Blog ks. Jacka Gomulskiego

Autor: jacek (Page 2 of 133)

O zakłamaniu i palcu Bożym

(1) Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną. (2) Wczesnym rankiem (o brzasku) zaś znów zjawił się w świątyni. Cały lud zaczął schodzić się do Niego, a [On] usiadłszy, nauczał ich. (3) Wtedy znawcy Prawa i faryzeusze przyprowadzili kobietę pochwyconą na cudzołóstwie, postawili ją pośrodku (4) i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę schwytano w chwili, gdy cudzołożyła. (5) Mojżesz w Prawie nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? (6) To mówili, by Go wystawić na próbę i by mieć powód do oskarżenia Go. Jezus zaś pochylił się i zaczął spisywać palcem po ziemi. (7) A gdy tak nalegali z pytaniem Go, wyprostował się i powiedział do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem. (8) Znów się pochylił i żłobił po ziemi. (9) Gdy to usłyszeli, zaczęli wychodzić jeden po drugim, poczynając od starszych, aż został On sam i kobieta stojąca pośrodku. (10) Wtedy Jezus podniósł się i zwrócił się do niej: Niewiasto, gdzie [oni] są? Nikt cię nie potępił? (11) Odpowiedziała: Nikt, Panie! A Jezus: Ja też cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz. (J 8,1-11)

Wprowadzenie

Obie strony – kobieta i jej oskarżyciele – żyją w kłamstwie i wielkim stresie z niego wynikającym. 

Oni kłamią o sobie, bo nie widzą w sobie przewrotności. Kłamią, bo nie idzie im o obrażenie Boga, a nawet o przekroczenie Jego Prawa. Boga, Prawo, tę kobietę, nawet jej grzech traktuję czysto instrumentalnie. Gdyby chodziło o przekroczenie Prawa, od razu by ją ukamienowali, lub pojmali także mężczyznę, z którym grzeszyła. Nie widzą w sobie grzechu kłamstwa i obłudy. Tego też dotyka w nich Jezus swoim Słowem.

Ona kłamie, bo zaprzecza prawdziwości Dekalogu i szukając ludzkich względów (miłości, godności, szacunku, pieniędzy) depcze szóste przykazanie. Nie wie, czym jest miłość, więc jej szuka w zdradzie i niewierności.

A pośrodku jest Bóg, który zamienia winnych w niewinnych. Bóg, który chce doprowadzić nas do zobaczenia w samych sobie winy, aby uzdrowić nas uniewinnieniem. Ten, który nie potępia nas za nasze grzechy, tylko za ich wypieranie się, zatajenie, zaprzeczanie im. Pan przypomina, że o wiele niebezpieczniejsze dla nas jest osądzanie grzesznika, aniżeli jego grzech.

Oni (na podst O. A. Pelanowskiego)

Każdy ma jakiś ambitny cel: niektórzy dążą do wykreowania w sobie wizerunku uduchowionej i poprawnej moralnie osobistości, inni chcą być intelektualnymi potentatami, jeszcze inni chcą być bogaci lub piękni, stworzyć idealną rodzinę lub osiągnąć jakikolwiek sukces. Zagrożenie w osiągnięciu celu, może spowodować dysharmonię emocjonalną, intelektualną, moralną a nawet duchową – taki rozdźwięk wywołany w nas napięciem lękowym wobec niepewności czy uda nam się osiągnąć cel i czy zdołamy go utrzymać nazywamy stresem. Długotrwały stres może być niebezpieczny: trwanie latami w ambicjonalnych napięciach może doprowadzić do zakłamania albo depresji, chorób ciała albo zaburzenia osobowości.

Po co sukces? Dla własnego ego lub dla innych. Cokolwiek uczynimy jest nagradzane pochwałą, albo karane niezadowoleniem. Żeby tego uniknąć zakłamujemy swój wizerunek. Każde zakłamanie jest wielkim stresem.

Jeśli ciągle kłamiemy o sobie samych i nieustannie zaprzeczamy prawdzie o sobie przed ludźmi i Bogiem – nasz stres jest gigantyczny – tak wielki, że możemy go już nie dostrzegać, bo nie dostrzegamy niczego innego poza nim. Czasem obserwujemy to u innych, rzadziej widzimy u siebie: ktoś ma dziwnie nienaturalny ton głosu, albo nieustannie się śmieje lub narzeka, szybko wyrzuca z siebie słowa, albo robi nużące przerwy w wypowiedzi, wzdycha, jakby niósł wielki ciężar, zakrywa usta dłonią, jakby się obawiał, że ktoś zajrzy do środka i dowiemy się więcej, albo ucieka ze wzrokiem, mruży powieki, by ukryć źrenice i tak na nas spogląda, wzrusza ramionami przy jednoczesnym zapewnieniu, że się z kimś we wszystkim zgadza, ktoś inny nadmierne troszczy się o wzbudzenie naszej sympatii, do tego dochodzą przerysowane pochlebstwa, uroczyste przysięganie w błahych sprawach, cytowanie wielkich ludzi i mądrych sformułowań, powoływanie się nieustanne na autorytety i wreszcie agresywne zaprzeczanie czemuś.

Tacy mogli być oskarżyciele kobiety cudzołożnej. Zakłamani i fałszywi. Pochwyceni przez własne kłamstwa, półmroki i jawne ciemności. Zasłaniający się pobożnością, świętymi czynnościami, albo wręcz wolą Bożą. Chcieli ciskać Bogiem, jak kamieniem, a nie wiedzieli, że natrafili na “kamień odrzucony”, choć węgielny… Skamieniały ich serca więc sami siebie musieli uznać za niezdatnych, odrzuconych. Zapisanych na ziemi, których imiona wiatr rozwieje i ślad po nich zaginie.

Nadziejo Izraela, Panie, wszyscy, którzy Cię opuszczają będą zawstydzeni; ci, którzy się oddalają od Ciebie, będą zapisani na ziemi… (Jr 17,13)

Ona

Czytamy, że Pan pisał tu (dosłownie, za pierwszym razem spisywał – może grzechy, może prawo?) palcem na ziemi. Mogło być tak, że stojąca przed Nim kobieta odrzuciła przykazania napisane palcem bożym na kamiennych mojżeszowych tablicach. Ponieważ natura pustki nie znosi i każdy musi żyć jakimiś zasadami, dlatego w zamian mogła mieć swoje przykazania, własne (albo przez kogoś wpojone) prawa, które były de facto zasadami demonicznymi. 

Tym razem Bóg napisał palcem na piasku. Dosłownie “żłobił” (takiego wyrazu używa Jan kiedy po raz drugi opisuje czynność, jaką wykonywał Jezus) kontury – liter, ludzkiego życia. Innym wkładał palce w uszy, jej tylko napisał na ziemi.

Jakie mogą być przykazania pisane ludzkim palcem? Podaję niektóre, za O. Augustynem Pelanowskim (“Wolni od niemocy”):

Nigdy nie krytykuj tatusia i mamusi; jesteśmy nieomylni!

Nie wolno ci sprawiać żadnej przykrości babci, zawsze jej przytakuj!

Rób co chcesz, ale nie wolno ci podpaść w szkole. 

Nie pokazuj się w domu, jeśli nie będziesz miał najlepszych efektów.

Bądź ambitny – jeśli nic nie chcesz osiągnąć, nie liczysz się również dla mnie. 

Musisz być źródłem zadowolenia dla rodziny, ale dotychczas nigdy ci się to nie udało. Próbuj, może ci się uda. Masz jednak małe szanse…

Nie możesz mieć własnych pomysłów na życie. Rób to, co mówimy.

Praca jest najważniejsza.

Żyję po to, aby inni byli ze mnie zadowoleni.

Nie nadaję się do niczego.

Nie proś nigdy nikogo o pomoc, miej swój honor.

Nie wolno ci się mylić.

Będziesz wyprowadzony z równowagi ilekroć coś ci się nie powiedzie.

Będziesz obwiniał bliźniego swego jak siebie samego.

Nie będziesz siebie samego kochał, ani nigdy sobie wybaczał.

Będziesz zawsze oczekiwał, żeby wszystko było inaczej, niż jest i zawsze miał złe nastawienie do rzeczywistości.

Będziesz żądał miłości i aprobaty od każdego za wszystko.

Będziesz  unikał  stawiania  czoła  trudnościom życia, pamiętając, ze nie możesz się zmienić, jesteś bowiem zdeterminowany przez swoją przyszłość

Nie odchodź nawet na chwilę od twoich problemów.

Będziesz biernie czekał, żeby szczęście przyszło do ciebie i masz nie wierzyć w to, ze przyjdzie.

Warto je spokojnie przeczytać, aby rozpoznać jak bardzo żyjesz tymi “prawami” zamiast Słowem Boga. A tylko Ono daje życie. Ludzkie zasady przynoszą śmierć, jeśli postawi się je na najważniejszym miejscu. Nie przynoszą one takiego światła, jakie daje Ten, którego Symeon nazwał Wschodzącym Słońcem! 

Czy prawda o tobie, zapisana palcem Bożym w twoim sercu, w życiu, w Słowie (w którym, jak ufam, się przeglądasz) jest ci bliska? 

A może wypierasz ją aby zrobić miejsce dla własnych zakłamanych dekalogów, praw wynikających z ludzkich doświadczeń, często będących przykrywką dla nieprawości, do których nie chcesz się przyznać?

On

Bardzo bliskie jest mi to, jak jest ukazany Jezus w tej scenie. Z jednej strony kłębi się zgraja podekscytowanych złością i cwaniactwem mężczyzn, a z drugiej pochyla się nad ziemią (a może i nad rzuconą pomiędzy nich wszystkich cudzołożnicą) pełen spokoju Pan.  Chrystus jest tu Światłem, o które rozbija się kamienna masa ciemności utkanej z żądz, chorych projekcji, tajonych pretensji, frustracji, niechęci, poczucia wyższości.

Przyszli tu tłumnie po aprobatę „świątyni” dla swoich zamiarów. (…) Są pewni swej racji, bezczelni, bo bezkarni za osłoną Prawa. Zwietrzyli świeżą krew. Są natarczywi, agresywni, nawet niebezpieczni. Jezus jest sam naprzeciw tej podekscytowanej zgrai. Gdyby rzecz zasadzała się na zwykłej konfrontacji osobowości, na psychologicznej próbie charakterów, kto wie, jak by to się skończyło. Zrobił bowiem coś, czego w takiej sytuacji absolutnie zrobić nie wolno: przysiadł na jakimś stopniu czy kamieniu, a pisząc palcem po ziemi, nawet pochylił się jeszcze niżej, skulony, bez słowa. Obojętny jak kamień. Ci ludzie nie byli zbrodniarzami. Dali się tylko ponieść czemuś niedobremu. Nieczysta ciekawość, niedobre podniecenie, atawistyczny instynkt mordu, bezduszny legalizm, bezmyślność, podła satysfakcja buchnęły od nich na Niego i załamały się. Rozpękły, jak wzdęta fala załamuje się i odbija od skały tkwiącej u brzegu, rozpryskując się na tysiączne bryzgi wody. Odmawiając nawet pozoru uczestnictwa w tej nawałnicy mrocznych emocji, Jezus sprawił, że wyhamowała, a oni w nowym świetle – świetle, którego tylko On był źródłem – zobaczyli siebie, swoje postępowanie i winę tej kobiety. W świetle, bo to za sprawą Światła mrok ustępuje, rozprasza się i ginie. (Maria Szamot, Chcę widzieć Jezusa)

Panie, niech na Twoim świetle zawsze rozbija się plątanina moich żali i pretensji, skorupa moich lęków zamienionych w emocjonalny masyw! Niech światło Słowa zawsze ma moc laseru tnącego to, co najtwardsze we mnie!

Niech pozostanie tylko nas dwoje – moja nieszczęsna dusza, miłośnica resztek miłości; i Ty – miłośnik nędznej duszy. Jak ujął to św. Augustyn, Relicti sunt duo, misera et misericordia („pozostało ich dwoje: nędzna i miłosierdzie”).

Niech cudzołożna moja dusza stanie się – w spotkaniu z Chrystusem – Oblubienicą! Pochwyć ją, Panie. Już nie grzech, ani demony, ale Twoja łaska niech ją pochwyci i zdobędzie.

A stać się tak może dzięki Eucharystii – tu jest brzask, Światło zstępujące z Góry Oliwnej, aby nauczając oświecić sumienie i dodać otuchy.

Chodźcie w światłości, by was ciemność nie pochwyciła (J 12,35)

Oto rzecz nowa! Wciąż nowa!

O szaleństwie wyjścia z bezsensu.

Dotykamy obecnie wielu kryzysów – kryzys ekonomiczny, kryzys autorytetów, kryzys kapłaństwa, kryzys ojcostwa i męskości, nawet kryzys macierzyństwa i kobiecości. Zewsząd słychać o przeróżnych chorobach duszy (są i inne, ale tamte zawsze są mniej ważne), które – Ciebie i mnie, i innych dookoła – dotykają i degenerują. Widzę Ciebie i Tobie podobnych, młodych ludzi, którzy zniszczeni skutkami owych kryzysów wpadają w obojętność, bezsiłę i gorzkie odrętwienie. Znieczulani mediami, ogłupieni mnogością bodźców, zajęci coraz to nowymi rozrywkami, przedłużają swoją ni to młodość ni to dzieciństwo – nieustanną niedojrzałość! – doświadczając jednocześnie potwornego bezsensu życia i demonicznej pustki.

Postawieni przed wyborem drogi życiowej stoją na rozdrożu sparaliżowani, bezdecyzyjne. Nie ciągnie ich ani małżeństwo (chyba, że poprzez zaspokojenie własnych pożądliwości, ale i to można swobodnie dziś realizować bez większych zobowiązań, lub – proszę wybaczyć dosadność – na własną rękę…), ani kapłaństwo, czy stan zakonny (bo przeraża perspektywa rezygnacji z własnej woli). Boją się popełnić błąd, a jednocześnie wolą bezruch i stagnację, nawet jeśli skutkuje ona rozpaczą. Boją się błędu, dramatycznie błądząc. Nie potrafią sami z siebie wejść w odpowiedzialność za kogoś. Chcieliby znaleźć lekarstwo na swą samotność, ale natura ich – ukształtowana w narcystycznym świecie egotyzmu – wzdraga się, przed perspektywą ofiary i uczynienia ze swego życia daru. A przecież nie ma miłości bez postawy daru z siebie!     

I to jest najpoważniejszy kryzys.

Tkwisz w nim?

Drugi jest podobny – brak ufności, niewiara, beznadziejna perspektywa smutnego hedonizmu i pogoni za wiatrem w świecie bez Boga.

„Sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj…”

Jeśli, choć trochę dostrzegasz to, o czym mówię – zaufaj Temu, który ma moc wyprowadzić człowieka z każdego kryzysu. I choć przeciwnik będzie pokazywał tę drogę w wykrzywionym zwierciadle – nie bój się, nie bój się trudu. Większego nieszczęścia będziesz doświadczał trwając w egotycznym pilnowaniu największego skarbu jaki masz – samego siebie.

Dlatego trzeba zrobić to, czego tak się bał smutny bogaty młody człowiek z Ewangelii.

Trzeba rozdać najcenniejsze.

Znasz przykazanie miłości Boga i bliźniego. Wszyscy znamy. Nie trzeba być prymusem z religii, lub członkiem jakiejś wspólnoty, aby je znać. Ale przykazanie to nie może pozostać na poziomie sloganu, czy niewiele znaczącego hasła. Musi zostać wyrażone w konkretnym czynie! I to nie jednym! Dopiero wtedy może stać się znakiem i świadectwem dla niewierzącego w miłość świata. A my sami jesteśmy jego cząstką i sami potrzebujemy – i Ty i ja – takiego znaku. 

Potrzebujemy świętych – a przynajmniej tych, którzy nie boją się o świętość zawalczyć!

Kto z nas w dzisiejszych czasach nie jest mniej lub bardziej zraniony przez brak miłości, życiowe frustracje i zniechęcenia, przez rany wyniesione z dzieciństwa? Kto, no powiedz mi, kto? Kto z nas wyszedł bez szwanku z kryzysów rodzinnych, z cyklonu rewolucji seksualnych i kulturowych? (O. Daniel-Ange)

Okopujemy się, barykadujemy, opancerzamy – strach o siebie jest zaraźliwy!

Każdy z nas jakoś wątpi w miłość czystą, szlachetną, uczciwą, pełną i porywającą. Jesteśmy zranieni niewiarą w to, że warto dać siebie. To zranienie przeżywają zarówno małżonkowie jak i bezżenni. Kapłani i świeccy. Widząc trudne obowiązki wynikające z miłowania zapominamy o mocy jaka płynie z naśladowania Chrystusa. 

Boimy się, że dając siebie nic nam nie zostanie dla nas samych. Zapominamy, że Chrystus o nas zadba lepiej niż my sami o siebie. 

Boimy się, że okażemy naiwność nie szukając zemsty, czy okazując życzliwość. Zapominamy, że tylko takie życie jest drogą do prawdziwego szczęścia – życia Błogosławieństwami. 

Boimy się, że nie damy rady tak żyć. Zapominamy, że myśląc w ten sposób zadajemy kłam wierze w Łaskę.

Słowo

Zapominamy też co, tak naprawdę, jest istotą wezwania Bożego dla tych, którzy chcieliby nazywać się “małą trzódką”. A przecież św. Paweł przypomina:

Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem. (Kol 3,16)

Jakie Słowo? Może to?

Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! (Łk 12, 32-34)

Sprzedajcie, oddajcie, poświęćcie coś dla skarbu, jakim jest Królestwo! Oddaj siebie dla skarbu, jakim jest Miłość! Zamień skarb egotycznych rojeń na skarb z ręki Chrystusa! Nie żałuj Mu siebie!

Czy chcesz?

Boisz się? Nie wierzysz? Myślisz, że nie dasz rady?

Musimy uczynić ewangeliczne słowa o miłości Boga do nas i o miłości bliźniego – wiarygodnymi! Nikt tego za nas nie zrobi. Nikt tego nie zrobi za rodziców wobec dzieci i małżonków wobec siebie nawzajem. Nikt inny nie może też tego uczynić wobec naszych poranionych serc. Inaczej będziemy wiecznie nieszczęśliwi. Bóg pragnie, aby nasze serca leczyć wzajemną miłością. To najlepsza psychoterapia!

Czy chcesz, aby Twoje serce tak było leczone i tak leczyło innych?

W świecie pełnym samotności i opuszczania siebie nawzajem, napęczniałym jadem zdrad i oszukiwania, udawania i obłudnych uśmiechów, chowanych skrzętnie i żywionych uraz, odczuwalnej na co dzień przemocy i władzy nie mającej nic wspólnego ze służbą, emocjonalnych szantaży i nieustannych manipulacji, mylenia dobra z utylitaryzmem – potrzeba, jak ożywczego haustu świeżego powietrza, ludzi miłości, którzy będą żywymi znakami nadziei i strażnikami Niewidzialnego! 

Miłość musi być wielkoduszna, obfita, wypływająca z serca zachwyconego Panem, który oddał się nam w taki sam sposób! Takich serc pragnie Bóg!

Czy chcesz, aby i Twoje serce było takie?

Miłość dąży do tego, aby była czysta, czyli także bezinteresowna. Bez liczenia na odpłatę i wzajemność. Bez szukania korzyści za własne cierpienia, zranienia i trudy. Bez życia według zasady “coś za coś”, której drugą stroną jest prawo “oko za oko, ząb za ząb”. Czysta, czyli ukierunkowana na Pana, i ze ze względu na Pana. Tylko On i Jego Królestwo są jedyną zasadą, jedyną racją bytu takiego miłowania. Żaden człowiek, żadna przyjemność, żadna satysfakcja, żadne samozadowolenie. Kocham, bo Pan tak chce!

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie? 

Miłość musi być zawsze przebaczająca, tak, aby nikt nie miał wątpliwości, że gdy przyjdzie prosić Cię o przebaczenie, to otrzyma przygarnięcie “w imię Jezusa” i doświadczy radosnej (a nie niechętnej, z musu, “przez zęby”) akceptacji! W ten sposób stajesz się świadkiem Miłosierdzia, którego sam potrzebujesz! Miłość też zawsze prosi o przebaczenie, pamiętając, że jest pokorną służebnicą dusz ludzkich i tego, co chce nasz Pan. W ten sposób człowiek staje się rycerzem miłosierdzia! Walczy z sobą w obronie tego przymiotu Boga! Chrystus, który lubi przebaczać, pragnie serc ukształtowanych na Jego wzór, a nie na wzór zranień, lęków i grzechu. 

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie?

Miłość odkrywa jakiś rodzaj para-sakramentu w drugim człowieku – w bracie i współmałżonku. Sprawia, że wiesz, iż bez drugiego nie możesz dojść do świętości. Jest Ci niezbędny jak powietrze, bo bez niego nie możesz oddychać Bogiem. Spodobało się bowiem Panu zbawić nas we wspólnocie. Widząc brata, dostrzegasz dzieło Boga, wyrażające się w miłości Chrystusa i Jego posłuszeństwie Ojcu. Ponieważ Pan mieszka w sercach swoich wiernych, dlatego serce twego brata, siostry, współmałżonka to miejsce, w którym mieszka Pan!

Bóg pragnie serc, które będą miłowały bliźniego widząc w tym spotkanie z miłością Trójcy.

Czy chcesz, aby Twoje serce było takie?

Jest miłość i oddanie wyrażające się w radykalnie przeżywanej czystości. Jej radykalizm wiąże się nie z tym, że żyje się we wstrzemięźliwości seksualnej (bo ona obowiązuje wszystkich ochrzczonych nie będących małżonkami, a ich także w pewnych sytuacjach), ale w tym, że oddaje się siebie na wyłączność Panu, rezygnując z przyrodzonego prawa dysponowania sobą. Jest to “bezżenność dla Królestwa”, o której wspomina Chrystus w Ewangelii. Celibatariusz staje się więc świadkiem Królestwa, o którym Chrystus mówi, że “już jest pośród” nas.

Świadek Królestwa!

Potrzeba – jak by powiedział O. Ange – strażników poranka! Ludzi zapatrzonych w wieczność, w nadzieję, w szczęście niekoniecznie “tu i teraz” ale to, które otrzymamy z ręki w Pana w Jego Domu. Wtedy, gdy urzeczywistni się Królestwo w całej swej pełni!

Strażnik to ktoś kto wpatruje się w dal i… czeka. Cierpliwie i z nadzieją. Czuwa i rozpoznaje wroga. Jest dla innych. Składa ofiarę nieprzespanej nocy, godzin czuwania, byle tylko ochronić tych, którzy mu się powierzyli.

Gdy stajesz się świadkiem Królestwa Bożego, wtedy Twoje ciało jest świadkiem obecnego a zarazem przychodzącego Pana! Już nie własnych zranień! Nie pychy czy niespełnionych mrocznych pożądań! Nie świadkiem wiecznego nienasycenia, ale Tego, który przychodząc, odmieni niebo i ziemię!

Niewiele jest rzeczy w życiu, którym świadomie nadajesz (albo odkrywasz dla nich) sens. Wchodząc w poświęcenie siebie przywrócisz rajski charakter nie tylko przeżywanej w sposób naturalny czystości, ale także wszystkiemu co Cię stanowi. Wyrywasz się z egoistycznej, obojętnej na wolę bożą i prawdziwe potrzeby bliźnich egzystencji. Każdego dnia musisz sobie uświadamiać po co i dla kogo żyjesz, wstajesz z łóżka, przekraczasz się i trudzisz. I dostajesz do robienia tego wszystkiego Łaskę! Co więcej, to wszystko – cały wysiłek i zmaganie – jest potrzebne! Ma sens! 

Miłość jest odpowiedzią na dar, który pochodzi z ręki dobrego Boga. Pan, pragnąc gorąco złączyć się z Tobą w wieczności (po to żyjesz!), udziela Ci łask, które nie są “prezentami” w naszym rozumieniu (czyli niewiele znaczącymi zabawkami, dla naszej uciechy lub przyjemności) ale darami, mającymi dopomóc osiągnąć cel ostateczny. W jakimś kontekście bracia i siostry również są takim darem, który domaga się odpowiedzi. Obojętność w tej materii jest czystą niewdzięcznością wobec Pana, który chce nauczyć nas miłości i wyprowadzić z egotycznej “wsobności”.

Braci i siostry (we wspólnocie, lub zakonie) nie wybiera się (nawet jeśli się wybiera!), lecz otrzymuje. Otrzymuje! Z ręki Boga!

Gdyby to od nas zależało, bardzo możliwe, że nigdy nie wybralibyśmy sobie tych konkretnych ludzi do dzielenia z nimi wiary, a może i życia. Choć mogliśmy zostać pociągnięci przykładem niektórych z nich. Paradoksem pozostaje, że ten sam brat, którego świadectwo mogło pociągnąć dziś jest dla Ciebie kimś odpychającym i trudnym… Ale właśnie tego brata wybrał dla Ciebie Pan! Czy przyjmujesz go, jako dar Serca Bożego? Szczególnie – czy przyjmujesz tego, którego nigdy byś z pewnością nie wybrał?! Z którym wolałbyś nie zadawać się na co dzień?

A dlaczego Pan wybrał właśnie tych, a nie innych? Cóż, odpowiedź na to poznasz w pełni już w Jego Domu.

Żona, dziecko, brat, siostra, przyjaciel, kolega — kada z tych osób została Ci powierzona i z każdej zdasz sprawę przed Obliczem Pana. Co robisz, aby wzrastała miłość w drugim człowieku? Tego nie osiągnie się przez pouczanie i strofowanie, przez obrażanie się i krzyk, przez oczekiwania i fochy. Trzeba się z ufnością (i odważną świadomością własnej bezbronności) zaangażować! Trzeba siebie dać! Przecież nie można być mężem czy żoną na pół gwizdka! Tak samo – nie można kochać braci tylko na kilkadziesiąt procent! 

Miłość sprawia, że zaczyna się traktować drugiego jak cenny klejnot, dany z Bożego skarbca – z samego przebitego Serca naszego Pana. A ponieważ każdy jest niepowtarzalny, to każdy jest skarbem jedynym w świecie!

Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. (Łk 12, 32-34)

Czy na te boże dary – którym także jesteś dla innych – nie należy odpowiedzieć? Jak? Darem z siebie!

Chcę widzieć świadków!

Potrzebujemy – ja potrzebuję! – kochających się małżeństw i kochających się wspólnot! Małżonków będących znakami bożej cierpliwości i troski, przekraczających siebie i przyjmujących siebie nieustannie – ze względu na miłość, jaką sam Pan ich obdarzył. Braci znoszących swoje braki, ograniczenia i nieumiejętności, szukających okazji do wybaczenia sobie nawzajem (Wyobraź sobie – przeżywać wieczór tak, jakbyś miał zobaczyć już ranek w innym świecie. To zmusza do przebaczenia, bo uświadamiasz sobie, że możesz już nie mieć na to okazji!), wyrzekających się uprzedmiotowienia drugiego człowieka, rezygnujących z szukania kogoś “dla siebie” na rzecz bycia “dla bliźniego”.

Czy chcesz dać siebie?

Czy zechcesz dać się posolić Duchowi św., aby stać się solą dla braci? Czy dasz się zapalić, aby być światłem dla nich? Bez pychy i arogancji oraz poczucia wyższości. Z pokorą godną Chrystusa, naszego Pana i Sługi?

Czy chcesz przyjąć drugiego jako sól i światło na Twoje obecne życie? Z pokorą Maryi, Służebnicy Pańskiej?

O. Daniel-Ange tak wspominał wypowiedź pewnego młodego człowieka, dającego rok swego życia Szkole Ewangelizacji Jeunesse-Lumiere:

Kiedy mój brat staje w prawdzie w swoim życiu, moje życie zostaje oświetlone! 

Wielokrotnie widziałam jak potwierdzała się słuszność tych słów. Widziałem, jak odkłamywanie swego życia, codziennych fałszów i ucieczek, nazywanie swych błędów – otwierało serca innych, kruszyło ury między ludźmi i owocowało autentyczną (choć może nieco szorstką, myślę tu bowiem o braciach, siostry chyba mają inaczej…) radością miłowania!

Kto zechce dać życie, “aby byli bracia”? Aby tak kochać?

Ktoś powie – to trudne. Tak. Ale taką drogę wybrał Chrystus!

On cię nie oszczędza. Ale dlatego, że chce, by twoje serce żyło. Jednak do tego trzeba być świętym! To prawda. Twoja świętość to jedyny problem. I pełnia: z faktu bycia oskarżonym, prześladowanym, wykluczonym, wypędzonym, obrażanym, nienawidzonym — On odważył się wydobyć… szczęście! Ośmielił się prosić, by wtedy „tańczyć z radości”. To szaleństwo! Oczywiście, ale miłość albo jest szalona, albo jej nie ma. (O. Daniel-Ange)

Czy zniesiesz to szaleństwo?!

Czy chcesz stać się tak głupim (pamiętasz co św. Paweł mówił? Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata!), aby w to uwierzyć i za tym pójść?

O drodze do Ojca.

Jezus odpowiedział Tomaszowi: “Ja jestem drogą, prawdą i życiem; nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze Mnie. Skoro Mnie znacie, poznacie i mojego Ojca; odtąd też Go znacie – i zobaczyliście Go.” Wtedy Filip wtrącił: “Panie, pokaż nam Ojca, a [to] nam wystarczy”.

(J 14,6-8)

Jezus jest drogą, po której idzie się do Ojca. 

Ojca, czyli Stwórcy i do tego, kto troskliwie kocha każdego człowieka.

Bez spotkania z Jezusem, bez spotykania Go, bez poznawania Go, bez tracenia czasu dna Niego, bez miłości do Jego słów i czynów – nie ma spotkania z Bogiem. Pozostajemy wtedy sierotami karmiącymi się tym, co świnie. Samotni. Niezrozumiani. Z niepokojem w sercu.

Tą droga wiedzie przez sakrament pojednania.

Ale czy tzw. człowiek współczesny chce w ogóle przyjść do Ojca? Czy nie woli pozostać samoubóstwiającą się sierotą? Być może za bardzo pokochaliśmy pyszne samostanowienie i aroganckie mędrkowanie oparte na tych kilku odkryciach, jakie dane jest nam poczynić w ciągu życia – na tych kilku zabawkach nauk szczegółowych, które nas podniecają odbierając mądrość miłości i racjonalność pokory. Zbyt wierzymy własnym doświadczeniom – czy to czysto emocjonalnym, zmiennym jak poranna rosa, czy też naukowym, będącym złudnym zastępnikiem dogmatu –  żebyśmy z łatwością mogli po prostu przyjąć to, co Ojciec w Swoim Synu zechciał nam objawić.

Filip chociaż prosił, aby Jezus wskazał Ojca. My, jeśli szukamy, to chcemy odnaleźć ojca w marzeniach, opartych na wymyślonych więziach relacjach, lub nadając drugiemu człowiekowi upragnione ojcowskie cechy. Jednak nie pozwolimy na prawdziwą miłość, której podstawą byłoby powierzenie siebie. Nie. Narcystyczny chrześcijanin ucieka od złożenia siebie w ofierze. Pragnie siebie mieć nic nie dając, lub dając niewiele.

Ojciec jest w ukryciu, ale jedyną drogą do Niego jest Jego Syn. Ci, którzy Mu zaufają i pozwolą się przemienić na Jego podobieństwo, ci dopiero mogą stać znakami Ojca dla zgłodniałego miłości bliźniego. Taką drogą przeszli Apostołowie, na których świadectwie się budujemy.

Jak szedłeś dzisiaj tą Drogą?

O wylaniu krwi.

Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz kładzie swe życie za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, gdy widzi nadchodzącego wilka, porzuca owce i ucieka; wilk zaś porywa je i rozprasza. Jest on bowiem najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem, znam swoje [owce] i moje Mnie znają. Tak jak Ojciec Mnie zna, tak i Ja znam Ojca i swoje życie kładę za owce. (J 10,11-15)

Zaprawdę, zaprawdę mówię wam, jeśli ziarno pszenicy, które wpadło w ziemię, nie obumrze, pozostaje samo. Jeśli zaś obumrze, przynosi obfity plon. Kto jest przywiązany do swego życia — traci je, kto ma swoje życie w nienawiści na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Jeśli ktoś chce Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. Jeśli ktoś Mi służy, Ojciec będzie Go darzył czcią. (J 12,24-26)

W Chrystusowej mowie o Dobrym Pasterzu dwa razy się powtarza termin – “kłaść (dać) życie”. Straci życie ten, kto jest do niego przywiązany. Kto je nienawidzi (brzydzi się nim, nie kocha) ten je zachowa na wieki. Trzeba je więc oddać – Bogu! Ofiarować! Konsekrować! Poświęcić!

Grecki wyraz “życie” oznacza także “duszę”. Życie, dusza, krew. Wszystko to może być zatrute i może być dalej przekazywane zatrute, ale można to – dać. Ofiarować. Konsekrować. Poświęcić!

Jak patron dzisiejszego dnia.

Wojciech dawał życie za każdym razem. Radykalnie podchodził do wszystkiego, co robił, widząc w tym wolę Bożą – jako kapłan, biskup, benedyktyn, intelektualista, misjonarz. Spalał się na wszystkich tych polach, nie widząc jednakże owoców swego posługiwania. Po ludzku nic mu się nie udawało.

Aż wreszcie – ostatecznie – wylał swoją Krew (być może zmieszaną właśnie z Krwią swego Pana) w męczeństwie. Oddał. Ofiarował. Konsekrował. Poświęcił.

W ogłoszeniu promującym honorowe krwiodawstwo czytam:

Jeśli jesteś zdrowy, nie zwlekaj z decyzją – oddaj krew.
Twoja krew może uratować życie drugiemu człowiekowi!

Jakieś to prawdziwe!

Jak bardzo potrzeba, aby Kościół miał odwagę wołać dziś (wbrew wszystkiemu i ponad wszystko), za św. Janem Pawłem II:

Młodzi, czy jesteście gotowi umrzeć dla Chrystusa?

Możesz swoją zatrutą krwią (zainfekowanym życiem) zatruć innych, ale możesz też – po eucharystycznej transfuzji – uratować innych z najbardziej śmiercionośnego wirusa. Z braku miłości.

Nie ochraniaj siebie.

Pozwól się zniszczyć i zużyć jak Hostia w Komunii. Jak Ja na Golgocie.

Abym Ja żyjąc w tobie i ofiarując się w tobie zmartwychwstał i żył w nich – w tych, którym pozwolisz, aby czerpiąc z ciebie unicestwiali cię w twej doczesności istnienia.

Prawdziwa Komunia to umieranie dla świata, by żyć dla wieczności, by dać życie innym. Komunia człowieka z Bogiem to przeistoczenie. O ile jest to Komunia prawdziwa – nie pozorna. Ja przyjąłem komunię z tobą i z każdym, gdy stałem się Człowiekiem. I jestem, abyś ty przyjęła Komunię ze Mną. Nie tylko tą zewnętrzną, ale komunię duszy, serca, umysłu, ciała – wszystkiego, czym jesteś?

(P. Jezus do Alicji Lenczewskiej)

A w innych prywatnych orędziach Pan miał powiedzieć:

Po Komunii św. Moje Ciało i Moja Krew znajduje się w waszym ciele. Moja Krew łączy się z waszą krwią i krąży po całym ciele. Macie w sobie najwyższe dobro, źródło życia wiecznego, uświęcającą siłę, której kropla zbawia i uzdrawia miliony dusz.

Moc Mojej Krwi jest dla was nie do  wyobrażenia. Wszystko, co udaje się wam uzyskać od Mojego Wszechmogącego Ojca, uzyskujecie dzięki tej Krwi, na mocy której zostały wam otwarte bramy Nieba i łaski Nieba. Każda prośba jest prośbą o Moją Krew bo to ona wyprosiła wam wszystko. (…)

Podczas każdej Mszy św. znajdujecie się pod Moim krzyżem. Z tego krzyża płyną na was strumienie Mojej drogocennej Krwi. Kto pod tym krzyżem stanie i z uwielbieniem będzie tej Krwi oczekiwał, uzyska przebłaganie mocą tej świętej Krwi.

Jesteśmy chorzy – na brak miłości, na brak radosnego dawania własnej krwi, na chorobę egotyzmu, narcyzmu i demonicznej pychy. Nie chcemy dawać siebie. Dlatego też, stojąc na eucharystycznej Golgocie wołamy z głębi trzewi, krzykiem wszystkich naszych ran grzechowych, przez ból, jaki sprawiliśmy innym, zza pobudowanych przed bliźnimi murów – Jezu! Uzdrów nas! Wlej nam swoją Krew w nasze żyły i tętnice! Daj nam swego Życia! Swego Tchnienia!

Nie myśl o swojej ścieżce zawodowej – myśl o Drodze do Ojca. Przecież tak za Nim tęsknisz!

Nie myśl o studiach, czy maturze – myśl o uświęconym Łaską oddaniu siebie Panu!

Nie myśl o tym, czy dasz radę, czy Ci się usa (obojętnie co dobrego zamierzasz) – myśl o szalonym pragnieniu kochającego Cię Zbawiciela!

Król pragnie Twego piękna…

On twoim Panem…

Oddaj Mu pokłon…

Kto – dla Niego – będzie świętą matką, przelewającą krew w bólach porodu, powołując do życia kolejne dzieci?

Kto – dla Niego – będzie świętym ojcem, ugiętym pod brzemieniem ciężkiej pracy i troski o najbliższych?

Kto – dla Niego – wyrzeknie się ziemskiej rodziny, aby stać się znakiem wiecznej Miłości?

Kto – dla Niego – zgodzi się przelać własną krew?

O zwątpieniu, nie będącym drogą wiary.

Dziś rano przeczytałem facebookowy wpis jednego z publicystów, będący komentarzem do niedzielnej Ewangelii. Komentarzem, muszę to przyznać, niezwykle inspirującym…

Napisał on między innymi:

Są takie rzeczy, których nie da się przyspieszyć. Historia Apostołów z dzisiejszej Ewangelii, którzy „zrozumieli” pewne rzeczy po długiej drodze, a potem jeszcze dochodzili do pojmowania ich lepiej jest tego znakomitym przykładem.  Zrozumienie, nadanie sensu, jego odkrycie, doświadczenie działania Boga w ciemności, tragedii, samotności naszego życia to nie jest coś, co można na sobie czy tym bardziej na innych wymusić, co można im przedstawić do wierzenia. (…)
Pokój, zrozumienie, oswojenie przychodzi po wielu latach, a czasem dopiero nadejdzie. Zwątpienie, szukanie, szamotanie się w wątpliwościach to jest droga wiary.

Przeczytałem i choć w pierwszej chwili pokiwałem ze zrozumieniem głową nad współczuciem, z jakim ów intelektualista pochyla się nad ludzkim zwątpieniem, to jednak uznałem, że należałoby zaprotestować. Bo przecież Chrystus mówiący do Apostołów “Pokój wam!”, nie mówi o czymś, co dopiero nadejdzie, nie kusi ich żmudną wizją odległego pokoju serca, ale udziela im Daru, który jest na wyciągnięcie ręki. Łaska i wiara spotykają się ze sobą.

To prawda, że nie da się przyspieszyć wędrówki drogą paschalną. Trzeba przejść przez wszystkie stacje swoistej Via Crucis (musimy podążyć za Panem przez Krzyż, co nie znaczy, że mamy się tego bać i przed tym jakoś bardzo uciekać), aby wreszcie obumarł w nas stary człowiek. Podobnie było w przypadku Apostołów – dotkniętych lękiem i nieumiejętnością zebrania na nowo własnego doświadczenia, by pogodzić je z proroctwami Pisma i zapowiedziami Ukrzyżowanego. Zrozumienie przyszło do nich jednak nie drogą przemyśleń i kontemplacji własnych mroków, ale poprzez przylgnięcie do Żyjącego. 

Niektórzy twierdzą, że odkrycie sensu tragedii i samotności naszego życia nie jest czymś, co naturalnie wynika z prawd przedstawionych przez Kościół do wierzenia. 

To nieprawda. 

Rozjaśnienie ciemności Wieczernika następuje od razu, gdy staje w nim Zmartwychwstały. 

W końcu ukazał się samym Jedenastu,
gdy siedzieli za stołem,
i wyrzucał im brak wiary oraz upór,
że nie wierzyli tym,
którzy widzieli Go zmartwychwstałego.
(Mk 16,14)

Nie uwierzyli, czyli – “nie chcieli uwierzyć”, a nie “nie mogli”. Mieli – dosłownie – “zatwardziałe serca”. Gdyby nie byłoby to zależne od ich woli, wówczas nie spotkaliby się z wyrzutem.

Św. Łukasz zaś zwraca uwagę na inną reakcję uczniów:

Oni natomiast, przelękli i przestraszeni
myśleli, że widzą ducha.
Lecz On zapytał ich:
Dlaczego jesteście zaniepokojeni
i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? (…)
A gdy oni nadal nie wierzyli
z powodu radości i zdumienia,
powiedział do nich:
Czy macie tu w tym miejscu coś do jedzenia?
(Łk 24,37-38.44)

Upór prowadzący do niewiary zrodził się na bazie lęku, poczucia bezsensu, zaniepokojenia i zdziwienia. Cokolwiek nie przeżywali Apostołowie prowadziło to nie do przylgnięcia do Pana, ale do niewiary i niechęci do podążania za proroctwami Pism.

Wielu by wolało dziś uwznioślić niewiarę i szamotanie się w wątpliwościach. Niczego takiego jednak nie znajdziemy w Ewangeliach, zwłaszcza tych, mówiących o Zmartwychwstaniu. Ciemność nie jest drogą wiary, wręcz przeciwnie, jest owej wiary zaprzeczeniem, niezależnie od tego, co tę ciemność wywołuje. I to wyrzucał Apostołom Zwycięzca śmierci.

Postawa Apostołów nie ma też nic wspólnego z tym, co później św. Jan od Krzyża określił mianem “nocy ciemnej”. Wątpliwości nie są światłem, wręcz przeciwnie. Może nim być, co najwyżej, pragnienie Boga i pragnienie wiary. Niczego takiego jednak nie odnajdujemy w doświadczeniu zamkniętych w Wieczerniku uczniów.

Masz więc do wyboru – medytować nad sobą, kontemplując własne zagubienie, poczucie braku sensu, miałkość wysiłków; albo wpatrzeć się w Zmartwychwstałego, przylgnąć do słów Ewangelii i zaufać nim bardziej niż sobie. To pierwsze prowadzi do nieustannego zwątpienia i trwania w skupieniu na sobie, to drugie do otwartości i miłości, polegającej na wyjściu z siebie. 

Wszyscy Ojcowie Kościoła, ze św. Augustynem na czele, uczyli, że wiara niesie ze sobą wyzwolenie ze zwątpienia (które klasycznie było pojmowane jako dzieło diabła) i całkowitą pewność nauki Ewangelii. Na przekór tego wielu współczesnych intelektualistów deklarujących swój katolicyzm, coraz mocniej poddaje się umiłowaniu zwątpienia. Widzą w nim swoistą ścieżkę ku wierze, co jest charakterystyczne dla umysłu dotkniętego “nową teologią”. Tak opisywał to zjawisko Paweł Lisicki w książce “Dogmat i tiara”:

W myśli heterodoksyjnej tym, co najważniejsze, jest nie zawartość wiary, nie jej treść, nie posłuszne przylgnięcie do tego, co objawia autorytet, ale uznawanie i przeżywanie. (…) Nagle okazuje się, że źródłem wiary jest moja wola, żeby wierzyć, wola, która ustanawia to, co jest, mimo że tego czegoś nie widzę.

Człowiek w ten sposób rozumujący, nie wierzy Bogu, ale w przede wszystkim sobie samemu, ponieważ przylega do dogmatów wiary nie dlatego, że są objawione przez Boga, ale dlatego, że wydają się słuszne jemu, jego rozumowaniu czy szeroko pojętej wrażliwości. Oś religii przenosi się więc między skrajnościami – od Słowa Boga do słowa człowieka. Tak rozumiana wiara, jak pisze Lisicki, to:

raczej egotyczne uniesienie, to raczej pełne pychy zauroczenie się sobą i własnymi wątpliwościami niż to, co zwykło się określać wiarą.

Taki sposób przeżywania, a przede wszystkim – rozumienia wiary, wydaje się być dzisiaj “na topie”. Wiara staje się zależna nie tyle nawet od przeżywanych przez człowieka ciemności, co od samego “ego” owego człowieka. Jej źródłem jest subiektywne “poczucie” – czy to pozytywne, czy to negatywne – a nie obiektywny fakt rozumnego skonfrontowania się z prawdą, z Chrystusem, z faktem Jego zmartwychwstania. Ciemności Wieczernika rozproszył Ten, który wstał z grobu, a nie smutne rozmyślania zagubionych uczniów. Chrześcijanin nie jest sobą, gdy trwa w nieustannym zwątpieniu. Zaczyna nim być, gdy skłoni się ku przyjęciu świadectwa Apostołów i milionów ludzi, którzy swoim życiem – i śmiercią! – poświadczyli o prawdziwości Ewangelii.

« Older posts Newer posts »

© 2022 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑