Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Autor: jacek (page 2 of 130)

Trzy Maryje poszły…

Gdy minął szabat, Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść i namaścić Go. (Mk 16,1)

Opis Zmartwychwstania św. Marek rozpoczyna od ukazania czytelnikowi grupy kobiet wybierających się wczesnym rankiem do wykutego w skale Grobu. Znamy te niewiasty. Pojawiają się w scenie Ukrzyżowania:

Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome. Kiedy przebywał w Galilei, one towarzyszyły Mu i usługiwały. (Mk 15,40-41)

Wtedy, w Wielki Piątek, patrzyły na śmierć Jezusa (απο μακροθεν, apo makrothen) “z daleka” (autor Apokalipsy skomentowałby, że to “ze strachu” por. Ap 18,10.15), teraz jednak pragną podejść bliżej, do ciała ich Mistrza. W ten sposób chcą dalej wypełnić to, co było było sensem ich bycia przy Jezusie – towarzyszyć i usługiwać. Zatrzymajmy się przy tych dwóch terminach. 

Pierwszy z nich jest w Ewangeliach odnoszony głównie do Apostołów, których Jezus powołał “aby Mu towarzyszyli”. Tym razem jednak mowa jest o świeckich niewiastach.

Św. Marek w swoim dziele odróżnia sposób bycia uczniów i wspomnianych kobiet. Obie grupy towarzyszą Jezusowi, ale każda na inny sposób. Apostołowie mają czynić Go obecnym gdziekolwiek pójdą poprzez powtarzanie Jego nauk i powielanie Jego czynów. Jest to ich powołanie po dziś dzień – sprawują sakramenty i przepowiadają Ewangelię. Powołanie tych niewiast definiuje – obok terminu “towarzyszenie” – słowo “usługiwać”, tak bardzo dziś zabarwione pejoratywnie. Oczywiście, wszystkie te terminy się gdzieś wzajemnie przenikają, zapewne w pojęciu “naśladowania Chrystusa”, co czynią i “Apostołowie” i “niewiasty” i “jeszcze inni uczniowie”. 

Czym jest dziś “towarzyszenie i usługiwanie” Jezusowi? Życie “w świecie współczesnym” zbytnio przypomina nieustanną kontemplację własnego ego – wszystkie boleści i radości egzystencji są przefiltrowane przez skupienie na sobie. Nikomu nie towarzyszymy… Zgubiliśmy prostą, katolicką perspektywę życia dla kogoś, życia przepełnionego myślą o dobru drugiego człowieka, czy to będzie współmałżonek, czy dziecko, czy przyjaciel, czy duchowe dzieci. Żyjemy sami dla siebie, sami przez siebie i sami ze sobą. Jedyne towarzyszenie, to takie, które się opłaci – przyjemnością, użyciem, wyciszeniem samotności. Skoro nie towarzyszymy drugiemu człowiekowi, (ba, uciekamy od tego, więcej nawet – mówią nam, że tylko dystans ma sens, bo drugi człowiek może cię zanieczyścić) wybierając tragiczną samotność, to tym bardziej trudno tu mówić o autentycznej służbie, której elementem konstytutywnym jest poświęcenie, nazywane w języku chrześcijaństwa męczeństwem. 

Kto chce się poświęcić? Kto chce się dla kogoś męczyć? Kto chce komuś towarzyszyć aż po śmierć?

Nie wybieramy “towarzyszenia i usługiwania” dlatego nie umiemy przebaczać i trwać. Wyczuleni na punkcie swoich przeżyć wyolbrzymiamy słowa i gesty innych kierowane pod naszym adresem, upatrując w nich ataku bądź nieprzychylnej opinii. Zaczadzeni interesownością w drugim człowieku widzimy kogoś czyhającego na coś, co posiadamy, na jakiś nasz “skarb” – czas, siły, pieniądze. 

Skoro tak jest z relacjami międzyludzkimi, to cóż myśleć o odniesieniu do Pana?! 

A jednak On zaprasza do miłości towarzyszącej i służebnej! Choć wydaje się, że owo zaproszenie jest skierowane pod gruntownie zły adres, to jednak wiem, że nasz Pan się nie myli. Zawsze powoływał ludzi słabych i grzesznych aby ich wzmocnić i uświęcić. Zawsze wzywał chorych, aby ich uzdrowić. Podobnie jest i w naszej, zda się ostatniej, epoce. Powołanie do bycia przy Nim i do służenia Mu jest nadal aktualne! Może trudniejsze niż kiedykolwiek, może bardziej perfidnie podkopywane, może przygniecione tonami śmieci słabości ludzkiej natury. Ale jest! Dziś Pan także poszukuje dusz wybranych, dusz ofiarnych, dusz bardziej chcących patrzeć w Niego niż w znikomą doczesność ambicji i wygodnictwa. 

Tylko, czy ktoś na to odpowie?

Czy ktoś uzna miłość za wystarczające „dzieło życia”?

Reakcja na Jezusowe spojrzenie pełne tęsknoty nie musi iść po linii dotąd istniejących zakonów, zgromadzeń czy seminariów duchownych. W większości nich zda się dokonywać “mysterium iniquitatis”, podobne do tego, o którym mówił Pan do św. S. Faustyny:

Pod koniec drogi krzyżowej, którą odprawiałam, zaczął się skarżyć Pan Jezus na dusze zakonne i kapłańskie, na brak miłości u dusz wybranych. — Dopuszczę, aby były zniszczone klasztory i kościoły. — Odpowiedziałam: Jezu, przecież tyle dusz Cię wychwala w klasztorach. — Odpowiedział Pan: — Ta chwała rani Serce Moje, bo miłość jest wygnana z klasztorów. Dusze bez miłości i poświęcenia, dusze pełne egoizmu i samolubstwa, dusze pyszne i zarozumiałe, dusze pełne przewrotności i obłudy, dusze letnie, które mają zaledwie tyle ciepła, aby się same przy życiu utrzymać. Serce Moje znieść tego nie może. Wszystkie łaski Moje, które codziennie na nich zlewam, spływają jak po skale. Znieść ich nie mogę, bo są ani dobrzy, ani źli. Na to powołałem klasztory, aby przez nie uświęcać świat; z nich ma wybuchać silny płomień miłości i ofiary. A jeżeli się nie nawrócą i nie zapalą pierwotną miłością, podam ich w zagładę świata tego… (Dz. 1702)

W tym samym Dzienniczku Chrystus zwierza się Swej Sekretarce w następujący sposób:

Na pociechę twoją powiem ci, że są dusze w świecie żyjące, które mnie szczerze kochają, w ich sercach przebywam z rozkoszą, ale jest ich niewiele; (Dz. 367)

Wróćmy do niewiast spieszących się wczesnym rankiem do kamiennej groty grobowej. Co ich pcha? Zapewne miłość do Jezusa, ale może także i trochę własne tchórzostwo. Jest przecież napisane, że w trakcie Ukrzyżowania “stały z daleka”… Może tą “ostatnią posługą” namaszczenia ciała chcą w jakiś sposób zmazać ten dystans, jaki wszedł w bliskość między nimi a ich katowanym Nauczycielem? Tak czy inaczej, ich wędrówka do grobu oznacza większą odwagę, aniżeli ta, jaką odznaczali się Apostołowie, którzy przecież też mieli Mu towarzyszyć, a co więcej, powinni pamiętać, że Jezus chciał, by Jego uczeń był tam gdzie i On.

Niewiasty pragną towarzyszyć Rabbiemu z Nazaretu nawet po śmierci. Choć nie wyobrażają sobie, że On żyje, to jednak traktują Go jak wciąż obecnego. Nie myślą, że skończyłą się ich misja i zadanie. 

Odwracając nieco sytuację, można powiedzieć że często  traktujemy Chrystusa jak martwego, ucinając nasze towarzyszeniu Mu i posługiwanie. Wydaje się nam, że On nie widzi tego co robimy, nie słyszy naszych słów i myśli, nie dotyka Go nasza obojętność. To są te wszystkie momenty dnia, kwestie obecne w naszych planach, pragnienia zajmujące serce – w których albo się z Nim nie liczymy, albo Go wprost nie ma. A o cóż innego można oprzeć swoje rozeznawanie, podejmowanie decyzji, tworzenie jakichkolwiek planów, jak nie o Jego żywą Obecność? 

Odkrywając coraz większe pokłady własnego egoizmu – jako nieodrodne dziecko tego czasu i tego świata – przekonuję się, że nie jestem w stanie podjąć sensownej decyzji, jeśli nie stanę z nią przed Jego Obliczem! Zdaję sobie sprawę, że brzmi to banalnie, ale widzę w sobie tak przemożną słabość i plątaninę tylu nieumiejętności, tak dużą chęć “bezruchu decyzyjnego”, że  bez zmuszenia się do patrzenia na życie z perspektywy wiary w Baranka umarłego, lecz żyjącego nie dałbym rady funkcjonować w powołaniu, którym – jak ufam – On mnie obdarzył. Nawet, jeśli – z różnych przyczyn: grzechu, czy słabości natury – wydaje się, że Pan umarł, zniknął, albo mówiąc bardziej biblijnie – ukrył się, to nie wolno mi w tej myśli trwać, czy wyciągać z niej wniosków. Niewiasty miłowały, nawet, gdy były pewne Jego śmierci. Choć trudno powiedzieć, że już wtedy wierzyły, że On żyje, to jednak w ich miłości Jezus był realnie istniejącą Osobą, tak jakby żył. 

Ta miłość została nagrodzona.

I nie było to liche uczucie, jakiś płytki sentyment. One nie szły do Grobu popłakać sobie pod zimną skałą. Ich miłość wyrażała się w czynie – wydać pieniądze na wonności, przekroczyć lęk przed spotkaniem strażników, pójść, namaścić – tyle czynności, tyle zadań do wykonania, tyle okazji do usłyszenia trudnych pytań, tyle ryzyka.

Znowu wraca pytanie o miłość, która kosztuje. Która jest zaryzykowaniem siebie, swojego dobrego imienia, nawet wtedy, gdy wydaje się być to bezsensowne. Bo przecież takie jawi się działanie owych, przepełnionych miłością kobiet. Zapewne racjonalnie myślący mężczyźni by tam się nie ruszyli uznając na przykład przekonanie strażników, aby wpuścili przybyłych do wnętrza jaskini grobowej, za nierealne do wykonania! Jednak serce miłujące przekracza chłodną racjonalność. 

Czy tylko niewiasty są do tego zdolne?

Czy – niezależnie od płci – my jesteśmy do tego zdolni?

Czytam ten króciutki fragment Ewangelii. Zastanawiam się nad moim towarzyszeniem Panu. Nad służeniem Mu – dla mnie wyrażającym się w głoszeniu Jego Słowa i czynieniu Go obecnym w sakramentach. Zastanawiam się nad marną miłością do Niego. Pobrzmiewa mi w uszach skarga Jezusa:

Ach, serce, któreś mnie przyjęło rankiem, w południe pałasz nienawiścią przeciw mnie pod najrozmaitszymi postaciami. Ach, serce przeze mnie szczególnie wybrane, czy na to, abyś mi więcej zadawało cierpień? Wielkie grzechy świata są zranieniem Serca Mego jakby z wierzchu, ale grzechy duszy wybranej przeszywają Serce Moje na wskroś… (Dz. 1702)

Cała moja natura próbuje przytrzymać mnie w zamknięciu “świętego spokoju”, w poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa, w stworzeniu sobie “duchowych zatyczek do uszu”, by nie usłyszeć wyrywającego z codzienności żalu Pana.

A jednak…

Wstrząs odsłaniający.

A po szabacie, o świcie pierwszego dnia tygodnia, przyszła Maria Magdalena i druga Maria, aby obejrzeć grób. I oto powstało WIELKIE TRZĘSIENIE ZIEMI, gdyż anioł Pana zstąpił z nieba, podszedł, odwalił kamień i usiadł na nim. Jego wygląd przypominał błyskawicę, a jego odzienie – białe jak śnieg. Strażnicy z lęku przed nim zadrżeli i stali się jak martwi. 

Anioł zaś odezwał się i powiedział do kobiet: WY SIĘ NIE BÓJCIE; wiem bowiem, że szukacie Jezusa ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, – gdyż powstał tak jak powiedział; chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie był położony. I idźcie szybko, powiedzcie jego uczniom, że powstał z martwych i oto poprzedza was do Galilei – tam Go zobaczycie; oto powiedziałem wam. 

I szybko odeszły od grobowca ze strachem i z wielką radością pobiegły oznajmić to jego uczniom. A oto Jezus spotkał je i powiedział: WITAJCIE!

One zaś podeszły, objęły Jego stopy i pokłoniły Mu się. 

Wtedy Jezus powiedział do nich: NIE BÓJCIE SIĘ! Idźcie i oznajmijcie moim braciom, aby poszli do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28,1-10)

Wielu zostało pozbawionych w tym Wielkim Poście okazji do fizycznego uczestnictwa nabożeństwie Drogi Krzyżowej. Rozgrywała się ona jednak pomiędzy nami, albo może raczej – w nas. Szczególnie długo przystanęliśmy przy X stacji Via Crucis – Obnażeniem z szat. 

Został obnażony z wszelkich szat i okryć nasz Pan. 

Została obdarta ze wszelkich złudzeń Matka nasza, Kościół święty. 

Obnażone zostały “zamysły serc ludzkich”. 

Jasno się przekonaliśmy, że czas – jak przed Bitwą Warszawską 1920 r. – w którym wszyscy, Kościół, Naród i Państwo klękają przed Panem i proszą o miłosierdzie, odszedł bezpowrotnie do przeszłości. Dziś pragnienie panowania Chrystusa nie przenosi się na życie świeckie. Sacrum i profanum rozstało się. Wiara w potęgę Stwórcy nie jest już światłem w przestrzeni życia społecznego, a rozum oświecony wiarą nie dostarcza już argumentów do działania i musiał ustąpić rozumowi oświeconemu naukami szczegółowymi, choć jest jasne, że nie dają one odpowiedzi na wszystkie pytania człowieka, zawężając ludzkie poznanie głównie do tego co zmysłowe.

Obnaża się świadomość tego, co naprawdę ważne.

Usłyszeliśmy kilka dni temu, że trwające obostrzenia zostaną “poluzowane”. Ale nie dlatego, że domaga się tego dobro duszy człowieczej, ale dlatego, że domaga się tego gospodarka. Pokarm dla duszy – mniej jest istotny, aniżeli finanse Państwa.

Trzeba z tego wyciągać wnioski – i to nie tyle natury politycznej, co duchowej, egzystencjalnej, można powiedzieć – fundamentalnej.

Wiara, rozumiana jako dający pociechę dodatek do życia – obumiera. To dobrze. Trzeba, aby rozbudziła się wiara tych, którzy naprawdę jej chcą, którzy się na nią decydują z całą mocą konsekwencji, jaka z takiej decyzji wynika. Nie możemy być „katolikami bezobjawowymi”. Jeśli jednak świat nie chce smaku soli, jeśli widzimy, że dłuższe przebywanie pośród tego świata grozi nam samym, że smak stracimy – trzeba może tę szczyptę soli gdzieś ukryć, by przechować na lepszy czas.  

***

Słyszeliśmy przed chwilą:

I oto powstało WIELKIE TRZĘSIENIE ZIEMI, gdyż anioł Pana zstąpił z nieba, podszedł, odwalił kamień i usiadł na nim. (Mt 28,10)

Wielkie trzęsienie ziemi. Sejsmos (σεισμος). Wstrząs. Drżenie. Zamieszanie.

Takie samo, jak wówczas gdy wydawało się, że Pan śpi podczas żeglugi Apostołów przez wzburzone morze. Poprzez swą pozorną nieobecność Chrystus odsłonił prawdę o sercach Apostołów oraz – zarazem – o Swej pedagogice i wszechmocy. Wspominał o tym wydarzeniu aktualny biskup Rzymu, gdy prowadził wstrząsającą ceremonię na opustoszałym placu św. Piotra.

I oto na morzu zerwała się POTĘŻNA BURZA, tak że łódź była przykrywana przez fale. On natomiast spał. (Mt 8,24)

Takie samo, jak podczas pobytu Pawłą i Sylasa w więzieniu. Trafili tam, gdyż zostali oskarżeni o wzniecanie niepokoju. A oskarżyli ich właściciele opętanej kobiety, niewolnicy, którzy wykorzystywali jej duchową niewolę robiąc z niej wróżbitkę na użytek głupiej gawiedzi. Paweł i Sylas uwolnili ją z mocy Złego, ale tym samym pozbawili tych ludzi przychodów. Obnażyli prawdziwe intencje niegodziwych ludzi. Apostołowie wrzuceni do więzienia przez pretorów, w zamknięciu, śpiewali hymny i modlili się, tym samym odsłaniając prawdziwe źródło siły w nich samych.

Uwierzyli, że naprawdę “miecz obosieczny w ich ręku” (Ps 149), a jest nim Słowo Boże. Ucisk odkrył w nich, być może im samym nie znane wcześniej, pokłady wiary. 

Nagle powstało WIELKIE TRZĘSIENIE ZIEMI, tak że zachwiały się fundamenty więzienia; natychmiast też otworzyły się wszystkie drzwi i rozwiązały się więzy wszystkich. (Dz 16,26)

Przerażony strażnik aż chciał się zabić ze strachu, a pretorzy – dowiedziawszy się jeszcze że Apostołowie są obywatelami rzymskimi, czyli ludźmi wolnymi – musieli ich przepraszać osobiście za wyrządzoną niesprawiedliwość.

Podobne sejsmos aż siedem razy jest wymieniane w Apokalipsie. Ma być ono szczególnym znakiem ostatecznego przyjścia Pana, odsłaniającym kres wszechrzeczy. 

Chrystus sam o tym prorokował:

Powstanie bowiem naród przeciwko narodowi i królestwo przeciwko królestwu, będą głody, a miejscami TRZĘSIENIA ZIEMI. (Mt 24,7)

A starotestamentalny prorok Ezechiel był świadkiem tego zjawiska, owego sejsmos, gdy kazał mu Pan prorokować do Ducha nad wyschniętymi kośćmi dzieci Izraela:

I prorokowałem, jak mi polecono, a gdy prorokowałem, oto powstał SZUM I TRZASK, i kości jedna po drugiej zbliżały się do siebie. (Ez 37,7)

Czyż nie doświadczaliśmy w ubiegłym stuleciu takich wstrząsów gdy św. Jan Paweł II prorokował do Ducha na ówczesnym pl. Zwycięstwa w 1978 r.? Czyż nie odsłoniły one prawdy o mocy Boga?

Uobecniamy dzisiaj Zmartwychwstanie naszego Pana – wstrząs kosmiczny, ingerujący w naturę i jej dane przez Boga prawa. Bóg nie pozwolił, aby natura była do końca autonomiczna wobec Jego mocy. Poprzez historyczne wydarzenie Zmartwychwstania przekroczył zasady i normy, których sam jest Stwórcą. 

Bo Bóg jest wolny!

Bo jest Bogiem zazdrosnym! Zazdrosnym o nas, o nasze dusze, o serca, o umysły i wolę! Bo sam mówi:

Oto jak srebro przetopiłem cię ogniem i wypróbowałem cię w piecu utrapienia. Przez wzgląd na Mnie, na Mnie samego, tak postępuję, bo czyż mogę być znieważony? CHWAŁY MOJEJ NIE ODDAM INNEMU. (Iz 48,10-11)

A chwałą bożą jest żyjący człowiek, jak mówi św. Ireneusz z Lyonu! 

Więc wstrząsa Pan, na różnorakie sposoby, naturą, aby człowiek na nowo stał się tym, do czego został wezwany przez Stwórcę. Jego chwałą!

Niech więc w tę świętą noc Anioł Pana odsunie kamień naszych grobów!

Niech obnaży do końca, to co ma zostać odkryte!

Niech zadrżą ci, którzy mają zadrżeć!

Niech staną się jak martwi ci, którzy mają się takimi stać! Którym się wydaje, że upilnują Boga!

Niech się uradują ci, którzy w tę noc usłyszą – Nie bójcie się! Nie poddawajcie lękowi, nawet jeśli jesteście zamknięci we własnych Wieczernikach.

Może jeszcze trzeba czasu, zanim Go ujrzymy. Może jeszcze trzeba Marii Magdaleny, aby nam to ogłosiła, może trzeba się wypłakać nad własnymi winami jak Piotr, może trzeba się samemu wybrać do grobu jak niewiasty. Może trzeba pójść do Galilei, a może trzeba będzie jeszcze poczekać do Pięćdziesiątnicy, bo tak bardzo jesteśmy zabarykadowani. 

Byle jednak tego wstrząsu nie przegapić, nie zakłamać, jak rzymscy żołnierze czy kapłani i faryzeusze.

Dokonało się pomiędzy nami trzęsienie ziemi, serc i ducha. W noc Paschy Pan przeszedł, jak przez Egipt i wielu poraził. Nie chcemy, aby poraził nas na wieki. Chcemy żyć na Jego chwałę, dlatego padamy na twarze przed Zwycięzcą śmierci i odnawiamy dziś nasze Przymierze z Nim, tak dobrym, że nam na to pozwala.

On jest Panem życia. Nasze życie i zdrowie są w Jego ręku! Jeśli takie są Jego zamiary, abyśmy coś jeszcze na tym świecie mogli uczynić na Jego chwałę – niech nas obdarzy swoim życiem!

Uciekać w góry.

Wtedy jeden z Dwunastu, zwany Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i powiedział: CO CHCECIE MI DAĆ, A JA WAM GO WYDAM? Oni zaś odważyli mu trzydzieści srebrników. I odtąd szukał dogodnej chwili, aby Go wydać. 
W pierwszym dniu Przaśników podeszli do Jezusa uczniowie i zapytali: Gdzie chcesz, abyśmy przygotowali Ci do spożycia Paschę? On zaś odpowiedział: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Mój czas jest bliski, u ciebie urządzę Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. 
A z nastaniem wieczoru zajął wraz z Dwunastoma miejsce przy stole. I gdy oni jedli, powiedział: Zaprawdę, powiadam wam, jeden z was Mnie wyda. I bardzo zasmuceni zaczęli pytać Go jeden po drugim: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który zanurzył wraz ze Mną rękę w misie – ten Mnie wyda. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim napisano, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy jest wydany. Lepiej by mu było, gdyby się ten człowiek nie urodził. 
Judasz zaś, który Go wydawał, odezwał się: Chyba nie ja, Rabbi? A On na to: Tyś powiedział. (Mt 26, 14-25)

Zastanawia to Judaszowe zdanie, zapisane na początku dzisiejszego fragmentu Ewangelii:

Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam? (Mt 26,15)

Czy nie odsłania ono postawy wielu z nas, a może nawet wszystkich? Jak to brzmi – Co mi dacie, a się go pozbędę. Nie jest mi do niczego potrzebny.

On, Chrystus. 

A może On, Kościół.

Kościół nie jest nam do niczego potrzebny, bo już nie wierzymy, że jest w nim żywy Bóg. nie wierzymy, że ten Bóg ma władzę nad życiem i śmiercią, że On stworzył Wszechświat i nad nim panuje. Nie wierzymy, że nie ma dla Niego nic niemożliwego. Wydaje nam się, że natura jest zupełnie autonomiczna od Niego i że nie potrzebuje już podtrzymywania w istnieniu.

Niech tylko ktoś nam da terapeutów od wszystkiego, proszki od bólu, szczepionki na choroby, ćwiczenia na nieustannie sprawne ciało i sztab fachowców od wiecznej młodości – nic więcej nie potrzebujemy.

Kto kupi ode mnie moją wiarę? Co mi da, a z chęcią ją oddam?!

Albo poproszę o wiarę bez większych wymagań, a na pewno bez takich, w których płaci się za nią zdrowiem, lub co gorsza życiem! Nie potrzebna jest mi wiara, przy której mogę stracić swoją strefę komfortu, wygodę, dom, pieniądze, sprzęt, samochód, czy możliwość spokojnego bytowania.

Judasz nie jest kimś z zewnątrz, jest człowiekiem Jezusa, ba, jednym z Jego najbliższych. Nie jest poganinem, jak każdy Żyd jest człowiekiem wierzącym. A jednak łamie zarówno swą wiarę jak i przyjaźń z Jezusem. Czemu? Może za cenę utrzymania swego wewnętrznego rozdwojenia, może broni swojego obrazu, może nie chce przyjąć do wiadomości prawdy na swój temat, choćby tej, że bardziej interesowały go pachnidła Marii Magdaleny, aniżeli prawdziwy los ubogich… 

Aby obronić siebie, swoją dotychczasową jako tako spójną wizję świata, możesz zdradzić Boga. Zjawisko to można zaobserwować u wielu osób, niegdyś w dzieciństwie ochrzczonych, od których wiara i pobożność odpadały jak płaty tynku ze starego muru. Zdradzali wiarę dzieciństwa, prostą i może nawet nieco naiwną, ale być może dojrzalszą niż by się wydawało. Zdradzali za cenę grzechu, przyjemności, poczucia dorosłości, nobilitacji do grona prawdziwych europejczyków, skuteczności w tym świecie, bycia modnym, zerwania z zaściankowatością i zapyziałością przeszłości.

Trzydzieści srebrników wciąż jest w cenie!

Obecny kryzys jest tym bardziej dotkliwy, że nie wołamy – nawet wbrew zakazom – Boże ratuj! Nie. My wołamy – medycyno ratuj! O ile jeszcze pół wieku temu robotnicy mieszkający na budowanych przez komunistów osiedlach, zaplanowanych, jako miasto bez Boga i bez świątyni, na siłę stawiali krzyż w centrum osiedla i byli gotowi bronić go własnym życiem, wbrew różnego rodzaju stanowionym prawom cywilnym, o tyle dziś takie krzyże są do niczego nikomu nie przydatne. Co najwyżej ktoś potraktuje je jako relikt przeszłości, bądź niepotrzebne rozproszenia kierowców na skrzyżowaniach.

Bóg przestał być nam niezbędny do życia…

I choć św. Jan Paweł II pisał o “»milczącej apostazji« człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał”, wydawało się, że sytuacje graniczne, jak zagrożenie chorobą – abstrahuję tu teraz od prawdziwej skali i istoty obecnej plagi – poruszy serca, choćby lękiem, do wielkiej, zbiorowej modlitwy. Tak się jednak nie stało. Jak widać potrafimy żyć bez Eucharystii, ale nie potrafimy żyć bez parków, bulwarów i lasów.

Na petycji do Premiera z prośbą o to, aby przynajmniej w Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę dopuścić możliwość odprawiania nabożeństw o charakterze religijnym w obecności tylu uczestników, ile wynosi połowa miejsc siedzących w danym kościele lub kaplicy jedynie 36841 podpisów. A podobno mamy w Polsce 32 mln 910 tys. 865 ochrzczonych katolików…

Niektórzy powiedzą, że przecież tęsknią za Mszą św., że potrzebują, ale jest transmisja, jest komunia duchowa, jest żal doskonały…

Wiem, że to może być trudne do przyjęcia, ale czy naprawdę to jest to, do czego zaprasza nas Pan? Czy te środki, te lekarstwa duchowe jakie nam zaproponowano są autentycznie wystarczające? Czy w sytuacji skrajnej prawdziwą pomoc duchową przynosi telewizor, czy widok Najświętszego Sakramentu na monitorze komputera? To ma być gorliwa odpowiedź na wezwanie Chrystusa?! Wszak mówi On w Apokalipsie:

Wiem o twoich czynach, że nie jesteś ani zimny ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! Skoro jednak jesteś letni, nie gorący i nie zimny, wypluję cię z moich ust. (Ap 3,15-16)

Jeśli straciliśmy umiejętność radykalnego podążania za Panem. Jeśli przykroiliśmy życie z wiary do wymogów drobnomieszczańskiego społeczeństwa. Jeśli głód Eucharystii nie zmusza nas do działań nawet ryzykownych i wbrew zasadom. Jeśli bardziej wierzymy w wiadomości z konferencji prasowych niż w Słowo Boże. Jeśli bardziej niż sakramentom i sakramentaliom ufamy maseczkom i rękawiczkom. Jeśli nie potrafimy rozsiewać woni Chrystusowej, jeśli nie poznajemy stanu własnych dusz, jeśli nie widzimy nic poza ciemnością wewnętrzną lub zewnętrzną, jeśli nie wydajemy “owoców godnych nawrócenia” –

– to jesteśmy niepotrzebni…

Światu.

A może także naszemu Panu, którego opuszczamy.

Skoro stwierdzamy, że Bóg i wiara, że Kościół i życiodajny sakrament są nam niepotrzebne, i skoro stwierdzamy to niejako od wewnątrz, z serca nas samych, ustami wiernych i wielu pasterzy, to coż On, nasz Pan osamotniony powie o nas?

***

Prorok Jeremiasz pisał:

To powiedział mi Pan: „Idź i kup sobie lniany pas i włóż go sobie na biodra, ale nie kładź go do wody”. I kupiłem pas zgodnie z rozkazem Pan i włożyłem go sobie na biodra.
Po raz drugi otrzymałem polecenie Pan: „Weź pas, który kupiłeś, a który nosisz na swych biodrach, wstań i idź nad Eufrat i schowaj go tam w rozpadlinie skały”. Poszedłem i ukryłem go nad Eufratem, jak mi rozkazał Pan.
Po upływie wielu dni rzekł do mnie Pan: „Wstań i idź nad Eufrat i zabierz stamtąd pas, który ci kazałem ukryć”. I poszedłem nad Eufrat, odszukałem i wyciągnąłem pas z miejsca, w którym go ukryłem; a oto pas zbutwiał, nie nadając się do użytku.
I skierował Pan do mnie słowo w ten sposób:
„To mówi Pan: Tak oto zniszczę pychę Judy i bezgraniczną pychę Jerozolimy. Przewrotny ten naród odmawia posłuszeństwa moim słowom, postępując według swego zatwardziałego serca; ugania się za obcymi bogami, by im służyć i oddawać cześć — niech więc się stanie jako ten pas, nieprzydatny do niczego. Albowiem tak jak przylega pas do bioder mężczyzny, tak przygarnąłem do siebie cały dom Izraela i cały dom Judy — wyrocznia Pana — by były dla mnie narodem, moją sławą, moim zaszczytem i moją chwałą. Ale oni nie słuchali”. (Jr 13,1-11)

Ten przewrotny naród to może być Izrael z czasów Jeremiasza, ale to także może być Kościół wszystkich wieków, a jednocześnie nasz polski naród, ale także ja i ty, który słów tych słuchasz.

Jezus zapytany o tragiczne wypadki głośne w Palestynie Jego czasów wezwał do nawrócenia i wydania owoców.

W tym samym czasie byli przy Nim obecni jacyś [ludzie], którzy opowiadali o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z ich ofiarami. Wtedy odezwał się do nich w te słowa: Czy myślicie, że ci Galilejczycy stali się większymi grzesznikami niż wszyscy inni Galilejczycy, że tak ucierpieli? O nie, mówię wam, lecz jeśli się nie opamiętacie, wszyscy podobnie poginiecie.
Albo czy myślicie, że tych osiemnastu, na których runęła wieża w Syloe i zabiła ich, stali się bardziej winni niż wszyscy ludzie zamieszkujący Jerozolimę? O nie, mówię wam, lecz jeśli się nie opamiętacie, wszyscy tak samo poginiecie.
Opowiedział też taką przypowieść: Pewien człowiek miał w swej winnicy zasadzonego figowca. Przyszedł więc i szukał na nim owocu, lecz nie znalazł. Wtedy powiedział do winogrodnika: Oto od trzech lat przychodzę, szukam owocu na tym figowcu i nie znajduję. Wytnij je, po co ma ziemię wyjaławiać? Ten zaś odpowiedział mu: Panie, pozostaw je jeszcze ten rok, aż je okopię dokoła i obłożę nawozem, może wyda owoc w przyszłym, a jeśli nie [wyda], wytniesz je. (Łk 13,1-9)

Owocem Jana był dar Jego obecności pod krzyżem, wzięcia w opiekę Maryi, całe posługiwanie apostolskie, dusze uratowane przed piekłem, spisanie Ewangelii, Listów i Apokalipsy. 

Owocem Piotra jest jego służba “utwierdzania braci w wierze”, którą tak prawdziwie przedstawił Sienkiewicz w Quo Vadis, Listy pasterskie, przykład autentycznego podążania śladami Chrystusa aż po śmierć męczeńską. 

Owocem Judasza był smród unoszący się znad pękniętych zwłok samobójcy. No, może jeszcze Pole Grabarza, zwane też Polem Krwi, jaką kupili kapłani za pieniądze zdrajcy. Można więc powiedzieć, że coś tam po sobie upadły – dosłownie i w przenośni – Apostoł zostawił. Ale czy o taki owoc nam chodzi?

***

Tylko Bóg widzi, czy w nas pozamykanych “z obawy przed…” (wirusem? Karą pieniężną? Donosem sąsiadów?) budzi się pragnienie ucieczki w Jego ramiona, czy znajduje On w nas owoc na miarę Jego woli i pragnień. Bóg to widzi. On zna twoje sumienie i serce. On wie, czy toczysz w sobie jakąś walkę i jak ją toczysz. Droga do spotkania się z Jego wolą wiedzie przez skruchę, przez uznanie grzechów własnych, ale nie tylko – także grzechów innych. 

W księdze Estery znajdujemy opis modlitwy młodziutkiej królowej, która – wobec groźby zagłady narodu żydowskiego – woła do Boga. Nie zaczyna jednak swojej modlitwy od prośby o ocalenie. Nie. Najpierw mówi o grzechu narodu, choć ona sama od tego jest wolna. Ona nie zgrzeszyła, ale wstawia się za całym narodem i występuje niejako w jego imieniu. Będąc częścią Izraela mówi “myśmy zgrzeszyli”!

«Panie mój, Królu nasz, Ty jesteś jedyny, wspomóż mnie samotną, nie mającą oprócz Ciebie [żadnego] wspomożyciela, bo niebezpieczeństwo jest niejako w ręce mojej. Ja słyszałam od młodości mojej w pokoleniu moim w ojczyźnie, że Ty, Panie, wybrałeś Izraela spośród wszystkich narodów i ojców naszych ze wszystkich ich przodków na wieczystą posiadłość i uczyniłeś im tak wiele rzeczy według obietnicy. A teraz zgrzeszyliśmy przed obliczem Twoim i wydałeś nas w ręce wrogów naszych za to, żeśmy czcili ich bóstwa. Sprawiedliwy jesteś, Panie!». (Est 4,17b)

To dobry, biblijny trop – w momencie zagrożenia, swoistej plagi, trzeba stanąć w skrusze przed Panem. Zobaczyć prawdę o swojej niewierności. Wyrzec się pychy samoubóstwienia. I prosić o przebaczenie, jeśli nawet nie w swoim imieniu, to w imieniu innych.

Mniej więcej sześćdziesiąt lat temu, chwilę przed tym, jak wiarę i moralność Europy dobiła rewolucja 1968 roku, Prymas Stefan Wyszyński, poprowadził Kościół w Polsce drogą Wielkiej Nowenny przed Millenium Chrztu. W ten sposób wezwał cały naród do rachunku sumienia, wiedząc, że odnowa moralna i rozbudzenie wiary zaczyna się w odkryciu prawdy w wymiarze indywidualnym każdego człowieka.

Jeśli słuchasz tych słów i myślisz sobie – mnie to nie dotyczy, ja jestem w porządku, to znaczy że nie pojmujesz ani tego, jak groźnie zaciemniająca spojrzenie jest pycha, ani na czym polega współodpowiedzialność. Prymas to doskonale rozumiał.

Jednym z jej punktów Wielkiej Nowenny było wypowiedzenie walki naszym wadom narodowym. Podobnie uczynił św. Jan Paweł II gdy w 1982 r. w Adhortacji Apostolskiej Reconciliatio et Paenitentia pisał o grzechach społecznych.

Warto się im przyjrzeć, owym wadom narodowym i grzechom społecznym odczytując tamte napomnienia nie tyle w perspektywie całego Narodu Polskiego, co w skali mikro – naszej gminy, parafii, rodziny, wreszcie – samych siebie. 

Do głównych wad narodowych Polaków Prymas zaliczał: marnotrawstwo, brak sumienności w pracach publicznych, niechęć do pracy zespołowej, opieszałość, lekceważenie praw i kodeksów społecznych, kretactwo i zakłamanie, łapownictwo, brak poszanowania dla własności (drobne, lecz liczne kradzieże), przerost ambicjonalności, wyniosłość, afektywność w zachowaniach, brak wytrwałości i zmysłu organizacji, niekonsekwencję, ospałość intelektualną, skłonność do   krótkowzrocznych działań, wynoszenie się˛ ponad gorzej usytuowanych materialnie i społecznie, pogardę dla wszystkiego, co wschodnie – przy jednoczesnym kulcie Zachodu, pijaństwo, hedonizm i „konsumpcjonizm seksualny”.

Istnieją też grzechy wołające o pomstę do nieba:

1. Rozmyślne zabójstwo.
2. Grzech sodomski.
3. Uciskanie ubogich, wdów i sierot.
4. Zatrzymanie zapłaty sługom i najemnikom.

Warto nie zapominać też o papieskich “grzechach społecznych”:

„(…) wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja, dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą; a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby”.

A przede wszystkim należy przepraszać Pana za to co nazywamy siedmioma grzechami głównymi. Należy w nich widzieć nie tylko grzechy uczynkowe, ale także pewne postawy, do których jesteśmy przywiązani. Rozbijają one naszą jedność z Bogiem i prawdziwą miłość do drugiego człowieka.

1. Pycha.
2. Chciwość.
3. Nieczystość.
4. Zazdrość.
5. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu.
6. Gniew.
7. Lenistwo.

Nie zapominajmy o grzechach cudzych!

1. Namawiać kogoś do grzechu.
2. Nakazywać grzech.
3. Zezwalać na grzech.
4. Pobudzać do grzechu.
5. Pochwalać grzech drugiego.
6. Milczeć, gdy ktoś grzeszy.
7. Nie karać za grzech.
8. Pomagać do grzechu.
9. Usprawiedliwiać czyjś grzech.

Wobec bożych dopustów, a na pewno wobec kar – choć wydaje się, że jak na ciężar naszych win, obecna sytuacja byłaby bardzo delikatną karą – trudno zachować się inaczej niż biblijni prorocy uczyli. Trzeba paść na kolana, i wołać słowami Azariasza z księgi Daniela. O tym ustępie biblijnym św. Jan Paweł II napisał: “Pieśń ta interpretuje prześladowanie jako słuszną karę, przez którą Bóg oczyszcza grzeszny naród”. (14 maja 2003)

Myśmy zgrzeszyli i popełnili nieprawość 
odstępując od Ciebie.
We wszystkim przewrotność okazaliśmy 
i nie słuchaliśmy Twoich przykazań.
Nie opuszczaj nas na zawsze 
i ze względu na świętość Twego imienia
nie zrywaj Twojego przymierza.
Nie odbieraj nam swego miłosierdzia
przez wzgląd na Abrahama, przyjaciela Twego,
Twojego sługę, Izaaka,
i Twego świętego, Izraela.
Im to przyrzekłeś, że rozmnożysz ich potomstwo
Jak gwiazdy na niebie i jak piasek na morskim brzegu.
Panie, oto jesteśmy najmniejsi
spośród wszystkich narodów.
Oto dziś jesteśmy poniżeni na całej ziemi
z powodu naszych grzechów.
Nie ma już władcy, proroka ani wodza,
ani całopalenia, ani ofiar, 
ani daru pokarmów, ani kadzenia.
Nie ma gdzie złożyć Tobie daru z pierwszych płodów
i doświadczyć miłosierdzia Twego.
Niech jednak dusza strapiona i duch uniżony 
znajdą upodobanie u Ciebie.
Tak jak całopalenia z baranów i cielców, 
i tysięcy tłustych owiec,
Niech się dziś stanie nasza ofiara dla Ciebie 
i spodoba się Tobie.
Bo ci, którzy ufność pokładają w Tobie,
nie zaznają wstydu.
Teraz zaś z całego serca idziemy za Tobą,
odczuwamy lęk wobec Ciebie 
i szukamy Twojego oblicza. (Dn 3,29-41)

***

Wspominałem o pytaniach, jakie zadawali Jezusowi współcześni patrząc na nieszczęścia ich dotykające – ucisk okupacji rzymskiej, czy katastrofę wieży. Pan nakazał odczytywanie tych wydarzeń jako wezwanie do nawrócenia i odmiany życia oraz do wydawania owocu. W rozdziale poprzedzającym ten dialog z Jezusem, Ewangelista Łukasz przytacza mowę Jezusa odnoszącą się w dużej mierze do wytrwania w ucisku i gotowości na rychłe przyjście Pana.

Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie? I dlaczego sami z siebie nie rozróżniacie tego, co jest słuszne? (Łk 12,56-57)

Co możemy zrobić, gdy doświadczamy własnej ślepoty a bezmiar win naszych i naszych przodków nas przytłacza?

Maryja w Fatimie wzywała do pokuty, modlitwy i ofiary. To jedno.

Sam Pan w Ewangelii, gdy nauczał o czasach ostatecznych wzywał do czujności (słuchania Słowa bardziej niż siebie, rozważania Go i ufania Mu), odwagi ale także – co może zdziwić – do ucieczki. Tak o tym pisze św. Marek:

Będziecie też w nienawiści u wszystkich z powodu mojego imienia; kto jednak wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy zaś zobaczycie ohydę spustoszenia, stojącą tam, gdzie nie powinna – kto czyta, niech rozumie – wtedy ci, którzy są w Judei, niech uciekają w góry; kto jest na tarasie, niech nie schodzi i nie wchodzi, aby coś zabrać ze swojego domu. Kto na roli, niech nie wraca z powrotem, by zabrać swój płaszcz. (Mk 13,13-16)

A tak św. Łukasz:

A gdy zobaczycie Jerozolimę otaczaną przez wojska, wówczas wiedzcie, że przybliżyło się jej spustoszenie. Wtedy ci w Judei niech uciekają w góry, ci w jej środku, niech z niej wyjdą, a ci w okolicach niech do niej nie wchodzą. (Łk 21,20-21)

Widzę związek między tymi słowami a cytowanym tu na początku rekolekcji tzw. “Proroctwem Ratzingera” i tym, co nazywa się “Opcją Benedykta”.

Roy Dreher pisze:

Jak żyć w radości i zaufaniu, gdy rozpada się świat wokół nas? Jak sterować arkami, które zbudujemy między bliźniaczymi iluzjami fałszywego optymizmu i wyolbrzymionego lęku? Wyobrażenie Kościoła jako Arki unoszącej się na burzliwych wodach zniszczenia i rozpadu należy od najstarszych w historii wiary chrześcijańskiej. Trzeba stanowczo przywrócić tę symboliczną koncepcję samoświadomości Kościoła.

Jeśli dzisiejsi chrześcijanie nie staną niewzruszenie na skale uświęconego porządku, jaki został objawiony w naszej świętej tradycji, obejmującej sposób myślenia, mówienia i działania, które przesycają chrześcijaństwem tkankę kultury i przekazują ją kolejnym okoleniom, wkrótce nie będziemy mieli żadnego oparcia. Stracimy je, gdy nie podejmiemy codziennych praktyk, które podtrzymają obecność tego uświęconego porządku w nas samych, w naszych rodzinach i w społecznościach. A jeśli go stracimy, grozi nam, że zniknie nam z oczu ten Jedyny, na którego wszystko w tym uświęconym porządku, jak na boskiej mapie z zaznaczonym skarbem, wskazuje.

Ocaleje wiara apostolska przekazywana i – co jest pewnym novum – praktykowana w małych społecznościach, w rodzinach, może swoistych federacjach rodzin. Taka wiara, celebrowana w aktach tradycyjnej pobożności, wzmacniana ortodoksyjnie sprawowaną liturgią życiodajnych sakramentów, pozwoli na przeniesienie poprzez okres zwątpienia, czy – jak mówi Pan – “spustoszenia” dziedzictwa przodków. 

Wymaga to jednak odważnego zaangażowania poszczególnych osób czy rodzin, bez oglądania się na autorytety, czy instytucje, choćby najbardziej czcigodne. Już jakiś czas temu było wystarczająco wyraźnie widać, że trudno jest – a nawet nie da się – wytrwać w radykalnej ortodoksji katolickiej pojedynczym osobom, czy rodzinom, o społeczeństwach nie wspominając. Dziś, wobec powszechnego odrzucenia mocy płynącej z Ewangelii, wobec pandemii leku, czy plagi strachu, wydaje się to jeszcze bardziej wyraźne. 

Ucieczka w góry, do miejscowości Pella, uratowała chrześcijan zagrożonych śmiercią z rąk Rzymian w roku 70, gdy legiony okrążyły Jerozolimę, a następnie ją zrównały z ziemią.

Ucieczka w góry, budowanie arki, wyjście na antypody współczesnej cywilizacji, opcja Benedykta – to różne nazwy na określenie podobnej rzeczywistości. Chodzi w niej o uratowanie i ocalenie tego, co najcenniejsze. Można tego dokonać poprzez ochronę własności, troskę o więzi i relacje, oraz o dostęp do sakramentów i żywego Słowa.

***

Chrystus nie zmusił swych uczniów do trwania przy Nim w czasie swego uwięzienie, Męki i śmierci. Pozwolił im nawet na wyparcie się Go i na zdradę. Odsłonił w ten sposób prawdę o ich wewnętrznej kondycji, o stanie ich wiary i miłości do Niego. Dziś czyni tak samo.

Czy upadniemy na kolana i mimo strachu, obaw, a nawet wbrew im, wyznamy w Jezusie Chrystusie, “na którego imię zgina się każde kolano” – Pana?

Czy, spragnieni najgłębszego sensu życia, podążymy za Nim?

Czy zgodzimy się na Krzyż w naszym życiu?

Czy wreszcie zechcemy ochronić nienaruszony depozyt wiary?

Bezwonni, bezgrzeszni, bezpańscy.

Jezus wzruszył się w duchu i powiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeden z was Mnie wyda. 

Uczniowie zaczęli przyglądać się sobie nawzajem niepewni, o kim mówi. A jeden z Jego uczniów – ten, którego Jezus miłował – spoczywał przy piersi Jezusa. Skinął zatem na niego Szymon Piotr, aby się dowiedział, o kim mówi. Ten więc, spoczywając przy piersi Jezusa, zapytał Go: Panie! Kto to jest? 

Jezus odpowiedział: Ten, któremu Ja podam umoczony kawałek chleba. Następnie umoczył kawałek chleba, wziął i dał Judaszowi, [synowi] Szymona Iskarioty. I wtedy, po [podaniu] kawałka chleba, wstąpił w niego szatan. Jezus więc powiedział do niego: To, co zamierzasz uczynić, uczyń czym prędzej. Nikt jednak ze spoczywających przy stole nie zrozumiał, dlaczego mu to powiedział. Niektórzy bowiem przypuszczali, że ponieważ Judasz ma sakiewkę, Jezus mówi mu: Zakup, co nam potrzebne na święto, albo aby dał coś ubogim. On zatem wziął kawałek i natychmiast wyszedł. A była noc. 

Wtedy Szymon Piotr zwrócił się do Niego: Panie, dokąd idziesz? Jezus odpowiedział: Tam, dokąd idę, teraz iść za Mną nie możesz, jednak potem pójdziesz. Piotr ciągnął dalej: Panie! Dlaczego teraz nie mogę iść za Tobą? Duszę moją położę za Ciebie. Jezus odpowiedział: Położysz za Mnie swoją duszę? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Zanim zapieje kogut, trzy razy się Mnie zaprzesz.  (J 13, 21-38)

1) Czym pachniesz?

Kilka wersetów przed opisem Ostatniej Wieczerzy św. Jan ukazuje Jezusa na uczcie w Betanii. Obok Niego jest Łazarz, dzięki którego wskrzeszebniu stypa zamieniła się w ucztę radości. Marta usługuje, a Maria rozbija szyjkę alabastrowego naczynia i wydobywając zeń drogecenny i autentyczny nardowy olejek, namaszcza stopy Mistrza, aby następnie wytrzeć je swymi własami. Jan zapamiętał i zanotował:

i dom napełnił się wonią olejku. (J 12,3)

Zapach ten rozszedł się po całym świecie, zgodnie z nakazem misyjnym Zbawiciela. Roznieśli go ci, których nazwał solą ziemi i światłem świata – Jego uczniowie, chrześcijanie, dzieci Matki Kościoła. Św. Paweł pisząc o tej woni zastrzegł:

… dla jednych jest to zapach śmiercionośny – na śmierć, dla drugich zapach ożywiający – na życie. (2 Kor 2,16)

W dobie, w której Kościół przestaje cokolwiek znaczyć sam w sobie i pomału może zamienić się w jedną z wielu agend pozarządowych, jakąś globalną korporację usług religijno-charytatywnych, warto zadać sobie pytanie co z tą wonią się dzieje? Jako katolicy przestaliśmy nadawać ton kulturze, polityce, gospodarce i cywilizacji. Wtopiwszy się w neopogański świat wydaje się, że straciliśmy smak i zapach.

Bo przecież jaką woń wydzielamy, jako uczennice i uczniowie Chrystusa? Co – używając słów św. Pawła – “roznosimy po wszystkich miejscach”? Co możemy zaproponować współczesnemu światu, oraz sobie nawzajem, aby być wiernymi wezwaniu naszego Pana? Lojalność wobec Państwa? Wrażliwość na społeczną biedę? Zdyscyplinowanie w trudnych momentach? Troskę o słabych i – że użyję modnego stwierdzenia – wykluczonych? Przecież wszystko to znajdziemy także i w tym świecie! Nawet w kultywowaniu tradycji rodzin wielodzietnych są od nas skuteczniejsi – np. muzułmanie… Podobnie jak w gorliwości…

A przecież mamy jedno, czego nikt inny nie ma – Ewangelię o Bogu, który jest pomiędzy nami!

Dobrą Nowinę o Synu Bożym, który wyzwala od przekleństwa nieprawości!

Żywego i wciąż działającego potężną mocą Pana, który może nas zbawić od zła, jakie popełniamy (jak się tłumaczymy) “w dobrej wierze”! 

Jeśli jednak już straciliśmy wiarę w żywą Obecność Pana pośród nas (w Eucharystii przyjmowanej i Adorowanej, w Słowie spisanym i tym przekazywanym od czasów apostolskich), która realnie przemienia człowieka, jeśli się tej przemianie nie poddajemy, jeśli nie pozwalamy, aby “zakwasiła” ona całą kulturę, codzienność i sposób myślenia innych – to faktycznie jesteśmy na nic nieprzydatni… To faktycznie zawiedliśmy naszego Boga. To rzeczywiście jesteśmy winni – nawet jeśli w głębi serca pozostajemy, “przyzwoitymi” ludźmi.

Ale przejrzyjmy się w dzisiejszej Ewangelii.

2) Piotr.

W odczytanym uprzednio fragmencie Janowego opisu Ostatniej Wieczerzy widzimy trzech uczniów Jezusa – Judasza, Piotra i Jana. Trzy postawy względem Boga – zdrajcy, który zgadza się na działanie w nim zła; pyszałka, przekonanego o swej bezgrzeszności; oraz “ucznia umiłowanego”, który wsłuchuje się w serce Mistrza, czyli zna Jego wolę i chce za nią postępować polegając na Jego  sile i mocy.

Obawiam się, że oscylujemy między Judaszem a Piotrem, nie stawiając sobie nawet przed oczami jako celu postawy Janowej…

Cała sztuka polega na tym, aby rozpoznać czyhającą na samego siebie “noc”, jakiś konkretny grzech, jakieś zagrożenie wewnętrzne, jakąś rozbijającą komunię z Panem słabość. To nie jest tak, jak chciałoby wiele ruchów religijnych, że aby wejść w bliskość z Panem, trzeba najpierw, niejako “na siłę” się zgnoić, odkryć w sobie jakieś bagno wewnętrzne. Nie ma takiej potrzeby. Nasze wnętrze nie musi być zainfekowane wirusem, któregoś z siedmiu grzechów głównych rozumianych jako konkretne czyny. Wystarczą przecież grzechy lekkie, oraz przyrodzona słabość ludzkiej natury z jej obawami, nieufnościami, przemijalnością, słabnością ciała, podatnością na “żywioły tego świata”. Póki nie osiągniemy jedności z Panem w Domu Ojca, wciąż jesteśmy narażeni na rzeczy, które nas niszczą i nęcą pokusą samostanowienia (Adam i Ewa) lub odebrania swego dziedzictwa w doczesności (syn marnotrawny). I wcale nie musi chodzić o tzw. “ciężką materię”, wystarczy przecież “obojętność ludzi dobrych”.

Piotr w dzisiejszej Ewangelii woła: 

Panie! Dlaczego teraz nie mogę iść za Tobą? Duszę moją położę za Ciebie. (J 13, 37)

Piotr jednak nie zna samego siebie. Nie przyjął do końca Słowa, jakie wypowiedział mu Chrystus pod Cezareą Filipową:

Odejdź za Mnie, szatanie! Jesteś mi pułapką (zawadą, zgorszeniem), gdyż nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mt 16,23)

Nie rozpoznał w sobie wad, słabości, mimo że miał świadomość własnej nędzy, gdy po cudownym połowie ryb wołał do Jezusa:

Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem grzesznym człowiekiem. (Łk 5,8)

Inną stroną tego samego, Piotrowego medalu, jest bierność. Można być zbyt wyrywnym w zapewnianiu o swej prawowierności, a można popaść w marazm i pójść za pokusą nie wychylania się, schowania się we własnym kącie. Znam człowieka, który w tych dniach rozmaitych zakazów i nieprawdopodobnych zachęt (jeszcze nie było chyba takiej epoki, w której duchowieństwo by gremialnie zachęcało do nienawiedzania świątyń) śmiało chodzi do kościoła, przychodząc wcześniej, aby znaleźć się w grupie przepisanych prawem pięciu osób, a swojemu proboszczowi oznajmił, że w razie czego zapłaci mandat. Ktoś powie: – No, jak go stać, to niech płaci!

Być może wziął sobie do serca stwierdzenie św. Teresy Wielkiej, zapisane w jej Księdze Fundacji (28,8):

Dziwiłam się i zastanawiałam nad tym jak ważne jest niezwracanie uwagi na naszą słabość, kiedy wiemy, że chodzi o służbę Bożą, mimo wszelkich napotykanych przeciwności, albowiem On jest tak mocny, iż może ze słabych uczynić mocnych, a z chorych zdrowych. A gdyby tego nie uczynił i cierpienia nie odjął, to znak,  że z samego cierpienia będzie większy dla naszej duszy pożytek

A więc, skoro nam objawi swą wolę, idźmy za nią, patrząc tylko na Jego cześć i służbę, a o samych sobie zapominając. 

Bo i na cóż nam dane jest życie i zdrowie, jeśli nie na to, byśmy je mogły przeżyć na służbie tak wielkiego Króla i Pana. Wierzcie mi, siostry, nigdy wam się nic złego nie przydarzy, gdy będziecie tą drogą kroczyć! 

Ja za moich lat dawnych, będąc tak niecnotliwą i słab, nieraz, wyznaję, poddawałam się wątpliwościom i strachom,. Ale odkąd Pan mnie odział w ten habit Karmelitanki Bosej i już na kilka lat przedtem, nie pamiętam takiego zdarzenia, by mi ten nasz Boski Mistrz, z samego tylko swego miłosierdzia, nie użyczył łaski zwyciężania tych pokus i rzucenia się całą moją istnością ku temu, w czym uznam większą chwałę Bożą, choćby to była rzecz najtrudniejsza. Wiem dobrze i jasno to rozumiem, że moje własne w tych rzeczach działanie było prawie niczym. Bóg niczego więcej nie żąda od nas, oprócz takiej ochotnej gotowości na Jego wolę, a gdy ją w nas znajdzie, sam potem zdziała wszystko swoją mocą. 

Trzeba jednak nie tylko usłyszeć Słowo Boga, ale także okazać Mu posłuszeństwo w działaniu. Piotr usłyszał, ale nie przyjął Słowa. Musiał przejść przez Krzyż, doświadczyć Paschy, aby naprawdę oddać swoje życie dla Chrystusa i Jego Ewangelii.

Wiara bowiem nie jest magią, ani ślepym zawierzeniem. Jest odpowiedzią, jaką rozumny człowiek daje Bogu, jaki mu się objawia. Odpowiedzią pełną posłuszeństwa, wynikającą z zaufania darmowej miłości Boga Stwórcy. 

Decyzja wiary, zaufania Panu – bardziej niż sobie, swoim emocjom czy lękom – jest jednocześnie światłem, punktem odniesienia, który (jeśli jest autentyczny) musi przemienić całe życie i postępowanie człowieka. Przykładem takiego zawierzenia jest Jan, wsłuchujący się w Serce Jezusa, czyli rozważający istotę Syna Bożego. Jan rozmyśla nad tym Kim jest JEzus, rozważa Jego wolę, pragnie upodobnić się 

3) Judasz.

Judasz dał się pochłonąć nocy, jaka już wcześniej zagościła w jego wnętrzu. Sumienie jego nie zostało prześwietlone Jezusowym promieniem prawdy. Judasz prawdy nie chciał. Wolał pozostać w swoistej schizofrenii wewnętrznej – chciał być odbierany jako obrońca ubogich, ludzi z marginesu, nie mających środków do życia. Chciał, aby widziano w nim filantropa, kogoś wspaniałomyślnego, kto nie zatrzymuje nic dla siebie. Może nawet – w dobrym wypadku – miał jakiś własny plan na wspomożenie ludzi głodnych czy bezrobotnych. Wszystko to jednak było fikcją. Nie wiemy, czy Judasz miał świadomość własnych kłamstw, być może mocno w nie wierzył, ktoś by powiedział, że chciał dobrze”. Nie uwzględnił jednak w tym wszystkim obiektywnej prawdy. Nie uwzględnił Chrystusa i Jego miłości. Nie potraktował Ewangelii jako Pan głosił na serio. Zlekceważył powagę grzechu, kłamstwa i obłudy. Omamiony własnym ego zgodził się na ciemność, jaka otoczyła jego sposób myślenia.

Stracił kontakt z rzeczywistością. Rozstał się z prawdą o sobie samym. Jego wnętrze stało się nocą. 

On zatem wziął kawałek i natychmiast wyszedł. A była noc. (J 13,30)

Słowo Boże zwraca uwagę, że upadły Apostoł wyszedł z Wieczernika już po przyjęciu “kawałka chleb”. Najprawdopodobniej chodzi o Eucharystię. Dostarczając argumentów wszystkim tropicielom zarazków na doczesnej materii eucharystycznego Ciała Pańskiego można z triumfem zawołać – Proszę! Komunia nic nie zmienia w człowieku! Ani fizycznie ani duchowo! Nawet można dodać, że czyni go jeszcze gorszym. Zanim spożył podany mu przez Jezusa kawałek chleba był w świetle lamp Wieczernika, a potem już tyko w nocy…

To prawda, że gdy przyjmujesz Ciało Pańskie niczym ciasteczko, a już na pewno, gdy przyjmujesz Je w stanie grzechu ciężkiego, bez spowiedzi, tkwiąc w dramacie martwoty wewnętrznej i rozkładu duszy – nie pomoże ci Ono w przemianie. Wręcz przeciwnie, zaszkodzi. Dobrze, że nie jest nam dany rentgen stanu duszy komunikujących… zarówno z tej, czy z drugiej strony ołtarza. Jedynie Bóg ma taki rentgen.

Św. Paweł pisze tajemniczo:

…kto by jadł chleb i pił z Kielicha Pańskiego niegodnie, winien będzie Ciała i Krwi Pana. Niech więc człowiek bada samego siebie i w ten sposób niech je z tego Chleba i pije z tego Kielicha. Bo kto je i pije niegodnie (nie zważając na Ciało Pańskie), je i pije wyrok na siebie. Dlatego jest między wami wielu słabych i wątłych, a liczni są uśpieni (pomarli) (1 Kor 11,27-30).

Obecnie Pan Bóg nas bada, czyśmy nie przyjmowali Ciała i Krwi Pańskiej niegodnie… Bada, co w nas jest… 

Jako duchowi spadkobiercy Piotrów a nawet Judaszów siedzimy bezradni w domach… Jak sprawić, aby noc nas nie pochłonęła? 

Tak o tym mówił Prymas Tysiąclecia, na którego beatyfikację czekamy, a którego nauczanie chcę tu przytoczyć, jako najlepszą ścieżkę do skonfrontowania się z własnym sumieniem.

Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy prawdziwie się odmienili. A wtedy, gdy wszyscy będziemy się odradzać i politycy będą musieli się odmienić, czy będą tego chcieli, czy nie. Nie idzie bowiem w ojczyźnie naszej w tej chwili o zmianę instytucji społecznej, nie idzie też o wymianę ludzi, ale idzie przede wszystkim o odnowienie się człowieka. Idzie o to, aby człowiek był nowy, aby nastało „nowych ludzi plemię”. Bo jeżeli człowiek się nie odmieni, to najbardziej zasobny ustrój, najbardziej bogate państwo nie ostoi się, będzie rozkradzione i zginie. (2 II 1981 r., Gniezno)

Żeby jednak człowiek się odmienił, musi zajrzeć w swoje wnętrze i pozwolić, aby Duch św. rozjaśnił jego sumienie. Obecna sytuacja tylko temu sprzyja – mamy dużo więcej czasu niż wcześniej – a wręcz tego się domaga.

Jaka jest nasza odpowiedź?

O dorosłych dzieciach z palmami.

Słyszymy w dzisiejszej antyfonie na wejście:

Púeri Hebraeórum, portántes rámos olivárum, obviavérunt Dómino, clamántes et dicéntes: Hosánna in excélsis.

Dzieci żydowskie niosą gałązki oliwne wyszły naprzeciw Panu, wołając i mówiąc: «Hosanna na wysokościach»

Dokładnie, wg Ewangelii to powitali go w świątyni chłopcy, παιδας (paidas) – a terminem tym określano również sługi, niewolników wręcz. To oni, – maluczcy, ubodzy, wzgardzeni, bez praw. Jeszcze nie dziedzice, wciąż nie-wolni.

Czyż ich nie przypominamy? Również nie-wolni, nie osiągnęliśmy jeszcze etapu „bar micwah”, synów Przymierza, bo wolimy pozostawać w niewoli „żywiołów tego świata”. Zbliża się jednak Ten, który nas może wyzwolić, wykupując z niewolniczego stanu za cenę Swej Krwi. I tak, ze sług stajemy się przyjaciółmi, z niewolników stajemy się synami, z nic nie posiadających stajemy się dziedzicami największych łask i darów.

Jak długo dziedzic jest nieletni, niczym się nie różni od niewolnika, chociaż jest właścicielem wszystkiego. Aż do czasu określonego przez ojca podlega on opiekunom i rządcom. My również, dopóki byliśmy nieletni, pozostawaliśmy w niewoli „żywiołów tego świata”. Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z Niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, byśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg zesłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej (Gal 4,1-7)

A jednocześnie dziedziczący – w nadziei – całe bogactwo Domu Ojca!

Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale. (Rz 8,17)

Tym bardziej winniśmy wołać: “Bądź błogosławiony, bo przychodzisz okazać nam miłosierdzie! Wyzwól nas! Uczyń dziedzicami! Usynów nas! Chcemy dojrzeć! Chcemy dorosnąć! Chcemy dać owoc!” 

Jeśli tak zawołasz wraz z chłopcami z Jerozolimy, to jednocześnie dokonasz wyboru swojego dziedzictwa.

Zapewniam was, bracia, że ciało i krew nie mogą posiąść królestwa Bożego, i że to, co zniszczalne, nie może mieć dziedzictwa w tym, co niezniszczalne. (1 Kor 15,50)

Czy chcesz żyć podług “ciała i krwi”, czyli tego co ludzkie i przemijające, co zostanie zniszczone przez czas? Czy też może wybierasz to, co duchowe, niebiańskie, boże? Innymi słowy – jaki jest Twój bezcenny skarb? Ten w niebie, czy ten na ziemi?

Pamiętaj też, że mocą samego tylko “ciała i krwi” nic nie osiągniesz! Dziedzictwo człowiecze to dziedzictwo Adamowe – skażonej i dotkniętej rozkładem ludzkiej natury oraz tego, co nazywamy grzechem pierworodnym. Nie ma w tym dziedzictwie żadnej mistyki, ani wzniosłej tajemnicy, wbrew temu co chcieliby widzieć neopoganie i pragnący ubóstwić to, co naturalne. Jest natomiast pragnienie buntu i chęć samostanowienia, jest cierpienie i trud i śmierć. Pielęgnowanie tego dziedzictwa to droga do zatracenia.

Wy zaś, gdy macie sprawy doczesne do rozstrzygnięcia, sędziami waszymi czynicie ludzi za nic uważanych w Kościele! Mówię to, aby was zawstydzić. Bo czyż nie znajdzie się wśród was ktoś na tyle mądry, by mógł rozstrzygać spory między swymi braćmi? A tymczasem brat oskarża brata, i to przed niewierzącymi. Już samo to jest godne potępienia, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy. Czemuż nie znosicie raczej niesprawiedliwości? Czemuż nie ponosicie raczej szkody? Tymczasem wy dopuszczacie się niesprawiedliwości i szkody wyrządzacie, i to właśnie braciom. Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego. (1 Kor 6,4-11)

Każda z nieprawości wymienionych w powyższym fragmencie przez św. Pawła jest przeszkodą w dziedzictwie o ile pozostaje postawą niezmienialną, o ile ktoś nie wykazuje skruchy, czyli woli nawrócenia – przemiany myślenia i działania. Dziedzictwo więc jest kwestią wyboru! 

Chłopcy z dzisiejszej Antyfony i sceny ewangelicznej zapraszają do dojrzałości. Wybiegają naprzeciw Pana przychodzącego do swojej własności. Mogą być szczególnymi pokolenia ludzi wiecznie niedojrzałych, dorosłych niedorosłych, Piotrusiów Panów, Kenów i Barbie po czterdziestce i sześćdziesiątce. Pozamykanych i trwożnie rozglądających się wokół. Mężów, którym żony zakazały chodzić do kościoła, i dziadków, którym wnuki bronią udziału w Eucharystii. Młodych przerażonych utratą zdrowia i ludzi w sile wieku bojących się, że to, na co ciułali całe życie zostanie im zabrane. Ludzi wiecznie szukających podniet i wrażeń. Uzależnionych od zmysłowych bodźców. Poddanych wiecznej pogoni za szczęściem na własną miarę. Niecierpiących sprzeciwu, trudu i nudy.

Niech wołają za nami ci, którzy wyszli naprzeciw Pana, a którzy – jeśli dożyli – czterdzieści lat później musieli dokonać dramatycznego wyboru: czy uciekać z chrześcijanami w góry, czy pozostać w Świętym Mieście. A Rzymienie byli już u bram Jeruzalem, aby obrócić ją w kupę gruzu…

Niech modlą się za nami chłopcy z Jerozolimy i chłopcy z Betlejem, ci z Wielkiego Tygodnia i ci, zamordowani trzydzieści lat wcześniej z rozkazu Heroda. Niech proszą za niedojrzałym pokoleniem starych wyrostków, uciekających przed sprawdzianem Krzyża, podobnie jak Apostołowie w noc Paschy, nie chcących zaświadczyć o swojej wierze w Pana.

Niech za ludem twardych serc i miękkich ciał pomodli się św. Jan Apostoła, jedyny chłopiec (mógł mieć czternaście lat!) jaki pozostał. W nagrodę otrzymał wielki dar – Niepokalaną Matkę. Przy niej i w cieniu Krzyża – dorósł i stał się dla Niej oparciem.

Wraz z nimi wejdźmy w Wielki Tydzień.

« Older posts Newer posts »

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑