Blog ks. Jacka Gomulskiego

Autor: jacek (Page 1 of 133)

Droga Krzyżowa 2022

Wprowadzenie

Panie Jezu Chryste!

Staję dziś przed Twoim krzyżem.

Mało jest we mnie teraz współczucia Twojej Męce. Nie umiem Cię pocieszyć, rzadko o tym myślę. Moje serce jest kamienne, chore…. 

Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz…

por. J 21,17

Szukam lekarstwa na moje zwątpienie i zniechęcenie. Na moją bezradność wobec własnych grzechów. Na pychę i chęć samostanowienia. Na nieczystość i nieugaszony ogień pożądliwości. Na złość i niechęć do braci. Na demoniczny egotyzm, owo Augustyńskie “zakrzywienie ku sobie”. Na nieliczenie się z Tobą…

Wiem, że Kościół woła w tym czasie: “Uzdrów mnie, Panie, lekarstwem pokuty”. Ale ja nawet pokutować nie umiem… Nie kocham na tyle, aby się skruszyć z miłości, i nie żałuję na tyle, żeby błagać o przebaczenie. Nawet nie boję się potępienia na tyle, żeby zatrwożył mnie obraz, jaki ukazał Pani Fatimska pastuszkom… 

W kamiennym sercu mieszka zimna obojętność.

Chwytam się więc Twego krzyża, zbierając w sobie resztki ufności w Twoje Słowo. Ono odsłania Ciebie. Ukazuje jaki jesteś. Ukazuje Twoje serce – tak inne od mojego – żywe! Odsłania Twoje zranienia. 

Nie chcę – przynajmniej przez te kilkadziesiąt minut – wpatrywać się w swoje rany. 

Szukam lekarstwa w Twoich.

Ufam temu, co napisał Twój Apostoł:

On sam w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości – [krwią] Jego ran zostaliście uzdrowieni.

1 P 2,24

Uzdrów, mnie Panie, lekarstwem ufności w moc ran Twoich…

Zmiłuj się nade mną, Panie, bom słaby; ulecz mnie, Panie, bo drżą kości moje!

Ps 6,3

Stacja I

Pan Jezus na śmierć skazany.

Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia…

Dz 3,14-15

Skazanie Boga na śmierć rozpoczyna się w każdym z tych licznych momentów, w których zaczynam  – choćby na chwilę – udawać, że On mnie nie dostrzega. Zamykam oczy duszy – niczym małe dziecko, które schowane pod kołderką wyobraża sobie, że jak się zakryje z głową i zamknie oczy, to zniknie – i dopuszczam do siebie słodko kuszącą myśl o grzechu. Co prawda sumienie zadrży rozpaczliwą walką o prawdę na temat tej sytuacji, ale odbieram ją, jako nic nie wnoszące zadawanie mi bólu. Prawdy nie zaneguję, ale znowu (znowu, i znowu) udam, że ona mnie nie widzi, że chwilowo wypadłem z pola jej zainteresowania. I wtedy dopuszczę kolejną myśl o grzechu. I jeszcze jedną. I następną. I że – te słynne i chyba ulubione słowa szatana: “Nic się nie stanie…” 

A jednak coś się dzieje. 

Zdrada, lenistwo, cudzołóstwo, obżarstwo i pijaństwo, pycha, egoizm, zaślepienie… Tę listę można ciągnąć. A pod tą masą obrzydliwości zabita boża łaska. I to wszystko we mnie. I pewnie też w tobie.

Bóg zabity w duszy ludzkiej pozbawia ją wszelkiej siły witalnej, sprawiając, że cuchnie, niczym zmarły Łazarz z Betanii (Por. J 11,39). System duchowego zakłamania jest jednak tak wielki, że smród rozkładu wnętrza nie robi wrażenia na władzach duszy. Wola jest sparaliżowana kolejnym pragnieniem rozkoszy czy korzyści związanych z grzechem, intelekt zaś produkuje argumenty na rzecz trwania w morderczej symbiozie ze złem.

Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku śmierci?

Rz 7,24

A Duch wtedy podpowiada, na przekór zniechęceniu i beznadziei, na przekór pustce, unoszącej się nad wodami duszy, na przekór codziennym wyrokom wydawanym na Łaskę:

Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach swoich.

J 8, 24

Więc chcę na to odpowiedzieć, u progu tej drogi:

Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!

Mk 9,24

Stacja II

Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona.

I wyprowadzają Go, aby Go ukrzyżować.

(Mk 15,20b)

Drugi Ewangelista zwykle opisuje wydarzenia Męki używając czasu przeszłego, tu jednak używa czasu teraźniejszego. To tak, jakby Pan, w wiecznym “teraz”, był nieustannie prowadzony na śmierć. I do tego może odnosić się Jego “Ja Jestem”.

Owo “wyprowadzenie” zostało oddane greckim słowem εξαγουσιν (eksagousin), które Stary Testament (i znowu w czasie teraźniejszym) używa tylko raz jeden – w księdze proroka Ezechiela:

Oto jednak zostanie w niej resztka, którą wyprowadzają (εξαγουσιν – eksagousin) – synowie i córki. Oto oni wyjdą do was i zobaczycie ich drogę i czyny, a wy będziecie pocieszeni z powodu tego nieszczęścia, które sprowadziłem na Jerozolimę – wszystkiego, co sprowadziłem na nią.

(Ez 14,22)

Resztka ocalonych jest wyprowadzana z niewoli babilońskiej, owego nowego Egiptu, synonimu dopuszczonego przez Stwórcę zniewolenia grzechem. Chrystus zaś – nowa Reszta –  jest prowadzony z pretorium Piłata, miejsca niesprawiedliwości i tchórzostwa na Golgotę, miejsce ukrzyżowania. Czy aby na pewno? Tak naprawdę przecież Jezus jest wyprowadzany przez swego Ojca do miejsca wiecznej chwały, “miejsca odpoczynku”, jak powie św. Paweł w Liście do Hebrajczyków, a Golgota i Grób w ogrodzie są tylko krótkimi przystankami. Napisałem, zgodnie z biblijną intuicją, “wyprowadzany”. Tak. Każdy z uczniów Chrystusa, który chce współtworzyć ową tajemniczą Resztę ze swym Mistrzem, w jakimkolwiek momencie dziejów świata, musi zostać “wyprowadzony” na drogę ku chwale. Przez krzyż.

Wolność Resztki, wspomnianej w proroctwie Ezechiela, zawiera się w śmierci Mesjasza. Los Resztki jest zapowiedzią losu Mesjasza. Wartość Resztki w oczach bożych jest równa wartości Mesjasza. I Resztka bowiem, i Mesjasz, dzięki swej wierności uzyskują obietnicę ostatecznego ocalenia – nie tylko dla siebie, ale także dla swego potomstwa. Reszta natomiast ocali “swoich synów i córki” (Ez 14,16)… Syn Boży, biorąc krzyż, oraz ustanawiając uobecniające Jego Mękę Misterium Ofiary i Uczty, ocala zastępy swych braci – czyli tych, którzy Mu uwierzą i będą pełnić wolę Ojca – po kres czasów.

Chcę być w Resztce! Chcę być w Synu Bożym!

Stacja III

Pierwszy upadek Pana Jezusa.

Oto Ten został dany (dosł. leży), na upadek i powstanie wielu w Izraelu – oraz jako znak, któremu się sprzeciwiają.

(Łk 2,34)

Choć grecki wyraz κειται (keitai) tłumaczy się na ogół jako “został dany”, to dosłowne brzmienie – leży – przemawia do mnie bardziej. Mimo, że Symeon mówi tu o leżącym na rękach Matki Niemowlęciu, ja widzę tu zapowiedź Pana leżącego pod ciężarem krzyżowej belki.

Zakrwawiony Chrystus leży przywalony ciężarem moich grzechów. Być może w tej scenie jeszcze bardziej jest znakiem miłości Boga do grzesznego człowieka – zbity, bezsilny, upodlony. Wielu potknie się o tego leżącego Skazańca i upadnie, “a upadek ich będzie wielki” (Mt 7,27). 

A pośród owych “wielu” jestem i ja. Sam się co i rusz potykam o Leżącego, o Sługę Pańskiego, potykam się o Jego Mękę, o Krzyż, o Arma Christi. Potykam się – bo o Nim zapominam. Za każdym razem doznaję rozdwojenia – chciałbym iść śmiało, bez upadków, a jednocześnie boję się, że kiedyś przyjdzie moment, gdy się już nie potknę i podepczę tę Ofiarę…

Najbardziej niezwykłe, a zarazem przedziwnie codzienne (jak codzienny może być ludzki upadek) jest to, że to nie ja dźwigam Umęczonego z Jego krzyżem, ale to On znajduje tyle siły aby mnie dźwignąć, mimo, że się przecież wyrywam. 

I oto znów się zapatrzyłem w siebie, i znów się potykam, i znów padam jak kłoda obok Skazańca. I trudno mi wstać samemu, by iść z mrokiem w sercu, obojętnie, z wyuczonym chłodem, gdzieś przed siebie. Nie umiem tak chodzić. Nie mogę też udawać, że On tam nie leży.

Panie Jezu, leżący pod ciężarem mojego grzechu!

Chciałbym – czy wolno mi tak chcieć?! Wybacz zuchwałość! – spocząć na Twoim sercu, niczym Jan podczas Ostatniej Wieczerzy. Jeśli gdzieś mam leżeć to tam, wsłuchany w Słowo Miłości, w lekcję dającą życie, w naukę prowadzącą do zmartwychwstania i posłuszeństwa Tobie.

A potem, dodaj mi siły, abym wstał, aby nieść w sobie, w swoim ciele, Twój Krzyż – znak sprzeciwu dla wielu.

Stacja IV

Pan Jezus spotyka swą Matkę.

Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu.

(Łk 8,19)

Teraz, na drodze krzyżowej, znowu nie mogła “dostać się do Niego z powodu tłumu”.

Stanął Jej na drodze ów motłoch znany wszystkim epokom. Kłębowisko ludzkie, które musi się nasycić widokiem krwawej miazgi. 

Dla tego tłumu oczy są jak usta, a pamięć jak bezdenny żołądek. Muszą spoglądać, zerkać, patrzeć, gapić się – jedni z lekko skrywanym wstrętem, inni bezczelnie i bezwstydnie. 

Jedni czekając ostatecznego upadku swej ofiary, sępim, cierpliwym, a jednocześnie pustym spojrzeniem pilnują ostatecznej godziny przejścia, aby ogłosić swoje spełnienie. 

Inni, z trudem chowają satysfakcję, jakby chcieli powiedzieć “a nie mówiłem”, ale się trochę bali tak ostentacyjnego okazywania swych myśli, być może przyzwyczajeni do permanentnego udawania, pełni pożądania krwi, ale zbyt tchórzliwi, by żyć nim na co dzień. 

Są i tacy, którym wyrzuty sumienia zamykają powieki, ale nic nie zrobią, aby ruszyć się z miejsca, będą stali niczym mury rozpadających się świątyń – aż wszystko runie ostatecznie i zakończy ich beznadziejną egzystencję. 

Jeszcze inni nadają impet motłochowi, są jego sercem i krwioobiegiem, wiecznie głodni, wiecznie spragnieni, wiecznie głośni, wiecznie pewni siebie – zapewne tacy sami, z identycznym rykiem głupiego “ego”, będą zaludniali nieskończone przestrzenie Otchłani. 

Niektórzy zaś udają, że znależli się w tym tłumie przez przypadek, tylko przechodzili, tak naprawdę są przyzwoitymi ludźmi, same Weroniki i Szymony, a teraz to tak tylko, na momencik sobie popatrzą, czy to źle? 

W ten sposób wszyscy się karmią i napawają widokiem zhańbionego Obrazu Boga (ale i prawdziwego człowieka), aby tylko wiecznie głodny bóg ich istnienia, żołądek – pożądanie, choć trochę przestał domagać się strawy. Takie są – wtedy, na arenach czy ulicach; i teraz, w sieci, telefonie czy telewizji – jedyne igrzyska małodusznych… Jedyna rozrywka…

Kłębiący się tłum wielorakich pożądań oddziela Matkę od Syna, skazując Go na samotność, a w Jej Przeczyste Serce wbijając miecze boleści – jeden za drugim.

A w tym tłumie – my.

Matko ponad wszystko świętsza
Rany Pana aż do wnętrza
W serce me głęboko wpój

Cierpiącego tak niezmiernie
Twego Syna ból i ciernie
Niechaj duch podziela mój

Spraw niech leję łzy obficie
I przez całe moje życie
Serce me z Cierpiącym wiąż.

Stacja V

Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi.

A gdy Go prowadzili, chwyciwszy jakiegoś Szymona z Cyreny, który szedł z pola, włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.

Łk 23,26

Królestwo Niebios podobne jest do skarbu ukrytego w roli, który człowiek znalazł, ukrył, uradowany odszedł, sprzedał wszystko, co ma, i kupił tę rolę.

Mt 13,44

Scena z Szymonem z Cyreny wydaje się pozornie przeczyć słowom Pana:

Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje Mnie.

Łk 9,23

Szymon nie bierze przecież swego krzyża, ale Jezusowy, nie czyni tego z własnej woli, ale zostaje pochwycony i niejako przymuszony do tej krwawej eskapady. Może właśnie dlatego mogę się w tym Szymonie odnaleźć. W końcu najczęściej bywa tak, że krzyż spada na mnie znienacka, nagle, zastając nieprzygotowanym na mozolne uginanie się pod jego ciężarem. Zostaję pochwycony przez cierpienie, którego nie zapraszałem, ani go nie chciałem. Ktoś mi wkłada na ramiona ciężar, za którym nie tęsknię. Czyjaś wola kieruje moje kroki w stronę, o której bym nawet nie pomyślał. Zostaję złapany, prowadzony, przytrzymany i jedyne co mogę zrobić – a czego, z oczywistych przyczyn, nie mógł zrobić Szymon – to poszukanie u Pana sensu tego, co się dzieje. 

Jak wiemy, z przekazów innych ewangelistów, człowiek z Cyreny, a przynajmniej jego synowie, zapewne odnaleźli głęboki sens tego przymusu, jaki stał się w owo jerozolimskie piątkowe przedpołudnie, podczas powrotu z pola. Odkryli w sytuacji trudnej, narażającej na zaciągnięcie rytualnej nieczystości w przeddzień święta Paschy, palec boży. Szymon mógł zrozumieć, że za rękami żołdaków i ich wolą, kryłą się inna Wola, ta, która kazała niewinnemu Skazańcowi idącemu na Golgotę dźwigać krzyż. Po czasie może rozpoznał, że ta Wola, skruszyła kamienne serce człowieka z Cyreny, aby na zawsze biło tylko dla Króla Królów.

Jest wielkim skarbem, podobnym do tego, jaki odnalazł na polu bezimienny kupiec z Pańskiej przypowieści (nie jest nigdzie napisane, że nie pochodził np. z Cyreny…), odkrycie w przymusie codzienności, w owych licznych sytuacjach, które stawiają mnie i ciebie pod ścianą, sensu głębszego, aniżeli ten, jaki narzucają emocje.

Stacja VI

Weronika ociera twarz Pana Jezusa.

I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już [odtąd] nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły.

Ap 21,4

Z czego Weronika otarła Najświętsze Oblicze? 

Co na nim było? 

Krew? Pot? Łzy? 

My, którzy byśmy chcieli, aby ktoś otarł nasze twarze, nie chcemy – o jak bardzo nie chcemy – tego, co się na nich znajduje. Nie chcemy, ani potu, ani krwi, ani łez. Nie chcemy zmarszczek, skaz, krost. Nie chcemy oznak cierpienia, ani oznak przemijania. Nie chcemy bruzd wyżłobionych od łez, ani czerwonych powiek. 

Chcemy natomiast, aby nasze oblicza pozostały czyste, jaśniejące, piękne, gładkie, nietknięte wysiłkiem, ani bólem. Chcemy królować, a nie służyć. Chcemy obfitować, a nie doświadczać biedy. Chcemy być piękni, a nie oszpeceni ranami. Chcemy być podziwiani, radośni, uśmiechnięci.

Na Jego Twarzy znalazły się znaki wszystkich bólów ludzkich, jakie zadał człowiekowi grzech i szatan. 

Nie miał on wdzięku ani też blasku, aby [chciano] na niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał.

Iz 53,2

I choć odwracamy spojrzenia od tego, co nam wstrętne, a więc także i od cierpienia, to może jednak, wpatrując się w Święte Oblicze Pana, dostrzeżemy Jego pełne mądrej i pokornej miłości spojrzenie. 

Chryste!

Panie umęczony, z chusty Weroniki i z Manopello, z Mandylionu i z Całunu Turyńskiego, z ikon i obrazów pasyjnych!

Chryste o Obliczu oplutym i obitym!

Spojrzyj na mnie, przez swe łzy, spojrzeniem pełnym miłości! Popatrz tak, jak popatrzyłeś na bogatego młodzieńca, który odchodził, bo “miał wiele posiadłości”.

Oby kamień w mojej piersi pękł pod wpływem Twego spojrzenia.

Stacja VII

Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi.

Skoro więc [Jezus] rzekł do nich: Ja Jestem, cofnęli się i upadli na ziemię.

J 18,6

Jestem robak a nie człowiek, pośmiewisko ludzi i wzgarda pospólstwa.

Ps 22,7

Kilkakrotnie zdarzało się, że wrogowie Jezusa doświadczyli mocy Jego autorytetu – tak było gdy przemawiał w świątyni; tak też było, gdy stanął w Ogrójcu naprzeciw zgrai, która przyszła Go pojmać. 

Padli na ziemię, na twarz, może wbrew sobie, na przekór pragnieniom i przekonaniom. Boski blask – nieważne czy widzialny, czy tylko doświadczalny w duszy – zmusił zbydlęconych ludzi do ugięcia się przed Panem. Podobnie było w Rimini w 1227 r., kiedy św. Antoni Padewski nakazał osłu oddać pokłon Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Bezrozumne (czy aby na pewno) bydlę ukorzyło się wobec żywego Boga. Dziś, wielu ochrzczonych wydaje się być w gorszym stanie, aniżeli ów średniowieczny osioł czy oprawcy z Ogrójca…

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

Łk 18,8

Zamiast życia w skrusze i ukorzeniu wobec Boga, wybieram życie ewangelicznego bogacza – “dzień w dzień świetnie się bawiąc”, nieustannie pragnąc “czuć się dobrze”, chcąc uciekać przed trudem, szukać nowych dróg zapomnienia o troskach, nosić purpurę i bisior przysługujące raczej Królowi Królów, wręcz obnosić samego siebie (niczym cenną relikwię) w lśniących szatach. A przecież ten, co tak się nosił, padł stoczony przez robactwo, jak głoszą Dzieje Apostolskie…

W oznaczonym dniu Herod, ubrany w szatę królewską, zasiadł na tronie i publicznie przemawiał do nich; lud zaś wołał: Głos to boga nie człowieka. W tej samej chwili uderzył go anioł Pana, ponieważ nie oddał chwały Bogu; potem stoczony przez robactwo, oddał ostatnie tchnienie.

Dz 12,21-23

My jednak, nie bacząc, że możemy paść nieodwołalnie, obalamy na ziemię Króla i Pana. Stajemy nad Nim z tryumfalną miną, domagając się czynów służebnych wobec naszych utytłanych grzechem dusz. A On, skazany przez nas na bycie robakiem, spełnia owe posługi – do czasu, gdy przyjdzie jako Sędzia sprawiedliwy. Ii wtedy pojmiemy co oznaczało Jego Słowo: Ja jestem…

Stacja VIII

Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty.

Za Nim szła wielka rzesza ludu i niewiasty, które nad Nim płakały i lamentowały. Jezus odwrócił się do nich i powiedział: — Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade mną, raczej same nad sobą płaczcie i nad swoimi dziećmi. Nadchodzą bowiem dni, w których powiedzą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: „Padnijcie na nas”, a do pagórków: „Przykryjcie nas”, bo jeżeli z zielonym drzewem to czynią, co będzie z suchym?

Łk 23,27-31

Ja jestem winnym krzewem, wy zaś latoroślami. Kto we Mnie trwa, a Ja w nim, ten przynosi wiele owocu, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Jeśli ktoś we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak latorośl i uschnie. Zbiorą ją, wrzucą do ognia i spłonie.

J 15,5-6

Płakać nad sobą to wielu z nas bardzo lubi. Użalać się nad tym, że nie jesteśmy tacy, jak byśmy chcieli. Rozpaczać, że nikt nas nie rozumie i nie dopieszcza. Roztkliwiać się nad własną nędzą. Popadać w smutek i melancholię, bo inni są od nas lepsi, piękniejsi, zdolniejsi, bogatsi, szczęśliwsi. Załamywać ręce, że nam zawsze wiatr w oczy wieje i nie mamy znikąd pomocy. Toczyć spłoszonym wzrokiem zranionej łani dookoła z myślą, że może ktoś się domyśli dramatycznego stanu naszych emocji i się nami zainteresuje. Z dramatem wypisanym na obliczu chować się po kątach mieszkania, chciwie wyczekując czyjejś uwagi, którą będziemy mogli odtrącić, podkreślając rozmiary przeżywanego kryzysu.

Tak płakać lubimy, choć z trudem przychodzi nam się przyznanie do tego.

Ale nawet w tym dziecinnym, infantylnym i przepełnionym pychą płaczu, jest obok Chrystus. Jest, choć odrzucony. Obok, bo sami się skazujemy na odcięcie od Niego, pomału usychając. 

A należałoby płakać właśnie nad tym uschnięciem, nad naprawdę przerażającym, smutnym i pełnym autentycznej rozpaczy losem suchej gałązki winnego krzewu, która nie chce dawać owocu nawrócenia, nie chce płonąć gorliwą miłością, nie chce czerpać soków z zieloności winnicy, nie chce być tym kim jest, tylko marzy o byciu tym, kim nigdy nie może się stać.

Może dni wołania do gór i pagórków, może plaga za plagą spadająca na “łona, które rodziły i te, które nie rodziły”, może obłożenie nawozem suchego drzewa, może te wszystkie ingerencje wyciągniętej ręki Stwórcy nad stworzeniem spowodują skruchę, pokutę i przemianę?

Uczyń tak, Panie, płaczący nad nami – swoją ukochaną Jerozolimą…

Stacja IX

Trzeci upadek Pana Jezusa.

A Szaweł, dysząc jeszcze groźbą i mordem względem uczniów Pana, przyszedł do arcykapłana i wyprosił sobie od niego listy do Damaszku – do synagog – aby, jeśliby znalazł jakichś zwolenników Drogi, zarówno mężczyzn jak i kobiety, mógł ich związanych przyprowadzić do Jerozolimy. I stało się, gdy szedł i zbliżał do Damaszku, że nagle otoczyło go światło z nieba, a gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? I odpowiedział: Kim jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz; ale powstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić.

Dz 9,1-6

Kiedy upadł Szaweł? Wtedy, gdy dyszał żądzą mordu, czy wtedy, gdy poraziła go jasność Pańska?

Kiedy upadasz? Wtedy, gdy doświadczasz upokorzenia, gdy musisz się nagiąć do woli drugiego człowieka? Gdy doświadczasz niezrozumienia lub przykrości? Gdy wydaje ci się, że wszyscy na ciebie dybią, czekają na twoje potknięcia? Gdy musisz zrobić coś wbrew sobie i skręca cię w środku na samą myśl o tym? Wtedy, gdy wszystko nie idzie po twojej myśli?

Dlaczego upokorzenia i słabość natury przeżywasz bardziej, niż prawdziwy upadek, którym jest grzech – świadoma żądza wywyższenia siebie ponad przylgnięcie do miłości prawa Pańskiego?

Szaweł zrozumiał w pewnym momencie, że tak naprawdę powalony był wtedy, gdy obrócił swą gorliwość przeciw uczniom Jezusa. Pod Damaszkiem to nie był upadek. To było rozpoznanie stanu faktycznego – bezmiaru pychy, ślepoty i skupienia na sobie. Upokorzenie – leżenia w pyle drogi, pozbawienia wzroku i skazania na pomoc innych – było niezbędnym środkiem leczniczym dla duszy przyszłego Apostoła Narodów.

Powalony na ziemię Golgoty Pan, wydrwiony i wyśmiany, z powiekami sklejonymi krwią, zdany na kopniaki i poszturchiwania żołnierzy, bierze na siebie ślepą pychę wszystkich zakochanych w sobie…

I toruje drogę.

Stacja X

Pan Jezus z szat obnażony.

Ja jestem chlebem życia; ten, kto przychodzi do Mnie, nigdy już nie zazna głodu, a ten, kto wierzy we Mnie, nigdy już nie zazna pragnienia.

J 6,35

Ja jestem światłem świata; kto idzie za Mną, nigdy nie będzie błądził w ciemności, lecz będzie miał światło życia.

J 8,12

Ile już było w twoim i moim życiu przespanych Adoracji… 

Ile już było godzin spędzonych przed Najświętszym Sakramentem, w których kontemplowaliśmy ból własnych kolan… 

Ile było czuwań, Jerych, nawiedzeń Żywego Boga, w których liczyło się nasze ego, ale nie liczył się On.

Chleb żywy, który z nieba zstąpił…

Może dlatego wciąż jest On fragmentem mięśnia sercowego w stanie agonii? Żywą tkanką wiecznie konającego? 

Wtedy, na Golgocie, gdy zdarto z Niego szaty, stanął odsłonięty – zbite Ciało w monstrancji żywej Krwi, która na nowo trysnęła z niezliczonych ran. A ludzkie reakcje były naszymi reakcjami – odwrócone spojrzenia, znudzenie, brak zainteresowania, niecierpliwość “kiedy się to skończy”, bez wdzięczności, bez czci, bez miłości.

I tylko Matka, Jan i kilka niewiast… Jak dobrze, że i teraz, gdy ukazuje się Najświętsze Ciało, zawsze obok eucharystycznego Króla jest Jego dwór. Inaczej – mimo naszej fizycznej obecności – byłby sam.

Chlebie żywy, Manno prawdziwa, Światłości świata, Baranku zabity, ale żyjący – gdy patrzę na Twe Ciało, odsłonięte, choć zakryty postacią chleba, niech choć jedna kropla Twego potu z kalwaryjskiej drogi (o kroplę Krwi nie proszę, bom niegodny) dotknie mej duszy, abym przejrzał. I choć wiem, że blask bijący z Twych ran i sińców może mnie oślepić, to proszę, niech się przebije to światło przez ciemności, jakie sam na siebie ściągam.

Daj, abym patrzył naprawdę na Ciebie, a nie na siebie!

Daj, proszę, nie łaknął, ani nie pragnął niczego innego, poza tym, co Ty dajesz ze swej świętej woli!

Daj, abym pojął mowę Twych ran, i zaufał. 

I uwierzył.

Stacja XI

Pan Jezus przybity do krzyża.

Kto bowiem jest większy? Czy ten, kto spoczywa przy stole, czy też ten, kto usługuje? Czy nie ten, kto spoczywa przy stole? Ja jednak jestem pośród was jak ten, kto usługuje.

Łk 22,27

Wy zwracacie się do Mnie: Nauczycielu i Panie; i słusznie mówicie, bo Nim jestem.

J 13,13

To jest bardzo wygodne – rozważyć pokorę i służebną postawę Pana czy Jego Matki, a potem iść, i wydawać rozkazy innym, dawać “odczuć swą władzę”, pomanipulować, poszantażować własnymi stanami emocjonalnymi, powyżywać się na kimś dając upust własnym frustracjom, pokrzyczeć, lub może odwrotnie zniżyć teatralnie głos do znaczącego szeptu okraszonego odpowiednio zbolałą miną, objawiając tym samym niezadowolenie.

Ukrzyżowany jest Sługą. 

Tak. 

Ale nie po to, abyśmy traktowali go jak ścierkę, roszczeniowo żądając usługi rozgrzeszenia, komunii, czy spełnienia naszych zachcianek. On służy z wysokości krzyża, bo tylko tak może nas nauczyć pokory i miłości. Dał się przybić nie po to, abyśmy tylko – niczym lud na Golgocie – “stali i patrzyli”, ale po to, abyśmy pozwolili się także przybić do krzyża.

Aby “ukrzyżować swoje ciało z jego namiętnościami”.

Aby “jeden drugiego brzemiona nosić”.

Aby “umywać sobie nawzajem nogi”.

Aby “niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa”.

Aby “uważać jedni drugich za wyżej stojących od siebie”.

Aby “mieć na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich”.

Aby “znosić słabości tych, którzy są słabi, a nie szukać tylko tego, co dla nas dogodne”.

Aby “znikła spośród nas wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie – wraz z wszelką złością”. 

Aby “przebaczać sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie”.

Aby miłować…

Przybity do krzyża Nauczycielu i Panie, nie mam już wiary we własne siły. Tak często, codziennie, na nowo traktuję drugiego człowieka jak przedmiot. Wyżywam się na nim. Oskarżam. Osądzam. Skazuję. Obarczam.

Zmiłuj się nade mną i – z cierpliwością, którą tylko Ty masz – ucz mnie Siebie. Twojej pokornej drogi służby.

Stacja XII

Pan Jezus umiera na krzyżu.

A po Jego wejściu do domu, niewidomi ci podeszli do Niego. Jezus ich zapytał: Czy wierzycie, że jestem w stanie to uczynić? Odpowiedzieli: Tak, Panie!

Mt 9,28

I rzekł Zasiadający na tronie: Oto czynię wszystko nowe. I mówi: Napisz: Słowa te wiarygodne są i prawdziwe.

Ap 21,5

Staję pod Twoim Krzyżem, Panie Jezu!

Wiem kim jestem – nędznym grzesznikiem, który tyle razy obiecywał Ci walkę z grzechem, ze słabością natury, ze złymi skłonnościami. 

Wiem, kim Ty jesteś. Bogiem tak dobrym, że dla mojego zbawienia wziąłeś na siebie moje nieprawości, aby je przybić do tego drzewa. Abym żył.

Za każdym razem, gdy sobie to uświadamiam – drżę.

Za każdym razem – dotykam rzeczy niepojętej!

Jak mam uwierzyć, że tak możesz mnie kochać? Tyle razy Cię zawiodłem, tyle razy zniszczyłem świątynię w mym sercu, tyle razy zlekceważyłem Twoje Słowo…

Tyle razy pewnie to uczynię…

Niepojęta jest Twoja Boże pasja, jaką masz do grzesznego człowieka!

Ale wierzę Twej miłości. Wierzę, że możesz “to uczynić”. Wierzę, że jesteś mocen przezwyciężyć grzech i śmierć we mnie. Wierzę, że możesz dotknąć przebitą dłonią skały we mnie i wytryśnie źródło dla braci i sióstr, dla męża i żony, dla dzieci i przyjaciół. 

Wierzę, że Twoja miłość poruszy kamień! Tak. Słowa te wiarygodne są i prawdziwe!

Wzmocnij wiarę moją!

Stacja XIII

Pan Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ramiona Matki.

Jezus natomiast natychmiast zwrócił się do nich: Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!

Mt 14,27

Mówię wam to teraz, zanim się to stanie, abyście, gdy się to stanie, uwierzyli, że to Ja jestem.

J 13,19

Było, że fale morza Galilejskiego zalewały małą łódź apostolską. Uczniowie wpadli w panikę. Zwątpili. “Panie nic Cię nie obchodzi, że giniemy?” Ale Pan zgromił Słowem szalejącą nawałnicę. (Mk 4,38)

Było, że w podobną burzę byli sami. A dookoła groza śmierci, wycie fal i wiatr przeciwny. A On przyszedł do nich po wzburzonych wodach i myśleli, że to zjawa. Lęk skoczył im do gardeł. Ale Pan do nich przemówił. (Mt 14,27)

Było, że ślepiec żebrzący u bram Jerycha zdarł już sobie gardło krzycząc do przechodzącego Pana. Wiedział, że tylko Jezus z Nazaretu może przemienić jego nędzną egzystencję w życie godne syna Abrahamowego. Wołał więc nie zważając na upomnienia innych. Nie chciał przestać, choć nie widział skutków swego wysiłku. Otaczała go ciemność i bezradność oraz silny opór rzeczywistości. Ale Pan go zawołał. (Mk 10,49)

Było, że uprzedzał ich:

I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, duszy zaś zabić nie mogą. Bójcie się raczej tego, który może i duszę, i ciało zatracić w piekle.

Mt 10,28

Oraz:

Potem usłyszycie o wojnach i wieściach wojennych. Uważajcie, nie bójcie się, bo musi się [to] stać, ale jeszcze nie koniec.

Mt 24,6

Czy przypomnieli sobie te czyny i słowa, gdy zdejmowano martwe Ciało z krzyża i wyjmowano gwoździe z rąk i nóg?

Czy wspomnieli na wezwania do odwagi gdy martwa cisza spowiła niebo i ziemię?

Czy powrócili do Słowa pełnego mocy, gdy Słowo wcielone zdawało się być bez życia?

Czy był ktoś, wśród żałobników, owego piątkowego wieczoru, gdy “słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek” (Łk 23,45), kto by przylgnął do mocy Słów Pańskich i im zaufał bardziej, aniżeli temu, co widziały oczy i dotykały ręce?

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.

Łk 2,19

Stacja XIV

Pan Jezus złożony do grobu.

JA JESTEM drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.

J 14,6

Zaprawdę, zaprawdę mówię wam, jeśli ziarno pszenicy, które wpadło w ziemię, nie obumrze, pozostaje samo. Jeśli zaś obumrze, przynosi obfity plon.

J 12,24

Kiedyś, na samym początku dziejów, człowiek skuszony przez odwiecznego Nieprzyjaciela, odrzucił rajskie życie, bo zapragnął czegoś większego niż Ogród Eden. Zapragnął być Bogiem. Zapragnął ubóstwić siebie, choć wiedział, że ma ciało z prochu ziemi.

W odpowiedzi na to, Bóg, miłujący swe stworzenie, zapragnął być człowiekiem. Zapragnął marnego i przemijającego ciała. A ponieważ u Niego pragnienie staje się rzeczywistością, przyjął to ciało. 

On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się Człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany.

Złożono Go w innym ogrodzie, już nie tym rajskim, raczej marnej namiastce tamtego. W ogrodzie pełnym grobów. Pośród zielonych krzewów przypominających o życiu, zdawało się, że zakrólowała śmierć. 

Zasiał Bóg Ciało swego Syna w głębi ziemi, w jamie grobowej, w mrokach napawajacych każdego człowieka lękiem i poczuciem nieodwracalności .

Tak spełniły się słowa Jezusowe o ziarnie, które musi obumrzeć, aby wydać plon. 

W innym miejscu Pan powiedział: 

Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego pana.

Mt 10,24

 Pozwól więc Bogu złożyć i swoje ciało, siebie samego, swoje plany i ambicje, pragnienia i myśli, swoją miłość i gorliwość – w głąb ziemi, w Noc Ciemną. Do Groty, która – choć kojarzy ci się z grobem – jest jednak grotą narodzenia.

Pozwól sobie obumrzeć. To jest droga Jezusowa. To jest prawda o życiodajnej śmierci. To jest życie ofiarą wynikającą z miłości. 

Nie szarp się, zaufaj. Bo przecież:

Śmierć zwarła się z życiem i w boju, o dziwy,
Choć poległ Wódz życia, króluje dziś żywy.

O kluczu do tych dni…

W Ewangelii z Wielkiej Środy odnajdujemy dwa pytania – Judaszowe: “Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam”, i to prawdziwie apostolskie: “Gdzie chcesz, abyśmy Ci przygotowali Paschę?”. Obydwa odsłaniają klucz do przeżywania tajemnicy Triduum Paschalnego. To, w którą stronę przechylimy nasze serca świadczy i o tym, co naprawdę jest w nas, i o tym, co się de facto stanie naszym udziałem. 

Z jednej strony jest Judasz, człowiek uwikłany w siebie, pytający “co z tego wszystkiego będę miał” – z tej męki (zapewne bardziej swojej niż czyjejś), z tego trudu, z tych wydarzeń. Człowiek stawiający siebie na pierwszym miejscu, zapatrzony w swoje potrzeby, któremu się wydaje, że ogólnie pojęta materia jest jedyną odpowiedzią na jego braki. Że w ogóle świat i życie tylko z materii się składa i jest jedynie doczesnością. Pytanie Judasza jest daleko rozwiniętą konsekwencją grzechu Adama. Wtedy, w Edenie, rezygnując z życia duchowego, z miłości i bliskości z Bogiem, człowiek w sposób radykalny zwrócił się ku materii i biologii, jako jedynym wyznacznikom swej egzystencji. Pozbawił się wstępu do ogrodu ducha, po którym Pan „przechadzał się (…) w porze, kiedy był powiew wiatru” (Rdz 3,8), a w zamian wybrał “niezmierny trud” i “ból”. Potomkowie Adama uwierzyli, że lekarstwo na konsekwencje upadku leży w jeszcze bardziej doskonałym poddawaniu sobie materii i wyciskaniu z własnej biologii nawet tego, czego ona nie ma możliwości dać. Zapatrzeni w ziemię chcemy tylko zadowolić siebie, nawet jeśli wydaje nam się, że idzie o sprawy piękne i szlachetne.

Judasz domaga się gratyfikacji, nie zauważając, że jednocześnie przekracza granicę zdrady. Nie widzi tego, bo zobaczyć nie może. Miłość do mamony i niechęć do miłości zaślepia go. Zostaje mu to, co dotykalne; to, co można dostać, zrobić, załatwić, przetworzyć, poczuć, – doczesność w każdej ze swych form.

Drugie pytanie zadają pozostali uczniowie Jezusa: “Gdzie chcesz, abyśmy Ci przygotowali Paschę?”. Ono kieruje nas ku Panu, a nie ku nam samym. Nie jest pytaniem o nasze zadowolenie, nasze kalkulacje, plany i zamierzenia. Nie jest próbą zmuszenia Boga, aby podpisał się pod tym, cośmy sami wykoncypowali. Jest służebne i podkreśla gotowość na pełnienie Jego woli. Zadający je wiedzą, że nie znajdą w sobie nic, co mogliby ofiarować Mistrzowi a jednocześnie nie chcą dla siebie nic, poza udziałem w usłużeniu, Temu, którego wybrali. Nie wprost, ale deklarują, że pójdą tam, gdzie On wskaże i uczynią to, czego On pragnie.

Jak chcesz, byśmy Ci usłużyli? – tak można sparafrazować to pytanie. 

I choć wiemy, że wielu z tych, którzy tak mówili, de facto nie jest jeszcze gotowa na to, aby naprawdę stanąć w orszaku Baranka i pójść za Nim dokądkolwiek się uda, to jednak widzimy różnicę i kontrast między tym, który “wyszedł w noc” i tymi, którzy pozostali w Wieczerniku, wybierając – choćby nieporadnie i niedoskonale – miłość i wierność.

Wchodzimy w Triduum Sacrum. 

Możemy je przeżywać ozięble i bez żadnego przejęcia niczym i nikim. Byle przeszło. Możemy szukać siebie i własnej korzyści w tych dniach, nawet – w jakimś sensie – duchowej. “Co chcecie mi dać”, “Co z tego będę miał”… Jest to skrajna możliwość, będąca echem Judaszowego pytania, która dla wielu może być dość zakamuflowaną (ach, te ludzkie możliwości zakłamywania samych siebie) ale jednak logiczną konsekwencją postawy życiowej. Jeśli ktoś zredukował samego siebie do procesów biologicznych a radość czerpie jedynie z materii, to choćby swoje życie religijne okrasił mnóstwem pobożnych gestów, to i tak będzie ono dla niego źródłem frustracji i trudu.

Możemy także skupiać się literalnie na Męce Chrystusa, angażować wyobraźnię, starać się zobaczyć samych siebie na dziedzińcu Kajfasza, czy Piłata. Możemy wzbudzać smutek w sercu wobec biczowania czy upadków Pana na Drodze Krzyżowej. I to już będzie o niebo lepsze niż obojętność. Ale wtedy usłyszymy od Pana, razem z niewiastami jerozolimskimi: “Nie płaczcie nade Mną”, “Płaczcie nad sobą”… Zielone drzewo jest wiecznie owocujące i kwitnące, a to co wydaje się wyznawcom materii porażką jest w rzeczywistości triumfem.

Bo przecież ani refleksja historyczna mad splotem wydarzeń sprzed 2000 lat, ani poruszenia emocjonalne po obejrzeniu “Pasji” Mela Gibsona, ani dokonywanie (choćby tylko w wyobraźni) rekonstrukcji historycznych – nie przybliżą nas do tego “miejsca”, w którym Pan chce przeżyć Paschę z nami. 

Przecież – będąc jednocześnie niepokalaną i dobrowolną Ofiarą – nikt mu życia siłą nie odbiera, ale sam je oddaje! Więcej, często niejako popycha “akcję” do przodu, aby – jak to pisali ewangeliści, relacjonując tajemniczą rozmowę na górze Tabor między Jezusem, Mojżeszem a Eliaszem – dopełnić “swego odejścia”, swego Exodusu, zadania danego przez Ojca. Pasja Jezusa nie jest przypadkowym produktem czyichś niecnych zamierzeń, ale Panem historii. Jest Zwycięzcą idącym w triumfie oraz Królem wstępującym na tron. Tak. Męka jest realna i ból jest realny, i upokorzenie jest ogromne – ale On tego pragnie. Świadomie wypija kielich podany Mu przez Ojca. 

Bo to jest walka. Walka duchowa o dusze. O otwarcie Księgi żywota zapieczętowanej na siedem pieczęci, którą widział Jan w Apokalipsie. O wyrwanie ze szponów diabła i z krainy wiecznej śmierci ciebie i mnie. A wszystko to rozgrywa się w przestrzeni ducha. Samo cierpienie niewiele by dało, ale cierpienie doskonale (czyli nadprzyrodzenie) Niewinnego, Ofiara przekraczajaca doczesność oraz materię, bo będąca dziełem Syna Bożego – tak, to zmieniło (dosłownie) losy ludzkości. 

Gdzie chcesz spędzić z nami Paschę, Panie? 

W Twojej duszy. W Twoim sercu. Tam, gdzie otworzysz się na wieczność.

Taki jest klucz na najbliższe dni. Nie “co z tego będę miał”, ale “jak Ci, Panie usłużyć”. Nie “korzyść materialna” (w rzeczach, ciele, lub przeżyciach), ale “skarb w niebie”. Nie Męka, jako opis li tylko cierpienia, ale Męka, jako droga za Barankiem do zwycięstwa. Nie walka z okolicznościami, procesami, psychologią tłumów, czy charakterami bohaterów pasyjnego dramatu, ale walka duchowa. Nie apoteoza cierpienia, ale chwała Niewinnego.

Nie “wczuwanie się” emocjonalne, ale odkrywanie duchowej warstwy rzeczywistości. Bo tylko w niej jesteśmy uczestnikami tego misterium. Tylko dzięki niej wiemy, że to o nas idzie, o mnie i o ciebie. I to może prowadzić do wyjścia z siebie. Bo mniej ważne jest co “przeżyjemy”, ale co “przyjmiemy” adorując pełną miłości wolę Syna Bożego.

A że trudno nam to pojąć? 

Im bardziej myślenie materią i biologią spenetrowało duszę, tym mniej będziemy rozumieć nadprzyrodzoną wartość Tajemnicy Paschalnej. Nasze oczy są wciąż “na uwięzi”, bo ufność pokładamy w “ciele i krwi”, a nie w Ojcu i Jego mądrości. Wciąż wyrywamy z Jego ręki koleje losu własnego i innych nie dowierzając Jego miłości. Wciąż chcemy być pełnoprawnymi partnerami historii zbawienia, a nie adoptowanymi dziećmi “w Symu”, które mogą co najwyżej przyjąć lub odrzucić proponowany dar, nabyty tak cenną Krwią. Przyjmowanie będzie się nam zbytnio kojarzyło z biernością, a my przecież tak bardzo chcemy działać, redukując to działanie jedynie do świata rzeczy i uczuć. 

W tym systemie nie ma miejsca ani dla ducha, ani dla Ducha…

Więc nic nie pojmujemy.

Daj mi, Panie, Twego Ducha, bo będę koncentrował się jedynie na sobie, na swoich – nieważne, czy pozytywnych, czy negatywnych – przeżyciach, szukając pocieszenia nawet w pobożnych poruszeniach serca. Poprowadź mnie dalej, głębiej, wzwyż, ku Sobie – tam, gdzie bierzesz księgę z rąk Zasiadającego na tronie i otwierasz jej siedem pieczęci. Poprowadź moją duszę do Twego orszaku, bym z nim zaśpiewał pieśń uwielbienia:

Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo. (Ap 5,12)

O zakłamaniu i palcu Bożym

(1) Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną. (2) Wczesnym rankiem (o brzasku) zaś znów zjawił się w świątyni. Cały lud zaczął schodzić się do Niego, a [On] usiadłszy, nauczał ich. (3) Wtedy znawcy Prawa i faryzeusze przyprowadzili kobietę pochwyconą na cudzołóstwie, postawili ją pośrodku (4) i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę schwytano w chwili, gdy cudzołożyła. (5) Mojżesz w Prawie nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? (6) To mówili, by Go wystawić na próbę i by mieć powód do oskarżenia Go. Jezus zaś pochylił się i zaczął spisywać palcem po ziemi. (7) A gdy tak nalegali z pytaniem Go, wyprostował się i powiedział do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem. (8) Znów się pochylił i żłobił po ziemi. (9) Gdy to usłyszeli, zaczęli wychodzić jeden po drugim, poczynając od starszych, aż został On sam i kobieta stojąca pośrodku. (10) Wtedy Jezus podniósł się i zwrócił się do niej: Niewiasto, gdzie [oni] są? Nikt cię nie potępił? (11) Odpowiedziała: Nikt, Panie! A Jezus: Ja też cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz. (J 8,1-11)

Wprowadzenie

Obie strony – kobieta i jej oskarżyciele – żyją w kłamstwie i wielkim stresie z niego wynikającym. 

Oni kłamią o sobie, bo nie widzą w sobie przewrotności. Kłamią, bo nie idzie im o obrażenie Boga, a nawet o przekroczenie Jego Prawa. Boga, Prawo, tę kobietę, nawet jej grzech traktuję czysto instrumentalnie. Gdyby chodziło o przekroczenie Prawa, od razu by ją ukamienowali, lub pojmali także mężczyznę, z którym grzeszyła. Nie widzą w sobie grzechu kłamstwa i obłudy. Tego też dotyka w nich Jezus swoim Słowem.

Ona kłamie, bo zaprzecza prawdziwości Dekalogu i szukając ludzkich względów (miłości, godności, szacunku, pieniędzy) depcze szóste przykazanie. Nie wie, czym jest miłość, więc jej szuka w zdradzie i niewierności.

A pośrodku jest Bóg, który zamienia winnych w niewinnych. Bóg, który chce doprowadzić nas do zobaczenia w samych sobie winy, aby uzdrowić nas uniewinnieniem. Ten, który nie potępia nas za nasze grzechy, tylko za ich wypieranie się, zatajenie, zaprzeczanie im. Pan przypomina, że o wiele niebezpieczniejsze dla nas jest osądzanie grzesznika, aniżeli jego grzech.

Oni (na podst O. A. Pelanowskiego)

Każdy ma jakiś ambitny cel: niektórzy dążą do wykreowania w sobie wizerunku uduchowionej i poprawnej moralnie osobistości, inni chcą być intelektualnymi potentatami, jeszcze inni chcą być bogaci lub piękni, stworzyć idealną rodzinę lub osiągnąć jakikolwiek sukces. Zagrożenie w osiągnięciu celu, może spowodować dysharmonię emocjonalną, intelektualną, moralną a nawet duchową – taki rozdźwięk wywołany w nas napięciem lękowym wobec niepewności czy uda nam się osiągnąć cel i czy zdołamy go utrzymać nazywamy stresem. Długotrwały stres może być niebezpieczny: trwanie latami w ambicjonalnych napięciach może doprowadzić do zakłamania albo depresji, chorób ciała albo zaburzenia osobowości.

Po co sukces? Dla własnego ego lub dla innych. Cokolwiek uczynimy jest nagradzane pochwałą, albo karane niezadowoleniem. Żeby tego uniknąć zakłamujemy swój wizerunek. Każde zakłamanie jest wielkim stresem.

Jeśli ciągle kłamiemy o sobie samych i nieustannie zaprzeczamy prawdzie o sobie przed ludźmi i Bogiem – nasz stres jest gigantyczny – tak wielki, że możemy go już nie dostrzegać, bo nie dostrzegamy niczego innego poza nim. Czasem obserwujemy to u innych, rzadziej widzimy u siebie: ktoś ma dziwnie nienaturalny ton głosu, albo nieustannie się śmieje lub narzeka, szybko wyrzuca z siebie słowa, albo robi nużące przerwy w wypowiedzi, wzdycha, jakby niósł wielki ciężar, zakrywa usta dłonią, jakby się obawiał, że ktoś zajrzy do środka i dowiemy się więcej, albo ucieka ze wzrokiem, mruży powieki, by ukryć źrenice i tak na nas spogląda, wzrusza ramionami przy jednoczesnym zapewnieniu, że się z kimś we wszystkim zgadza, ktoś inny nadmierne troszczy się o wzbudzenie naszej sympatii, do tego dochodzą przerysowane pochlebstwa, uroczyste przysięganie w błahych sprawach, cytowanie wielkich ludzi i mądrych sformułowań, powoływanie się nieustanne na autorytety i wreszcie agresywne zaprzeczanie czemuś.

Tacy mogli być oskarżyciele kobiety cudzołożnej. Zakłamani i fałszywi. Pochwyceni przez własne kłamstwa, półmroki i jawne ciemności. Zasłaniający się pobożnością, świętymi czynnościami, albo wręcz wolą Bożą. Chcieli ciskać Bogiem, jak kamieniem, a nie wiedzieli, że natrafili na “kamień odrzucony”, choć węgielny… Skamieniały ich serca więc sami siebie musieli uznać za niezdatnych, odrzuconych. Zapisanych na ziemi, których imiona wiatr rozwieje i ślad po nich zaginie.

Nadziejo Izraela, Panie, wszyscy, którzy Cię opuszczają będą zawstydzeni; ci, którzy się oddalają od Ciebie, będą zapisani na ziemi… (Jr 17,13)

Ona

Czytamy, że Pan pisał tu (dosłownie, za pierwszym razem spisywał – może grzechy, może prawo?) palcem na ziemi. Mogło być tak, że stojąca przed Nim kobieta odrzuciła przykazania napisane palcem bożym na kamiennych mojżeszowych tablicach. Ponieważ natura pustki nie znosi i każdy musi żyć jakimiś zasadami, dlatego w zamian mogła mieć swoje przykazania, własne (albo przez kogoś wpojone) prawa, które były de facto zasadami demonicznymi. 

Tym razem Bóg napisał palcem na piasku. Dosłownie “żłobił” (takiego wyrazu używa Jan kiedy po raz drugi opisuje czynność, jaką wykonywał Jezus) kontury – liter, ludzkiego życia. Innym wkładał palce w uszy, jej tylko napisał na ziemi.

Jakie mogą być przykazania pisane ludzkim palcem? Podaję niektóre, za O. Augustynem Pelanowskim (“Wolni od niemocy”):

Nigdy nie krytykuj tatusia i mamusi; jesteśmy nieomylni!

Nie wolno ci sprawiać żadnej przykrości babci, zawsze jej przytakuj!

Rób co chcesz, ale nie wolno ci podpaść w szkole. 

Nie pokazuj się w domu, jeśli nie będziesz miał najlepszych efektów.

Bądź ambitny – jeśli nic nie chcesz osiągnąć, nie liczysz się również dla mnie. 

Musisz być źródłem zadowolenia dla rodziny, ale dotychczas nigdy ci się to nie udało. Próbuj, może ci się uda. Masz jednak małe szanse…

Nie możesz mieć własnych pomysłów na życie. Rób to, co mówimy.

Praca jest najważniejsza.

Żyję po to, aby inni byli ze mnie zadowoleni.

Nie nadaję się do niczego.

Nie proś nigdy nikogo o pomoc, miej swój honor.

Nie wolno ci się mylić.

Będziesz wyprowadzony z równowagi ilekroć coś ci się nie powiedzie.

Będziesz obwiniał bliźniego swego jak siebie samego.

Nie będziesz siebie samego kochał, ani nigdy sobie wybaczał.

Będziesz zawsze oczekiwał, żeby wszystko było inaczej, niż jest i zawsze miał złe nastawienie do rzeczywistości.

Będziesz żądał miłości i aprobaty od każdego za wszystko.

Będziesz  unikał  stawiania  czoła  trudnościom życia, pamiętając, ze nie możesz się zmienić, jesteś bowiem zdeterminowany przez swoją przyszłość

Nie odchodź nawet na chwilę od twoich problemów.

Będziesz biernie czekał, żeby szczęście przyszło do ciebie i masz nie wierzyć w to, ze przyjdzie.

Warto je spokojnie przeczytać, aby rozpoznać jak bardzo żyjesz tymi “prawami” zamiast Słowem Boga. A tylko Ono daje życie. Ludzkie zasady przynoszą śmierć, jeśli postawi się je na najważniejszym miejscu. Nie przynoszą one takiego światła, jakie daje Ten, którego Symeon nazwał Wschodzącym Słońcem! 

Czy prawda o tobie, zapisana palcem Bożym w twoim sercu, w życiu, w Słowie (w którym, jak ufam, się przeglądasz) jest ci bliska? 

A może wypierasz ją aby zrobić miejsce dla własnych zakłamanych dekalogów, praw wynikających z ludzkich doświadczeń, często będących przykrywką dla nieprawości, do których nie chcesz się przyznać?

On

Bardzo bliskie jest mi to, jak jest ukazany Jezus w tej scenie. Z jednej strony kłębi się zgraja podekscytowanych złością i cwaniactwem mężczyzn, a z drugiej pochyla się nad ziemią (a może i nad rzuconą pomiędzy nich wszystkich cudzołożnicą) pełen spokoju Pan.  Chrystus jest tu Światłem, o które rozbija się kamienna masa ciemności utkanej z żądz, chorych projekcji, tajonych pretensji, frustracji, niechęci, poczucia wyższości.

Przyszli tu tłumnie po aprobatę „świątyni” dla swoich zamiarów. (…) Są pewni swej racji, bezczelni, bo bezkarni za osłoną Prawa. Zwietrzyli świeżą krew. Są natarczywi, agresywni, nawet niebezpieczni. Jezus jest sam naprzeciw tej podekscytowanej zgrai. Gdyby rzecz zasadzała się na zwykłej konfrontacji osobowości, na psychologicznej próbie charakterów, kto wie, jak by to się skończyło. Zrobił bowiem coś, czego w takiej sytuacji absolutnie zrobić nie wolno: przysiadł na jakimś stopniu czy kamieniu, a pisząc palcem po ziemi, nawet pochylił się jeszcze niżej, skulony, bez słowa. Obojętny jak kamień. Ci ludzie nie byli zbrodniarzami. Dali się tylko ponieść czemuś niedobremu. Nieczysta ciekawość, niedobre podniecenie, atawistyczny instynkt mordu, bezduszny legalizm, bezmyślność, podła satysfakcja buchnęły od nich na Niego i załamały się. Rozpękły, jak wzdęta fala załamuje się i odbija od skały tkwiącej u brzegu, rozpryskując się na tysiączne bryzgi wody. Odmawiając nawet pozoru uczestnictwa w tej nawałnicy mrocznych emocji, Jezus sprawił, że wyhamowała, a oni w nowym świetle – świetle, którego tylko On był źródłem – zobaczyli siebie, swoje postępowanie i winę tej kobiety. W świetle, bo to za sprawą Światła mrok ustępuje, rozprasza się i ginie. (Maria Szamot, Chcę widzieć Jezusa)

Panie, niech na Twoim świetle zawsze rozbija się plątanina moich żali i pretensji, skorupa moich lęków zamienionych w emocjonalny masyw! Niech światło Słowa zawsze ma moc laseru tnącego to, co najtwardsze we mnie!

Niech pozostanie tylko nas dwoje – moja nieszczęsna dusza, miłośnica resztek miłości; i Ty – miłośnik nędznej duszy. Jak ujął to św. Augustyn, Relicti sunt duo, misera et misericordia („pozostało ich dwoje: nędzna i miłosierdzie”).

Niech cudzołożna moja dusza stanie się – w spotkaniu z Chrystusem – Oblubienicą! Pochwyć ją, Panie. Już nie grzech, ani demony, ale Twoja łaska niech ją pochwyci i zdobędzie.

A stać się tak może dzięki Eucharystii – tu jest brzask, Światło zstępujące z Góry Oliwnej, aby nauczając oświecić sumienie i dodać otuchy.

Chodźcie w światłości, by was ciemność nie pochwyciła (J 12,35)

Oto rzecz nowa! Wciąż nowa!

O szaleństwie wyjścia z bezsensu.

Dotykamy obecnie wielu kryzysów – kryzys ekonomiczny, kryzys autorytetów, kryzys kapłaństwa, kryzys ojcostwa i męskości, nawet kryzys macierzyństwa i kobiecości. Zewsząd słychać o przeróżnych chorobach duszy (są i inne, ale tamte zawsze są mniej ważne), które – Ciebie i mnie, i innych dookoła – dotykają i degenerują. Widzę Ciebie i Tobie podobnych, młodych ludzi, którzy zniszczeni skutkami owych kryzysów wpadają w obojętność, bezsiłę i gorzkie odrętwienie. Znieczulani mediami, ogłupieni mnogością bodźców, zajęci coraz to nowymi rozrywkami, przedłużają swoją ni to młodość ni to dzieciństwo – nieustanną niedojrzałość! – doświadczając jednocześnie potwornego bezsensu życia i demonicznej pustki.

Postawieni przed wyborem drogi życiowej stoją na rozdrożu sparaliżowani, bezdecyzyjne. Nie ciągnie ich ani małżeństwo (chyba, że poprzez zaspokojenie własnych pożądliwości, ale i to można swobodnie dziś realizować bez większych zobowiązań, lub – proszę wybaczyć dosadność – na własną rękę…), ani kapłaństwo, czy stan zakonny (bo przeraża perspektywa rezygnacji z własnej woli). Boją się popełnić błąd, a jednocześnie wolą bezruch i stagnację, nawet jeśli skutkuje ona rozpaczą. Boją się błędu, dramatycznie błądząc. Nie potrafią sami z siebie wejść w odpowiedzialność za kogoś. Chcieliby znaleźć lekarstwo na swą samotność, ale natura ich – ukształtowana w narcystycznym świecie egotyzmu – wzdraga się, przed perspektywą ofiary i uczynienia ze swego życia daru. A przecież nie ma miłości bez postawy daru z siebie!     

I to jest najpoważniejszy kryzys.

Tkwisz w nim?

Drugi jest podobny – brak ufności, niewiara, beznadziejna perspektywa smutnego hedonizmu i pogoni za wiatrem w świecie bez Boga.

„Sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj…”

Jeśli, choć trochę dostrzegasz to, o czym mówię – zaufaj Temu, który ma moc wyprowadzić człowieka z każdego kryzysu. I choć przeciwnik będzie pokazywał tę drogę w wykrzywionym zwierciadle – nie bój się, nie bój się trudu. Większego nieszczęścia będziesz doświadczał trwając w egotycznym pilnowaniu największego skarbu jaki masz – samego siebie.

Dlatego trzeba zrobić to, czego tak się bał smutny bogaty młody człowiek z Ewangelii.

Trzeba rozdać najcenniejsze.

Znasz przykazanie miłości Boga i bliźniego. Wszyscy znamy. Nie trzeba być prymusem z religii, lub członkiem jakiejś wspólnoty, aby je znać. Ale przykazanie to nie może pozostać na poziomie sloganu, czy niewiele znaczącego hasła. Musi zostać wyrażone w konkretnym czynie! I to nie jednym! Dopiero wtedy może stać się znakiem i świadectwem dla niewierzącego w miłość świata. A my sami jesteśmy jego cząstką i sami potrzebujemy – i Ty i ja – takiego znaku. 

Potrzebujemy świętych – a przynajmniej tych, którzy nie boją się o świętość zawalczyć!

Kto z nas w dzisiejszych czasach nie jest mniej lub bardziej zraniony przez brak miłości, życiowe frustracje i zniechęcenia, przez rany wyniesione z dzieciństwa? Kto, no powiedz mi, kto? Kto z nas wyszedł bez szwanku z kryzysów rodzinnych, z cyklonu rewolucji seksualnych i kulturowych? (O. Daniel-Ange)

Okopujemy się, barykadujemy, opancerzamy – strach o siebie jest zaraźliwy!

Każdy z nas jakoś wątpi w miłość czystą, szlachetną, uczciwą, pełną i porywającą. Jesteśmy zranieni niewiarą w to, że warto dać siebie. To zranienie przeżywają zarówno małżonkowie jak i bezżenni. Kapłani i świeccy. Widząc trudne obowiązki wynikające z miłowania zapominamy o mocy jaka płynie z naśladowania Chrystusa. 

Boimy się, że dając siebie nic nam nie zostanie dla nas samych. Zapominamy, że Chrystus o nas zadba lepiej niż my sami o siebie. 

Boimy się, że okażemy naiwność nie szukając zemsty, czy okazując życzliwość. Zapominamy, że tylko takie życie jest drogą do prawdziwego szczęścia – życia Błogosławieństwami. 

Boimy się, że nie damy rady tak żyć. Zapominamy, że myśląc w ten sposób zadajemy kłam wierze w Łaskę.

Słowo

Zapominamy też co, tak naprawdę, jest istotą wezwania Bożego dla tych, którzy chcieliby nazywać się “małą trzódką”. A przecież św. Paweł przypomina:

Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem. (Kol 3,16)

Jakie Słowo? Może to?

Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! (Łk 12, 32-34)

Sprzedajcie, oddajcie, poświęćcie coś dla skarbu, jakim jest Królestwo! Oddaj siebie dla skarbu, jakim jest Miłość! Zamień skarb egotycznych rojeń na skarb z ręki Chrystusa! Nie żałuj Mu siebie!

Czy chcesz?

Boisz się? Nie wierzysz? Myślisz, że nie dasz rady?

Musimy uczynić ewangeliczne słowa o miłości Boga do nas i o miłości bliźniego – wiarygodnymi! Nikt tego za nas nie zrobi. Nikt tego nie zrobi za rodziców wobec dzieci i małżonków wobec siebie nawzajem. Nikt inny nie może też tego uczynić wobec naszych poranionych serc. Inaczej będziemy wiecznie nieszczęśliwi. Bóg pragnie, aby nasze serca leczyć wzajemną miłością. To najlepsza psychoterapia!

Czy chcesz, aby Twoje serce tak było leczone i tak leczyło innych?

W świecie pełnym samotności i opuszczania siebie nawzajem, napęczniałym jadem zdrad i oszukiwania, udawania i obłudnych uśmiechów, chowanych skrzętnie i żywionych uraz, odczuwalnej na co dzień przemocy i władzy nie mającej nic wspólnego ze służbą, emocjonalnych szantaży i nieustannych manipulacji, mylenia dobra z utylitaryzmem – potrzeba, jak ożywczego haustu świeżego powietrza, ludzi miłości, którzy będą żywymi znakami nadziei i strażnikami Niewidzialnego! 

Miłość musi być wielkoduszna, obfita, wypływająca z serca zachwyconego Panem, który oddał się nam w taki sam sposób! Takich serc pragnie Bóg!

Czy chcesz, aby i Twoje serce było takie?

Miłość dąży do tego, aby była czysta, czyli także bezinteresowna. Bez liczenia na odpłatę i wzajemność. Bez szukania korzyści za własne cierpienia, zranienia i trudy. Bez życia według zasady “coś za coś”, której drugą stroną jest prawo “oko za oko, ząb za ząb”. Czysta, czyli ukierunkowana na Pana, i ze ze względu na Pana. Tylko On i Jego Królestwo są jedyną zasadą, jedyną racją bytu takiego miłowania. Żaden człowiek, żadna przyjemność, żadna satysfakcja, żadne samozadowolenie. Kocham, bo Pan tak chce!

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie? 

Miłość musi być zawsze przebaczająca, tak, aby nikt nie miał wątpliwości, że gdy przyjdzie prosić Cię o przebaczenie, to otrzyma przygarnięcie “w imię Jezusa” i doświadczy radosnej (a nie niechętnej, z musu, “przez zęby”) akceptacji! W ten sposób stajesz się świadkiem Miłosierdzia, którego sam potrzebujesz! Miłość też zawsze prosi o przebaczenie, pamiętając, że jest pokorną służebnicą dusz ludzkich i tego, co chce nasz Pan. W ten sposób człowiek staje się rycerzem miłosierdzia! Walczy z sobą w obronie tego przymiotu Boga! Chrystus, który lubi przebaczać, pragnie serc ukształtowanych na Jego wzór, a nie na wzór zranień, lęków i grzechu. 

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie?

Miłość odkrywa jakiś rodzaj para-sakramentu w drugim człowieku – w bracie i współmałżonku. Sprawia, że wiesz, iż bez drugiego nie możesz dojść do świętości. Jest Ci niezbędny jak powietrze, bo bez niego nie możesz oddychać Bogiem. Spodobało się bowiem Panu zbawić nas we wspólnocie. Widząc brata, dostrzegasz dzieło Boga, wyrażające się w miłości Chrystusa i Jego posłuszeństwie Ojcu. Ponieważ Pan mieszka w sercach swoich wiernych, dlatego serce twego brata, siostry, współmałżonka to miejsce, w którym mieszka Pan!

Bóg pragnie serc, które będą miłowały bliźniego widząc w tym spotkanie z miłością Trójcy.

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie?

Jest miłość i oddanie wyrażające się w radykalnie przeżywanej czystości. Jej radykalizm wiąże się nie z tym, że żyje się we wstrzemięźliwości seksualnej (bo ona obowiązuje wszystkich ochrzczonych nie będących małżonkami, a ich także w pewnych sytuacjach), ale w tym, że oddaje się siebie na wyłączność Panu, rezygnując z przyrodzonego prawa dysponowania sobą. Jest to “bezżenność dla Królestwa”, o której wspomina Chrystus w Ewangelii. Celibatariusz staje się więc świadkiem Królestwa, o którym Chrystus mówi, że “już jest pośród” nas.

Świadek Królestwa!

Potrzeba – jak by powiedział O. Ange – strażników poranka! Ludzi zapatrzonych w wieczność, w nadzieję, w szczęście niekoniecznie “tu i teraz” ale to, które otrzymamy z ręki w Pana w Jego Domu. Wtedy, gdy urzeczywistni się Królestwo w całej swej pełni!

Strażnik to ktoś kto wpatruje się w dal i… czeka. Cierpliwie i z nadzieją. Czuwa i rozpoznaje wroga. Jest dla innych. Składa ofiarę nieprzespanej nocy, godzin czuwania, byle tylko ochronić tych, którzy mu się powierzyli.

Gdy stajesz się świadkiem Królestwa Bożego, wtedy Twoje ciało jest świadkiem obecnego a zarazem przychodzącego Pana! Już nie własnych zranień! Nie pychy czy niespełnionych mrocznych pożądań! Nie świadkiem wiecznego nienasycenia, ale Tego, który przychodząc, odmieni niebo i ziemię!

Niewiele jest rzeczy w życiu, którym świadomie nadajesz (albo odkrywasz dla nich) sens. Wchodząc w poświęcenie siebie przywrócisz rajski charakter nie tylko przeżywanej w sposób naturalny czystości, ale także wszystkiemu co Cię stanowi. Wyrywasz się z egoistycznej, obojętnej na wolę bożą i prawdziwe potrzeby bliźnich egzystencji. Każdego dnia musisz sobie uświadamiać po co i dla kogo żyjesz, wstajesz z łóżka, przekraczasz się i trudzisz. I dostajesz do robienia tego wszystkiego Łaskę! Co więcej, to wszystko – cały wysiłek i zmaganie – jest potrzebne! Ma sens! 

Miłość jest odpowiedzią na dar, który pochodzi z ręki dobrego Boga. Pan, pragnąc gorąco złączyć się z Tobą w wieczności (po to żyjesz!), udziela Ci łask, które nie są “prezentami” w naszym rozumieniu (czyli niewiele znaczącymi zabawkami, dla naszej uciechy lub przyjemności) ale darami, mającymi dopomóc osiągnąć cel ostateczny. W jakimś kontekście bracia i siostry również są takim darem, który domaga się odpowiedzi. Obojętność w tej materii jest czystą niewdzięcznością wobec Pana, który chce nauczyć nas miłości i wyprowadzić z egotycznej “wsobności”.

Braci i siostry (we wspólnocie, lub zakonie) nie wybiera się (nawet jeśli się wybiera!), lecz otrzymuje. Otrzymuje! Z ręki Boga!

Gdyby to od nas zależało, bardzo możliwe, że nigdy nie wybralibyśmy sobie tych konkretnych ludzi do dzielenia z nimi wiary, a może i życia. Choć mogliśmy zostać pociągnięci przykładem niektórych z nich. Paradoksem pozostaje, że ten sam brat, którego świadectwo mogło pociągnąć dziś jest dla Ciebie kimś odpychającym i trudnym… Ale właśnie tego brata wybrał dla Ciebie Pan! Czy przyjmujesz go, jako dar Serca Bożego? Szczególnie – czy przyjmujesz tego, którego nigdy byś z pewnością nie wybrał?! Z którym wolałbyś nie zadawać się na co dzień?

A dlaczego Pan wybrał właśnie tych, a nie innych? Cóż, odpowiedź na to poznasz w pełni już w Jego Domu.

Żona, dziecko, brat, siostra, przyjaciel, kolega — kada z tych osób została Ci powierzona i z każdej zdasz sprawę przed Obliczem Pana. Co robisz, aby wzrastała miłość w drugim człowieku? Tego nie osiągnie się przez pouczanie i strofowanie, przez obrażanie się i krzyk, przez oczekiwania i fochy. Trzeba się z ufnością (i odważną świadomością własnej bezbronności) zaangażować! Trzeba siebie dać! Przecież nie można być mężem czy żoną na pół gwizdka! Tak samo – nie można kochać braci tylko na kilkadziesiąt procent! 

Miłość sprawia, że zaczyna się traktować drugiego jak cenny klejnot, dany z Bożego skarbca – z samego przebitego Serca naszego Pana. A ponieważ każdy jest niepowtarzalny, to każdy jest skarbem jedynym w świecie!

Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. (Łk 12, 32-34)

Czy na te boże dary – którym także jesteś dla innych – nie należy odpowiedzieć? Jak? Darem z siebie!

Chcę widzieć świadków!

Potrzebujemy – ja potrzebuję! – kochających się małżeństw i kochających się wspólnot! Małżonków będących znakami bożej cierpliwości i troski, przekraczających siebie i przyjmujących siebie nieustannie – ze względu na miłość, jaką sam Pan ich obdarzył. Braci znoszących swoje braki, ograniczenia i nieumiejętności, szukających okazji do wybaczenia sobie nawzajem (Wyobraź sobie – przeżywać wieczór tak, jakbyś miał zobaczyć już ranek w innym świecie. To zmusza do przebaczenia, bo uświadamiasz sobie, że możesz już nie mieć na to okazji!), wyrzekających się uprzedmiotowienia drugiego człowieka, rezygnujących z szukania kogoś “dla siebie” na rzecz bycia “dla bliźniego”.

Czy chcesz dać siebie?

Czy zechcesz dać się posolić Duchowi św., aby stać się solą dla braci? Czy dasz się zapalić, aby być światłem dla nich? Bez pychy i arogancji oraz poczucia wyższości. Z pokorą godną Chrystusa, naszego Pana i Sługi?

Czy chcesz przyjąć drugiego jako sól i światło na Twoje obecne życie? Z pokorą Maryi, Służebnicy Pańskiej?

O. Daniel-Ange tak wspominał wypowiedź pewnego młodego człowieka, dającego rok swego życia Szkole Ewangelizacji Jeunesse-Lumiere:

Kiedy mój brat staje w prawdzie w swoim życiu, moje życie zostaje oświetlone! 

Wielokrotnie widziałam jak potwierdzała się słuszność tych słów. Widziałem, jak odkłamywanie swego życia, codziennych fałszów i ucieczek, nazywanie swych błędów – otwierało serca innych, kruszyło ury między ludźmi i owocowało autentyczną (choć może nieco szorstką, myślę tu bowiem o braciach, siostry chyba mają inaczej…) radością miłowania!

Kto zechce dać życie, “aby byli bracia”? Aby tak kochać?

Ktoś powie – to trudne. Tak. Ale taką drogę wybrał Chrystus!

On cię nie oszczędza. Ale dlatego, że chce, by twoje serce żyło. Jednak do tego trzeba być świętym! To prawda. Twoja świętość to jedyny problem. I pełnia: z faktu bycia oskarżonym, prześladowanym, wykluczonym, wypędzonym, obrażanym, nienawidzonym — On odważył się wydobyć… szczęście! Ośmielił się prosić, by wtedy „tańczyć z radości”. To szaleństwo! Oczywiście, ale miłość albo jest szalona, albo jej nie ma. (O. Daniel-Ange)

Czy zniesiesz to szaleństwo?!

Czy chcesz stać się tak głupim (pamiętasz co św. Paweł mówił? Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata!), aby w to uwierzyć i za tym pójść?

O drodze do Ojca.

Jezus odpowiedział Tomaszowi: “Ja jestem drogą, prawdą i życiem; nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze Mnie. Skoro Mnie znacie, poznacie i mojego Ojca; odtąd też Go znacie – i zobaczyliście Go.” Wtedy Filip wtrącił: “Panie, pokaż nam Ojca, a [to] nam wystarczy”.

(J 14,6-8)

Jezus jest drogą, po której idzie się do Ojca. 

Ojca, czyli Stwórcy i do tego, kto troskliwie kocha każdego człowieka.

Bez spotkania z Jezusem, bez spotykania Go, bez poznawania Go, bez tracenia czasu dna Niego, bez miłości do Jego słów i czynów – nie ma spotkania z Bogiem. Pozostajemy wtedy sierotami karmiącymi się tym, co świnie. Samotni. Niezrozumiani. Z niepokojem w sercu.

Tą droga wiedzie przez sakrament pojednania.

Ale czy tzw. człowiek współczesny chce w ogóle przyjść do Ojca? Czy nie woli pozostać samoubóstwiającą się sierotą? Być może za bardzo pokochaliśmy pyszne samostanowienie i aroganckie mędrkowanie oparte na tych kilku odkryciach, jakie dane jest nam poczynić w ciągu życia – na tych kilku zabawkach nauk szczegółowych, które nas podniecają odbierając mądrość miłości i racjonalność pokory. Zbyt wierzymy własnym doświadczeniom – czy to czysto emocjonalnym, zmiennym jak poranna rosa, czy też naukowym, będącym złudnym zastępnikiem dogmatu –  żebyśmy z łatwością mogli po prostu przyjąć to, co Ojciec w Swoim Synu zechciał nam objawić.

Filip chociaż prosił, aby Jezus wskazał Ojca. My, jeśli szukamy, to chcemy odnaleźć ojca w marzeniach, opartych na wymyślonych więziach relacjach, lub nadając drugiemu człowiekowi upragnione ojcowskie cechy. Jednak nie pozwolimy na prawdziwą miłość, której podstawą byłoby powierzenie siebie. Nie. Narcystyczny chrześcijanin ucieka od złożenia siebie w ofierze. Pragnie siebie mieć nic nie dając, lub dając niewiele.

Ojciec jest w ukryciu, ale jedyną drogą do Niego jest Jego Syn. Ci, którzy Mu zaufają i pozwolą się przemienić na Jego podobieństwo, ci dopiero mogą stać znakami Ojca dla zgłodniałego miłości bliźniego. Taką drogą przeszli Apostołowie, na których świadectwie się budujemy.

Jak szedłeś dzisiaj tą Drogą?

« Older posts

© 2022 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑