańskiej – jak widzimy, zachodzi istotowy związek między pojęciem czystości, niewinności i świętości oraz ofiary. To powiązanie zaowocowało w Starym Testamencie szczegółowym ustawodawstwem, mającym chronić rytualną czystość, w Nowym zaś wypełniło się w wezwaniu do naśladowania Chrystusa. Jego życie wskazuje bowiem czystość, niewinność, ofiarę i świętość.

Przytoczony na wstępie fragment Pisma jest ostatnim passusem z większego ustępu traktującgo o składaniu ofiar całopalnych, czyli całkowitych. Wyrażała ona ludzką wolę całkowitego poddania się Bogu i pełnego uwielbienia dla Pana. Ofiary całopalne składano w Świątyni Jerozolimskiej rano i wieczorem tak, aby spalała się ona cały dzień i całą noc, uświęcając tym samym pełny kolejne etapy czasu, określonego poprzez biblijny poemat o stworzeniu z księgi Rodzaju. Ofiara ta nie mogła być nigdy przerwana i dlatego nazywano ją ofiarą nieustanną. Jak wiemy, ustała ona jednak, na pewien czas, wraz z nastaniem niewoli babilońskiej. Reaktywowana zaś w czasach odbudowy Świątyni zniknęła zupełnie po zburzeniu Jerozolimy przez Rzymian.

Jako całopalenie mógł być złożony samiec z bydła (cielec, wół), drobnego bydła (baranek jednoroczny, baran, kozioł), oraz ptactwa (synogarlica, gołąb). Ten ostatni rodzaj całopaleń nazywano ofiarą najuboższych. Jeśli Żyd nie miał co złożyć Bogu w ofierze, czyli nie dysponował ani stadami wołów czy baranów, zawsze mógł postarać się o parę synogarlic czy gołębi, co nie przekraczało możliwości finansowych nikogo.

Pamiętamy też, że taką właśnie ofiarę złożył swego czasu św. Józef, gdy szedł do Świątyni przedstawić swego Syna Bogu. Napotkał wtedy starca Symeona i prorokinię Annę. W ten sposób cała czwórka, nawet piątka osób, bo wraz z Dziecięciem, zalśniła blaskiem czystości i niewinności. Dlatego też właśnie św. Józef jest niezwykłym patronem i przewodnikiem na drodze do ofiary, o której będzie mowa dalej.

***

Czytając o ofiarach z ptactwa, czy nawet z mąki uświadamiamy sobie, że nawet jeśli komuś wydaje się, że nie ma niczego, co mógłby by złożyć Bogu w ofierze, to jednak zawsze coś znajdzie! Zawsze mamy gdzieś jakieś “pięć chlebów i dwie ryby”! Jeśli wszystko co mam, jest darem Bożym (który Mu oddaję w ofierze, nie chcąc sobie przywłaszczyć dóbr, które Pan dał mi w dzierżawę: “dane – daję”), to i ze wszystkiego mogę uczynić duchowe “całopalenie”, współpracując tym samym z Ofiarą Chrystusa. W końcu przecież podstawowym rysem chrześcijańskiej duchowości jest idea ofiary – od ofiar ze zwierząt przez zbawczą Ofiarę Pana, aż po składanie duchowych ofiar wynikających z rozumnej miłości.

Do takiej postawy wzywa św. Paweł:

A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na OFIARĘ MIŁĄ, ŚWIĘTĄ, BOGU PRZYJEMNĄ, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. (Rz 12,1)

Wskazując na swój przykład:

Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony DOPEŁNIAM NIEDOSTATKI UDRĘK CHRYSTUSA W MOIM CIELE dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. (Kol 1,24)

W dominującej religijności katolickiej w wersji pop (nie mylić z religijnością ludową!) pojęcie ofiary bądź nie istnieje, bądź traktowane bywa magicznie. Nie wzywamy dzieci do składania ofiar – duchowych lub materialnych. Nie wychowujemy do poświęcenia, posłuszeństwa, czy wytrwałości. Jako dorośli zaś sami wyczekujemy chwil odpoczynku, przyjemności czy (lepszego bądź gorszego) relaksu. Bywa i tak, że idea ofiary zostaje prymitywnie zwulgaryzowana jako rodzaj duchowego handlu z Bogiem, w którym my coś dajemy od siebie oczekując wypełnienia naszych próśb. Zapominamy wówczas o miłości do Pana, o naśladowaniu Jego Krzyża, o pokornym przyjmowaniu Jego woli, o ufność wobec dopustów Opatrzności. Dzieje się tak, bowiem doniosłość i waga ofiary przestała być żywo głoszona jako element naszej relacji z Bogiem, część naśladowania postawy życiowej Chrystusa, Matki Najświętszej, czy świętych. Nawet osoby ciężko trudzące na niwie bożej łatwiej wejdą w rodzaj bezdusznego niewolnictwa opartego na tym, co język psychologiczny nazywa “powinnością”, aniżeli na wolnym darze z siebie!

***

Orygenes komentując księgę Kapłańską zwraca uwagę na duchowy sens natchnionych wersetów Biblii. Pisząc o ptakach ofiarnych widzi w nich znak ludzkiego spojrzenia:

Gołębice symbolizują oczy. Jeśli potrafisz dostrzec zasadzki diabła i uniknąć ich, złożysz Bogu ofiarę z gołębi.

Pomyśl, czytelniku! Używać oczu do rzeczy słusznych! Przekierować zdolność spoglądania w przyszłość z ciekawości i różnych odmian histerycznych lęków na rozeznawanie ukrytej prawdy i wolę bożą! A przecież nasze oczy, “zwierciadło duszy”, narzędzie do poznawania świata i Boga, są zatrute nieustannym syceniem się byle czym! 

Orygenes pisze dalej:

Ofiar szukaj w samym sobie, a znajdziesz je we wnętrzu swej duszy.

Czyli chodzi niewątpliwie o ofiarę dotykającą ducha. Ofiarą widzialną, Jedyną, złożoną raz na zawsze jest Ofiara Chrystusa uobecniana na ołtarzach całego świata po kres czasów. Tu chodzi o ofiary duchowe, do których Bóg zachęca, inaczej nie dawałby nam do czytania takiej księgi, jak Kapłańska.

Ale „błogosławione są te oczy”, które dostrzegają Ducha Bożego ukrytego wewnątrz, pod zasłoną litery; błogosławieni są ci, którzy słuchając tego, nadstawiają uszu „człowieka wewnętrznego”.

Ofiarować Bogu ptactwo, czyli oczy, to także ofiarować poznawanie świata. Oczami bowiem czytam, oglądam filmy, podziwiam piękno. Oddać oczy, to oddać na Jego usługi swój aparat poznawczy decydując się nie oglądać, nie czytać, nie podziwiać, nie zajmować się niczym, co nie byłoby nie ukierunkowane w sposób pewny na Prawdę, Dobro i Piękno. Jest to trudne zwłaszcza teraz, gdy intelekt ma niebywałą skłonność zajmowania się wszystkim i zawsze, nieustannie pragnąc nowych bodźców i pragnąc przeżywać przeróżne podniety. 

Oddać Bogu oczy, to pozwolić, pragnąć i szukać tylko tego co Bogu się podoba.

Sięgnijmy jeszcze do Orygenesa:

Ofiar szukaj w samym sobie, a znajdziesz je we wnętrzu swej duszy. Zrozum, że są w tobie także ptaki niebieskie. 

Do czego nawiązuje tym razem wielki komentator Pisma? Kto mówił o ptakach niebieskich?

Przyjrzyjcie się PTAKOM NIEBA, że nie sieją ani żną, ani zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebiański żywi je; Czy wy nie jesteście o wiele ważniejsi niż one? (Mt 6,26)

Złożyć Bogu ofiarę z ptactwa to również złożyć ofiarę ze swej wolności ufając Bogu, że On zatroszczy się o nas i poprowadzi w swej Opatrzności. Nie tylko zaufać i nadstawić ucha na Jego Słowo, ale oddać część siebie, aby On mógł w nas panować. Czyż nie do tego prowadzi wszelkie zawierzenie i to, co nazywamy Intronizacją?

***

Zauważmy, że w tekście Pisma św. Są wymienione dwa rodzaje ptactwa, jako dopuszczalne, aby złożyć je w ofierze – synogarlica i gołąb. Oznaczają one dwa rodzaje ludzi – starszych i młodszych. Nie ma więc nikogo, kto byłby wykluczony z możliwości duchowych ofiar. Oba te gatunki ptaków są także powiązane z ideą czystości. Jak bowiem pisze Orygenes:

…istnieje bowiem opinia, że synogarlice żyją w jednym i czystym związku małżeńskim. 

Inni komentatorzy są zaś zgodnie, że gołębica jest znakiem pokoju i czystości, a jako taka stała się symbolem samego Ducha Bożego.

Wezwanie do ofiary z ptactwa może być więc rozumiane, jako proroctwo – zaproszenie do złożenia w ofierze swej czystości, przeżywanej w różnych stanach i sposobach życia – małżeńskim, bezżennym i kapłańskim. 

W innym miejscu Orygenes tłumaczy:

Jeśli zatem ktoś dotknął czegoś w taki sposób, czyli przez pożądanie kobiety, przez żądzę posiadania pieniędzy albo przez jakieś inne grzeszne pragnienie, to dotknął nieczystości i został zbrukany. Jeżeli zatem dotkniesz się czegoś takiego, powinieneś wiedzieć, jak masz złożyć ofiarę, abyś mógł stać się czysty, zgodnie z tym, co powiedzieliśmy wcześniej.

Nieczystość więc jest pragnieniem przywłaszczenia sobie – człowieka, pieniędzy, czy jakiejś innej rzeczywistości. Czyste zaś jest to, co nie jest dotknięte pragnieniem posiadania oraz pozwala działać w zgodzie z celem jaki nam i innym stworzeniom wyznaczył Pan.

Czystość integruje nas na nowo i prowadzi do jedności, którą utraciliśmy, rozpraszając się w wielości (Św. Augustyn, Confessiones, X, 29, 40).

I jak czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego:

KKK 2338 Osoba żyjąca w czystości zachowuje integralność obecnych w niej sił życia i miłości. Integralność ta zapewnia jedność osoby i sprzeciwia się wszelkiemu raniącemu ją postępowaniu. Nie toleruje ani podwójnego życia, ani podwójnej mowy (Por. Mt 5, 37).

A ks. Walenty Gadowski w Apologetycznym Katechizmie Katolickim pisze:

Do nieczystości przywodzą zwykle: 1) spojrzenia zbyt ciekawe i lubieżne, 2) ubiór nieskromny, 3) mowy, książki, obrazy, piosenki z żarty gorszące, 4) tańce mniej przyzwoite i przedstawienia nieskromne w teatrach i w kinach, 5) pocałunki i uściski osób płci drugiej, 6) pijaństwo i brak umiaru w jedzeniu, 7) lenistwo i marzycielstwo.

Czy więc nie należałoby, odpowiadając na Słowo Boże oraz mając w pamięci, że przeżywanie czystości jest i tak obowiązkiem moralnym – świadomie i dobrowolnie oddać Panu tę sferę naszego życia? Szczególnie zaś w owym oddaniu warto pewnie skupić się na nieco szerzej potraktowanej kwestii oczu ciała i oczu serca. W nich bowiem rodzi się i przebywa pokusa, czego dowodem jest historia grzechu Ewy, która dopiero zaczęła pożądać owocu zakazanego, gdy wąż zwróciła nań jej uwagę. Dopiero wówczas jest napisane, że Ewa “zobaczyła” owoc i zapragnęła jej. Może warto więc oddać Panu Bogu ścieżki naszych grzechowych wypraw, łańcuchy zdarzeń prowadzących do zła, sekwencje własnych zainteresowań i wyborów, które stoją za ostatecznym aktem grzechowym.

Trzeba uświęcić, poprzez ofiarę, własną czystość – zarówno w wymiarze poświęcenia Bogu trudu w tej materii obecnego, jak i nie czerpania pysznej satysfakcji z łaski jej zachowania, oraz złożenia w Jego przebite dłonie wszelkiej walki o trwanie w tej łasce.

Wisi nad nami groza powszechnego zniszczenia. Wisi gniew Boży. Wisi zagłada świata, który opuścił Boga. W księdze proroka Nahuma czytamy ironiczne przestrogi skierowane przeciw bezbożnemu miastu, Niniwie:

Naczerp wody na czas twojego oblężenia. Umocnij twoje szańce. Wejdź w błoto i ugniataj glinę; weź formę ceglaną. Tam pochłonie cię ogień, wytnie cię miecz, pożre cię jak szarańcza; rozmnóż się jak chrząszcz, rozmnóż się jak konik polny. ROZMNOŻYŁAŚ SWOICH KUPCÓW ponad gwiazdy niebios; szarańcza wykluje się z oprzędu i uleci. STRÓŻE TWOI JAK SZARAŃCZA, A TWOI URZĘDNICY JAK MNÓSTWO KONIKÓW POLNYCH, które osiadają na murach w czasie zimna; wschodzi słońce, a odlatują, i nie wiadomo, gdzie ich miejsce. Ruiny Niniwy będą nie do odbudowania. DRZEMIĄ PASTERZE TWOI, królu asyryjski; ZASNĘLI TWOI MOCARZE – lud twój rozproszył się po górach, i NIE MA, KTO BY GO ZGROMADZIŁ. Nie ma lekarstwa na twoją klęskę, nieuleczalna jest twoja rana. Wszyscy, którzy usłyszą wieść o tobie, w dłonie klaskać będą nad tobą; bo na kogóż nie przechodziła wciąż twoja niegodziwość? (Na 3,14-19)

Czyż nie jest Niniwą świat dzisiejszy, owa globalna wioska, z której wszędzie blisko, która roi sobie, ze obroni się przed wszelkim zagrożeniem życia i zdrowia, której pilnują armie urzędników, bezbożników i handlarzy, której de facto nikt nie broni , której pasterze są wewnętrznie uśpieni?

A może Niniwą jesteśmy my sami?

Wiemy jednak, że Niniwa ocalała, gdyż przyjęła prorockie nawoływanie Jonasza, o czym zawiadcza sam Chrystus Pan. Mieszkańcy złego miasta podjęli pokutę, post i uznawali swe winy. Księga Jonasza wspomina, że nawet król zszedł z trony i przyoblókł wór pokutny. To piękny i wymowny obraz oddania władzy nad sobą wobec orędzia wzywającego do nawrócenia! Oddać? Komu? Tylko Bogu! Uznać Jego prawa ponad swoimi i przyjąć je, przybliżając się do Tego, który jest prawdziwie Święty.

Bóg wzywa do nawrócenia. Nikt jeszcze nie jest stracony. Jednym z jego przejawów może być pozytywne odkrycie złożenia daru z własnej czystości. Rozumiem go jako rodzaj konsekracji (wiem, że to termin niepewny teologicznie w tym kontekście, wymaga on pewnego dopracowania) czy poświęcenia – traktowania tej sfery życia jako oddanej Panu na własność. Byłby to akt woli, uznający boże panowanie w tej sferze. Nie chodzi tu jedynie o “poradzenia sobie” z wszelkimi formami nieczystości, o zdjęcie sobie z serca trudów walki, czy o nie przeżywanie pokus w tej materii. Chodzi o rozpoczęcie długotrwałego zapewne procesu oddawania – w efekcie – wszystkich przestrzeni swojego życia, w których wciąż króluje rodzaj bałwochwalstwa, owego bluźnierczego i obrzydliwego w oczach bożych kultu, w którym jedynym panem i władcą jest wciąż nienasycone ludzkie “ego”! Kolejne płaszczyzny, które muszą prędzej czy później zostać wyłączone z samostanowienia to pragnienie niezależności, pragnienie władzy, miłość bliźniego, pragnienie posiadania, kwestia prawdy i kłamstwa. Jest to o tyle trudne, zwłaszcza dla człowieka żyjącego “w świecie współczesnym”, że każda z tych przestrzeni życiowych jest w pewien sposób zraniona u zarania poprzez grzech drugiego człowieka. Owo zranienie wykoślawiło nawet myślenie katolickie! Ból, który objawia się, gdy któraś z tych płaszczyzn zostanie dotknięta – nawet bez złej intencji, nawet przez Słowo Boże – jest tak duży, że wielu “odchodzi zasmuconych”, jak ewangeliczny bogaty młodzieniec. Niestety, koncentrowanie się na usuwaniu przyczyn owego zasmucenia narzędziami “z tego świata” niewiele sprawia, poza zwiększoną świadomością bolesnych miejsc obecnych w życiu. Jedynie poddawanie ich bożemu miłosierdziu, karmienie się Panem obecnym w Eucharystii przyjmowanej i adorowanej, oraz w Słowie, może podprowadzić do uzdrowienia. Ale pełne wyzwolenie następuje wówczas, gdy Łaska zakróluje w nas. Gdy wszystko co stanowie człowieka, co dotyka woli, rozumu i emocji, duszy i ciała – jest Boże. Czyż nie do tego prowadzi “Traktat…” św. Ludwika Marii? Czyż nie tak było w Raju, w momencie pierwotnej świętości i zarazem pełnej bliskości z Bogiem? Czy nie o tym mówi Chrystus, gdy tłumaczy:

Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (Mk 8,34-35)

Warto więc rozważyć poświęcenie swej czystości Bogu – czy w dziewictwie, czy to w życiu małżeńskim (może nawet – strach proponować – ślubując wstrzemięźliwość?), czy to żyjąc w celibacie dla Królestwa. Chodzi o poświęcenie swych oczu i swego ciała i uznanie, że nie dysponuje się nimi i tym co one symbolizują samemu, ale że Pan jest ich jedynym władcą i rządcą. 

Myśl, jak sądzę, warta przynajmniej rozważenia, na drodze uporządkowania samych siebie, pokuty ku nawróceniu, oraz przygotowania na nadejście Królestwa Bożego.

Może ktoś w tych rozważaniach usłyszy wezwanie przekraczające zamiary autora tych słów. To dobrze. Bóg nieustannie czeka na Abrahamów XXI w., albo na owych “sprawiedliwych” o których wspomniany patriarcha mówił Panu. Czeka na rozmaicie rozumiane dusze wybrane. Częściej jednak znajduje dusze chore, zniszczone, umierające, ślepe i głuche. Przecież nawet decyzje o wybraniu życia w celibacie dla Królestwa Bożego, czyli o wstąpieniu do seminarium czy zakonu jest podejmowana w oparciu o miliony doczesnych lub wręcz niezdrowych motywacji! Wizja kapłana jako swoistego funkcjonariusza kulturalno-oświatowego natrętnie wylewa się z różnych nośników informacji, a jeszcze bardziej jest obecna w parafiach, których pasterze pomylili miłość do Słowa i Krzyża z pragnieniem sukcesu społecznego, socjologicznego i ekonomicznego. Z małymi wyjątkami, zakony klauzurowe bawią się “tańcząc dla Pana” na filmikach Facebokowych czy Youtubowych oraz robią wszystko, aby uznano ich egzystencję za niepotrzebną. 

Czy to czas na powołania katakumbowe? Na zgromadzenia idące szlakiem bł. Honorata? Na seminaria tworzone tak, jak w krajach byłego ZSRR, czy komunistycznych Chin? Zwłaszcza przykład tego ostatniego państwa może być smutnym przyczynkiem do rozważań na tematy tego, co może nas czekać, gdy doświadczymy zderzenia brutalnej machiny władzy z “nowocześnie humanistyczną” machiną władzy kościelnej…

Wiemy jednak, że na końcu Jej Niepokalane Serce zwycięży! Dlatego idźmy Jej śladem – Tej, która ofiarowała swą czystość, a Pan przemienił Jej dar w najpiękniejsze dzieło świata! Idźmy śladem Jej przeczystego Oblubieńca, który – jak wiemy z Ewangelii św. Łukasza – ofiarował Najwyższemu właśnie dwa młode gołębie, ofiarę najuboższych. Złożył w darze czystość swoją oraz swej dziewiczej małżonki…

Przygotowanie do oddania się Chrystusowi przez ręce Maryi

Teksty będące materiałem do rozważań na poszczególne części rekolekcji znajdują się poniżej strony.

Konferencje Audio

I konferencja

Powyższa konferencja została wygłoszona w kościele p/w św. Franciszka z Asyżu w Izabelinie, jako wprowadzenie do 33 dni indywidualnych rekolekcji oddania Chrystusowi przez ręce Maryi wg św. Ludwika Mari Grignon de Montfort.

Konferencja miała miejsce 5 V 2020 r, a pierwszy dzień 33 dniowych rekolekcji 6 V 2020 r.

II konferencja
III konferencja
IV konferencja
V konferencja

Teksty

Teksty do rozważań do rekolekcji maryjnych na 25 V – 31 V

Teksty do rozważań do rekolekcji maryjnych na 1 VI – 7 VI

Apokalipsa pustego Grobu

Mówiły między sobą: Kto nam ODSUNIE (odsłoni, odtoczy; αποκυλισει – apokylisei) KAMIEŃ od wejścia do grobu? (Mk 16,3)

Jedynym uświadomionym a tym samym i zapisanym zmartwieniem niewiast biegnących w tamten wielkanocny poranek do Grobu, był problem kamienia. Wejście do wnętrza grobowej jaskini zostało w Wielki Piątek zamknięte olbrzymim głazem, jakby dopełnieniem śmierci Tego, który głosił Ewangelię wolności. Grób, kamień, straż i pieczęcie – uczyniono wszystko, co było tylko po ludzku możliwe, aby nie dopuścić do zrealizowania się obietnicy Jezusa:

Oto idziemy do Jerozolimy: a [tam] Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia ZMARTWYCHWSTANIE. (Mt 20,18-19)

A elita Izraela, dla której Jezus był śmiertelnym zagrożeniem, doskonale o tych zapowiedziach wiedziała!

Nazajutrz, to jest po dniu przygotowania, zebrali się arcykapłani i faryzeusze u Piłata mówiąc: Panie, przypomnieliśmy sobie, że ten zwodziciel powiedział za życia: Po trzech dniach powstanę. Poleć więc STRZEC GROBU aż do trzeciego dnia, żeby przypadkiem Jego uczniowie przyszedłszy nie ukradli Go i nie powiedzieli ludowi: został wzbudzony z martwych, i ten ostatni błąd będzie gorszy od pierwszego. (Mt 27,63)

Cały aparat ucisku i wszystkie możliwości ówczesnego systemu, zostały zaprzągnięte do definitywnego zamknięcia “sprawy Jezusa z Nazaretu” – i to z czynnym udziałem władz religijnych!

Nie jest łatwo wyzwolić się od wpływu tego typu duchowych “autorytetów”. Nie było łatwo w czasach Apostołów, w czasach proroków (gdy musieli przepowiadać rzeczy trudne, godzące w “pokój i bezpieczeństwo” o jakim mówili oficjalni, nadworni, prorocy), nie jest też łatwo obecnie. Wszak czytamy u Apostoła:

Bo gdy mówić będą: pokój i bezpieczeństwo, wtedy zagłada spadnie na nich nagle, jak bóle na niewiastę brzemienną, i nie ujdą. (1 Tes 5,3)

I jeszcze Jeremiasz przekazuje nam pełną zapalczywości groźbę Pańską:

Prorok, który ma sen, niech opowiada swój sen! Kto miał moje słowo, niech wiernie opowiada moje słowo! Co ma wspólnego słoma z ziarnem – wyrocznia Pana. Czy moje słowo nie jest jak ogień – wyrocznia Pana – czy nie jest jak młot kruszący skałę? Oto dlatego ZWRÓCĘ SIĘ PRZECIW PROROKOM – wyrocznia Pana – którzy kradną sobie nawzajem moje słowo. Oto się zwrócę przeciw prorokom – wyrocznia Pana – którzy używają swego własnego języka, by wypowiadać wyrocznie. Oto się zwrócę przeciw tym, co jako proroctwa głoszą sny kłamliwe – wyrocznia Pana. Opowiadają je i zwodzą mój lud kłamstwami i chełpliwością. Nie posłałem ich ani nie dawałem polecenia; w niczym też nie są użyteczni dla tego narodu – wyrocznia Pana. (Jr 23,27-32)

Wielu ludzi dzisiaj zastanawia się komu wierzyć, czyje YouTubowe kazanie jest prawdziwe a czyje jest fastfoodowym produktem spożywczopodobnym. Na którym straganie, pod którym kamieniem, na czyim biurku leży prawda? Kto broni nowoczesnych teologii a kto własnego grzechu? Kto jest wierny Tradycji Ojców, a kto dzieli się własnymi mniemaniami, marzeniami i snami? Kto wskazuje na rozum oświecony wiarą, a kto na rozum oświecony lękiem? Kto “proroctwa zachowuje i Ducha nie gasi”, a kto wielbi “pobożność pozbawioną mocy”? Kto pokłada ufność w Prawie, a kto – choćby na oślep – szuka znaków Pańskich?

Kto – w tej kakofonii słów – wypowie Słowo odsłaniające zasłonę wielkiego zamętu?

Gdy tysiące ludzi pourywało bezpośrednie kontakty ze swoimi starszymi rodzicami, bo pouczeni słowami hierarchy, zachowują rodzinny “social distancing”. Czy ktoś zbada ile zgonów zostało spowodowane depresją, utratą sensu życia, czy brakiem kontaktu z nielicznymi, którzy jeszcze odwiedzali babcię czy dziadka? Poczucie samotności, pustka, panika wylewająca się z telewizora, odebranie możliwości zachowywania codziennego, czy coniedzielnego rytuału chodzenia do kościoła (trzeba się wyszykować, przejść, poruszać, spotkać z ludźmi) jest nie mniej – a może nawet bardziej – zabójcza i okrutna niż niejeden wirus!

Gdy tenże dostojnik, a wraz z nim wielu innych katolickich deistów przekonuje, że nie można mówić o gniewie bożym, o karze, czy nawet o jakiejkolwiek ingerencji Stwórcy w stworzenie. Logicznym byłoby wówczas pytanie o sensowność modlitw w ogóle, bo skoro Bóg nie ingeruje…

Gdy pasterze nie chcą/nie potrafią/nie mogą wywalczyć przesunięcia zakończenia zakazu większych zgromadzeń w świątyniach o jeden dzień, aby mogli tam przyjść zagubieni grzesznicy przynajmniej w Niedzielę Miłosierdzia… W dzień, o którym Pan powiedział, że jest ostatnią szansą dla wielu dusz!

Gdy Oblubienice Chrystusa zamiast modlić się na kolanach o miłosierdzie Boże i pokutować za biednych grzeszników (jakby to ujęła Maryja w Fatimie i s. Faustyna w Dzienniczku) oraz medytować Słowo odkrywające prawdę o rzeczywistości – szyją maseczki… Te same maseczki, o których jakiś czas wcześniej minister zdrowia mówił, że nie wie do czego są potrzebne! Wychodzi na to, że wiele zakonów także nie wie do czego jest potrzebnych… Można się więc spodziewać, że i tak liche źródełko powołań wkrótce się definitywnie wyczerpie. Są przecież fajniejsze organizacje pozarządowe, czy stowarzyszenia charytatywne, aniżeli te w których ślubuje się czystość, ubóstwo i posłuszeństwo…

Gdy wielu kapłanów, których racja bytu opiera się na wypełnianiu polecenia Pana, aby szafowali Jego Ciałem – pozamykało zupełnie świątynie, zanim ktokolwiek wspomniał o takiej konieczności…

Gdy pod zamkniętymi kościołami w trakcie Triduum Paschalnego gromadzą się wylęknieni ludzie, rozglądając się cichcem, czy nikt ich nie nagra, nie zrobi zdjęcia – bo tak bardzo chcą nakarmić się Chlebem Życia…

Gdy z placu św. Piotra słyszymy, że jesteśmy przestraszeni, zagubieni i bezradni… A wywołujące wzruszenie widoki skąpanego w deszczu placu wydają się cenniejsze nad realne wezwanie do pokuty! Przy czym okazuje się, że figury retoryczne o “szpitalu polowym” nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością, bo gdy prawdziwie potrzebny jest pokarm dla dusz, to miejsce, w których można by się nim nakarmić pozostają zamknięte…

Gdy aparat ideologiczno-państwowy okazuje się wszechwładny i rości sobie prawo do decydowania o Kościele… I pasterze nie protestują! Jakby bardziej utożsamiali się z prawami Państwa, aniżeli z odwiecznymi prawami swego Kościoła!

Gdy liczy się skrupulatnie zgony mające być spowodowanymi przez wirusa, ale nie liczy się już morderstw starców i nienarodzonych…

Gdy w pozamykanej ze strachu przed chorobą Wielkiej Brytanii aborcję uważa się za coś niezbędnego do życia i pozwala się dokonywać jej w domach prywatnych…

Gdy rządzący Narodem zbudowanym na chrześcijańskim fundamencie swoimi decyzjami pokazują, że tenże fundament nie jest opoką, na której trzeba się oprzeć a wierność Krzyżowi i Ewangelii trzeba włożyć do muzealnej gabloty…

Gdy na naszych oczach zmienia się oblicze świata i Kościoła, a niewielu ma odwagę zinterpretować to, co się dzieje w świetle Pisma i Tradycji… A przecież całkiem niedawno często przytaczano słynny ustęp Katechizmu zapowiadający “ostatnią próbę Kościoła” oraz oszustwa pseudomesjańskie. Nawiasem mówiąc, ostatnio podano, że nabrała przyspieszenia Agenda ONZetowska 2030…

Przed przyjściem Chrystusa Kościół ma przejść przez końcową próbę, która zachwieje wiarą wielu wierzących. Prześladowanie, które towarzyszy jego pielgrzymce przez ziemię, odsłoni „tajemnicę bezbożności” pod postacią oszukańczej religii, dającej ludziom pozorne rozwiązanie ich problemów za cenę odstępstwa od prawdy. Największym oszustwem religijnym jest oszustwo Antychrysta, czyli oszustwo pseudomesjanizmu, w którym człowiek uwielbia samego siebie zamiast Boga i Jego Mesjasza, który przyszedł w ciele.
To oszustwo Antychrysta ukazuje się w świecie za każdym razem, gdy dąży się do wypełnienia w historii nadziei mesjańskiej, która może zrealizować się wyłącznie poza historią przez sąd eschatologiczny. Kościół odrzucił to zafałszowanie Królestwa, nawet w formie złagodzonej, które pojawiło się pod nazwą millenaryzmu, przede wszystkim zaś w formie politycznej świeckiego mesjanizmu, „wewnętrznie perwersyjnego”.
Kościół wejdzie do Królestwa jedynie przez tę ostateczną Paschę, w której podąży za swoim Panem w Jego Śmierci i Jego Zmartwychwstaniu. Królestwo wypełni się więc nie przez historyczny triumf Kościoła zgodnie ze stopniowym rozwojem, lecz przez zwycięstwo Boga nad końcowym rozpętaniem się zła, które sprawi, że z nieba zstąpi Jego Oblubienica. Triumf Boga nad buntem zła przyjmie formę Sądu Ostatecznego po ostatnim wstrząsie kosmicznym tego świata, który przemija. (KKK 675-677)

Martwimy się o zrozumienie tego, co się dzieje. Chcemy odsłonięcia prawdy. Nie widzimy wyjścia w naszym niezrozumieniu. Zastanawiamy się kto nam rozjaśni tę sytuację, w jakiej jesteśmy. Kto odsunie ten kamień? Kto ma moc otworzyć pieczęcie?

I mówi do mnie jeden ze Starców: «Przestań płakać:  Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak że OTWORZY KSIĘGĘ I SIEDEM JEJ PIECZĘCI». I ujrzałem między tronem z czworgiem Zwierząt a kręgiem Starców stojącego Baranka jakby zabitego, a miał siedem rogów i siedmioro oczu, którymi jest siedem Duchów Boga wysłanych na całą ziemię. (Ap 5,5-6)

Nasza niewiedza, ślepota, przerażenie, nieumiejętność odsłonięcia prawdy jest i musi być jednym wielkim wezwaniem do Pana Dziejów – Odkryj, to, co niepojęte i budzące tak wielką trwogę! 

Spojrzawszy W GÓRĘ zauważyły, że kamień był odsunięty (αποκεκυλισται – apokekylistai), a był on bardzo wielki. (Mk 16,4)

ww górę

Bóg zadba o odsłonięcie tego, co ukryte. Uczyni to wobec tych, którzy nie będą zwlekać z posłuszeństwem miłości wobec tego co już objawił – w Słowie, przykazaniach, czy nawet drobnych natchnieniach Ducha. Człowiek narodzony z Ducha słyszy Jego szum, ale nie wie dokąd go jeszcze Pan zaprowadzi! Za każdym krokiem uczynionym w posłuszeństwie, Bóg będzie odsłaniał prawdę, choćby nie wiadomo jak była ona przywalona przez grzech, marność natury, czy przewrotność serc ludzi nieprawych. Byle – jak niewiasty – skoro świt wyjść z domu. Byle przerwać kwarantannę strachu. Byle zaufać. Byle nie dać się obawom i wątpliwościom, tak charakterystycznym dla intelektualistów o wiecznie zaciśniętych powiekach, zawsze broniących się przed posłuszeństwem słowom Pana:

Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5,37)

Nie tylko grupce miłujących Go niewiast Pan odsłonił prawdę o pustce Grobu. Znali ją także pilnujący groty strażnicy. Znali ją arcykapłani i reszta duchowej elity Narodu Wybranego. Znał ją także rzymski prokurator, bez którego wiedzy niewiele się mogła dziać w tej zapyziałej prowincji Imperium. Dla niewiast jednak owo odsłonięcie było Radosną Nowiną, dla innych – przeraźliwą komplikacją w dobrze zapowiadających się planach zrównoważonego rozwoju Cesarstwa, Izraela, czy własnych karier. 

Zapewne wielu dojrzy to, co ukryte zostało za ciemną zasłoną naszej niewiedzy. Jeśli ta perspektywa kogoś rozbija, przeraża, czy nawet pcha w stronę fałszu i obłudy – to znak, że chwila na nawrócenie mija. Za moment może być za późno, bo nie będzie komu powiedzieć w imieniu Sędziego Wszechrzeczy: “Ego te absolvo”…

Jest napisane, że niewiasty musiały spojrzeć w górę, aby zauważyć, że to, co wydawało się zakryte, jest de facto odsłonięte. Choroba, pomyślność doczesna, zdrowie, a nawet śmierć sama – to są rzeczy, jakie odkrywamy patrząc w dół. Życie, autentyczne życie, rozpoznam tylko patrząc w górę, tam, gdzie: 

…przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga (Kol 3,1)

To sformułowanie o patrzeniu w górę, użyte w powyższym fragmenciem Markowej Ewangelii, oznacza także “odzyskanie wzroku”. Tylko patrząc w stronę Domu Ojca rzeczywiście mogę widzieć – głębnie i ostrzej aniżeli dotąd. Odzyskiwali wzrok niewidomi dotknięci przez Jezusa, odzyskał wzrok także Szaweł po trzech dniach ciemności, gdy skruszał już dostatecznie podczas postu na ulicy Prostej (jakby to wszystko było takie proste…). Przyszły Apostoł Narodów wcześniej widział w wyznawcach Jezusa z Nazaretu tylko zabójców prawdziwej religii objawionej w dziejach Patriarchów i Proroków, widział w nich ciemną jaskinię śmierci i swoich śmiertelnych wrogów. Po niezwykłym spotkaniu pod Damaszkiem, podczas którego Zmartwychwstały utożsamił się ze swoim Kościołem, Szaweł uzyskał prawdziwą ostrość spojrzenia i poznał, że śmierć jest gdzie indziej, a to, co wcześniej uznawał za grób jest w rzeczywistości Życiem.

Czy podobnie nie jest obecnie? Wszak każda plaga ma w sobie zapowiedź miłosierdzia, a nawet już nim jest! Czytam bowiem w Psalmach:

Wiem, Panie, że sprawiedliwe są Twoje wyroki i że mnie słusznie upokorzyłeś. (Ps 119,76)

Odsunięty wielki kamień zwiastował niewiastom początek czegoś diametralnie innego, aniżeli świat, który znały do tej pory. Zmartwychwstanie wywróciło wszystko do góry nogami. Odzyskana, czy uzyskana umiejętność patrzenia zmienia sposób funkcjonowania. Szaweł odrzucił papiery z Sanhedrynu i stał się gorliwym heroldem Jezusowego Królestwa. Plaga, jaką przeżywamy, odsłania zamysły serc, projekty i postanowienia, pokazuje co dla kogo jest naprawdę ważne i za co warto oddać życie. Jeśli potraktujemy na serio wnioski z tych odkryć – wszystko będzie inne. 

Kościół będzie trwać, bo nie zmogą go bramy piekła, ale może zmieści się w małych Wieczernikach poszczególnych rodzin. Pośród ludzi połączonych nie tyle więzami krwi, co decyzją radykalnego posłuszeństwa Słowu Ojca. Opuszczona Oblubienica będzie trwać na pustyni, schowana na czas jakiś przed wzrokiem Smoka. Ale prędzej czy później stanie przed nim gotowa na rozszarpanie, na “śmierć poza miastem”, na krańcowe upokorzenie i wydrwienie. Kto przy niej wytrwa, tego ciało będzie leżeć wystawione na widok wszystkich. Cały świat obejrzy wszystkie słabości, grzechy i upadki garstki wiernych. Nic i nikt nie zostanie oszczędzone. Niewielu będzie takich, którzy – jak zalecał Prymas Tysiąclecia – nie mają do ukrycia. Miłujący zhańbione Ciało Pana będą dręczeni, przymuszani do bezbożności, kuszeni łatwym osobistym sukcesem za wszelką cenę, zaspokojeniem swoich pragnień i szybkim pozornym rozgrzeszeniem ze swych win. Będą ze smutkiem oglądali ślady dawnej świetności – katedry, bazyliki i sanktuaria – wyjęte z ich rąk. Wielu z nich się pogodzi z takim stanem rzeczy. 

Kto się ostanie?

Cokolwiek uczniowie Chrystusa nie stworzą sobie teraz, jakiejkolwiek opcji nie wybiorą, wszystko to nie uchroni ich przed Smokiem i Bestią. Bowiem nie w pragnieniu ocalenia siebie jest ratunek, nie w miłości siebie, ale w miłości Boga i bliźniego (także – a może zwłaszcza – nieprzyjaciela), ofierze i pokucie. Opuszczony Bóg przygarnie opuszczoną Oblubienicę, a z nią jej dzieci, upodobnione do Baranka – poddane tylko Jego prawu, oczyszczone Jego Krwią, oddychające Jego tchnieniem.

Nowa Arka Noego będzie miała deski z cierpienia i gwoździe z dusz ofiarnych. Tak jak fale nowego potopu zaleją ludzkie serca, tak i Arka zostanie w nich zbudowana. Wielkim dziełem będzie ocalenie nawet kilku dusz, ukrytych w sercach prawdziwie kapłańskich.

Tylko kto ma takie serce?

“Na koniec moje Niepokalane SERCE zwycięży”!

Wczesnym rankiem

Bardzo rano, w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy wschodziło słońce. (Mk 16,2)

Mówi się, że czas leczy rany. Gdy jednak nie można w żaden sposób wyrazić swej zranionej miłości, ból staje się nie do wytrzymania. Niewiasty – według relacji św. Marka – idą do cmentarnego ogrodu Józefa z Arymatei wczesnym rankiem, gdy pierwsze promienie słońca padają na ziemię. Można odczytać w tym wydarzeniu pewien pośpiech, jakąś niecierpliwość. Może taka była natura ich miłości? Prędka, konkretna, do bólu (nomen omen) praktyczna? Nie ociągająca się. Gotowa do działania.

Swoją drogą warto zastanowić się nad tym, co czynisz wczesnym rankiem – jak bardzo ciało i uczucia są nieskore do pobudki, do działania. Każdy początek dnia może jawić ci się bardziej jako nowy rozdział ciężkich do znoszenia trudów, aniżeli radosna okazja do pełnienia czynów miłości. Wielu z niecierpliwością już od samego rana wyczekuje szansy na odpoczynek i nasycenie się przyjemnością. Nie ma się wtedy co dziwić, że Bóg nie powierza ci poważnych zadań, wymagających wysiłku i odpowiedzialności, wszak ty nie traktujesz poważnie Jego darów – kolejnego dnia życia, danych ci sił, talentów, a nawet własnego powołania. Wszak:

Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; (Łk 12,48)

Paradoksalnie, może droga przez życie byłaby mniej uciążliwa, gdyby nie ta opieszałość utrudniająca pobożne i uczciwe przeżywanie kolejnej “nowej szansy” danej przez Pana o poranku…

Niewiasty więc, skoro świt, spieszą do Grobu.

Nie ma z nimi Matki Jezusowej. Ona trwa, ma nadzieję i czeka – a może już wie, bo zanim jeszcze słońce wzeszło to Baranek przyszedł pokazać świetliste rany, Tej, która zaufała… Tak czy inaczej, Ona nie musi biec do Grobu. Już kiedyś, gdy odnalazła Go po trzech dniach nerwowych poszukiwań usłyszała nutę wyrzutu w słowach Syna, dlatego teraz nie biega nigdzie i nie szaleje. 

Poranek to moment nowego rozdania, kolejnego początku, szansy na coś lepszego, aniżeli dzień wcześniej. Kres dnia poprzedniego, jest jednocześnie momentem odnowienia możliwości człowieka. Niewiasty przeżywają tę chwilę w żałobie, ale jednocześnie wypełnione są miłością, tylko ona bowiem może przenieść człowieka poprzez wszelkie granice. Uniesione nią nie zastygają w bezczynności, nie pogrążają się w bierności, lub w pełnej bólu stagnacji. Czy w jakiś szczególny sposób przeżyły tamtego rana dotyk jutrzenki na swoich, mokrych może jeszcze od łez, twarzach? A może nie zwróciły na to uwagi – praktyczna miłość, nauczona pokornie służyć, nie zauważa poetycznych asocjacji… Gdyby przystanęły chwilę, może dostrzegłyby jak cień cofa się przed mocą brzasku i przy odrobinie skupienia przypomniałyby sobie Izajaszowe proroctwo:

Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. (Mt 4,16)

To pośpieszne wyjście z ciemności nocy, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, nasuwa skojarzenia z poszukiwaniem Najcenniejszego Skarbu, jakim jest dla duszy wybranej Pan – Deus Absconditus, Oblubieniec z Pieśni nad Pieśniami, prawdziwa Perła. Przez całą Biblię, od wypędzenia z ogrodu Eden wiarołomnych praojców, aż po tęskne wołanie Ducha i Oblubienicy w Apokalipsie, człowiek poszukuje Boga.

Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody. (Ps 63,2)

Ale już za chwilę Anioł-Młodzieniec wypomni im, że szukają nie Tego, którego szukają – przecież szły namaścić CIAŁO, a nie spotkać ŻYWEGO.

Niegdyś, po rozmnożeniu chleba, tłum szukał Chrystusa nie po to, aby zmienić swój sposób myślenia i odrzucić połatane bukłaki pomysłów na życie. Szukali Go, gdyż chcieli się nasycić – tu i teraz. Gdyż rozpoznali w Nim kogoś, kto może dać chleb – za darmo, do sytości i bez większych zobowiązań. Bóg jednak nie jest od zaspokojenia wszystkich naszych potrzeb na ziemi. Jego Królestwo zaczyna się w naszej woli (jeśli przyjmiemy Jego prawa dla naszych społeczności), ale nie jest stąd. Gdy wzgardzisz Jego prawami, będziesz wiecznie głodny i nienasycony, i nic nie wypełni twej duszy, przed którą przecież wieczność! Doświadczysz głodu i fiaska swych starań na ziemi, oraz piekielnej tęsknoty na wieki. Wzgardzony Chrystus – ów kamień odrzucony przez budujących – rozsadza systemy, najbardziej uświęcone hierarchie, czcigodne instytucje. Mimo, że władza ojcowska w rodzinie pochodzi od Boga, to i taką władzę rozsadzi moc Ewangelii, jeśli nie będzie poddana Jego Prawom! A co dopiero władza urzędników Państwowych! A nawet – strach pomyśleć – kościelnych… (Czyż nie dlatego doświadczamy kryzysu pasterzy dusz? Nie jest to jakaś opinia “katolickiego fundamentalisty”! O takim kryzysie mówią wszyscy – od prawa, do lewa.)

Poszukujesz rzeczy często przyziemnych, naturalnych, często będących wypełnieniem swych zranień, a możesz odnaleźć Wodę Żywą – jeśli tylko szukasz szczerze, prawdziwie, autentycznie, na kolanach, w mocy sakramentów i pod opieką świętych. Szukaj niestrudzenie, od wczesnego ranka, nawet jeśli jest jeszcze ciemno. Nie zważaj na mrok, na żal i na smutek. Pukaj. Naprzykrzaj się. Daj wszystko. Zawalcz, aby przezwyciężyć ociężałość władz duszy i własnego ciała! Słońce jest, choć może skryte jeszcze za firmamentem twoich perspektyw – ŚWIATŁO ZAWSZE GDZIEŚ JEST!

…wonne maści niosły…

Gdy minął szabat, Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść i namaścić Go. (Mk 16,1)

Szły, aby namaścić Jezusa. Nie tyle nawet martwe Ciało – nie jest przecież napisane wprost, że celem ich wędrówki był ludzki trup – co po prostu chciały namaścić Jego, ich ukochanego Nauczyciela. 

Czym jest jednak namaszczenie zwłok? Do czego było ono potrzebne? Czy to nie jedna z tych czynności, o których złośliwie mówi się że są potrzebne niczym “umarłemu kadzidło”? Benedykt XVI zwraca uwagę, że przecież czynność namaszczenia, niejako przywracająca zmarłego do świata żywych osób, jest daremnym wysiłkiem – żadne ludzkie działania nie sprawią, że zmarły ożyje. Choćby “żył w pamięci”, “w sercach” – to jednak jest martwy. Wonności mogły powstrzymać rozkład ciała, ale nie mogły przywrócić zmarłego do życia. Czyżby niewiasty w ten nazbyt ludzki i przyziemny sposób odpowiadały na pewną intuicję, jaka mogła się na wpół świadomie zrodzić w ich sercach? Wyczuwały prawdę nie potrafiąc jej wyrazić? Chciały zakonserwować zmarłego, ale chodziło im o życie, o Jego wieczną obecność pomiędzy nimi?

Ratzinger napisze:

Rankiem pierwszego dnia kobiety te zobaczą, że ich starania o Zmarłego i o Jego zachowanie były nazbyt ludzkimi staraniami. Zobaczą, że Jezus nie ma być zachowany w śmierci, lecz znowu żyje, i teraz dopiero żyje naprawdę. Zobaczą, że Bóg w sposób definitywny, możliwy jedynie dla Niego, zachował Go przed rozkładem i tym samym wyrwał Go z mocy śmierci. Jednak w tej trosce i miłości kobiet jest już zapowiedź poranka Zmartwychwstania. (Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu)

Czy przez pomyłkę nie próbujemy – ze czcią i miłością – konserwować trupa? Biegniemy co sił do umęczonego Ciała Pana, do Jego Kościoła, bezładnie rozłożonego w swej widzialnej postaci, powalonego bez mocy, bez siły i możliwości działania i bardzo chcemy to zniszczone Ciało namaszczać, oblewać wonnościami, perfumować. Ale to nie tędy droga! 

Z punktu widzenia kochających niewiast ich działanie było najzupełniej logiczne (oczywiście podług logiki miłości), wykonywały posługę zgodną z tradycją i zwyczajem; być może niekonieczną, ale pełną miłosierdzia; wyróżniły się przy tym gorliwością i odwagą. Niczym synowie kapłanów, którym Pismo nakazywało przygotowywać “pachnące mieszanki do balsamów” (Por. 1 Krl 9,30)  kobiety przyrządziły wonności dla wiecznej świątyni. Niczym królowa Saby zaniosły pachnidła temu, który przewyższał mądrością Salomona (Por. 1 Krn 10,10). Ale plan boży przewyższał ich starania! Chciały Jezusa pośród siebie i Go otrzymały, jednakże nie wskutek ich zabiegów, i nie tylko symbolicznie.

Kościół – mistyczne Ciało Pana – leży obnażony i zda się martwy. Chcemy, aby żył i strzegł Obietnicy zbawienia, by był znakiem dobroci Boga dla ludzi kolejnego tysiąclecia. Czy mamy czekać jak Apostołowie w kątach zamkniętego Wieczernika? Czy też biec namaszczać martwe członki? A może, niczym Maryja (o czym mówi tradycja, apokryfy i objawienia), trwać w oczekiwaniu z żywą nadzieją? Bezruch i lęk, działanie i czynna miłość, czy pełna wiary kontemplacja danego niegdyś Słowa?

Co byśmy nie zrobili, Bóg przeprowadzi swój plan w sposób przekraczający nasze wyobrażenia! 

Jeszcze jedno wydaje się oczywiste – nie ma powrotu do tego, co było przed Golgotą. Jezus nie podejmie już nigdy swej misji w takiej samej formie, jak niegdyś. Czas tłumów, kazań na górze, czy cudownych spotkań z Rabbim w cielesnej postaci się skończył. Owszem, Pan będzie przyciągał miliony istnień – poprzez uczniów. Będzie słyszany na kontynentach – poprzez uczniów. Będzie doświadczany w uzdrowieniach duszy i ciała – poprzez posługę uczniów. 

Również i dla pobitej Oblubienicy Pana, Kościoła, nie ma powrotu do przeszłości. Zda się, że do historii odchodzą akcje duszpasterskie, Dni Młodzieży, rekolekcje na stadionach, wielkie pielgrzymki, tłumne zgromadzenia. Znikną grupy i grupeńki przyparafialne będące erzacem rodziny. Przestaną sycić internetowi kaznodzieje bardziej usypiający niż wzywający do realnych działań. To już było. A jak będzie? Na miarę tego, co się znajduje w sercach uczniów… 

« Older posts

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑