Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Autor: jacek (page 2 of 127)

Na polu próżniaka – lenistwo.

Szedłem koło POLA PRÓŻNIAKA i koło WINNICY NIEROZUMNEGO: a oto wszystko zarosło POKRZYWĄ, CIERNIE całą powierzchnię pokryły, KAMIENNY MUR jest rozwalony. Zwróciłem uwagę, spojrzałem, zobaczyłem i wyciągnąłem naukę: [jeszcze] trochę SNU i trochę DRZEMKI, trochę ZAŁOŻENIA RĄK, aby spocząć, a przyjdzie na ciebie nędza jak ktoś bezczelny i niedostatek jak rozbójnik (Prz 24,30–34).

Pole to miejsce pracy, coś co daje pokarm utrzymujący przy życiu Ciebie i Twoich bliskich – możesz to rozumieć także w sensie duchowym. Pole próżniaka jest zaniedbane, wyjałowione, nieowocne, martwe. 

Może przestrzeń Twojej pracy już nie przynosi owocu, bo nie angażujesz się w ten trud tak, jak niegdyś. I bynajmniej nie chodzi o nawrót pracoholizmu, ale odnalezienie w sobie chęci do walki, do ścierania się, do zmagań. 

Możesz też pomyśleć o pracy nad sobą, o zmaganiach nad własnymi wadami, o trudzie wypracowywania w sobie cnót. Jeśli już to sobie odpuszczasz, to nie dziw się, że nie przynosisz owocu i doświadczasz – duchowo, emocjonalnie i intelektualnie – obumierania i wegetacji.

W języku polskim mówimy także o polu walki. Pomyśl czy o coś jeszcze (albo w ogóle) walczysz w życiu? Na czymś Ci na tyle zależy, aby zaryzykować swój czas, siły, wygodę? A może trawi Cię lęk o utrzymanie tego, co już masz, lub zostało Ci dane?

Pole próżniaka to także obraz duszy człowieka zapatrzonego w siebie, egoisty, który nie pozwala innym nacieszyć się owocami swej pracy, sobka, który nikogo nie wspomaga, nie zdobywa więc skarbów w niebie. Z pola bowiem, podczas żniw, biedni zbierali pozostałe kłosy. Uczynkiem miłosierdzia zaś było na to pozwolić. Tak się stało w przypadku Rut, której Booz kazał nawet pozostawiać najlepsze kłosy i namawiał ją, aby nie chodziłą na inne pole. Zaowocowało to nie tylko pokarmem dla głodnej Rut i jej teściowej, ale także małżeństwem Booza i Rut, odnalezieniem przez nich i Noemi sensu życia, oraz potomstwem – a w konsekwencji życiem Dawida i samego Mesjasza. 

Jakie skutki może przynieść Twoja niechęć do wysiłku, pracy, zmagań ze sobą?

Komu pozwalasz spożywać z twego pola, z owoców twego trudu?

Pamiętaj, że to, co masz, może zostać Ci odebrane…

Syjon zostanie ZAORANY JAK POLE… (Jr 26,18)

SPUSTOSZONE JEST POLE, w żałobie jest ziemia, bo zniszczone jest zboże, wysechł moszcz, zwiędło drzewo oliwne. (Jl 1,10)

Bóg nie chce, abyś zmarnował(a) swoje pole. Będzie wszystko robił, aby dać Ci do zrozumienia, że Twoim powołaniem jest uprawiać, to co Ci powierzył. Dlatego też pojawiają się trudności, zwłaszcza gdy wpadasz w bylejakość, dlatego Pan dopuszcza przykre konsekwencje Twoich zaniedbań. Dlatego zniszczone jest Twoje zboże (o ile może wyrosnąć coś na polu próżniaka) – nie czujesz smaku życia, zaczyna brakować Ci pokarmu i sił witalnych. Dlatego nie masz oliwy – narzędzi do zdobywania światła bożego, umiejętności czytania Słowa, zrozumienia swej sytuacji życiowej. Oliwa to także środek łagodzący powstałe na skórze rany i pęknięcia. Kiedy nie masz oliwy, to życie bardziej Cię boli, mocniej odczuwasz wszelkie trudne sytuacje, szybciej atakują Cię bakterie i wirusy grzechu, spada Twoja odporność na pokusy. Miałabyś to wszystko, gdybyś nie rezygnowała z trudu uprawy… Uważaj, bo pole żyznej ziemi, jaką miałaś uczynić sobie poddaną, może zamienić się w Pole Krwi, Hekeldamah, które przyda się jedynie do grzebania cudzoziemców lub zdrajców… 

Rzuciwszy srebrniki w stronę przybytku, oddalił się. A potem poszedł i powiesił się. Arcykapłani zaś wzięli srebrniki i orzekli: Nie wolno kłaść ich do skarbca świątyni, bo są zapłatą za krew. Po odbyciu narady kupili za nie Pole Garncarza, na grzebanie cudzoziemców. Dlatego pole to aż po dziś dzień nosi nazwę POLA KRWI. (Mt 27,5-8)

Rozniosło się to wśród wszystkich mieszkańców Jeruzalem, tak że nazwano ową rolę w ich języku HAKELDAMACH, to znaczy: POLE KRWI. (Dz 1,19)

***

Winnica to przestrzeń Twojej posługi, służby innym i Bogu. Winnica nierozumnego jest źle uprawiana, niezgodnie z logiką, zasadami, porami roku itp. Nie daje ona dobrego wina. Lepiej ją wyciąć, bo nie nadaje się do niczego. Albo lepiej odebrać ją głupcowi, aby nie kalał dobrych szczepów winnych. 

Młode wino w smutku, WINNICA PODUPADŁA, wzdychają wszyscy ludzie wesołego serca. Ustała wesołość bębenków, ucichła wrzawa hulających, umilkł wesoły dźwięk cytr. Nie piją wina wśród pieśni, sycera gorzknieje pijakom. (Iz 24,7-9)

Podupadła winnica także obraz braku troski o własną duszę, niechęć do trwania w winnym krzewie, jakim jest Pan, letniości życia duchowego. Nierozumny nie troszczy się o to, aby wydobywać z zasadzonych we własnej duszy owoców, które Pismo nazywa owocami Ducha św. Rosną przecież w Tobie szczepy winne sakramentów, dawana jest Ci łaska, przyjmujesz Eucharystię, Pojednanie, a u korzenia Twej winnicy jest Chrzest i Bierzmowanie. Wzmocniono Cię także sakramentem małżeństwa! Bóg w ten sposób wszczepił Cię w Swego Syna, w Jego Mistyczne Ciało – Kościół. Głupota polega na zaniedbaniu tych darów, na nie ustrzeżeniu ich, na wpuszczeniu wilków i zbójców do winnicy serca, na nieprzyjmowaniu przycinania jej pędów.

Jak dbasz o winnicę duszy i owoce, jakie ma sprawić w Tobie łaska sakramentów? Jak smakuje Twoje wino? Czy wlewasz je do nowych bukłaków, czy Ci się nie chce i kurczowo trzymasz się starych nawyków i schematów nie pozwalając działać Duchowi? 

Postaraj się przyjąć Słowo, którym Pan Cię karmi w tym czasie. Zadaj sobie trud przekroczenia własnego lenistwa, niechęci do modlitwy i medytacji. Wzbudź w sobie lat wiary w działanie Pana, bo to właśnie niewiara i bałwochwalstwo stoi u podstaw grzechu lenistwa, zwłaszcza duchowego. Dziś Bóg daje Ci swoje Słowo i obiecuje, że jeśli za nim podążysz, on przemieni miałkość Twoje codzienności!

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. (…) ZAMIAST CIERNI WYROSNĄ CYPRYSY, zamiast pokrzyw wyrosną mirty. I będzie to Panu na chwałę, jako znak wieczysty, niezniszczalny! (Iz 55,10-13)

***

Rozwalony kamienny mur to obraz otwartości na pokusy. Nic nie strzeże pola i winnicy. Wskutek lenistwa i gnuśności możesz doprowadzić się takiego stanu, w którym otworzysz się na każdą słabość. Wszelka nieprawość znajdzie posłuch u ciebie. Brakuje wtedy duchowej ochrony przed trudem i cierpieniem, przed ludzką niegodziwością i nienawiścią diabła.

Rozbity mur z kamieni to także symbol pozorów – cóż z tego, że zewnętrznie jesteś pobożna, skoro Twoja pobożność pozbawiona jest mocy! 

Jak możesz na nowo zbudować ochronę wokół swej duszy?

Kiedy nie czytam przez kilka godzin Biblii albo pozwolę sobie zabrać czas na adorację, mam poczucie nieodwracalnej straty, bez względu na to, czy to z mojej winy, czy z winy innych. Dzień bez Mszy Świętej, adoracji, Biblii czy różańca jest otwarciem się na potworność grzechu. (O. Augustyn Pelanowski)

Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej. Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. Nie jesteśmy synami nocy ani ciemności. NIE ŚPIJMY przeto jak inni, ale CZUWAJMY i BĄDŹMY TRZEŹWI. Ci, którzy śpią, w nocy śpią, a którzy się upijają, w nocy są pijani. My zaś, którzy do dnia należymy, bądźmy trzeźwi, przyodziani w pancerz wiary i miłości oraz w hełm nadziei zbawienia. (1 Tes 5,4-9)

Pycha Nabuchodonozora (Dn 4)

Rekolekcje zimowe 2020/Medytacja I
Na motywach rozważań O. Augustyna Pelanowskiego „Umieranie ożywiające”.

(1) Ja, Nabuchodonozor, zażywałem spokoju w swoim domu i radości w swoim pałacu. (2) Miałem widzenie we śnie, które mnie przeraziło. Zaniepokoiły mnie myśli na moim łożu i widziadła [powstałe] w mojej głowie.

Zwróć uwagę na kontrast pomiędzy spokojem i radością a zaniepokojeniem i przerażeniem. Gdzie król doświadczał spokoju i radości? W swoim domu i w swoim pałacu, czyli w miejscach, które miał pod kontrolą. Lęk, myśli niepokojące i widziadła przychodziły wtedy, gdy nie mógł się kontrolować – podczas snu.

Można dążyć do poddania kontroli wszystkiego dookoła siebie – ludzi, pracy, funkcjonowania domu – ale zawsze będą przestrzenie, w których dojdzie do głosu jakaś prawda o nas, miejsca nad którymi nie mamy władzy.

Czy miewasz złe sny i bliżej nieokreślone niepokoje?

Pycha króla łączy się z podkreśleniem jego “ego”. Mówi o “swoim” domu, “swoim” pałacu. Są takie miejsca, które nazywasz swoimi, a jeśli ktoś tego nie uszanuje, niejako “wejdzie” na Twój teren, poprzestawia coś, pozmienia, nie uszanuje ich – wpadasz w złość. Gdy jesteś lepiej wychowany to starasz się to kamuflować, chować w sobie, udawać, tworzyć pozór – wówczas trudniej ci odnaleźć prawdę o sobie, o swej pysze. Być może w ten sposób ukrywasz na dnie serca wiele nie wyznanych grzechów… Być może sumienie odzywa się w Tobie tylko nocą, albo w momentach, gdy się nie kontrolujesz, gdy nikt nie patrzy…

Czy myśli, jakie powstają w Twojej głowie przed snem to widziadła, czy pocieszenia?

Król w czasie snu umierał z lęku, gdyż zobaczył, że jego władza jest co prawda ogromna, ale nie jest umieraniem dla innych i może być mu w każdej chwili zabrana przy pomocy dowolnego wydarzenia. Był władcą, ale nie ojcem; zniewalał, ale nie obdarowywał wolnością; uprowadzał, ale nie uwalniał. Posiadał wszystkich, ale z nikim nie był. Był otoczony mnóstwem ludzi, ale czuł się samotny. Typowy przykład człowieka uzależniającego innych od siebie. Posiadanie i zniewalanie nie zaspokoją naszego głodu uczuciowego. (O. AP)

Pamiętaj, że widziadła przydarzają się tu człowiekowi, który odniósł wielki sukces. Nabuchodonozor to nie jest pierwszy lepszy nieudacznik, ale ktoś komu się “udało”, osiągnął wiele, cieszy się własną potęgą – i to go upaja oraz usypia. Często się nam wydaje że miarą błogosławieństwa bożego jest to, że nam coś po ludzku wychodzi. Cóż, w myśl tego założenia, to Zbawicielowi się nie udało… 

Może masz taki obraz siebie – udało mi się w życiu, mam pieniądze, rodzinę, żonę, męża, dzieci, jestem w miarę pobożny, modlę się, jeszcze czynię wobec Boga więcej niż inni, w pracy doszedłem do pewnego pułapu swoich możliwości. Ale coś cię niepokoi – jakiś grzech, który Bóg dopuszcza, jakieś niezadowolenie z siebie, sytuacja, której nie możesz skontrolować, a która wyprowadza cię (w większy, lub mniejszy sposób) z równowagi. Jeśli jedna, czy kilka drobnych spraw Cię uwierają, przy ogólnym samozadowoleniu, czy samouśpieniu – to znak, że diabeł zaciemnia Twoje patrzenie na swoje życie, że karmisz się jego kłamstwami i przesiąkasz jego sposobem myślenia. Nie żyjesz błogosławieństwami Jezusa! Piąty rozdział Mateuszowej Ewangelii (Kazanie na górze) niewiele dla Ciebie znaczy. Pycha żywota zagarnęła twoje życie.

(3) Toteż wydałem polecenie, by sprowadzono do mnie wszystkich mędrców babilońskich, żeby mi dali wyjaśnienie snu. (4) Zjawili się więc wykładacze snów, wróżbici, Chaldejczycy i astrologowie. Opowiedziałem im sen, ale nie mogli mi podać jego wyjaśnienia. 

Nabuchodonozor nie może znieść, że w jego wspaniałym, budowanym mozolnie świecie jest jakiś błąd, że na tym cudownym gmachu spokoju i kontroli jest rysa. 

W zasadzie nawet się nie trudzi, aby coś z tym zrobić. Z jego słów dalej przebija pycha: “wydałem polecenie… sprowadzono do mnie”. Król nie przyjmuje do siebie prawdy, że sam musiałby się natrudzić, aby coś tu zmienić, aby pojąć siebie i swoje życie. Zupełnie jak ktoś, kto przyjeżdża na rekolekcje, licząc na “magiczne sztuczki” rekolekcjonisty (albo chodzi na terapię przekonany, że wspaniały terapeuta coś niego wydobędzie, przy minimalnym wysiłku własnym, lub nieszczerości), mądrość nauk, cudowną rozmowę, ale sam nie chce zdać sobie trudu przyjrzenia się sobie, autorefleksji. Zapomina przy tym, także i tego, że to Pan jest sprawcą chcenia i działania.

Król jest wyraźnie zirytowany tym, że ktoś mu nie dał tego, czego on oczekuje – wyjaśnienia snów. Kiedy ogarnia cię pyszna irytacja, bo ktoś nie spełnia Twoich oczekiwań? Przypomnij sobie takie sytuacje.

(5) W końcu przybył do mnie Daniel, któremu na imię według imienia mojego boga Belteszassar, a w którym mieszka duch świętych bogów. Opowiedziałem mu sen. 

Bóg się jednak lituje nawet nad pyszałkami. Jak się lituje? Wiedziała to Maryja, która wyśpiewała, że litość Boża objawia się wtedy, gdy Pan “rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu” (Łk 1,51-52).

(6) Belteszassarze, przełożony wykładaczy snów! Wiem, że w tobie mieszka duch świętych bogów i że żadna tajemnica nie stanowi dla ciebie trudności. Oto mój sen, który widziałem; wyjaśnij mi go!
(7) W mojej głowie, na moim łożu, widziałem takie obrazy: Patrzałem, a oto – drzewo w środku ziemi, a jego wysokość ogromna. (8) Drzewo wzrastało potężnie, wysokością swą nieba sięgało, widać je było aż po krańce ziemi. (9) Liście jego były piękne, a owoce obfite, dawało ono pożywienie wszystkim. Pod nim szukały cienia zwierzęta lądowe, na jego gałęziach mieszkały ptaki powietrzne, z niego żywiło się wszelkie ciało. (10) Patrzyłem, w moim łożu, na obrazy [istniejące] w mojej głowie, a oto Czuwający i Święty zstępował z nieba.
(11) Wołał On głośno i tak mówił: „Wyrąbcie drzewo i obetnijcie gałęzie, otrząśnijcie liście i odrzućcie owoce! Zwierzęta niech uciekają spod niego, a ptaki z jego gałęzi! (12) Lecz pień jego korzeni pozostawcie w ziemi, i to w okowach z żelaza i brązu wśród polnej zieleni. Niech zwilża go rosa z nieba, a trawę polną niechaj dzieli ze zwierzętami! (13) Jego ludzkie serce niech ulegnie odmianie, a niech otrzyma serce zwierzęce; siedem okresów [czasu] niech nad nim przeminie! (14) Według postanowienia Czuwających [taki jest] dekret, sprawa rozstrzygnięta przez Świętych, aby wszyscy żyjący wiedzieli, że Najwyższy jest władcą nad królestwem ludzkim. Może je dać, komu zechce, może ustanowić nad nimi najniższego z ludzi”.
(15) Taki jest sen, jaki widziałem, ja, król Nabuchodonozor. Teraz zaś, Belteszassarze, podaj mi jego znaczenie, bo wszyscy mędrcy mojego kraju nie mogli go wyjaśnić, ty zaś możesz, bo posiadasz ducha świętych bogów».

Drzewo bywa w Biblii także symbolem Izraela, jako narodu (por. Ez 17,1-24), ale także pojedynczego człowieka (por. Ps 1,3).

Wspomniany „Czuwający” to anioł – ten który nigdy nie śpi, nie spóźnia się, a jego zadaniem jest wypełnić wolę bożą w oznaczonym czasie. Warto zauważyć, że anioł jest tu zarówno wyrazicielem wyroku, a jednocześnie głosem miłosierdzia. Bóg nie chce zniszczyć króla, ale zmienić jego sposób myślenia. Anioł nie każe zniszczyć całego drzewa, ale każe pozostawić korzeń, pień, z którego jeszcze coś może wyrosnąć. Odrzucenie przez Boga jest często pozorem, bo jest aktem „ku nawróceniu”. Prawdziwe odrzucenie może mieć miejsce tylko wtedy, gdy człowiek nie będzie w stanie już dokonać wolnego wyboru – po śmierci. Wielkich pyszałków należy nawracać mocnymi środkami…

Zaznaczmy, że król, mimo wszystko posiada jakąś iskierkę rozsądku, widzi w Danielu męża bożego, chce go słuchać. Nie każdego pyszałka stać na to, aby otworzył ucho na innego człowieka.

Kogo słuchasz? Kto jest dla Ciebie Danielem?

(17) Drzewem, które ujrzałeś, jak rosło i stało się potężne, tak że wysokość jego sięgała nieba i że było widoczne na całej ziemi, (18) którego liście były piękne, a owoce obfite, na którym było pożywienie dla wszystkich, pod którym przebywały zwierzęta lądowe i na którego gałęziach gnieździły się ptaki powietrzne – (19) jesteś ty, o królu. Wzrosłeś i stałeś się potężny, a wielkość twoja wzrastała i sięgała aż do nieba, panowanie zaś twoje aż po krańce świata. (20) To natomiast, że król widział Czuwającego i Świętego zstępującego z nieba i mówiącego: „Wyrąbcie drzewo i zniszczcie je, tylko pień jego korzeni pozostawcie w ziemi i to w żelaznych i brązowych okowach wśród polnej zieleni; niech go zwilża rosa z nieba, niech dzieli los ze zwierzętami polnymi, aż nie upłynie nad nim siedem okresów czasu” – (21) to jest wyjaśnienie, królu, i postanowienie Najwyższego, które dopełni się na królu, moim panu. (22) Wypędzą cię spośród ludzi i będziesz przebywał wśród lądowych zwierząt. Tak jak wołom będą ci dawać trawę do jedzenia, a rosa z nieba będzie cię zwilżać. Siedem okresów czasu upłynie nad tobą, aż uznasz, że Najwyższy jest władcą nad królestwem ludzkim i powierza je, komu zechce. (23) To zaś, że wydano polecenie, by zostawić pień i korzenie [oznacza, że]: Pozostawią ci królestwo, skoro uznasz, że Niebo sprawuje władzę. (24) Dlatego, królu, przyjmij moją radę i okup swe grzechy uczynkami sprawiedliwymi, a swoje nieprawości miłosierdziem nad ubogimi; wtedy może twa pomyślność okaże się trwałą.

Sen dzieje się w ciemnościach, wtedy, gdy człowiek jest rzeczywiście sam. Nabuchodonozor był sam na kilku płaszczyznach – z wyboru, z pysznego oddalenia się, może także z faktu trwania w udawanych relacjach (musiał mieć na dworze cały harem, a przyznajmy, że w takim środowisku trudno o prawdziwe więzi). 

Drzewem, jakie ujrzał był on sam – ogarniający mnóstwo stworzeń, jakby dający im życie, pełny owoców i piękna. 

Potężne drzewo ogarniało mnóstwo stworzeń, czyli tych, których od siebie uzależniał. Drzewo było jednak spięte lękiem przed samotnością. Nikt nie osiągnie dojrzałości do bycia z innymi, kto nie potrafi żyć bez innych. Nie cieszy nas tak naprawdę obecność drugiej osoby ani nawet tysięcy ludzi, jeśli ich kurczowo sobą zniewalamy. Pięść zaciśnięta musi w końcu puścić to, co ukrywa. Przerażenie wynikające z odkrycia, że jestem samotny i świadomość, że nikt mnie nie kocha, pomimo tego, że mnóstwo osób sobą zniewalam, może być początkiem wiary i początkiem odrodzenia. Nabuchodonozor stworzył taki uzależniający mechanizm w relacjach międzyludzkich, ponieważ nie miał relacji do Boga. To, że nie czerpiemy miłości od Boga i że nie obdarowujemy Go miłością sprawia, że obżeramy się jak szarańcza ludzkimi emocjami, afektami i trzymamy innych w zniewalających związkach tak, jak trzyma się ptaki w klatkach. Myślę, że drzewo, które przyśniło się Nabuchodonozorowi mogło być równie dobrze wizją drzewa genealogicznego, ale na pewno była to przede wszystkim wizja jego osobowości – klatka uczuciowego głodu samotności, zniewalająca całe mnóstwo stworzeń. Przyśnił mu się istny „folwark zwierzęcy” Orwella, choć w jego mniemaniu wydawał się być człowiekiem, który opiekował się całymi narodami. (…)

Tyranem emocjonalnie zniewalającym nie musi być król – może nim być każdy człowiek: kobieta i mężczyzna, matka i ojciec, mąż i kochanek, porzucona matka, zniewalająco kochająca swe dzieci i niewierny mąż, który uzależnia od siebie kolejne kobiety, szukając u nich mleka, które niedostatecznie płynęło z matczynej piersi. Nabuchodonozorem może był młody mężczyzna i dziewczyna, którzy zniewalająco się kochają i ubóstwiają swoje uczucia. Może być ojciec, który zniewala swą dumą i apodyktycznością całą rodzinę, a także szef firmy, który paraliżuje strachem innych oraz prezydent państwa, który staje się tyranem dla swych podwładnych, albo przełożony zakonny, który żąda nieustannych dowodów posłuszeństwa. Oni wszyscy szukają tak naprawdę miłości i gdy nie potrafią jej znaleźć, to wymuszają uległość przy pomocy paraliżującej tyranii. Wcześniej czy później każda niewola uczuciowa musi przejść śmiertelną próbę przeobrażenia albo po prostu skończy się śmiercią. Wcale nierzadko taki rodzaj uczucia przechodzi w postać zupełnie w sobie sprzeczną – w nienawiść. Mówi się wtedy o enantiodromii.

Według Heraklita z Efezu każda rzecz wpada po jakimś czasie w przeciwieństwo. Zła miłość staje się w końcu umiłowaniem złośliwości, a osoba uwielbiana staje się znienawidzoną. Jest to kara za ubóstwienie, za nagromadzenie energii emocjonalnej w jakiejś osobie, która nawet gdyby była bogiem, nie potrzebowałaby aż takiej adoracji. Wielu ludzi popełnia samobójstwo z powodu miłości zawiedzionej lub zdradzonej, albo odrzuconej, wielu też posuwa się do zabójstwa jako aktu rozpaczliwej chęci posiadania kogoś jedynie dla siebie. (O. AP)

Pamiętamy skrajność reakcji króla opisaną we fragmencie o trzech młodzieńcach, których kazał wtrącić do ognistego pieca. Najpierw „wyraz jego twarzy zmienił się” w stosunku do nich, a już za chwilę, obsypuje ich zaszczytami (por Dn 3, 19,21.95-97). Współcześnie zapewne zdiagnozowano by u Nabuchodonozora chorobę afektywną dwubiegunową, która polega na szybkim przechodzeniu z gniewu do niewspółmiernej łagodności, z manii nadaktywności do depresji. Uprowadzonych z Jerozolimy żydów czyni dygnitarzami państwowymi, po krótkim czasie strąca do jaskini lwów, a po tygodniu wydobywa stamtąd i traktuje jak ukochanego syna. Tak było w przypadku Daniela. Król z pasją miłuje i z pasją nienawidzi. Wszystkie emocje przeżywa skrajnie i bardzo intensywnie. Chce być opiekuńczy, ale jest odstręczający. Próbuje być ojcowski, wręcz „tatusiowaty”, ale staje się zabójcą w relacji do często tych samych osób. Balansuje pomiędzy wymuszaniem miłości i szacunku a chęcią mordu wobec tych, o których myśli, że go odtrącają. Emocje są w nim olbrzymią, nieokiełznaną siłą.

Dzisiaj, pośród nas, żyje wielu Nabuchodonozorów: idealizują swoją miłość, aby za chwilę poczuć się rozczarowanymi tymi osobami, którymi byli jeszcze czas jakiś temu zafascynowani; żyją przez pewien czas w zauroczeniu, aby za chwilę odczuwać wstręt i nienawiść do tych samych osób. Nie są wytrwali w uczuciach, ale za to intensywni. Są zbyt wysoko, by można było ich prawdziwe kochać, dlatego każdy udaje wobec nich miłość, a oni wyczuwając nieszczerość wobec siebie, doprowadzają się w krótkim czasie do morderczej podejrzliwości. Zapewne król budził śmiertelne przerażenie, gdyż nikt nie wiedział, co za chwilę może go spotkać: awans czy śmierć. Jakiż to stres! Życie w takich skrajnościach – od zauroczenia i uzależnienia aż po nienawiść i odtrącenie doprowadza do załamań i depresji – wręcz pragnienia śmierci. Z całych sił kontrolują tych, których zniewalają, penetrują ich życie, żywią zazdrość i podejrzliwość, wymagają deklaracji i absolutnej wierności, a jednocześnie nienawidzą i złoszczą się pogardzając tymi, których jeszcze nie tak dawno uwielbiali. Nie tylko pragną niewolniczego uwielbienia, ale też sami uwielbiają i kochają „na śmierć”. Manipulują i szantażują, wymuszają miłość i czołobitność, żądają wierności i jednocześnie sami jej nie zachowują, zabezpieczając się poprzez „ukryte” relacje. Nie tylko są zdolni zabić z poczucia odtrącenia, ale też są w stanie sami siebie zniszczyć podcinając sobie żyły, albo głodząc się na śmierć. Pod tymi poplątanymi gałęziami uczuć, ukrywa się korzeń samotności, korzeń lęku przed osamotnieniem. Im większy lęk przed samotnością, tym silniejsze tendencje do kontrolowania innych, tym większe pragnienie zadawania komuś poniżającego bólu i tym bardziej nieopanowane szaleństwo manifestowania swoich emocji, które pożerają jak szarańcza. A schodząc jeszcze głębiej i patrząc na drzewo ich życia, można dojść do wniosku, że pielęgnują w sobie korzeń przekonania o bezwartościowości swojego istnienia, a także, że są źli, a nawet najgorsi. Przy takich „korzeniach” nie da się długo wytrzymać z samym sobą, dlatego z całą mocą przerzucają swoją wściekłość na innych, tę samą, którą żywią do siebie: inni są źli, inni zwodzą, są bezwartościowi, słabi, samotni. Nabuchodonozor miał na sumieniu wiele zbrodni i do jeszcze większych był zdolny. Oskarżanie daje poczucie władzy i złudne przekonanie, że odzyskało się kontrolę nad sytuacją i sobą samym. A jeszcze bardziej staje się to niebezpieczne, gdy władza daje możliwość oskarżania. Niektórzy, przerażeni swoimi skrajnymi uczuciami, wolą żyć przez jakiś czas w samotności, odsuwając się od wszystkich. Lękają się tej ogromnej siły emocjonalnej, która okazuje się wyniszczać ich samych i innych. Odczuwają także ogromną siłę autodestrukcyjną. Życzą sobie śmierci i odmawiają jakichkolwiek relacji z innymi. Żyją w autopotępieniu i nienawiści do samych siebie. Kto wie, czy nie na tym polegał wyrok Boga, który doprowadził Nabuchodonozora do pustynnej pokuty? Bóg bowiem jest nie tylko Bogiem naszych czynów i modlitw, ale też Bogiem naszej psychiki.

Jedyną osobą, zdolną podać królowi właściwe lekarstwo prawdy, był Daniel. Być może dlatego, że nie bał się ataków króla, bo wiedział, że jego panem jest Bóg Izraela, a nie poddany zezwierzęceniu pełen samouwielbienia tyran.

(25) Wszystko to spełniło się na królu Nabuchodonozorze. (26) Po upływie dwunastu miesięcy, gdy przechadzał się na tarasie królewskiego pałacu w Babilonie, (27) król odezwał się i powiedział: «Czy nie jest to wielki Babilon, który ja zbudowałem jako siedzibę królewską siłą mojej potęgi i chwałą mojego majestatu?» (28) Nim król jeszcze wypowiedział swoje słowo, padł głos z nieba: «Otrzymujesz zapowiedź, królu Nabuchodonozorze! Panowanie odstąpiło od ciebie; 

Pyszna duma z własnych osiągnięć, przejawiająca się w odebraniu Bogu miana źródła wszystkiego, jest charakterystyczna dla chwili przed upadkiem człowieka. Widzimy to w Słowie:

Serce ludzkie jest wyniosłe przed upadkiem, ale prawdziwą chwałę poprzedza pokora. (Prz 18,12)

Jakże podobna jest reakcja króla do tego co mówił ewangeliczny bogacz:

I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! (Łk 12,19)

A przecież:

Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał (1 Kor 4,7)

Mała rysa na pięknym obrazie, jakim były nie dające się skontrolować sny królewskie okazał się zapowiedzią utraty panowania… nad sobą… w pełnym tego stwierdzenia znaczeniu. Może gdyby, po usłyszeniu wyjaśnienia snu, król ukorzył się przed Panem, odnalazł pokorę – co zresztą radził mu Daniel – powstrzymałby naturalne konsekwencje swej pychy.

Nabuchodonozor traci władzę nie dlatego, ze jest to złośliwa kara Boga. Słowo podkreśla, że wszystko dzieje się z łaski Boga. Można powiedzieć, że los króla toczył się naturalnym biegiem, bo naturalną konsekwencją pychy jest upadek, upokorzenie. Dla człowieka czującego się w jakiejkolwiek przestrzeni życia mocnym, specjalistą, znawcą – a któż nie czepia się kurczowo tej świadomości, w końcu na tym opiera się wiele szkół terapeutycznych – jest nie do zniesienia świadomość, że można to stracić, być słabym, nieznającym się, niepewnym. Myśl o niedołęstwie jest nie do przyjęcia dla sprawnych. Dlatego to:

Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. (Mt 9,12)

Potrzebujesz lekarza, czy wciąż czujesz się silny? Pomyśl, w jakich przestrzeniach doświadczasz swojej mocy, umiejętności?

Może masz wiele przestrzeni, w których jesteś słaby i nie akceptujesz tego, i jedną, która przynosi Ci zadowolenie. Czy nie jest tak, że tą jedną starasz się “przykryć” tamte? Że Twoja pycha, zagnieżdżona w tej jednej rzeczywistości, pozwala Ci się karmić samozadowoleniem, świadomością, że nie potrzebujesz nikogo, że w tej przestrzeni wszystko sam byś zrobił najlepiej – ale gdy zwrócisz uwagę na wszystkie słabości i niemożności, to szalenie cierpisz, nie znosisz siebie, szukasz pociechy w grzechu? Czy nie jest tak, że bardziej chcesz aby definiowała Cię przestrzeń, na której się znasz, aniżeli przestrzeń twoich słabości? A przecież definiuje Cię miłość Twego Stwórcy i Odkupiciela! Tylko On może bowiem zaspokoić każdy brak – dlatego wyśpiewał niegdyś na wzgórzach galilejskich hymn o ośmiu błogosławieństwach!

(29) zostaniesz wypędzony spośród ludzi. Będziesz mieszkał wśród zwierząt polnych i będą ci dawać jak wołom trawę na pokarm. Siedem okresów czasu upłynie nad tobą, dopóki nie uznasz, że Najwyższy jest władcą nad królestwem ludzkim. 
(30) Natychmiast wypełniła się zapowiedź na Nabuchodonozorze. Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba zwilżała go. Włosy jego urosły [niby] pióra orła, paznokcie zaś jego jak [pazury] ptaka.

Pierwszą konsekwencją pychy jest izolacja, gorzka samotność odrzucenia – prawdziwego bądź subiektywnego. Drugi skutek Słowo upatruje w swoistym zezwierzęceniu. Jednym z jego aspektów jest życie pozbawione smaku, piękna, radości. Innym – bezmyślność.

Zezwierzęcenie pyszałka to także rodzaj drapieżności, ostrości, nieliczenia się z innymi, ranienia ich.

Czy zdarzają Ci się czyny, o których byś powiedział, że są swego rodzaju zezwierzęceniem, może ześwinieniem, zbydlęceniem?

(31) Gdy zaś upłynęły oznaczone dni, ja, Nabuchodonozor, podniosłem oczy ku niebu. 

Miłosierdzie Boga podało dwa lekarstwa uniesionej pychą duszy włądcy. Pierwsze to słowa Daniela, jedynego, który nie był w swej duszy niewolnikiem króla, bo był sługa Kogoś innego. Daniel podał Nabuchodonozorowi słowa prawdy. Drugie lekarstwo to owo trudne i upokarzające doświadczenie zezwierzęcenia, które król przyjął i przeżył, nie próbując z niego uciekać. Dopadło go to, czego się obawiał w snach i… przetrwał. Przyjął siebie samego jako słabeusza! Uznał, że niewiele się różni od zwierząt! Nie stworzył sobie jakiejś mądrej teorii wyjaśniającej swoje niedomagania, ale zgodził się na samego siebie w rozbiciu!

Dopiero wtedy mógł wznieść oczy ku niebu, do Boga. I dopiero wtedy został wysłuchany.

Kto Ci mówi prawdę, tak jak Daniel? Czy doświadczasz takiego szaleństwa jak król – brak smaku życia, jakaś zwierzęca słabość, poczucie upadku?

Po dłuższym czasie król wspomniał o Bogu, jako Panu wszystkiego i zaczął się modlić.

Wtedy powrócił mi rozum i wysławiałem Najwyższego, uwielbiałem i wychwalałem Żyjącego na wieki, bo Jego władza jest władzą wieczną, panowanie Jego przez wszystkie pokolenia. (32) Wszyscy mieszkańcy ziemi nic nie znaczą; według swojej woli postępuje On z niebieskimi zastępami. Nie ma nikogo, kto by mógł powstrzymać Jego ramię i kto by mógł powiedzieć do Niego: «Co czynisz?» (33) W tej samej chwili powrócił mi rozum i na chwałę Jego panowania powrócił mi majestat i blask. Doradcy moi i możnowładcy odszukali mnie i przywrócili mi władzę królewską, i dano mi jeszcze większy zakres władzy. (34) Ja, Nabuchodonozor, wychwalam teraz, wywyższam i wysławiam Króla Nieba. Bo wszystkie Jego dzieła są prawdą, a drogi Jego sprawiedliwością, tych zaś, co postępują pysznie, może On poniżyć.

To doświadczenie nauczyło króla uniżenia się pod ręką Boga. Uznał on w Nim, tego, który panuje – ma władzę i moc nad wszystkim. Zszedł z piedestału (bardziej lub mniej zakamuflowanego) samouwielbienia, autobałwochwalstwa.

Wszystko co miał – było już na chwałę panowania Boga. Przestał przypisywać sobie, jakim jest wspaniałym władcą, ile zdziałał, co zrobił, co stworzył. Zaznacza udział innych ludzi w swoim powołaniu. Uznaje, że nie jest samowystarczalny.

Na koniec Nabuchodonozor uwielbia Boga! Coś, co nam się nie zdarza…

Spróbuj przyjrzeć się tym wszystkim przestrzeniom swego życia, w których nie dopuszcza innych do głosu, albo dopuszczasz w niewielkim, kontrolowanym przez siebie stopniu.

Życie za życie, rana za ranę, siniec za siniec.

Ja jestem Chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli ktoś spożyje z tego chleba, żyć będzie na wieki; a chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało – za życie świata.
Żydzi zaczęli się więc sprzeczać między sobą i mówić: Jak On może nam dać do spożycia swoje ciało? 
Jezus im na to odpowiedział: Amen, amen, mówię wam – jeśli nie będziecie jeść Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pić Jego Krwi, nie będziecie mieć w sobie życia. (J 6, 51-53)

Czytałem te słowa podczas liturgii Mszy żałobnej, mając przed sobą kir i poruszane wiatrem płomyki świec. Ulotne ogienki życia…

Myślałem wtedy nie tylko o przemijalności, ale także o tym jak przeżywamy to ziemskie życie, o tym jak chybotliwa bywa jakość życia, czy może nawet byle-jakość, jego smak lub ab-smak.

A przecież Pan powiedział:

Ja przyszedłem, aby (moje owce) miały życie i to miały je w obfitości. (J 10,10) 

Nie jesteśmy panami swego życia. Nie jesteśmy w stanie go poddać kontroli, swoistej cenzurze woli. Ono się wymyka naszym pragnieniom, oczekiwaniom. Niszczymy je, zatruwamy, zabijamy, tkwimy w śmiercionośnych przekonaniach pozbawionych ufności. Czy zasługujemy na to życie? Na to dobro, które Bóg nam czyni z dnia na dzień? Na spoglądanie na owoce własnych trudów? 

Wiadomo, że nie. 

Jesteśmy grzesznikami, którzy – zgodnie z Pismem – zasługują na śmierć.

W księdze Wyjścia czytamy o konsekwencjach, jakie spotkają tego, kto uczyni krzywdę kobiecie brzemiennej – czyli tej, która nosi w sobie życie:

Jeśli zaś poniesie jakąś szkodę, wówczas odda życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, rękę za rękę, nogę za nogę, oparzenie za oparzenie, ranę za ranę, siniec za siniec. (Wj 21,23-25)

Wiemy, że ten motyw: “życie za życie”, pojawia się w księgach Mojżeszowych często. Czy to ma jednak jakieś odniesienie dla nas? Dla mnie? Dla Ciebie, czytającego te słowa? Pewnie nikt z nas nie jest zabójcą w dosłownym znaczeniu, nikt z nas nie przelał niczyjej krwi, nie odebrał nikomu życia. Ale przecież czytamy w Piśmie:

My sobie uświadamiamy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, ponieważ kochamy braci; ten, kto nie kocha, trwa w śmierci. Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest mordercą, a wiecie, że żaden morderca nie ma życia wiecznego, które by w nim pozostawało. (1 J 3,15)

Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie będziesz mordował, a kto by zamordował, będzie podlegał sądowi. Ja natomiast wam mówię, że każdy, kto się gniewa na swego brata, będzie podlegał sądowi, a kto by powiedział swemu bratu: Raka, będzie podlegał Sanhedrynowi, a kto by powiedział: Głupcze, będzie zasługiwał na Gehennę ognia. (Mt 5,21-22)

Skoro więc Pan mówi, że nawet żywiony gniew zasługuje na stanięcie przed sądem, to warto się zastanowić nad twardym starotestamentalnym prawem w mniej literalnym kontekście. Kto bowiem z nas może powiedzieć o sobie, że nigdy nie ubliżył bliźniemu, nie osądził go, nie doświadczał gniewu i złości.

Komu więc odebraliśmy życie? Komu czyste spojrzenie? Komu siłę? Komu możliwość bronienia się, a może zarabiania, czy wręcz utrzymania? Kogo skazaliśmy na bezruch, na zamknięcie, przyczyniliśmy się do jego utknięcia życiowego? Kogo depresji jesteśmy współwinni? Kto się sparzył na naszej pseudożyczliwości? Kogo poraniliśmy? Kogo uczyniliśmy posiniaczonym w relacji z nami? Z kogo życie uciekło bośmy go w kimś nie ustrzegli wołając, że nie jesteśmy stróżami swych braci i sióstr? A jest powiedziane, że krew brata woła z ziemi wielkim głosem do Pana. Krew, oko, ręka, oparzenie.  Siniec za siniec. Rana za ranę. Obojętność za obojętność. Niewysłuchanie za niewysłuchanie. Nieprzebaczenie za nieprzebaczenie.

Czemu Bóg ma nas słuchać, gdy my nie słuchamy tych, którzy są obok nas? Czemu Bóg ma nas rozumieć, gdy my nie chcemy rozumieć – męża, żony, dziecka, bliźniego?

A z drugiej strony – nas też ktoś posiniaczył, pobił, poranił. Grzechem, słowem, czynem, brakiem.

Biada, występny narodzie, ludu obciążony grzechem! Plemię złoczyńców, synowie przewrotni! Opuścili Pana, porzucili Świętego Izraela, odwrócili się zupełnie.
Jakiego jeszcze chcecie doznać ciosu, skoro jeszcze trwacie w buncie? Cała głowa chora, całe serce niemoc ogarnia. Od stopy aż do głowy nie ma w nim zdrowego miejsca! Rany, guzy i sińce po niedawnych uderzeniach, nie wyciśnięte ani nie przewiązane i nie złagodzone oliwą. (Iz 1,4-6)

Jak się wydostać z tej sieci wzajemnych razów? Może dobrze, że wielu ciosów (i tych zadanych przez nas, i tych zadanych przez kogoś) nie jesteśmy świadomi… Choć przy wielu razach zrzucamy odpowiedzialność na innych – jak mąż regularnie bijący żonę, który mówi: “To przez ciebie, głupia, taki jestem! Sprowokowałaś mnie!” A ona kiwa głową w poczuciu winy, przekonana, że na pewno to prawda… Mogła przecież inaczej się zachować…

Co będzie gdy oboje przejrzą na oczy? Z jakiej mocy mają skorzystać by przerwać ten łańcuch “kąsania i pożerania” (Ga 5,15), siłę wyrzutów sumienia, “serca, które oskarża” (1 J 3,20), traktowania siebie nawzajem jak bezrozumnego osła do okładania kijem (Lb 22,27). Skąd wezmą siłę, aby nie mścić się, by przebaczyć sobie i innym? Jeśli wszystkie dzieci boże tak samo się mordują, któż ocaleje? Któż się Panu odpłaci, bo przecież: 

…każdy da okup za życie swe Panu przy spisie, aby nie spadło na nich nieszczęście. (Wj 30,12)

Nie ma siły na tym świecie, która przerwie tę sieć. Wszyscy jesteśmy w nią zaplątani. Pan jednak uznał że nie można inaczej przemienić życia człowieka, jak tylko samemu w to życie wejść i je przeżyć. Cuchnący oddech, który wydobywamy z naszych płuc stał się oddechem Pana. Smród trupiego odoru Bóg zamienia na ruah hakodesz, święte tchnienie życia! Duch mordu przemieniony na Ducha Świętego!

Życie musiał dać tylko Ten, którego ofiara jest nieskończenie większa, od naszych marnych wysiłków. Musiała zostać wylana Krew, która nie szuka zemsty i nie zada razów – i dlatego woła głośniej niż krew Abla! (Hbr 12,24) Krew pierwszego zabitego człowieka domagała się odpłaty u Boga. Powiedział bowiem Pan do Kaina:

Krew brata twego głośno woła do mnie z ziemi. (Rdz 4,10)

Krew Chrystusa wołała głośniej, ale nie o pomstę, ale o miłosierdzie! 

Jeśli wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez niego. (Iz 53,10)

W poranek Zmartwychwstania wzeszło nad Golgotą słońce. Rozpoczął się ów dzień, w którym:

…Pan opatrzy rany swego ludu i uleczy jego sińce po razach. (Iz 30,26)

Pan sam przyniósł życie. Jego życie za nasze życie. Jego rany za nasze rany. Jego sińce za nasze sińce. Wpatruję się więc w te rany , chcę kontemplować Jego zadrapania, obtłuczenia, opuchnięcia, rozbite kolana, poorane barki, sine usta, wyrwane włosy. Pragnę, aby głośno do mnie wołały strużki i strugi Jego Krwi. 

Rany, guzy i sińce po niedawnych uderzeniach, nie wyciśnięte ani nie przewiązane i nie złagodzone oliwą. (Iz 1,6)

W tych ranach są ukryte te wszystkie razy, które zadałem, w swojej pysze, bliźniemu. Ja zadałem Tobie. Ty zadałeś mnie. Razem zadaliśmy innym. Razem zbiliśmy naszego Zbawcę.

W tych ranach, jaśniejących wiekuiście chwałą, są wszystkie niechęci wobec drugiego człowieka, wszystkie pragnienia zemsty, wszystkie żachnięcia się i uderzenia słowem jak biczem. Tam, na Jego Ciele, zakwitają – teraz chwalebnie – lekceważenie, złośliwość, pogarda, nieprawy gniew, kłótnia, zawiść, złość, znieważanie, pycha, egoizm. 

Tam, na Krzyżu jest wszystko to, cośmy uczynili, aby życie zatruć, zohydzić, zniszczyć – sobie i innym. 

Obraz Jego zhańbionego Ciała, to mapa naszej morderczej nienawiści, czy niechęci do miłowania drugiego człowieka. Makabryczny plan ludzkiej złości. Odrażający przewodnik po naszych gestach, słowach, czynach, po osądach na miarę Sanhedrynu, i obojętnościach na miarę obmytych rąk Piłata. Tam, między Raną Boku a kolcami cierniowej korony jesteśmy my wszyscy.

To prawda – ta Krew woła…

Ale Jej głos nie jest wyrzutem, lecz przebaczeniem. To zaproszenie do naśladowania. Nie pysznego realizowania zadań z serii: “Jak być katolikiem – punkt po punkcie.”, ale pokornej kontemplacji i wsłuchiwania się w Jego prowadzenie. W ten sposób uczy nas cierpliwości, ciszy, pokuty i skruchy. Ten, który rozumie człowieka uczy zrozumienia. Ten, który doprowadził Swą Matkę na szczy Kalwarii uczy wytrwałości. Ten, który jest Świadkiem Prawdomównym uczy poszukiwania prawdy. Ten, który tu, na ziemi:

…trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi… (Mt 12,20)

…uczy czułości i delikatności.

Nauczy tego Piotra, chełpiącego się podczas Ostatniej Wieczerzy, że to on odda swe życie za Jezusa! Że to on, Szymon Piotr, będzie kochał taką miłością, jakiej Pan oczekuje! On będzie inny, szczególny, zmusi się do dawania życia! 

Mówi do Niego Piotr: „Panie, dlaczego nie mogę pójść za Tobą teraz? Oddam swe życie za Ciebie!” (J 13,37)

Wiemy jaka była reakcja Jezusa…

Odpowiada Jezus: „Chcesz za Mnie oddać swe życie? Zaprawdę, zaprawdę mówię Ci, nim kogut zapieje, trzykrotnie Mnie się zaprzesz”. (J 13,38)

Trzeba znać miarę swojej pychy…

Piotr poszedł za Panem dopiero, gdy nauczył się pokory i ujrzawszy pełne mocy rany Zmartwychwstałego pozwolił się napełnić Duchem Świętym, zaczął stawać się człowiekiem duchowym. Wcześniej nie rozumiał swego Mistrza.

Gdy Chrystus, w przywołanym na początku fragmencie Pisma, mówi o spożywaniu Jego Ciała, aby mieć życie, jest napisane, że właśnie wtedy Żydzi zaczęli się sprzeczać. Ze słów ich sprzeczki wynika kompletne niezrozumienie słów Jezusa.

Słowo Pańskie jest jak papierek lakmusowy – wydobywa z nas prawdę o naszej kondycji, choćby o tym, że jesteśmy wciąż cieleśni, że nie postąpimy za Nim dalej, póki nie zgodzimy się na Jego sposób życia, miłowania, funkcjonowania.

Św. Tomasz z Akwinu w swoim komentarzu do Ewangelii Janowej, napisał:

Pan mówił im o pokarmie jedności, że jeśli się nim posilą, staną się jednego ducha (…) A ponieważ Żydzi nie przyjęli pokarmu zgody, dlatego sprzeczali się wzajemnie, 

Oto odbywacie post wśród sporów i sprzeczek, bijąc niegodziwą pięścią. Nie jest postem to, co czynicie obecnie, by miał być usłyszany wasz głos na wysokości. (Iz 58,4)

W tym więc, że spierali się między sobą okazali się cieleśni

Skoro bowiem między wami zazdrość i niezgoda panuje, czyż nie jesteście cieleśni i czyż nie postępujecie według zasad czysto ludzkich? (1 Kor 3,3)

Dlatego pojmowali cieleśnie powyższe słowa Pana, że mianowicie mieliby spożywać ciało Chrystusa tak, jak cielesny pokarm.

Słowo wydobyło prawdę o słuchających Go. W noc przed Paschą wydobyło prawdę z Piotra. Wydobywa i z nas. 

Żydzi się podzielili. Piotr się zaparł. Ale potem każdy, kto chciał, kto uwierzył w Jego Życie, które przyszło przez wylaną Krew i poranione Ciało, każdy mógł otrzymać “łaskę po łasce”.

Jeden ze świadków życia św. Filipa Nereusza wspominał:

Przypominam sobie, że pewnego dnia Filip powiedział mi, że śmierdzę. Otóż tak było – wtedy popełniłem grzech cielesny.
Innym razem Filip powiedział mi, żartując: Myślisz, że nie czuję grzechów? Rozpoznaję je nosem! 

To od nas zależy czy nasze życie będzie wonią miłą Bogu i ludziom, czy raczej smrodem, przed którym święci i aniołowie zakrywają nos i twarz. 

Pan dał swoje życie, swoje Ciało, swoją Krew – aby odmienić nasze życie. Sami z siebie nie potrafimy Go naśladować. Dopiero wtedy będę mógł ofiarowywać siebie, gdy będę wciąż miał przed oczami posiniaczone Ciało, z którego odpłynęła wszelka Krew, z którego wyciekło życie. Gdzie ono jest? We mnie i w Tobie. Dopiero gdy ten dar przyjmę, gdy w skrusze uznam zbrodniczość moich słów, myśli i czynów – On mnie uzdrowi.

Patrzę więc na Niego.

Podnoszę oczy moje ku górom.
Skądże przyjdzie dla mnie pomoc? 
Pomoc moja od Pana…  (Ps 121,1)

Morze Goryczy

Św. Alfons Maria Liguori, komentując słowa św. Bernarda z Clairvaux, w myśl których męka Chrystusa Pana rozpoczęła się od chwili, gdy przyszedł na świat, pisał: 

Męczeństwo Maryi – we wszystkiem było podobne męczeństwu Jej Syna i trwało przez cały ciąg Jej życia. 
Imię Maryja, w języku hebrajskim pomiędzy różnymi alegorycznymi znaczeniami, wyraża także „morze goryczy” (…)
Jak morze którego niezmierzone wody napełnione są goryczą, tak całe życie Maryi, pełne było goryczy i boleści, z powodu męki Jezusa bezustannie będącej Jej na myśli.

Pamiętałem, że w Jej imieniu, wg wielu komentatorów, kryje się pojęcie goryczy, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. A przecież jest to tak bardzo biblijne i w jakże wymowny sposób rzuca światło na ludzkie życie, tak trudne na tym “padole łez”, o czym każdy z nas się nieustannie przekonuje. 

Myśląc o imieniu Niepokalanej trzeba przypomnieć sobie inną Marię, tę z Pięcioksięgu, prorokinię i starszą przyrodnią siostrę Mojżesza. Pisze biblista Marcin Majewski:

Jeśli (imię) Miriam pochodziłoby od hebrajskiego rdzenia מר (mar – gorzki, zgorzkniały) i מרר (marar – być gorzkim, strapionym, napełnionym goryczą), to mogłoby wskazywać na osobę „pełną goryczy”, “pełną smutku”. Dokładając do tłumaczenia końcówkę ים (jam – morze, wody) otrzymamy „gorzkie wody” lub „morze goryczy”. Czy w ten sposób (matka Miriam) Jokebed chciała wyrazić swój ból z powodu zrodzenia pierwszego dziecka w niewoli egipskiej?

Powrócimy jeszcze do tej etymologii.

Istnieje też inna możliwość. Podstawą słowa Miriam może być hebrajskie מרה (mara – buntować się). Wówczas imię oznaczałoby „buntownicza” lub „zbuntowana” i również mogłoby wywodzić się z kontekstu doświadczenia narzuconej niewoli. 

W życiu Matki Bożej nie znajdziemy cienia buntu, przeciwnie, jest Ona (o wiele bardziej aniżeli jej starotestamentalna imienniczka, o której pamiętamy, że wyśpiewała hymn wyzwolenia po przejściu przez Morze Czerwone) osobą, która najpełniej skorzystała ze swej wolności, jednocześnie będąc wolną od grzechu pierworodnego. Odrzucamy więc wszelkie buntownicze interpretacje Jej Imienia. Co najwyżej możemy widzieć w Niej Tę, która “zbuntowała się” wobec panowania zła i grzechu,wybierając pokorę i posłuszeństwo Bogu. Przyznajmy jednak, że to dość karkołomna zabawa leksykalna.

Marcin Majewski wyjaśnia:

Dzieci Jokebed i Amrama – Miriam, Aaron i Mojżesz – urodziły się w Egipcie. Co więcej, zarówno imię ojca: Amram, jak i imię brata: Mojżesz oraz inne lewickie imiona w Biblii są wyraźnie pochodzenia egipskiego, a nie hebrajskiego. Wiele więc wskazuje na to, że również imię Miriam może mieć korzenie egipskie. Wówczas oznaczałoby „ukochana, „napawająca radością”, a nawet „będąca upragnionym dzieckiem” (rdzeń mrj). Byłby to wyraz ogromnej miłości, fascynacji i radości rodziców wobec pojawienia się oczekiwanego dziecka.

Czyli – imię w rdzeniu egipskie! 

Imię, jako pozostałość Ziemi Ucisku! „Micraim” bowiem, to egipska nazwa Egiptu, która brzmi w hebrajskim tak samo jak słowo “ucisk”. Ktoś, pośród ucisku, trudu, może braku nadziei, nazwał swoją córkę “upragniona”, “ukochana”, “dająca radość”… Bardzo to poruszająca myśl.

Nasze życie także jest “micraim” – żmudną egzystencją w ucisku. 

Wg Słownika Języka Polskiego termin „ucisk” oznacza uczucie ciśnienia, gniecenia, ciążenia, bądź też ograniczanie czyjejś wolności.

Co nas uciska? Skutki grzechu pierworodnego, miłość do grzechów uczynkowych, trud codzienności, rozczarowania, choroby, samotność, smutek przemijania, nieufność innych, niezrozumienie. Czasami jakaś słabość, czy konsekwencja grzechów naszych rodziców, czy bliskich. 

Co jeszcze może uciskać wnętrze człowieka? Coś, czemu się nie można oprzeć i za czym się idzie – mechanizm emocjonalny, jakiś niezbyt chlubny nawyk, niekoniecznie nałóg, może ciężar własnej niedojrzałości, przeżywanej świadomie. 

Wezwać więc Jej Imienia, to pośród przygniecenia ciężarem grzechu, wśród jakiegoś zniewolenia czy ciążenia niechcianych mechanizmów (na przykład emocjonalnych), przylgnąć do nadziei, że jest gdzieś ta Ukochana i nie jest nam obojętna! Że jest odmiana na nasze życie. 

Dlatego w chwilach ucisku chcę Ją wzywać! 

Chcę pamiętać, że pośród tego przyrodzonego “ciśnienia” jest też Ta, o której sam Bóg powiedział, że daje radość, bo obdarował Ją pełnią łaski. 

Czy jest także dla Ciebie światłem, obdarowaniem,a nawet radością w Twoim ucisku? 

Jeśli czytając te słowa przychodzi Ci na myśl jakiś własny ciężar leżący Ci na sercu, jakieś własne ograniczenie, może wolności – zwróć się do Niej. Osobiście doświadczam w ostatnich dniach Jej interwencji, Jej odpowiedzi na wytrwałe wołanie, czy to Nowenną Pompejańską, czy to Nowenną Do Rozwiązującej Węzły.

Tak więc w imieniu Miriam kryją się paradoksy – hebrajska gorycz i egipska radość. Wydawałoby się, że sensowniej byłoby na odwrót: hebrajski radość i egipska gorycz, ale Bóg lubi – w przeciwieństwie do nas – paradoksy… 

Miriam. Morze goryczy. Czy tylko przez ogrom boleści związanych z Męką Chrystusa?

Przywoływane już hebrajskie wyrażenie מרר (marar – być gorzkim, strapionym, napełnionym goryczą) pojawia się w Piśmie św. kilkukrotnie.

Mówiliśmy o Miriam, siostra Mojżesza. Jest w Piśmie jeszcze jedna kobieta, którą należałoby tu przywołać – to teściowa Moabitki Rut, Noemi. Przykład kogoś, komu Bóg odmienił w sposób diametralny życie i z depresji wywołanej śmiercią męża i synów, samotnością i wielkim bólem, doprowadził do wielkiej radości i odzyskania chęci do życia. A uczynił to wszystko posługując się otwartym sercem młodej Rut, jej miłością i oddaniem! Po powrocie – uczynionym wraz z nalegającą na to synową – Noemi odpowiada na słowa dawnych sąsiadek, które powtarzają sobie: “Przecież to Noemi”:

Nie nazywajcie mnie Noemi, ale nazywajcie mnie Mara, bo Wszechmogący napełnił mnie goryczą. Pełna wyszłam, a pustą sprowadził mnie Pan. Czemu nazywacie mnie Noemi, gdy Pan wydał świadectwo przeciw mnie, a Wszechmogący uczynił mnie nieszczęśliwą? (Rt 1,20-21)

Tak było na początku pobytu w Betlejem, na początku Księgi Rut. Pod koniec zaś widzimy Noemi, jak trzyma na kolanach dziecko Booza i Rut, tym samym wszczepiając ich syna w swój ród. Z niego wyjdzie po wiekach Mesjasz.

Dzięki pokornej miłości młodej niewiasty, inna kobieta, zgorzkniała i pełna bólu z powodu śmierci bliskich, dozna przemiany i szczęścia.

Dzięki pokornej miłości innej młodej Niewiasty, cała ludzkość pełna goryczy i buntu z powodu śmierci grzechowej, dozna szczęścia na wieki. Pośród tej ludzkości jesteśmy także i my.

Wróćmy jeszcze do odpowiedzi jaką daje Noemi betlejemskim kobietom. Mówi:

“Wszechmogący napełnił mnie goryczą… uczynił mnie nieszczęśliwą”.

Dzieci Izraela wszystko przypisywały Bogu, jako przyczynie wszechrzeczy. Nie wiemy, czy w jej ustach tliła się wówczas gorzka resztka wypalonego buntu, czy też użyła ona jedynie swoistego związku frazeologicznego, nieco mieszając dopust boży z wolą bożą. Tak, czy inaczej, to zdanie Noemi, może być bliskie wielu z nas, tym, którzy doświadczają goryczy. 

Według przywoływanego już Słownika Języka Polskiego “gorycz” to gorzki smak, lub smutek, żal czy rozczarowanie. Któż tego nie przeżywa, choć w różnej skali i z różną częstotliwością! Słownik Synonimów wymienia ich przy słowie “gorycz” aż 227! Mamy tam: rozczarowanie, rozżalenie, zawiedzenie się, zawiedzenie kogoś, zawód, zgorzkniałość, zrezygnowanie, żal, rozgoryczenie, skarga, smutek, strapienie, frustracja, niezadowolenie, marazm, cierpienie i wiele innych. Czyż to uczucie i towarzysząca mu postawa nie jest jednym z bardziej codziennych smaków naszego życia, o których nie mówimy, które w sobie kryjemy (chyba że w przypływie gniewu, czy użalania się), których nie otwieramy nawet na modlitwie przed Bogiem? Od których uciekamy? A przecież Bóg zlitował się nad gorzkimi dniami Noemi i dał jej Rut! Czy nie zlituje się też nad goryczą naszych dni, jeśli tylko o tym Mu powiemy? Za wzór możemy brać psalmistów, często skarżących się na swój los, a nawet Syna Bożego, który modlił się o odsunięcie „kielicha goryczy”.

Do każdego więc, kto dziś chciałby powtórzyć za Noemi:

Wszechmogący napełnił mnie goryczą… uczynił mnie nieszczęśliwą,

każdemu kto chciałby powtórzyć za lamentujący Jeremiaszem…

Jam człowiek, co zaznał boleści pod rózgą Jego gniewu; On mnie prowadził, iść kazał w ciemnościach, a nie w świetle, przeciwko mnie jednemu cały dzień zwracał swą rękę. Zniszczył me ciało i skórę, połamał moje kości, osaczył mnie i nagromadził wokół jadu i goryczy; ciemność mi dał na mieszkanie, tak jak umarłym na wieki. (Lm 3,1-6)

…należy przywołać Oblicze młodej Niewiasty z Nazaretu. Tej, która gorycz zamienia na obdarowanie. Gorzki smak na słodycz radości.

Ale nie można przeżyć radości z obdarowania Łaską, gdy wpierw nie skosztuje się z Nią goryczy odrzucenia…

Noemi kazał się nazywać “Mara”, a nie Noemi. Mara, czyli pełna goryczy. W miejscowości o tej samej nazwie Izrealici rozbili obóz po przejściu Morza Czerwonego:

Mojżesz polecił Izraelitom wyruszyć od Morza Czerwonego,
i szli w kierunku pustyni Szur. Szli trzy dni przez pustynię,
a nie znaleźli wody. I przybyli potem do miejscowości Mara,
i nie mogli pić wód, gdyż były GORZKIE; przeto nadano temu miejscu nazwę Mara. Szemrał lud przeciw Mojżeszowi i mówił: «Cóż będziemy pili?» Mojżesz wołał do Pana, a Pan wskazał mu drewno. Wrzucił on je do wody, i stały się wody SŁODKIE.
Tam Pan ustanowił dla niego prawa i rozporządzenia
i tam go doświadczał. I powiedział: «Jeśli wiernie będziesz słuchał głosu Pana, twego Boga, i będziesz wykonywał to,
co jest słuszne w Jego oczach; jeśli będziesz dawał posłuch
Jego przykazaniom i strzegł wszystkich Jego praw,
to nie ukarzę cię żadną z tych plag,
jakie zesłałem na Egipt,
bo Ja, Pan, chcę być twym LEKARZEM». (Wj 15,22-26)

Drewno, które sprawia, że gorzkie wody stają się słodkie… Najczęściej interpretuje się owo drewno jako krzyż, który nadaje sens naszej goryczy codzienności. Dzięki niemu da się pić z ludzkiego życia, jest ono owocne i życiodajne. Aby jednak zobaczyć w krzyżu słodycz, to trzeba mieć niepokalane Serce… Albo się w tym Sercu, na jego morzach, zakotwiczyć… To drugie jest dla nas zdecydowanie bardziej osiągalne.

Nie byłoby jednak krzyża bez miłości, więc drewno wrzucone do gorzkich wód, to miłość, jak ta Rut do Noemi, Maryi do nas. Miłość wierna, nie dająca się zrazić goryczą drugiej osoby, tak  “w ciemno” i “na przepadłe”. Miłość wychodząca naprzeciw, wzbudzająca nadzieję, czujna i czuła jednocześnie, jak ta z Kany Galilejskiej, delikatnie uprzedzająca, niczym Pan, o którym napisano, że podtrzymuje upadającego.

Zwróćmy jednak uwagę, że w powyższym fragmencie Księgi Wyjścia, owo wrzucenia drewna, które wskazał Bóg Mojżeszowi, sąsiaduje ze stwierdzeniem o prawach i rozporządzeniach, które tam właśnie, w Mare, w goryczy, zostały ustanowione. 

Oto pierwszy wybuch buntu (jak się te znaczenia przeplatają – bunt, gorycz i dar; może Twoja gorycz jest pochodną jakiegoś buntu? Może niepodjęty dar, np. Miłości, przyjęcia wezwania do nawrócenia, wywołuje przeżywanie życia o smaku piołunu?), jakim było szemranie o wodę w Mara skutkuje pierwszymi prawami, które mają strzec wiary i świeżo zdobytego daru wolności wśród dzieci Izraela. Nie jest napisane jakiego typu były to prawa, to jeszcze nie jest czas Synaju, Pan tylko wzywa do wierności, słuchania Go i do posłuszeństwa. Bóg daje swoistą receptę na bunt, na dawanie posłuchu pradawnej pokusie upadłego anioła i na wynikającą z tego gorzkość życia. Trwać, usłyszeć i być posłusznym temu, co się usłyszy. 

Czy nie jest to definicja miłowania?

Czy nie jest to krótki opis, plan na życie, jaki przyjęła Miriam z Nazaretu?

Jeśli na końcu tego słowa Pan mówi, że chce być lekarzem Izraela, to czyż nie jest w tym słodka nadzieja, że Bóg, nie tyle odrzuca w gniewie krnąbrny lud, ale chce podać mu, niczym majaczącemu w gorączce dziecku, lekarstwo? 

Bóg chce uzdrowić spragnioną duszę! 

Izraelici chcą pić, ale woda jest gorzka, nie da się nią zgasić pragnienia. Trzeba ją uczynić słodka, zdatną do użytku. Sami z siebie nie są w stanie tego zrobić, rodzi to w nich frustrację i bunt. Sami z siebie nie uczynimy naszego życia „zdatnym do użytku”! Nie staniemy się „słodcy” gdy wypełnieni jesteśmy goryczą – potrzebujemy Lekarza!

Wypełni się ta scena z Mara w pewnym spotkaniu przy studni (a wiemy, że było to miejsce spotkań miłosnych i matrymonialnych):

Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. (J 4,13-15)

Jedynie Bóg ma dla nas lekarstwo, może takie, które:

…napełni wnętrzności twe goryczą, lecz w ustach twych będzie słodka jak miód (Ap 10,9)

Tak, Słowo Boże może stać się dla nas gorzkie. Pojęcie “goryczy” bowiem nie musi być rozumiane pejoratywnie. Jest nam potrzebny pewien rodzaj goryczy, inny aniżeli ten wynikający ze zranień, depresji, rozpaczy, czy nieszczęścia, a związany z jednoczesnym skarbu miłości bożej oraz uznaniem obrzydliwości swego grzechu, zwłaszcza pychy. 

Św. Bonawentura, rozważając to podwójne, gorzko-słodkie znaczenie imienia Maryi pisał do ludzkiej duszy:

Bądź więc „gorzkim morzem” (amarum mare) przez skruchę zalaną łzami, abyś jak najbardziej bolała z powodu popełnionych grzechów, abyś najdogłębniej wyrażała żal z powodu zaniedbanego dobra, abyś nieustannie karciła siebie z powodu zmarnowanych i straconych dni.

Pełen skruchy był św. Piotr, gdy “wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał”.

Pełna skruchy i miłości do innych była św. S. Faustyna, gdy zapisała w Dzienniczku:

Matko Boża, dusza Twa była zanurzona w goryczy morzu, spójrz się na dziecię Twoje i naucz cierpieć, i kochać w cierpieniu. Wzmocnij mą duszę, niech jej ból nie łamie. Matko łaski – naucz mnie żyć z Bogiem. (Dz. 315)

Słowo w łonie Maryi było dla niej słodkimi wodami, ale przepełniło Jej dni goryczą, którą nazywamy Siedmioma Mieczami Boleści. Zgodziła się na nie z miłości towarzysząc swemu Synowi, a także z litości wobec nas, dzieci chorych na grzech. Jak Rut wobec Noemi, tak dobra Matka wobec nas, chce swoją obecnością, trwaniem, uczeniem słuchania Słowa i posłuszeństwa Mu, przemienić gorzkość na radość.

Prośmy ją o to.

Światło nad mrokami

(1) Ludu idący w ciemnościach, spójrz na to wielkie światło!
Mieszkający w mroku krainy śmierci, oto światło wam rozbłyśnie.
(2) Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele.
Rozradowali się przed Tobą,
jak się radują we żniwa,
jak się weselą przy podziale łupu.
(3) Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo
i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy
jak w dniu porażki Madianitów. (Iz 9,1-3)

Tkwimy “w dole głębokim, w ciemnościach i przepaściach” (Ps 88,6) często z winy naszej bezbożności, bałwochwalstwa, zastępowania idolami tych miejsc w naszym życiu, które należą się jedynie Bogu. Nasze “nierozumne serca” (Rz 1,21) umiłowały te mroki, niejasności, półcienie i szarości – bo odwróciły się od prawdy, od szukania tego, co ona przynosi; bo odwróciły się od miłości, od wrażliwości na autentyczne potrzeby bliźniego; bo niekochające i nie doświadczające miłości znalazły pozór tak pożądanej afirmacji pośród mroków grzechu.

I nie widzimy ratunku, jak się wydostać z owego “dołu zagłady, błotnego grzęzawiska”. Nawet wiedząc, że “występni zginą w ciemnościach” (1 Sm 2,9), a Dzień Pański może nas zaskoczyć “jak złodziej” (1 Tes 5,4), nie przerażamy się perspektywą “nieugaszonego ognia” (Łk 3,17) tak mocno, aby zmienić swoje myślenie i postępowanie. Nie rozpoznajemy w naszych ciemnościach Jego wielkich cudów (Ps 88,8) nie widzimy dokąd mamy podążać (J 12,35) a mroki pomału ogarniają całość naszego życia.

Pośród tego wszystkiego prorok zwiastuje Światłość.

Bóg nie poddaje się naszym rozpaczom i beznadziei. Usankcjonowawszy rytm roku liturgicznego posługuje się On ową przemijalnością czasu, a co za tym idzie – świąt i obchodów. W ten sposób czyni obecnym pośród nas, swego nędznego ludu, wielkie Misteria, poprzez które chce wybawiać nieposłuszne dzieci, jeśli tylko uwierzą Jego Słowom. Przyszedłszy raz w historii, narodziwszy się w określonym miejscu i czasie z Maryi Dziewicy w Betlejem Judzkim, przychodzi nieustannie. Nie rodzi się po wielokroć, nie umiera po wielokroć, nie zmartwychwstaje raz za razem, ale zaprasza nas do stanięcia w wiecznym Betlejem. 

Na tym polega Jego miłosierdzie – na stworzeniu nam miejsca na decyzję, na propozycji.

Stojąc więc w pośrodku Bożego Narodzenia, oby się nam udało zawołać za Micheaszem:

Choć upadłem, powstanę, choć siedzę w ciemnościach, Jahwe jest światłością moją! (Mi 7,8)

Oby się udało odpowiedzieć na wezwanie Izajasza i spojrzeć na “to wielkie światło” (Iz 9,1)! Jak spojrzenie na miedzianego węża ratowało synów Izraela, tak oderwanie wzroku od ciemności i skierowanie go na Wschodzące Słońce, musi obudzić ufność i nadzieję! Musi! Kraina śmierci okazuje się bowiem pozbawiona swej złowrogiej mocy, gdy rozświetli ją blask Słowa Wcielonego. W tym świetle ostro uwidacznia się Jego zbawienna propozycja dla mnie i dla Ciebie – dla wszystkich, którzy “są daleko, a których powoła Pan Bóg nasz” (Dz 2,39).

Izajasz woła:

Bo jarzmo przygniatające go, drąg na jego barkach, kij jego nadzorcy złamiesz jak w dniu Madianu (Iz 9,4). 

Tak, przygniata nas ciężar naszych grzechów i jego konsekwencji,  skutki raz rozbudzonych pożądań przyginają nasze karki do ziemi i karzą na niej szukać pokarmu mogącego nas nasycić. A przecież prawdziwy plon, autentyczny spichlerz pełen życiodajnego ziarna jest u Ciebie! I nie zamykasz go przed nami, ale szczodrym gestem zapraszasz, abyśmy się z niego sycili. Nasza nędza polega na tym, żę bujemy spichlerze ziemskie, komory pełne pustych ziaren, myśląc, że da nam to bezpieczeństwo na lata, by jeść, pić i dobrze się bawić. Nie pamiętamy Józefowych wykładni, według których może nadejść siedem lat chudych, może nadejść chuda wieczność, może przyjść Anioł Zagłady i odebrać nam to, w czym pokładaliśmy ufność.  A wtedy zostaniemy z niczym – za życia jęczący pod jarzmem pracy i przyrodzonych trudów, a po śmierci jęczący pod wieczną rózgą demonów…

Ty jednak bierzesz nasze jarzmo na siebie! Ty kładziesz na swój grzbiet drąg naszych grzechów! Ty, niczym Mojżesz w ziemi Egipskiej, niszczysz diabelskiego nadzorcę, który uciska nasze życie (Wj 2,12)!

Gdy na nowo uświadamiam sobie co uczyniłeś zstępując między lud pełen nędzy – jakże mam Cię nie chwalić! Jak Ci nie dziękować!

Gdy zdaję sobie sprawę, że nie chcesz tego jarzma, które mnie przygniata, a o którym często myślę, że jestem na nie skazany – jak Cię nie wielbić!

Niegdyś Gedeon pokonał Madianitów z garstką tylko wojowników. Odesłał najpierw tych, co się zbyt lękali nie mogąc zaufać mocy Pańskiej, potem tych którzy nie chcieli zbytnio się ubrudzić błotem i pili wodę z potoku Charod klęcząc. Wybrał tych, którzy wiedzieli o sobie, że mogą być jak psy – chłeptali wodę językiem. Gedeon zwyciężył z pomocą ludzi, którzy nie mieli złudzeń co do siebie, może byli przekonani, że są najgorsi, może doświadczyli “spsienia” w swoich grzesznych czynach, może byli swoistymi straceńcami, któym daleko do naszego drobnomieszczańskiego samozadowolenia. Stali się jak psy, o których Biblia nie wyraża się zbyt pochlebnie, bo są synonimem powtarzalnej głupoty:

Jak pies powraca do swego zwrócenia, tak głupiec wciąż powtarza swoje głupstwo. (Prz 26,11 – Wujek)

A czyż to nie prawda o wielu z nas? O głupich grzechach powtarzanych od dziesięcioleci nieustannie? 

Ale jest dla “spsiałych” nadzieja, jeśli tylko wejdą na ścieżkę psiej wierności, jak ten czworonóg, który stał się biblijnym towarzyszem Anioła i człowieka w księdze Tobiasza. 

Łaska i wierność spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój. Wierność z ziemi wyrośnie, a sprawiedliwość wychyli się z nieba. (Ps 85,11-12) 

Wierność wobec Boga i drugiego człowieka może być tą decyzją na jaką stać i tchórza i nałogowca, nawet jeśli dotyka już twarzą ziemi i zanurza się w nadrzecznym bądź innym błocie. Wybrani przez Gedeona wojownicy chłeptali wodę wprost z potoku Charod, a nazwę tę można przetłumaczyć jako “drżenie”. Aby się napić musieli się uniżyć, położyć nad brzegiem “drżenia”, a uczyni tak albo ten co się bardzo boi, ale tacy już wcześniej uciekli, albo ten, kogo ogarnia drżenia przez Panem i Jego wyrokami:

Rozdziera się serce we mnie, wszystkie moje członki ogarnia drżenie, jestem jak człowiek pijany, jak człowiek przesycony winem — z powodu Jahwe i Jego świętych słów. (Jr 23,9)

Wojsko Gedeona z bardzo licznego zostało zredukowane do garstki, “małej trzódki” (Łk 12,32), “resztki” (Iz 30,17) – i jako takie, posłusznie wypełniając Boże zamierzenia, odniosło spektakularne zwycięstwo.

(16) Wówczas Gedeon podzielił owych trzystu mężów na trzy hufce, dał każdemu z nich do ręki rogi i puste dzbany, a w nich pochodnie. (17) «Patrzcie na mnie – rzekł im – i czyńcie to samo, co ja. Oto ja dojdę do krańca obozu, a co ja będę czynić, i wy czyńcie. (18) Gdy zatrąbię w róg ja i wszyscy, którzy są ze mną, wówczas i wy zatrąbicie w rogi dokoła obozu i będziecie wołać: Za Pana i za Gedeona!»
(19) Gedeon i stu mężów, którzy mu towarzyszyli, doszli do krańca obozu w chwili, gdy tuż po zmianie następowało czuwanie środkowej straży nocnej. Zatrąbili w rogi i potłukli dzbany, które trzymali w rękach. (20) Natychmiast zatrąbiły w rogi także owe trzy hufce i potłukły dzbany. Wziąwszy zaś w lewą rękę pochodnie, a w prawą rogi, aby na nich trąbić, wołali: «Za Pana i za Gedeona!» (21) I przystanęli, każdy na swoim miejscu, dokoła obozu. Powstali wtedy wszyscy w obozie, poczęli krzyczeć i uciekać. (22) Podczas gdy owych trzystu mężów trąbiło na rogach, Pan sprawił, że w całym obozie jeden przeciw drugiemu skierował miecz. Obóz uciekł do Bet-Haszszitta ku Sartan aż do granicy Abel-Mechola obok Tabbat. (Sdz 7,16-22)

Światło, jakie wyjęli wojownicy Gedeona z wnętrza swych glinianych dzbanów i odważny głos rogu przeraziły demoniczne siły wojsk madianickich. W ludzkiej marności może działać Bóg – w tym co niepozorne, słabe, “gliniane”, czyli kruche:

Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby ogrom mocy był od Boga, a nie z nas. (2 Kor 4,7)

Czasami trzeba stłuc gliniane naczynie, zgodzić się na obumieranie, na trud, na nieustanną walkę wiary z lękiem wewnątrz nas samych. Byle tylko On zwyciężał! Bo przecież o to chodziło Panu z całym tym eksperymentem nad potokiem Charod – pokazać uciemiężonemu ludowi, zniszczonemu butem madianickim, że jedynie Pan ma moc wyprowadzania ku wolności, że mając tylko 300 wojowników, i to o “spsiałym” charakterze, z pochodnią w glinianym garnku i rogiem w rękach ale chcą tracić siebie “za Pana i za Gedeona” – można zwyciężyć.

Nad mrokiem obozowiska Madianitów, w pośrodku nocy, zabłysło światło. Jednym przyniosło popłoch i nienawiść wobec samych siebie, innym zaś życie i wyzwolenie.

Panie, Światłości ponad naszymi mrokami, przynieś nam wolność!
Natchnij odwagą, że wystarczy nam Głos i Światło!

Że nie ważne są szlaczki na naszych glinianych dzbanach, że te skorupy, te spichlerze, te ubłocone ciała – one się nie liczą. Że jeśli o coś należy się trząść, to o Twoje Słowo i jasność Jego zrozumienia!
Panie Nowonarodzony, przynieś radość prawdziwą!
Jak tamtym “narodom w ciemnościach kroczącym”, jak tym trzystu,

gdy pokonali Madianitów, jak żniwiarzom, gdy cieszą się z obfitych plonów, które odsuwają od nich widmo głodu!
Zanim zabrzmi trąba na Dzień Sądu, niech usłyszymy róg zwiastujący zwycięstwo – Twoje zwycięstwo w nas, we mnie! W zgiełku różnych innych głosów, pośród ciszy własnej miałkości, daj słyszeć głos głoszący autentyczne Słowo Dobrej Nowiny, budujące wiarę w moc Twego Imienia, w Twoją troskę i miłość, w rozświetlenie wszelkich mroków, jakie sprawiają, że nie widzimy dokąd podążać!
Skieruj nasze oczy na Twoje Światło, na miejsca w których ono płonie. Tak mało ich dzisiaj, tak mało…

Nie dozwól, abyśmy je stracili.
Nie pozwól, abyśmy je sami zagasili.
Niech nie przykryje tych miejsc żaden gliniany garnek, żaden korzec, żaden grzech ni słabość!
W czasach mroku i życia “ku śmierci” naucz korzystać z błogosławionego “łupu”, jakim jest sakrament, modlitwa,

miłość braterska, przebaczenie – słowem, to wszystko co tak trudne dla nas, i co tak łatwo pomylić z wszechobecnymi podróbkami.
Skieruj ku sobie wszystkich, którzy podobnie myślą, bo tylko Ty możesz przekroczyć wszelkie różnice w nas i zebrać na nowo z rozproszenia – dziesięciu, stu, trzystu, czy tysiące – resztki Twego dziedzictwa.
Niech sępy wyczują padlinę (Mt 24,28)…
Prowadź, Światło!

Przeczysta Dziewico, jaśniejąca niepokalanie, któraś co szabat zapalała świece na stole nazaretańskiego domku, zapal swą modlitwą w każdym z nas płonące pragnienie podążania za Tym, który jest Światłością ze Światłości!
W ciemnościach dziejów świata lśni Twoja pokorna zgoda na poddanie się woli Ojca – naucz nas, jak skłonić swój rozum i wolę, ku temu, co ukazuje Pan!
Wspomożenie wiernych i Uzdrowienie chorych – ulecz nasze chore uczucia!
Ty, która rozwiązujesz splątane węzły ludzkich spraw, która wykupujesz orędownictwem wszystkich niewolników grzechu, która – pełna Ducha Świętego – jesteś naszą rzeczniczką i obrończynią, „advocata nostra” – włóż w nasze splamione ręce gorejącą pochodnię wiary!
Pomódl się za nim, Jutrzenko Zbawienia!

« Older posts Newer posts »

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑