Blog ks. Jacka Gomulskiego

Autor: jacek (Page 2 of 132)

O błogosławionych oczach.

W Ewangelii XII Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego w liturgii nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego, czytam:

Na osobności zaś zwrócił się do uczniów i powiedział: Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. (Łk 10,23)

Chciałoby się zapytać – A na cóż znowu takiego patrzymy, Panie? 

Głodni różnych widoków nie dostrzegamy tego co ważne i nie słyszymy tego, co istotne. 

Widzimy to, co nas podnieca, co daje nam pieniądze, co pozwala uciec od codzienności. Widzimy własne osiągnięcia lub własne słabości. Widzimy też zataczający się świat w zadyszce, spętany diabelskimi prawami,  literami składającymi się na przeróżne ideologie. Litera zabija, powie św. Paweł. Świat woli żonglować literami, tworząc z nich coraz to bardziej rewolucyjne konfigurację, byle tylko nie poddać się władzy Ducha Świętego. Widzimy to szamotanie i coraz bardziej przyzwyczajamy się do niego. Widzimy to, co nas irytuje, złości, przeraża, napawa zawiścią. Widzimy sukcesy innych (przynajmniej tak nam się wydaje), których im zazdrościmy. Widzimy to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni tak, że nawet dobro wydaje się obojętne.

Ale czy widzisz działanie Boże? Czy słyszysz słowa Boże? A jeśli tak, to co zobaczyłeś w ciągu ostatniego tygodnia? Co dzisiaj Bóg ci powiedział? Nie potrafisz na to odpowiedzieć? Oniemiałeś?

Uczniowie Jezusa, do których kierował swoje słowo o błogosławionych oczach, widzieli Łaskę – choć też nie w pełni – bo zostały otwarte, oczyszczone ich oczy.

Modlisz się o to?

To nie przypadek, że Chrystus dość często przywraca wzrok ślepcom! To nie przypadek, że ślepcami nazywa uczonych w Piśmie! To też nie przypadek, że często czytamy w Ewangelii prośbę o przejrzenie, o wzrok – czy nie powinna to być również moja i twoja prośba? Kiedy ją ostatnio skierowałeś do Pana? On dlatego piętnował ślepych przewodników ludu, bo ani nie prosili pokornie o przejrzenie, ani nie chcieli nic zrobić z tym, co ujrzeli!

Opisując uzdrowienie dwóch niewidomych Mateusz zanotował uwagę Chrystusa:

I otworzyły się ich oczy. A Jezus nakazał im surowo, mówiąc: Uważajcie, niech nikt się o tym nie dowie! (Mt 9.30)

W świecie ślepców, którym zdaje się że widzą, ów nakaz jest zbawienny. Jakże trudno przebijać się przez emocjonalne i intelektualne zasieki tych, którzy za nic w świecie nie chcą popatrzeć dalej i głębiej na otaczającą ich rzeczywistość niż na czubek własnego nosa i poczucie własnej przyjemności lub wymiernej korzyści. Może więc lepiej nic nie mówić? Może lepiej nie opowiadać innym o tym, co się zobaczylo i usłyszało? Może lepiej nie zdradzać się z dobrym wzrokiem duszy i ukryć, niczym ewangeliczny skarb, to, co dane jest rozpoznać. Czy Noe chodził po całym ówczesnym świecie i zachęcał wszystkich do cięcia desek na statek? Czy Abraham biegał po Sodomie przekonując, że został wydany na nią wyrok z racji bezmiaru nieprawości? Wszak nie rzuca się pereł przed świnie, a tylko do nas należy wybór czy zaliczamy się do uczniów czy do nieczystych zwierząt, co poginą w falach, bo opanował je Legion. Jeśli interesuje cię rzeczywiście perła Łaski, to usłysz co mówi ci Pan, gdy patrzysz na ten świat, na to co się na nim dzieje, na stada pędzące ku przepaści, a nawet na własne umiłowanie świętego spokoju i bezrefleksyjności!

Można nawet być w nabożnej wspólnocie i spoglądać jedynie po ludzku oczekując ludzkich odniesień i pragnień! Można być specjalistą od Pisma św., czy od rubryk liturgicznych, albo od ludzkich mechanizmów, ale nie widzieć pod literami, rytuałami czy zachowaniami – żywego Pana, Ducha, który ożywia!

Po czym to poznać? Po czynach i słowach. Z głębokości serca mówią usta…

Chrystus błogosławi oczy uczniów, ogłasza je szczęśliwymi. Ale przecież to te same oczy, które zamkną się pozwalając ogarnąć się senności wtedy gdy będzie On potrzebował, tak po ludzku, ich obecności, wsparcia i modlitwy – w Ogrodzie Oliwnym. Wtedy ich oczy będą obciążone przygnębieniem, smutkiem i rezygnacją. I to mimo, że chwilę wcześniej oglądali i słyszeli Eucharystię! Tak łatwo wpuszczany przez tę bramę serca, jaką jest spojrzenie, bezmiar pokus i zniechęceń… Tak łatwo pozwalamy się uśpić, tłumacząc sobie, że to tylko na chwilę, na moment, że przecież nic się nie stanie, gdy odpuszczę sobie – spowiedź, rozmowę duchową, medytację, adorację, Mszę św., dobro do wykonania, życzliwość do okazania, troskę o bliźniego, służbę wobec jakiegoś dzieła, spotkanie z przyjacielem, pomoc potrzebującemu… Tak odpuszczamy sobie walkę o prawdziwe dobro, dopuszczając dobro pozorne lub wręcz jawne zło!

Jest napisane, że gdy Pan przyszedł do śpiących w Ogrójcu uczniów, to nie wiedzieli co Mu odpowiedzieć. Letarg duchowy sprawia niemotę! Bóg chce coś od ciebie, ale ponieważ zamykasz oczy i pozwalasz sobie na ociężałość, to nie wiesz jak zareagować na Boże zaproszenia! Jesteś wtedy nie tylko ślepy, ale i niemy! Grzech jeden pociąga następny, a przecież przestrzega nas Pismo, by nie dodawać grzechu do grzechu. Można w ten sposób przegapić jakiś niezwykle istotny moment Łaski! Przecież wtedy, w Ogrodzie Oliwnym, Bóg szaleńczo pragnął ludzkiej bliskości, a uczniowie to zlekceważyli skupiwszy się na sobie i swoim zmęczeniu…

Człowiek o otwartych oczach wielbi Boga! Nie jest niemy! Stary Zachariasz odzyskał głos, gdy ujrzał wypełnione obietnice anielskie i śpiewał błogosławieństwo o Pany, Bogu Izraela. Inny starzec, Symeon, trzymając na rękach Mesjasza rozpoznał w nim wypełnienie oczekiwań Izraela i zaświadczył o tym wołając: „moje oczy ujrzały Twoje zbawienie”!

O czym Ty świadczysz? O jakim widoku, który ujrzały twoje oczy?

Gdy Chrystus nauczał, napisano, że „oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione”. Czy tak jest w twojej „synagodze”, czyli zgromadzeniu, miejscu zebrań – środowisku, grupie, wspólnocie? To nie jest oczywiste! Może istnieć pobożna wspólnota, która będzie się zajmować wszystkim, a szczególnie dostarczaniem dobrego samopoczucia swoim członkom, albo realizowaniem bliżej nie sprecyzowanych idei, praktykowaniem pobożności pozbawionej mocy, lub mnożeniem humanitarnych zaangażowań, lecz nie będzie wpatrywać się w Chrystusa. Oczy tamtych ludzi z Ewangelii były w Nim utkwione, bo spodziewali się od Niego Słowa, nauki, wskazania drogi! Wszystkiego się od Niego spodziewali! A ty albo się niczego od Niego nie spodziewasz, albo tylko tego by ci dał kasę, trochę przyjemności i święty spokój! I to po latach bycia z Nim!

Błogosławione, czyli szczęśliwe, mogą być jedynie oczy tych, którzy wpatrują się w Słowa i czyny Pana. Którzy dopatrują się Jego działania i chcą usłyszeć Jego głos we wszystkim! 

Panie! Zdejmij z moich oczu bielmo! Nie powstrzymuj mojego spojrzenia, bym umiał rozpoznać Ciebie! Udziel łaski nie zaćmionego spojrzenia! Twoje spojrzenie jest jak płomień ognia – tak czytam w Apokalipsie – a jest to płomień miłości, mocy i oczyszczenia. 

Udziel mi z tego spojrzenia! Niech otworzą mi się oczy na dobro i zło! Niech zobaczę wreszcie to, co jest zakryte, a co miałoby służyć „mojemu pokojowi”, mojemu powołaniu, wypełnieniu Twoich zamierzeń we mnie!

O skarbie na polu.

Znów podobne jest Królestwo Niebios
do skarbu ukrytego w roli,
który znalazłszy,
człowiek pewien ukrył,
uradowany odszedł,
wszystko, co miał, sprzedał
i kupił tę rolę. (Mt 13,44)

Bywają różne rzeczy ukryte, Mojżesz, na przykład, ukrył w piasku zabitego przez siebie Egipcjanina… Jebusyta Ornan zaś sam się schował, gdy zobaczył Anioła Niszczyciela przemierzającego Jeruzalem z dni króla Dawida. Nieznany człowiek ukryła zwoje Tory w skarbonie świątynnej tak dobrze, że odnaleziono je dopiero za Jozjasza, podczas poszukiwania srebra na remont świątyni. (Ten fragment Drugiej Księgi Królewskiej winni medytować rządcy budynków kościelnych szukający środków do odbudowy świątyń. Może dlatego przeżywają duże trudności, bo ktoś kiedyś zgubił w tych świątyniach Prawo Boże…) Prorokowi Jeremiaszowi sam Bóg kazał ukryć nowo kupiony lniany pas nad brzegami Eufratu, aby – zbutwiały – był znakiem prorockim dla dzieci Izraela. Każdy z nas coś ukrywa, chowa, tai, nie pokazuje, przemilcza, lęka się, że coś zostanie odkryte. A zawsze jest tak, że ukrywana rzeczywistość mówi coś o ukrywającym. Trup egipskiego nadzorcy robót wiele mówił o Mojżeszu, jednak można było tę mowę opacznie zrozumieć. Dla jednych był to znak gorliwości w obronie uciskanych Izraelitów, dla innych zaś dowód zbrodni i morderczych skłonności przybranego syna egipskiej księżniczki. Samo ukrywanie zwłok jednak jasno odsłaniało (tak, ukrywanie – odsłania!) strach wypełniający serce przyszłego przyjaciela Boga.

Co więc ukrywasz? 

Co chowasz i z jakiego powodu?

A może to, co ukrywasz jest twoim skarbem – na stałe, lub na chwilę? 

Człowiek z cytowanej na początku Mateuszowej przypowieści (czytało się ją w starym kalendarzu liturgicznym 21 sierpnia) natychmiast ukrył znaleziony skarb, bo chciał być pełnoprawnym jego właścicielem. Nie chciał być posądzony o kradzież. Nie przywłaszczył sobie, tego, co tak niespodziewanie i bez większych starań wpadło mi w ręce, ale także nie wystarczała mu świadomość, że ów skarb gdzieś tam jest, że wie gdzie i że może kiedyś by go posiadł. Zdobycie skarbu na własność wymagało sprytu i wyrzeczenia oraz odrobiny męstwa.

Czy już wiesz, o co winieneś się modlić? 

Nie jest powiedziane, że wielu przed nim nie odkryło owego skarbu. Być może nie był pierwszy, który rozpoznał rzecz drogocenną, ale na pewno był pierwszym który skutecznie zapragnął zdobycia owego daru. Gotów był się starać. 

Starasz się o prawdziwy skarb? A może o to by ukryć niechciane prawdy o sobie?

Nie ma nic ukrytego, co by nie zostało odsłonięte. Ukryty skarb prędzej czy później musi zostać odnaleziony. Nie jest jednak powiedziane czy to właśnie my go odnajdziemy… Gdzie jest więc ów cenny dar, utożsamiany przez Pana z Jego Królestwem?

Łaska Królestwa może kryć się w obecności drugiego człowieka – a szczególnie tego, który przychodzi w imię Pana. Opisywana w Starym Testamencie nierządnica Rachab ukryła szpiegów (wysłanników, posłańców – a może apostołów?) Jozuego (a to imię jest zhellenizowaną forma imienia Jezus!) przed strażnikami Jerycha. Dzięki temu czynowi ocaliła swoje życie, gdy Izrael zdobył pogrążone w depresji (ta geograficzna może być znakiem tej psychicznej, lub – co jest jeszcze gorsze – duchowej), księżycowe miasto. Rachab zdobyła Królestwo wieczne bo schowała skarb, jaki odnalazła w dwóch obcych Żydach. Rachab jest w genealogii Chrystusa! Odkryła skarb, przechowała go a potem porzuciła dla niego wszystko, co ją stanowiło przez całe życie. 

Odkrycie jakiejś prawdy o sobie, wymaga pewnego ukrycia jej w sobie, osadzenia w szerszej przestrzeni Ewangelii i Łaski, zrozumienia w jej kontekście, a dopiero potem przyswojenia. Gdy dociera do ciebie prawda o twoich świństwach, egoiźmie, czy opryskliwości, to warto się z nią chwile zatrzymać, nie buntując się na to, że taki jesteś. Wypowiedz tę ukrytą prawdę, w ukryciu konfesjonału, wypowiedz ją Bogu, nie po to, aby się pozbyć nieprzyjemnego upokorzenia, ale by poddać
jego światłu kolejny, odsłonięty fragment samego siebie. Inaczej ciemne strony naszej osobowości mogłyby przysłonić to, co w nas jasnego, czyli prawdę o bożym dziecięctwie. Nazwa Jerycho tłumaczy się jako „jego księżyc”. Księżyc ma jedną stroną ciemną, czyli niewidoczną. Można mieszkać w Jerychu, czyli żyć, funkcjonować nie widząc swojej ciemnej strony, ale gdy się ją rozpozna, to jest to skarb, trzeba za tym pójść, trzeba ów skarb przyswoić, może i jakoś ukryć, i dać wszystko, aby – niczym ewangeliczny zaczyn – zakwasił całe życie. Z czasem, dzięki temu skarbowi i przyswajaniu go, wszystkie ciemne strony, dziś tak przerażające i upokarzające, zostaną zdobyte poprzez obecność Pana!

A jak Izraelici zdobyli Jerycho?

Dzięki Rachab. Tak, ale dzięki czemu jeszcze? 

Dzięki Arce Pańskiej, obnoszonej procesjonalnie przez siedem dni dookoła miasta! Dzięki Maryi obecnej z całą swą potęgą pokory i służby! Tak, te Niewiasty, Maryja i Rachab mają coś wspólnego…

Rachab zaryzykowała całe swoje życie, aby ocalić skarb – dwóch Izraelitów, co do których miała wewnętrzną pewność, że jest z nimi potężny Bóg. Nie zakładała owej pewności, nie poddała jej zwątpieniu. Domyślała się, że prędzej czy później, Pan Izraela zatriumfuje również nad jej miastem. Któż chce być wśród przegranych? A mogło to oznaczać śmierć. Któż chce zginąć? Tylko ten kto zakłamuje Boże prawdy i bądź nie widzi swej ciemnej strony, bądź ją ubóstwia. Ten, kto – będąc głupcem – uważa że może zlekceważyć znaki nadchodzącej zagłady.

Nierządnicę Rachab, dom jej ojca i wszystkich, którzy do niej przynależeli, pozostawił Jozue przy życiu. Zamieszkała ona wśród Izraela, aż po dzień dzisiejszy, ponieważ ukryła zwiadowców, których wysłał Jozue, by wybadali Jerycho. (Joz 6,25)

Ewangeliczny skarb może być także pewnym zbiorem pomniejszych kosztowności, szkatułką, w której ktoś ukrył (znów ukrył! A może przechował!) cenne precjoza, czy monety lub sztabki złota. Naszyjniki czy pierścienie mogą służyć do ozdoby, lub upiększenia, ale także mogą być oznakami władzy czy godności. To skarb – odnaleźć swoją godność dziecka Bożego, zapomnianą i niedocenioną, aby w jej świetle widzieć prawdę o sobie, choćby najtrudniejszą! Wielu ludziom pycha przeszkadza ucieszyć się takim darem! Mając o sobie zbyt wysokie mniemanie, lub będą zbyt wrażliwymi na jakiś aspekt własnej osobowości, gdy odkryją swoje grzechy i niegodziwości, od razu wpadają w rozpacz i załamanie. Skarb miłości Bożej i wybrania nic dla nich nie znaczy. Dlatego właśnie bogaty młodzieniec z Ewangelii odszedł zasmucony! Cenniejsze było to co sam rozpoznawał jako ważne dla siebie, aniżeli to, co odkrył przed nim Chrystus. Masz podobnie? Więź z Panem jest dla Ciebie niewiele bardziej cenna od liści w lesie?  Wiem, że zaprotestujesz (może z braku refleksji nad sobą) albo powiesz, że to dla ciebie niedostępna relacja. Niektórzy, zachowują się jak człowiek, który będąc w ekskluzywnej restauracji, gdzie pracuje najlepszy kucharz na świecie, chciałby zjeść wszystkie dania z karty, a gdy (z oczywistych względów) nie jest w stanie tego uczynić przeżywa smutek i kryzys, zamiast cieszyć się, że w ogóle może skosztować cokolwiek z wyrobów mistrza kuchni. Nie jest skarbem własna, pyszna doskonałość – ów chory perfekcjonizm demonów. Skarbem jest Pan i Jego łaska – Królestwo Niebieskie. Panowanie Boga.

A może były w owym odnalezionym na roli skarbie cenne monety ze szczerego złota, za które dałoby się nabyć wiele dóbr, lub zdobyć spore możliwości? A może leżał tam kawałek papieru z zapisanym numerem konta w jakimś niebiańskim banku? Przecież prorok Izajasz zachęcał do swoistego handlu z Panem, źródłem wody żywej. Tylko u Boga można kupić wina i mleka (w zależności kto i czego potrzebuje bardziej – nie da się bowiem duchowemu niemowlakowi mocnego wina) nie mając pieniędzy! To trochę jak we współczesnym świecie – sprzedajemy i kupujemy nie widząc realnej waluty… W Królestwie wszelką walutą, okupem i złotem jest Najświętsza Krew Zbawiciela. To skarb!

Św. Mateusz w swej Ewangelii po raz pierwszy wspomina o skarbach gdy opisuje wizytę magów (niech będzie, że trzech, zgodnie z tradycją) u Nowonarodzonego. 

Następnie weszli do domu,
zobaczyli Dziecko z Jego Matką Maryją,
upadli, złożyli Mu pokłon,
a następnie otworzyli swoje skarby
i złożyli Mu dary:
złoto, kadzidło i mirrę. (Mt 2,11)

Odnaleźć drogę do życia blaskiem bożej chwały! Odnaleźć radość z przebywania z Panem i pełnienia Jego woli! Odnaleźć sens i moc ofiary i cierpienia! Oto skarby Królestwa Niebieskiego!

Czy możesz powiedzieć o sobie, że już odnalazłeś? Wiesz gdzie leżą złoto, kadzidło i mirra? Naprawdę cieszysz się z tego, czy też przeżywasz owo obdarowanie niczym kolejny ciężar wrzucony ci na barki przez złośliwy los?

Ewangelia podpowiada – trzeba skarb znaleźć, rozradować się, ukryć go, sprzedać to co się ma, a wreszcie kupić tę rzeczywistość, w której ów skarb się znajduje. 

Żyjemy w epoce, w której coraz bardziej najcenniejsze kosztowności wiary, miłości i nadziei ukryte są w glinianych skorupach „małych trzódek”, pośród duchowych resztek, okruchów świętości dawnych, wielkich mężów bożych, pomiędzy nędznymi stadami poranionych owiec, nad którymi lituje się tylko Bóg. Wymieciono z owych skarbów (duchowych i materialnych) potężne katedry, ogołocono wspaniałe świątynie, zdegradowano mające być skarbnicą mądrości uniwersytety (także te katolickie) i zniszczono stworzone do oszfifowania diamentów powołań seminaria. Może działo się to w imię, tak modnego po ostatnim soborze, dążenia do prostoty i ubóstwa… Jeśli tak, to najwidoczniej ktoś pomylił ubóstwo duchowe z intelektualnym… Złoto symbolizujące bożą chwałę (splendor świątyń wciąż kłuje w oczy wielu, i to – o dziwo! – wcale nie ubogich, ale zawistnych zazdrośników, którzy nie wiedząc stają się naśladowcami dwunastego apostoła; to on przecież wolał rozdać ubogim to, co miało być znakiem miłości dla Mistrza), kadzidło uwielbienia (dla wielu osób oskarżenia podczas liturgii, to drapiący w gardło przeżytek dawnych wieków) i mirrę ducha ofiary (dziś grunt to dobrze się czuć, z Panem Bogiem czy bez Niego) zamieniono na nieskomplikowany świat naturalizmu przeżyć i dziadostwo formy, przekonując Boże stada do owych genialnych rozwiązań. Nikt nie chce bożych skarbów. Nawet bogactwo duchowe zamieniono na prostactwo pseudo psychologicznych mądrości rodem z podręcznika przeciętnego coacha. Jeśli ktoś na serio odkrywa wartość w tym co współczesność odrzuca, na pewno jest w mniejszości i stanowi nieposiadającą znaczenia resztkę, swoisty odpad Nowego Wspaniałego Świata. 

Do takich właśnie okruchów Kościoła (który sam miał być resztką skazana na pogardę) mówi Pan:

Nie bój się, mała trzódko! Gdyż waszemu Ojcu spodobało się dać wam Królestwo. Sprzedajcie swoje posiadłości i dajcie jałmużnę. Zróbcie sobie sakiewki, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej nie ma dostępu i mól nie pożera, bo gdzie jest wasz skarb, tam będzie też wasze serce. (Łk 12,32-34)

Ten fragment wprost mówi o pewnym skarbie, którym pragnie Pan obdarować tych, którzy usłyszeli Jego wezwanie i za nim poszli. Jezus kieruje swoje słowa bezpośrednio do swoich uczniów, czyli tych którzy odpowiedzieli na zaproszenie Boskiego Mistrza. Jesteś pośród nich? Rozpoznajesz Ewangelię, jako skierowaną do siebie? Widzisz się w gronie uczniów Pańskich?

Znaleźć skarb, to rozpoznać miejsce w którym ukrywa się (nasz Pan lubi ukrywać to, co cenne; sam ukrył się w ludzkim ciele, a teraz ukrywa się w niezliczonych tabernakulach świata; swoich darów również udziela w ukryciu i bez rozgłosu) Łaska – miejsce przepowiadanego Słowa, szczerego niczym złoto z najlepszej próby, szkatułę, do której złożono depozyt wiary i nie został on niczym zanieczyszczony – nie ma skazy i jest taki, jakim chce go widzieć Pan. To miejsce może się realizować na różne sposoby, bo bogata jest mądrość boża, choć w obecnych czasach coraz więcej sejfów wiary okazuje się styropianowymi atrapami. Nie chodzi o to, aby schować światło i sól, a w zamian dać przepaloną lampę i pustą solniczkę – a wielu pasterzy tak robi, jakby nie dowierzając trzymanej w ręce pochodni i ziarnom własnego nauczania. Trzeba uważnie patrzeć, aby odnaleźć skarb sakramentów, pasterskich rad, autentycznej i wymagającej miłości bliźniego, pełnej sacrum (a jest to wartość obiektywna, a nie subiektywne wrażenie, podpadające pod gusta!) liturgii. Gdzie to jest? Jak wiemy z Ewangelii, Pan sam powołuje, gdzie chce, kiedy chce i jak chce. Jeśli chcesz znaleźć skarb – proś, a On ci go wskaże. Jeśli nie szukasz, ale masz oczy i uszy otwarte – On cię tam zaprowadzi. Gorzej jest, jeśli już znalazłeś, ale gardzisz owym darem…

Podobne jest Królestwo Niebios do pewnego człowieka, króla, który wyprawił uroczystości weselne swojemu synowi. I posłał swoje sługi, aby zwołać zaproszonych na uroczystości, lecz nie chcieli przyjść. Znowu posłał inne sługi, z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto mój uczta jest gotowa, moje woły zostały pobite i wszystko jest gotowe, przyjdźcie na uroczystości weselne. Oni jednak zlekceważyli to i odeszli, jeden na swoje pole, drugi do swojego handlu, a pozostali schwytali jego sługi, znieważyli i pozabijali. Król zaś rozgniewał się, posłał swoje wojsko, wygubił tych morderców, a ich miasto spalił. Następnie powiedział swoim sługom: Wesele wprawdzie gotowe, ale zaproszeni nie byli godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i tylu, ilu spotkacie, zaproście na uroczystości weselne. (Mt 22, 2-9)

Może szokować okrucieństwo reakcji króla z przypowieści. Ale przecież – jeśli ktoś pogardził wiecznym skarbem, to – rzeczy, sprawy, ludzie, czyli to, co mu się zda “skarbem” jest przemijalne i zginie. Niech więc lepiej zginie szybciej.

Nie wystarczy bowiem skarb znaleźć. Należy się jeszcze nim ucieszyć, ukryć, oddać wszystko i na nowo odzyskać, tym razem już jako własność.

Psalmista mówi o Bogu:

Albowiem On przechowa mnie w swym namiocie w dniu nieszczęścia, ukryje mnie w głębi swego przybytku, wydźwignie mnie na skałę. (Ps 27,5)

Tak, chciałbym umieć tak się modlić!

– Ukryj mnie, Panie, w swoim przybytku. Schowaj mnie w swojej świątyni, bo dookoła dzień trwogi i nieszczęścia. Przechowaj mnie tam, gdzie jest miejsce Twego ukrycia, tam, gdzie przechowujesz swe skarby (A czy nie jesteśmy Jego skarbami?), właśnie tam odnajdę klejnot dla mnie obiecany. Bylebym go rozpoznał! Ukryj mnie, Panie, abym ja nie ukrywał niczego co mówisz, niczego co jest prawdą, niczego co prowadzi do życia, niczego co mnie oddziela od Ciebie i tych ku którym mnie posłałeś!

Mówi Pismo o zarządcy pałacu króla Achaba, Obadiaszu, który podczas prześladowań królowej Izabel ukrył w dwóch grotach po pięćdziesięciu proroków Boga i żywił nieustannie. Zaryzykował życie dla drogocennej mowy bożej i tych, którym została ona dana. Znalazł skarb i ukrył go, aby nikt tego skarbu nie zniszczył, nie unicestwił. Rozpoznał, że depozyt Słowa, powierzony prorokowi, jest niczym klejnot schowany w niepozornej szkatule. Obadiasz zrozumiał, że trzeba strzec proroctwa, że każdy, komu jest ono udzielone nosi w sobie wielką odpowiedzialność. Za jakich proroków jesteś odpowiedzialny? Kto głosi ci nieskażone Słowo? Jak masz kogoś takiego, to postaraj się o jakąś grotę! Izebel nie musi być wrogiem zewnętrznym, zawsze będzie chodzić raczej o Bożego przeciwnika, który może także niszczyć proroka od zewnątrz.

Wiele skarbów Pan ukrył na różnych polach, tych bardziej i tych mniej uprawnych. Na pewno jakiś z nich trafił się tobie, czytelniku tych słów. Co z nim zrobiłeś? Jeśli rozpoznałeś ten bezcenny dar ocalenia „spośród owego przewrotnego pokolenia” to czy wywołuje w tobie radość? Czy, ucieszony bożym darem, ukryłeś go w sobie – aby go przyswoić, zaabsorbować, pozwolić, by przeniknął wszystkie decyzje, myśli i pragnienia? A wziąwszy do siebie – w tym najbardziej biblijnym sensie, wskazującym utożsamienie się z ty, co dane – dasz wszystko, aby nie stracić szansy na Królestwo? Wszystko, co do ostatniego grosza, może nawet dosłownie?

Synu mój, jeżeli przyjmiesz moje słowa, i przechowasz w sobie moje nakazy; jeżeli nadstawisz uszy na głos mądrości i zwrócisz swe serce do roztropności; jeżeli będziesz wzywał umiejętność, i głos swój skierujesz do roztropności; jeżeli będziesz ich poszukiwał jak srebra, i starał się o nie jak o UKRYTY SKARB — wówczas zrozumiesz bojaźń i osiągniesz wiedzę Boga. Bo Pan daje mądrość, z Jego ust pochodzi wiedza i roztropność. On udziela pomocy ludziom prawym, jest tarczą dla postępujących uczciwie; czuwa nad ścieżkami praworządności, strzeże dróg swoich wiernych. Wówczas zrozumiesz sprawiedliwość, praworządność, uczciwość i każde dobre postępowanie. (Prz 2,1-9)

Biblia mówi, że mądrość jest skarbem największym. Najmądrzejszym człowiekiem była Maryja. Nie przez wiedzę i perfekcjonizm, ale poprzez pokorę, służbę i miłość do woli Bożej.

Weź więc tę Arkę Pańska do siebie i ucz się.

Prędko. Czas jest krótki.

Odosobnienie Cz. II

Łódź natomiast była już wiele stadiów od brzegu (pośrodku morza), nękana przez fale, ponieważ wiatr był przeciwny. (Mt 14,24)

W większości tłumaczeń ewangelicznego tekstu czytamy, że apostolska “łódź była już o kilka stadiów oddalona od brzegu”. Istnieje również wersja mówiąca, że “łódź była pośrodku morza”. Tak, czy inaczej widzimy łódź, symbol i obraz Kościoła (łodzi Piotrowej) na rzeczywistej głębi Morza Galilejskiego. Z dala od brzegu sugerującego bezpieczeństwo. Samotni wobec bezmiaru fal. A morze jest w wypowiedziach Pana znakiem otchłani, piekła, czy wręcz potępienia.

Kto natomiast zgorszy jednego z tych małych, wierzących we Mnie, korzystniej byłoby dla niego, aby mu u szyi zawieszono ośli kamień młyński i utopiono w głębi morza. (Mt 18,6 dos)

I będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi rozpacz narodów w mieszaninie zgiełku morza i rozhukanej fali, (J 6,1 dos)

Co ciekawe w ewangelicznej łodzi siedzą sami znawcy rybołówstwa, specjaliści od Jam Kinnereth (jak nazywano Morze Galilejskie), profesjonaliści od zarzucania sieci i nawigacji wodnej. A jednak serca napełnia im trwoga i obawa o siebie. A jednak zawędrowali na głębinę, jakby na krawędź jakiejś przepaści życiowej. Dziś również widzimy kościelną (nomen omen) barkę w pośrodku otchłani tego świata, oraz jakby na krawędzi innej otchłani, tej, z której dobiegają jęki potępionych. 

Ci, którzy płynęli na morzu statkami, 
na wielkich wodach załatwiali swe sprawy.
Widzieli czyny Jahwe i dziwy Jego na głębiach. 
Powiedział i wzniecił gwałtowny wicher,
który spiętrzał fale wód. 
Wzlatywali pod niebiosa, zapadali w głębiny;
dusza ich drżała z przerażenia.
Zataczali się i chwiali się jak pijani, 
a cała ich mądrość znikła. (Ps 107, 23-27)

Można płynąć nawet najświętszą łodzią i załatwiać jedynie własne sprawy – dbać o stan posiadania, troszczyć się o dzieła sztuki sakralnej, tęsknić za emeryturą, robić wszystko, by uniknąć skandali. To tak w lepszym scenariuszu. W gorszym są grzechy przeciw piątemu i szóstemu przykazaniu, a przede wszystkim – grzech bałwochwalstwa, który możemy sprowadzić do niewiary, wyrażającej się w braku zaufania do Pana na rzecz ufności słupkom popularności, wykresom socjologicznym, czy wyrokom psychologów. I tak, jak w powyższym psalmie – można widzieć czyny Pana, dużo o nich wiedzieć, ba, być nawet specjalistą od nich, ale nie ufać Jego woli, Jego prawom i Jego mądrości. Tragiczny jest los marynarza, czy rybaka, który nie wie dokąd ma płynąć i nie potrafi wskazać właściwego kursu. Kiedyś wreszcie jego łódź rozbije się o skały.

Łódź wirująca w kółko wokół własnej osi (Czy nie zajmujemy się często bardziej sobą – nawet w szeroko rozumianym Kościele – aniżeli Panem i Jego sprawami?) na środku morza to znak społeczności jakby skazanej na zagładę, zarówno tą wewnętrzną, wynikającą z własnych nieprawości, które zaślepiają siedzących w niej sterników, jak tą zewnętrzną, z racji przeciwnego wiatru, bo przecież woła prorok:

Zwiędliśmy wszyscy jak liście, a nasze grzechy jak wiatr nas poniosły. (Iz 64,6 lub)

Skutki naszych grzechów przywieje wiatr pod nasze stopy w najmniej spodziewanym momencie. Wydawało się, niegdysiejszym rozmówcom przeróżnych panów pułkowników, kapitanów, czy majorów, że nikt o ich flirtach z bezpieczniacką komuną nie będzie wiedział. Niektórzy duchowni dali się uwieść myśli, że będą rozgrywać socjalistyczne władzę lepiej niż Prymas Tysiąclecia. Nie pojęli (i może dotąd nie pojmują) że to ich rozgrywano. Myśleli, że to tylko sprawy dawne, słowa na wiatr rzucone. Ale nie ma nic ukrytego… Wiatr zawiał w drugą stronę odsłaniając słowa i czyny. Co to za wiatr? Czy to tchnienie Złego? A może jednak to sam Duch, o którym Pan powiedział:

Wiatr wieje, dokąd chce – słyszysz jego szum, ale nie wiesz, skąd nadciąga i dokąd zmierza; tak jest z każdym, kto został zrodzony z Ducha. (J 3,8 dos)

Doświadczyli tego dobitnie Apostołowie w Wieczerniku:

I nagle stał się z nieba szum, jakby uderzenie potężnego wiatru, i napełnił cały dom, w którym siedzieli. (Dz 2,2 dos)

Jakiż to dramat – odkryć, że sam Duch Pański jest mi przeciwny! Że wszystkie moje wysiłki, starania, cały trud jaki wkładamy w utrzymanie się na kursie, to wszystko jest przeciwne Duchowi Świętemu!Z drżeniem pytam – czy to w ogóle możliwe? Tak się pomylić?

Ale Ewangelia nie pozostawia wątpliwości…

Cała ich mądrość znikła – powie Psalmista. Tak jest obecnie. Tak to widzę. Da Bóg, że się mylę. Ale wszystko mi mówi, że Pan dopuszcza tę dramatyczną próbę na swoich uczniów – zarówno wtedy, jak i wówczas – aby objawiała się potęga wiary, a przez to Jego chwała. Tyle, że musi też objawić wzburzone morze naszych grzechów i ich konsekwencji. Potoki zgorszeń i raniące strugi obrzydliwości, jakie popełniliśmy, nie przejmując się ostrzeżeniami, jakie dawało niebo wcześniej – choćby przez objawienia Matki Najświętszej.

Wszyscy twoi pasterze staną się pastwą wiatru, a twoi ulubieńcy pójdą w niewolę. Tak, wtedy cię ogarnie wstyd i hańba z powodu wszystkich twoich nieprawości. (Jr 22,22 bt)

Napisał św. Mateusz, że łódź była “nękana przez fale”. Czym są te fale? U św. Jakuba tak czytam:

Niech jednak prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, przypomina falę morską, przez wiatr gnaną i rzucaną. (Jk 1,6) 

A św. Juda dopowiada, piszą o współczesnych sobie heretykach:

Ci natomiast rzucają przekleństwo na to, czego nie rozumieją, co natomiast pojmują na sposób nierozumnych zwierząt, w tym poddają się zepsuciu. Biada im, bo poszli drogą Kaina, odsunęli się od nagrody przez błąd Balaama, poddali się zgubie buntem Korego. Na waszych agapach, gdy bez żadnej bojaźni biorą udział we wspólnej uczcie, są jak zawierucha! Siebie samych tuczą! To chmury bezwodne wiatrem gnane! To drzewa o porze zimowej, bez owocu, dwakroć umarłe, niezakorzenione! To wściekłe bałwany morskie, plujące swoją ohydą! To gwiazdy błąkające się! Przeznaczony jest dla nich mrok ciemności przez wieczność. (Jud 1,10-13 pop)

Fale pogrążonych w wiecznych wątpliwościach, nie prześwietlonych rozumem oświeconym wiarą i nigdy nie opanowanych miłością. Fale heretyków i schizmatyków. Fale niewiernych (droga Kaina), chciwców i ludzi niemoralnych (Balaam), buntowników (Kore, którego pochłonęła ziemia), ludzi, którzy nie mogą się uspokoić jak bałwany morskie. 

Do takiej łodzi, skazanej na osobność zagłady, na bycie swoistym widowiskiem dla świata – przychodzi Pan. Z tej łodzi, na widok Pana, na dźwięk Jego głosu – wychodzi uczeń.

A dzieje się to w momencie największego trudu, zmęczenia, znużenia i – zapewne – przerażenia, czyli o czwartej straży nocnej, gdzieś między naszą trzecią a piątą nad ranem.

Jest znamienne, że pogubieni uczniowie nie rozpoznają (poza tym jednym) Pana, a nawet mylą Go ze zjawą. 

Oni natomiast, przelękli i przestraszeni myśleli, że widzą ducha. (Łk 24,37)

Współcześni uczniowie Pańscy również traktują Chrystusa jak zjawę, ducha, a nie jako realną osobę, która ma moc nad ich życiem. Jest nawet gorzej – wielu katolików potraktowało w ostatnich miesiącach swego Pana jak przedmiot, nawet gorzej niż słodki wafelek. Jak kawałek styropianu, który można wziąć sobie do torebki podczas Komunii, a potem spryskać środkiem dezynfekującym!

Czy to nie bluźnierstwo i profanacja? I to w jakiej skali!

Zjawy się można przynajmniej przestraszyć. Współcześni uczniowie są doskonale obojętni. Ktoś im zabroni chodzić do kościoła. Ok. Ktoś powie, że chodzenie na Mszę zaraża? Ok. Ktoś uspokoi ich sumienia mówiąc, że nie muszą święcić Dnia Pańskiego? Ok. 

Jeden rybak się wtedy wyłamał z ogólnego letargu a może przerażenia. Jezus rozpoznał wiarę w tym kroku i wzywa Piotra na osobność, do odłączenia się od reszty uczniów. 

Wtedy odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie. A On na to: Przyjdź. I Piotr wyszedł z łodzi, szedł po wodzie i przyszedł do Jezusa.  (Mt 14,28-29)

CDN

Odosobnienie. Cz. I.

Co robić, gdy łódź jest na środku morza, miotana z lewa na prawą (dosłownie) falami, przy niesprzyjającym wietrze? Poddać się załamaniu? Wzywać Pana? Ale się wydaje, że Go nie ma. Kazał płynąć i się oddalił. Nie dziwne, że wielu mówi, za Abpem Vincenzo Zanim (a nie jest to byle kto, bo sekretarz Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej!), że:

Bóg stwarza, ale potem się wycofuje. Opuszcza człowieka, mówiąc: „Idź!”

Co robić? Jak reagować na to, co się dzieje? Siedzieć w łodzi, która nabiera wody, a brakuje już sił, by ją wylewać za burtę? Zemdleć z histerii? A może wyskoczyć i dać się pochłonąć falom, bo jedyna wizja, jaką się zauważa to jakieś złowrogie widmo, o którym ktoś mówi, że to właśnie jest Pan…

Odosobnienie proroka.

W 1 Księdze Królewskiej czytamy o rozżalonym proroku Eliaszu, popadającym w depresję ze strachu przed groźbami królowej Izebel, której – jak wielu współczesnym “możnym tego świata” – wydawało się, że może naginać według własnego widzimisię normy dekalogu, oraz kpić z władzy i rządów nad światem jedynego Boga; obrona ortodoksji przez Eliasza (wyrażająca się ostatecznie w krwawym wycięciu w pień proroków Baala, do których małżonka Achaba miała dużą słabość) wzbudziła w królowej nieopisaną wściekłość.

Depresja i upokorzenie Eliasza samym sobą były wielkie aż tak, że modlił się o śmierć! Doświadczenie, najpierw wielkich sukcesów, a potem własnej małości i tchórzostwa, doprowadza go do zupełnego załamania. Bóg jednak prowadzi proroka do spotkania ze sobą – ze swoją mocą i chwałą. Ucieczka, której dokonał Eliasz oddalając się od gniewu Izebel zamienia się w świętą samotność. Odpowiada tej postawie greckie słowo ἴδιος (idijos) własny, należący do jednej osoby, prywatny, osobisty. Idijadzo, to tyle, co „być osamotnionym”, „być sam na sam z kimś”, „poświęcić się jakiejś sprawie”, „być wyróżnionym”. Eliasz chowa się więc w prywatność, ucieka w odosobnienie, aby wreszcie (wbrew nawet samemu sobie) zostać wyróżnionym przez Boga.

Powstawszy zatem, zjadł i wypił. Następnie umocniony tym pożywieniem szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb. Tam wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Co ty tu robisz, Eliaszu? A on odpowiedział: Żarliwością zapłonąłem o Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze, a Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie. Wtedy rzekł: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pana nie było w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pana nie było w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pana nie było w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: Co ty tu robisz, Eliaszu? (1 Krl 19,8-13 bt)

Poniżenie proroka zostaje zamienione w wywyższenie – Eliasz staje na bożej górze Horeb, aby zmienić perspektywę. Nie widzi już budzącej grozę królowej, ani swojej goryczy, ani własnego lęku i niechęci do życia. Skupia się na Panu i rozpoznaje Jego mowę. Nie słowa Izebel są ważne, ale słowa Boga. Nie powolny rozpad królestwa Izraela (jakby) oddanego mocy nieprawości, ale utrwalenie powołania poprzez podjęcie zadań, jakie ma dla niego Bóg.

Wtedy Pan rzekł do niego: Idź, wracaj swoją drogą ku pustyni Damaszku. A kiedy tam przybędziesz, namaścisz Chazaela na króla Aramu. Później namaścisz Jehu, syna Nimsziego, na króla Izraela. A wreszcie Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola, namaścisz na proroka po tobie. A stanie się tak: uratowanego przed mieczem Chazaela zabije Jehu, a uratowanego przed mieczem Jehu zabije Elizeusz. Zostawię jednak w Izraelu siedem tysięcy takich, których kolana nie ugięły się przed Baalem i których usta go nie ucałowały. [Eliasz] poszedł stamtąd i odnalazł Elizeusza, syna Szafata, orzącego: dwanaście par [wołów] przed nim, a on przy dwunastej. (1 krl 19,15-19 bt)

Krótkotrwałe odosobnienie Eliasza kończy się kolejnym wezwaniem i powołaniem ucznia. Poczucie klęski Bóg przemienia w kolejne etapy swego planu.

Wiem, że skojarzenia to przekleństwo, nie mogę pozbyć się jednak analogii, medytując historię Eliasza (a cenię go sobie chyba najbardziej ze wszystkich proroków Starego Testamentu) z pewnym epizodem z historii św. Benedykta z Nursji.

Św. Benedykt przyszedł na świat w zamożnej chrześcijańskiej rodzinie ok. roku 480 w Nursji, niewiele ponad 100 km na północ od Rzymu. Studiował w Rzymie, jednak atmosfera rozpasania i użycia, panująca w mieście po upadku Cesarstwa Zachodniego, spowodowała, że Benedykt postanowił zostawić wszystko i pójść za Chrystusem. Został pustelnikiem w Enfide (dziś Affile), a następnie przeniósł się w okolice Subiaco, na wschód od Rzymu w Górach Albańskich. (PCh 24)

Odosobnienie, jakie wybrał nie było jednak ostatecznym przeznaczeniem, podobnie jak ucieczka Eliasza z zasięgu oddziaływania gniewu królewskiego. 

Wieść o świątobliwym życiu eremity szybko rozeszła się po okolicy. Już niebawem Benedykt uczył prawd wiary mieszkających w pobliżu pasterzy. Wtedy też żyjący w pobliskim Vicovaro mnisi zwrócili się do Benedykta z prośbą, by został ich przełożonym. Kiedy jednak Benedykt zapowiedział, a następnie zaczął egzekwować większą karność i dyscyplinę, natychmiast napotkał twardy opór mnichów. Doszło nawet do tego, że zakonnicy próbowali go otruć. Szczęśliwie jednak św. Benedykt w cudowny sposób przewidział ich zamiary i wrócił do swej groty w Subiaco. Wkrótce jednak coraz większy napływ uczniów skłonił go do założenia dla nich dwunastu małych klasztorów. Wrogie nastawienie mieszkającego w pobliżu kapłana spowodowało, że przeniósł się na wzgórze Monte Cassino, gdzie w pogańskiej jeszcze okolicy założył klasztor i napisał słynną Regułę, która przetrwała do dziś. (PCh 24)

Benedykt, choć nie jako eremita, stał się symbolem pewnego rodzaju odosobnienia – z dala od zgiełku i dekadencji Rzymu zorganizował, zgodnie z wolą Bożą, odrębną społeczność rządzącą się prawami Ewangelii, które regulowały wszystkie przestrzeni ludzkiego życia. To odejście na samotność zaowocowało ocaleniem Europy.

Odosobnienie Apostoła.

Ponieważ zaglądam dzisiaj do czytań mszalnych XIX Niedzieli Zwykłej, czytam fragment z listu św. Pawła do Rzymian, w którym Apostoł również wspomina o pewnego rodzaju odosobnieniu.

Odczuwam ogromny smutek i ustawiczny ból w moim sercu. Gotów byłbym dla braci moich być WYŁĄCZONYM i pozostawać Z DALA od Chrystusa. Są to przecież rodacy moi według ciała, Izraelici, którzy się cieszą przybranym synostwem i chwałą, i przymierzem, i Prawem i pełnieniem służby Bożej, i obietnicami. Ich są ojcowie, z nich narodził się według ciała Chrystus, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen. (Rz 9,2-5 lub)

Widząc wyjątkowość (a to znaczenie również mieści się w zasięgu greckiego słowa ἴδιος) swego ludu, jego wybranie i przeznaczenie, ów olbrzymi potencjał łaski, jaką Pan wylewał na dzieci Izraela przez wieki, Apostoł cierpi z powodu odłączenia swoich rodaków od zbawienia. 

Ogromny smutek i ciągły ból skłaniają Pawła, ongiś gorliwego faryzeusza i znawcę Prawa, do niezwykłego stwierdzenia – mogę być sam odłączony od zbawienia, byle oni się nawrócili! Gotów jestem nawet tak zaryzykować, postawić na szali coś, co mam najcenniejszego, aby oni odnaleźli Mesjasza! 

Paweł wie, bo kilka wersetów wcześniej o tym pisze, że nic nie może oddzielić go od miłości Boga. Widać w tym emocjonalnym stwierdzeniu wielką miłość do wszystkich pokoleń Izraela. Podobnie wołał sam Mojżesz:

I poszedł Mojżesz do Jahwe, i powiedział: Oto zgrzeszył lud ten wielkim grzechem, gdyż uczynił sobie Boga ze złota. Jednak przebacz im ten grzech! A jeśli nie, to WYMAŻ MNIE natychmiast z księgi twej, którą zapisałeś. (Wj 32,31-32 lub)

Gotowość Pawła na oddzielenie od zbawienia jawi się tu niczym jakiś absurdalny ślub (choć wiemy, że takiego nie złożył) i reakcja na oddzielenie się Izraela od wyznawców Chrystusa. 

Bóg nie wymaga takiego ślubu, czy postawy. Zbawienie jest największym darem, jaki Pan w swym miłosierdziu nam ofiaruje. Warto jednak zastanowić się nad kierunkiem Pawłowej myśli – dam wszystko, aby inni odzyskali możliwość odkupienia… Może jakieś inne oddzielenie, odosobnienie jest tu możliwe, a nawet pożądane? Czyż nie w takiej intencji, “dla zbawienia innych” ludzie poświęcali swoje życia, dobra, tytuły i zaszczyty Panu?

Odosobnienie uczniów.

Grecki wyraz ἴδιος odnajdujemy kilkukrotnie na kartach Ewangelii, między innymi w cenie Przemienienia:

A po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz jego brata Jana, i wyprowadził ich OSOBNO na wysoką górę. (Mt 17,1 dos)

Co ciekawe dzieje się to niedługo po innym wydarzeniu, epizodzie z Piotrem chodzącym po wzburzonych falach Morza Galilejskiego. Na samym początku tej sceny św. Mateusz pisze:

Po rozpuszczeniu tłumów wstąpił na górę na OSOBNOŚĆ, aby się pomodlić. A z nastaniem wieczoru, był tam sam. Łódź natomiast była już wiele stadiów od brzegu (pośrodku morza), nękana przez fale, ponieważ wiatr był przeciwny. (Mt 14,22-23)

Mamy tu dwie samotności – odosobnionego Chrystusa na górze, pogrążonego w modlitwie, oraz samotną łódź na środku rozszalałego jeziora (zwanego przez współczesnych morzem). Jak wiemy Jezus bardzo często udawał się na odosobnienie, aby się modlić. Już z samego tego faktu widać, że owa samotność tak naprawdę samotnością nie jest – to intymne spotkanie z Ojcem aniżeli ucieczka od męczących ludzi. Eliasza również Bóg przekonał do tego, że odseparowanie się od ludzi, czy niebezpieczeństw nie jest potrzebne, jeśli nie prowadzi do głębszego spotkania z Bożą chwałą. 

Jaki jest kontekst owej odosobnionej modlitwy Jezusa? Otóż chwilę wcześniej mam miejsce cudowne rozmnożenie chlebów i ryb. Tysiące ludzi obserwują spektakularny sukces Nauczyciela z Nazaretu. Jeśli przyjąć, że św. Jan opisuje to samo wydarzenie, to euforia tłumu sięgałą zenitu do tego stopnia, że chciano obwołać Jezusa królem. Cóż, gdyby działo się to teraz to niewątpliwie do tego by doszło, bo przecież entuzjazm wiary jest tak wielką wartością, że odrzuca się elementy formacji na rzecz “wewnętrznego wigoru, marzeń, nadziei i wspaniałomyślności”.

Zdarza się w niektórych miejscach, że spowodowawszy w ludziach młodych intensywne doświadczenie Boga, spotkania z Jezusem, które poruszyło ich serca, proponuje się im spotkania „formacyjne”, w których poruszane są jedynie kwestie doktrynalne i moralne. Mowa jest o złu współczesnego świata, o Kościele, o nauce społecznej, o czystości, o małżeństwie, o kontroli urodzeń i o innych sprawach. Powoduje to, że wielu młodych się nudzi, zatraca ogień spotkania z Chrystusem i radość z pójścia za Nim, wielu opuszcza drogę, a inni stają się smutni i negatywni. (Christus vivit, 212)

Pragnienie tłumu, aby obwołać Jezusa królem ma niewiele wspólnego (mimo, że niektórzy tak sądzą) z postulatami tzw. ruchów intronizacyjnych. Ich głosy wynikają z odkrycia konsekwencji społecznego panowania Chrystusa, a nie z przeżywanej feeri emocjonalnych uniesień. Jezus odrzuca ziemskie panowanie w tym a nie innym momencie swej misji, co nie znaczy, że odżegnuje się w ogóle od królewskich prerogatyw prawodawcy czy mającego władzę rządcy doczesności.

W medytowanym fragmencie Pan decyduje się na rozpuszczenie tłumów i bardzo szybkie oddalenie uczniów, aby nie skazili się owym mylącym przeżyciem zbiorowości, które zamienia rozumność działania na głupią impulsywność wspólnych doznań. Naprzeciw poczucia sytości nakarmionych w cudowny sposób ludzi, a co za tym idzie – ich zbiorowego uniesienia, Chrystus proponuje dwie osobności. Sam idzie na indywidualną modlitwę, na samotność z Ojcem a Apostołów odsyła na rozszalałe morze, na trudną odosobnienie pośród budzącej grozę rzeczywistości. Jakby chciał udowodnić, że nie wielkie masowe przeżycia na stadionach, czy gigantycznych pielgrzymkach tak naprawdę przemieniają serca, ale samotne, indywidualne zmaganie się z trudną rzeczywistością. Podobne doświadczenie musiał przeżyć Eliasz, gdy zostawił za sobą “sukces duszpasterski” w postaci triumfu nad prorokami Baala, aby wejść w ciszę groty na “bożej górze Horeb”. Pismo mówi, że dopiero tam, na tej górze, w ciszy odnalazł Pana.

Widzimy więc odosobnioną od zgiełku łódź – Kościoła, czy duszy ludzkiej – na środku burzy morskiej. Zda sie, że Pana nie ma. Może w sercach Apostołów pojawiły się znowu słowa wypowiedziane w innej sytuacji:

A On był na rufie i spał na podgłówku. Budzą Go więc i mówią Mu: Nauczycielu, nie martwi Cię to, że giniemy? (Mk 4,38 dos)

Mateusz opisuje:

Łódź natomiast była już wiele stadiów od brzegu (POŚRODKU MORZA), nękana przez fale, ponieważ wiatr był przeciwny. (Mt 14,23)

Przyjrzyjmy się owym trzem przywołanym przez ewangelistę obrazom: środek morza, nękanie przez fale i przeciwny wiatr.

W większości tłumaczeń ewangelicznego tekstu czytamy, że apostolska “łódź była już o kilka stadiów oddalona od brzegu”. Istnieje również wersja, że “łódź była pośrodku morza”. Tak, czy inaczej widzimy łódź, symbol i obraz Kościoła (łodzi Piotrowej) na rzeczywistej głębi Morza Galilejskiego. Morze jest w wypowiedziach Pana znakiem otchłani, piekła, czy wręcz potępienia.

Kto natomiast zgorszy jednego z tych małych, wierzących we Mnie, korzystniej byłoby dla niego, aby mu u szyi zawieszono ośli kamień młyński i utopiono w głębi MORZA. (Mt 18,6 dos)

I będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi rozpacz narodów w mieszaninie zgiełku MORZA i rozhukanej fali, (J 6,1 dos)

CDN

W niewodzie.

Czyż nie jesteś odwieczny, Panie, Boże mój, Święty, który nie umierasz. Na sąd go przeznaczyłeś, o Panie, Skało moja, zachowałeś dla wymiaru kary. Zbyt czyste oczy Twoje, by na zło patrzyły, a nieprawości pochwalać nie możesz. Czemu jednak spoglądasz na ludzi zdradliwych i milczysz, gdy bezbożny niszczy uczciwego?
Ludzi traktuje jako ryby morskie, niczym płazów [gromadę], którą nikt nie rządzi. Wszystkich łowi na wędkę, zagarnia swoim niewodem albo w sieci gromadzi — tańcząc przy tym z radości. Przeto ofiarę składa swojej sieci, pali kadzidło niewodowi swemu, bo przez nie zdobył sobie łup bogaty i pożywienie jego stało się obfite. Ciągle na nowo zarzuca swe sieci, mordując ludy bez żadnej litości.
Na straży mojej stać będę, udam się na miejsce czuwania śledząc pilnie, by poznać, co przemówi do mnie, jaką odpowiedź da na skargę moją.
I odpowiedział Pan tymi słowy: „Zapisz widzenie, na tablicach wyryj, aby z łatwością odczytać je można. Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego z pewnością nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty oczekuj na nie, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności”. (Ha 1,12-2,4)

Niewody są to sieci rybackie stosowane na jeziorach oraz stawach. Składają się z dwóch skrzydeł połączonych matnią oraz jej końcową częścią zwaną kutlem. Skrzydła mają kształt wydłużonych prostokątów, matnia przypomina worek o wlocie w kształcie trapezu. Zadaniem matni jest zbieranie ryb zagarniętych przez skrzydła. O takiej pułapce zastawianej przez ludzi niegodziwych (dokładnie “bezbożnych”, czyli nie uznających Boga i Jego władzy nad stworzeniem, nie uznających Jego praw) pisze prorok Habakuk. 

Czemu jednak spoglądasz na ludzi zdradliwych i milczysz, gdy bezbożny niszczy uczciwego? (Ha 1,13)

Pytania jakie zadaje sobie człowiek od niepamiętnych czasów. Czemu bezbożni mogą bezkarnie (przynajmniej tak się wydaje) wywierać ucisk na ludziach bogobojnych, czy prawych… Czemu? Jeremiasz odpowiada:

Leżeć musimy w hańbie i wstyd nas okrywa, bo zgrzeszyliśmy wobec Pana, Boga naszego, my i przodkowie nasi, począwszy od młodości aż do dziś; nie słuchaliśmy głosu Pana, Boga naszego. (Jr 3,25)

Przez wzgląd na niechęć do nawrócenia, oraz poddania Bożemu panowaniu wszystkich przestrzeni życia – prywatnych i państwowych – wydał nas Pan na pastwę ludzi nieprawych. Z nas oni wyszli, ale uwiódł ich duch tego świata, który sprzeciwia się Bogu. Ten, który mieni się księciem tego świata, nieustannie kusi i mami poczuciem władzy. Tak kusił samego Pana:

Wówczas powiódł Go [diabeł] w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł do Niego diabeł: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je dać, komu zechcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. (Łk 4,5-8)

Chrystus zaś przestrzegał i przestrzega wszystkich, którzy mienią się Jego uczniami:

Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. (Mt 20,25-26)

Niestety, wielu – a może wręcz wszyscy – wchodzący do tzw. polityki, czy to ze strony prawej, czy to lewej, czy z jakiejkolwiek innej, ulega pokusie “dawania odczuć władzy”. Wie o tej pokusie każdy, komu w jakikolwiek sposób powierzono zwierzchność nad kimś drugim. Na czym to polega? Na dwóch rzeczach. Najpierw, na głębokim przekonaniu, że da się sprawować ową zwierzchność – a mówiąc słowami Pana: da się “służyć innym” – poprzez egzekwowanie najbardziej absurdalnych zakazów i nakazów. Potem, na takim manipulowaniu ludźmi poprzez oddziaływanie na ich lęk, emocje, czy niskie instynkty, na takim wykorzystaniu słabości, aby przeprowadzić to, co uważa się za słuszne. Świetnie ilustruje taką postawę stwierdzenie: „Im więcej lekceważenia tym więcej obostrzeń”. Czyli – im bardziej się nas (rządzących) nie słuchacie, tym bardziej damy wam odczuć naszą władzę!

Czy nie jest to modelowy wręcz przykład arogancji?

Prorok tak opisuje działanie mającego władzę bezbożnika:

Ludzi traktuje jako ryby morskie, niczym płazów [gromadę], którą nikt nie rządzi. Wszystkich łowi na wędkę, zagarnia swoim niewodem albo w sieci gromadzi — tańcząc przy tym z radości. (Ha 1,14-16)

Cała histeria wokół tzw. “pandemii”, rozpętana i umiejętnie a to wygaszana, a a to podsycana, jest przykładem Habakukowego proroctwa. Ktoś (kto tak naprawdę?) wyraźnie traktuje ludzi jak zwierzątka, jak stadko bezosobowych istot, którymi “nikt nie rządzi”. Ten ktoś zapomina jednakże, że ludzie nie są stadem bezrozumnych owiec. Nawet jeśli doprowadzi się człowieka do swoistej bezrozumności, ma on wciąż swoją obiektywną godność! Jest podmiotem! Jest osobą! 

Zapomina też, ów ktoś, że to nie on rządzi narodem, państwem, czy konkretną społecznością. Rządcą jest Bóg. W sposób szczególny Królową naszego Narodu jest Bogurodzica. Jest tragedią duszy konkretnego polityka, zwłaszcza gdy jest człowiekiem ochrzczonym, zlekceważenie tego wymiaru publicznej służby, jakiej się oddaje. To nie jest tak, że jesteśmy niby bezpański pies, którego można sobie przygarnąć i wytresować według własnych upodobań! Jesteśmy własnością Pana! 

Jakże gorzko smakuje widok polityków uzurpujących sobie prawo do regulowania szczegółowymi przepisami – dodajmy, że absurdalnymi – sposobu życia ludzi w ich prywatnej przestrzeni! Do regulowania również życia kościelnego i – co za tym idzie – duchowego! Za takim sposobem myślenia (“mam władzę, to mi wolno robić to, co wydaje mi się słuszne w danym momencie”) kryje się bezmiar pychy. 

Wspominam często w tych dniach postawę św. Jana Pawła II, który wielokrotnie podkreślał podmiotowość pacjenta wobec omnipotencji lekarskiej. Dość dobrze ukazywała to scena rozmowy papieża z lekarzami w klinice Gemelli, przypomniana przez Pawła Woldana w sztuce “Totus Tuus”. Jan Paweł II został postawiony przed koniecznością drugiej (po ratującym mu życie zabiegu zaraz po zamachu) operacji. Tak o tym pisze Sebastian Musiół w Gościu Niedzielnym:

Decyzję o dacie tej drugiej operacji – i zakończeniu kuracji szpitalnej – podjął sam Papież, który postanowił walczyć o to, żeby stać się raczej „podmiotem swojej choroby” aniżeli „przedmiotem leczenia”. – Całe życie broniłem praw człowieka – powiedział swoim lekarzom – dzisiaj tym człowiekiem jestem ja sam.

Podmiotem swojej choroby! Nie “przedmiotem leczenia”!

Jakże boli, gdy politycy, będący ludźmi ochrzczonymi, katolikami, ba! – publicznie odwołujący się do wstawiennictwa Królowej tego Narodu, ba! – będący lekarzami! – gardzą tą personalistyczną a zarazem głęboko ewangeliczną wizją podejścia do człowieka, jaką ukazał św. Jan Paweł II.

Pogarda ta wyraża się w głębokiej wierze w literę prawa (może nawet nie prawa, co czegoś na wzór “ukazów” carskich), w kary, w moc przepisów, a także w dopuszczaniu lub wręcz prowokowaniu emocjonalnej atmosfery manipulującej świadomością ogółu. Łatwo jest nastraszyć. Łatwo bawić się w inżynierię społeczną. Można to zrobić. Można ulec takiej pokusie sterowania emocjami i zachowaniami – oczywiście w imię zbożnych idei, ratowania życia i zdrowia. Można. Ale, czy wolno.

Przecież nie mamy do czynienia z sytuacjami jasnymi i sprawdzonymi. Żaden naukowiec z czystym sercem nie wyda pewnej opinii na temat COWID-19, na temat leczenia czy sposobu chronienia się przed tym. Nawet nie wiadomo czy w ogóle można się przed tym uchronić. Błądzimy wokół teorii i hipotez. Ale jednocześnie, przy tak ogromnych wątpliwościach, wobec realnej niewiedzy, wobec braku naukowych podstaw do racjonalnego działania – podejmuje się decyzje co najmniej wątpliwe. 

A przecież w sytuacji wątpliwej nie wolno działać!

Ta zabawa w bogów, jedynych władców ludzkiego postępowania skończy się źle. Każda pycha, czy to polityczna, czy lekarska, czy jakakolwiek zostanie ukarana.

Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności. (Ha 2,4)

Cóż nam pozostaje? Trwać cierpliwie w wierze. 

Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego z pewnością nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty oczekuj na nie, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. (Ha 2,3)

Co ma jednak zrobić naród, który jest chory? Który ma gorączkę duchową? Który jest targany raz w ogień, raz w wodę? Który zdetronizował swego Pana, oddając rządy nad sobą – i to jak widać rządy dusz – innym ludziom, zwykłym grzesznikom?

Nie podobało się Samuelowi to, że mówili: Daj nam króla, aby nami rządził. Modlił się więc Samuel do Pana. A Pan rzekł do Samuela: Wysłuchaj głosu ludu we wszystkim, co mówi do ciebie, bo nie ciebie odrzucają, lecz Mnie odrzucają jako króla nad sobą. Podobnie jak postępowali od dnia, w którym ich wyprowadziłem z Egiptu, aż do dnia dzisiejszego, porzucając Mnie i służąc innym bogom, tak postępują i z tobą. Teraz jednak wysłuchaj ich głosu, tylko wyraźnie ich ostrzeż i oznajmij im prawo króla, który ma nad nimi panować. I powtórzył Samuel wszystkie słowa Pana ludowi, który od niego zażądał króla. Mówił: Oto jest prawo króla mającego nad wami panować: Synów waszych będzie on brał do swego rydwanu i swych koni, aby biegali przed jego rydwanem. I uczyni ich tysiącznikami, pięćdziesiątnikami, robotnikami na swojej roli i żniwiarzami. Przygotowywać też będą broń wojenną i zaprzęgi do rydwanów. Córki wasze zabierze do przyrządzania wonności oraz na kucharki i piekarki. Zabierze również najlepsze wasze ziemie uprawne, winnice i sady oliwkowe, a podaruje je swoim sługom. Zasiewy wasze i winnice obciąży dziesięciną i odda ją swoim dworzanom i sługom. Weźmie wam również waszych niewolników, niewolnice, waszych najlepszych młodzieńców i osły wasze i obarczy pracą dla siebie. Nałoży dziesięcinę na trzodę waszą, wy zaś będziecie jego sługami. Sami będziecie narzekali na króla, którego sobie wybierzecie, ale Pan was wtedy nie wysłucha. Odrzucił lud radę Samuela i wołał: Nie, lecz król będzie nad nami, abyśmy byli jak wszystkie narody, aby nas sądził nasz król, aby nam przewodził i prowadził nasze wojny! (1 Sm 8,6-20)

Skoro naród nie chce wypełniać ślubów danych swojej Królowej i ucieka od uznania praw bożych w swoim życiu, to dostaje takich rządców, na jakich zasłużył. Nie ma w tej chwili, po żadnej stronie, takiej opcji politycznej, która we wszystkim, zdecydowanie, z odwagę i przekonaniem broniłaby bożych praw. Konsekwencje tego stanu, zakorzenionego w mentalności ludzkiej, będą tragiczne. 

Rod Dreher w „Opcji Benedykta” pisał (mając na myśli warunki amerykańskie, ale uważam, że można to zastosować również do warunków polskich):

Wiadomo, jak zaciekłe i gwałtowne są partyjne batalie polityczne, ale chrześcijanie muszą pamiętać, że konwencjonalni amerykańscy politycy nie naprawią zła dziejącego się w naszym społeczeństwie i kulturze. Nie są do tego zdolni, bo zarówno po lewej, jak i po prawej stronie działają z pozycji, która ułatwia i poszerza ludzkie wybory, a to właściwie jest końcem polityki. Lewica i prawica spierają się tylko o to, gdzie wyznaczyć granice. Program żadnej z tych partii nie jest w pełni zgodny z prawdą chrześcijańską.
Natomiast polityka „Opcji Benedykta” wskazuje, że nieporządek w amerykańskim życiu publicznym pochodzi z nieporządku wewnątrz amerykańskiej duszy. Zaczyna więc od propozycji, aby najważniejszym zadaniem polityki naszych czasów było przywrócenie wewnętrznego porządku, zestrojenie go z wolą Boga – tego samego telos, jaki posiada życie we wspólnocie zakonnej. Wszystko inne będzie naturalną pochodną tego działania.

Niestety, dramatu dopełnia niezdolność uczniów Pańskich – Kościoła – do wyprowadzenia kogokolwiek z tego uwikłania. Jakby brakowało przejęcia się duszami… Jakby zanikła wiara, że to dusza jest siłą człowieka, i to o nią trzeba walczyć, jej chronić, ją uzdrawiać.

Przypomina się fragment Ewangelii, czytany w kościołach dokładnie w dzień wprowadzenia (cichcem!) kolejnych restrykcji państwowych:

A gdy przyszli do tłumu, podszedł do Niego człowiek, upadł przed Nim na kolana, i prosił: Panie, zmiłuj się nad moim synem, bo jest lunatykiem i strasznie cierpi; często bowiem wpada w ogień i często w wodę. I przyprowadziłem go do twoich uczniów, ale nie byli w stanie go uzdrowić.
Jezus zaś odpowiedział: O, pokolenie bez wiary i przewrotne! Jak długo z wami będę? Jak długo będę was znosił? Przyprowadźcie mi go tutaj. Po czym skarcił go Jezus – i demon wyszedł z niego, i od tej godziny chłopiec był uzdrowiony.
Wówczas na osobności podeszli do Jezusa i zapytali: Dlaczego my nie byliśmy w stanie go wypędzić?
A On im na to: Z powodu waszej małej wiary. Zapewniam was bowiem, jeśli macie wiarę jak ziarno gorczycy i powiecie tej górze: Przenieś się stąd tam – przeniesie się; i nic nie będzie dla was niemożliwe. (Mt 17,14-20)

Uczniowie Chrystusa bez wiary nie są w stanie nikomu pomóc! 

Ludzie Kościoła bez wiary nie mogą kogokolwiek poprowadzić! 

Co najwyżej pozostaje im słać prozdrowotne (a tak naprawdę propaństwowe) apele i powielać zdroworozsądkowe rady…

A naród lunatykuje – chodzi z kąta w kąt za blaskiem kolejnego księżyca… A za tym pobłądzeniem kryje się – jak mówi Słowo – demon. I nikt nie może go wypędzić. 

A naród wpada raz w ogień raz w wodę – i wszyscy są bezradni.

Gdy zamienimy prostą wiarę – opartą na Słowie, Tradycji i doświadczeniu świętych oraz przyjętą przez intelekt – na próby dostosowania się do zmienności świata oraz pogodzenie się z nieuchronnością zmian społecznych, wówczas jesteśmy bezbronni w walce, jaką toczy z nami świat i szatan. Używając obrazu ze wspomnianej Ewangelii – dziś uczniowie Pańscy proponują targanemu przez demona człowiekowi dużo entuzjazmu wiary i pracę nad polepszeniem samopoczucia przy jednoczesnym zaakceptowaniu swego trudnego stanu. Dlaczego? Bo nie wierzą w moc pokuty, modlitwy, sakramentów i nawrócenia. Bo nie wierzą w moc Bożą – w to, że Pan mocen jest zainterweniować w historię. Bo wierzą w moc wszelkich ludzkich hipotez – od socjologicznych począwszy a na moralnych skończywszy. Bo wierzą w medycynę, psychologię, czy “zdobycze myśli ekonomicznej”. Bo wierzą w moc “procesów dziejowych” i grozę procesów sądowych. Bo bardziej się obawiają głosów medialnych niż głosu gniewu bożego.

Trudno przyprowadzać lunatyka opanowanego przez demona do tak myślących uczniów Pana…

Takie dwa skrzydła niewodu – jedno bardziej świeckie, niejako państwowe, drugie bardziej kościelne – możemy zauważyć obok siebie. Jak uciec z tej matni, która grozi pozbawieniem podmiotowości lub osłabieniem wiary, albo jednym i drugim na raz?

Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego z pewnością nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty oczekuj na nie, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności”. (Ha 2,3-4)

« Older posts Newer posts »

© 2021 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑