Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Kategoria: Rozważania rekolekcyjne (page 2 of 3)

Na polu próżniaka – lenistwo.

Szedłem koło POLA PRÓŻNIAKA i koło WINNICY NIEROZUMNEGO: a oto wszystko zarosło POKRZYWĄ, CIERNIE całą powierzchnię pokryły, KAMIENNY MUR jest rozwalony. Zwróciłem uwagę, spojrzałem, zobaczyłem i wyciągnąłem naukę: [jeszcze] trochę SNU i trochę DRZEMKI, trochę ZAŁOŻENIA RĄK, aby spocząć, a przyjdzie na ciebie nędza jak ktoś bezczelny i niedostatek jak rozbójnik (Prz 24,30–34).

Pole to miejsce pracy, coś co daje pokarm utrzymujący przy życiu Ciebie i Twoich bliskich – możesz to rozumieć także w sensie duchowym. Pole próżniaka jest zaniedbane, wyjałowione, nieowocne, martwe. 

Może przestrzeń Twojej pracy już nie przynosi owocu, bo nie angażujesz się w ten trud tak, jak niegdyś. I bynajmniej nie chodzi o nawrót pracoholizmu, ale odnalezienie w sobie chęci do walki, do ścierania się, do zmagań. 

Możesz też pomyśleć o pracy nad sobą, o zmaganiach nad własnymi wadami, o trudzie wypracowywania w sobie cnót. Jeśli już to sobie odpuszczasz, to nie dziw się, że nie przynosisz owocu i doświadczasz – duchowo, emocjonalnie i intelektualnie – obumierania i wegetacji.

W języku polskim mówimy także o polu walki. Pomyśl czy o coś jeszcze (albo w ogóle) walczysz w życiu? Na czymś Ci na tyle zależy, aby zaryzykować swój czas, siły, wygodę? A może trawi Cię lęk o utrzymanie tego, co już masz, lub zostało Ci dane?

Pole próżniaka to także obraz duszy człowieka zapatrzonego w siebie, egoisty, który nie pozwala innym nacieszyć się owocami swej pracy, sobka, który nikogo nie wspomaga, nie zdobywa więc skarbów w niebie. Z pola bowiem, podczas żniw, biedni zbierali pozostałe kłosy. Uczynkiem miłosierdzia zaś było na to pozwolić. Tak się stało w przypadku Rut, której Booz kazał nawet pozostawiać najlepsze kłosy i namawiał ją, aby nie chodziłą na inne pole. Zaowocowało to nie tylko pokarmem dla głodnej Rut i jej teściowej, ale także małżeństwem Booza i Rut, odnalezieniem przez nich i Noemi sensu życia, oraz potomstwem – a w konsekwencji życiem Dawida i samego Mesjasza. 

Jakie skutki może przynieść Twoja niechęć do wysiłku, pracy, zmagań ze sobą?

Komu pozwalasz spożywać z twego pola, z owoców twego trudu?

Pamiętaj, że to, co masz, może zostać Ci odebrane…

Syjon zostanie ZAORANY JAK POLE… (Jr 26,18)

SPUSTOSZONE JEST POLE, w żałobie jest ziemia, bo zniszczone jest zboże, wysechł moszcz, zwiędło drzewo oliwne. (Jl 1,10)

Bóg nie chce, abyś zmarnował(a) swoje pole. Będzie wszystko robił, aby dać Ci do zrozumienia, że Twoim powołaniem jest uprawiać, to co Ci powierzył. Dlatego też pojawiają się trudności, zwłaszcza gdy wpadasz w bylejakość, dlatego Pan dopuszcza przykre konsekwencje Twoich zaniedbań. Dlatego zniszczone jest Twoje zboże (o ile może wyrosnąć coś na polu próżniaka) – nie czujesz smaku życia, zaczyna brakować Ci pokarmu i sił witalnych. Dlatego nie masz oliwy – narzędzi do zdobywania światła bożego, umiejętności czytania Słowa, zrozumienia swej sytuacji życiowej. Oliwa to także środek łagodzący powstałe na skórze rany i pęknięcia. Kiedy nie masz oliwy, to życie bardziej Cię boli, mocniej odczuwasz wszelkie trudne sytuacje, szybciej atakują Cię bakterie i wirusy grzechu, spada Twoja odporność na pokusy. Miałabyś to wszystko, gdybyś nie rezygnowała z trudu uprawy… Uważaj, bo pole żyznej ziemi, jaką miałaś uczynić sobie poddaną, może zamienić się w Pole Krwi, Hekeldamah, które przyda się jedynie do grzebania cudzoziemców lub zdrajców… 

Rzuciwszy srebrniki w stronę przybytku, oddalił się. A potem poszedł i powiesił się. Arcykapłani zaś wzięli srebrniki i orzekli: Nie wolno kłaść ich do skarbca świątyni, bo są zapłatą za krew. Po odbyciu narady kupili za nie Pole Garncarza, na grzebanie cudzoziemców. Dlatego pole to aż po dziś dzień nosi nazwę POLA KRWI. (Mt 27,5-8)

Rozniosło się to wśród wszystkich mieszkańców Jeruzalem, tak że nazwano ową rolę w ich języku HAKELDAMACH, to znaczy: POLE KRWI. (Dz 1,19)

***

Winnica to przestrzeń Twojej posługi, służby innym i Bogu. Winnica nierozumnego jest źle uprawiana, niezgodnie z logiką, zasadami, porami roku itp. Nie daje ona dobrego wina. Lepiej ją wyciąć, bo nie nadaje się do niczego. Albo lepiej odebrać ją głupcowi, aby nie kalał dobrych szczepów winnych. 

Młode wino w smutku, WINNICA PODUPADŁA, wzdychają wszyscy ludzie wesołego serca. Ustała wesołość bębenków, ucichła wrzawa hulających, umilkł wesoły dźwięk cytr. Nie piją wina wśród pieśni, sycera gorzknieje pijakom. (Iz 24,7-9)

Podupadła winnica także obraz braku troski o własną duszę, niechęć do trwania w winnym krzewie, jakim jest Pan, letniości życia duchowego. Nierozumny nie troszczy się o to, aby wydobywać z zasadzonych we własnej duszy owoców, które Pismo nazywa owocami Ducha św. Rosną przecież w Tobie szczepy winne sakramentów, dawana jest Ci łaska, przyjmujesz Eucharystię, Pojednanie, a u korzenia Twej winnicy jest Chrzest i Bierzmowanie. Wzmocniono Cię także sakramentem małżeństwa! Bóg w ten sposób wszczepił Cię w Swego Syna, w Jego Mistyczne Ciało – Kościół. Głupota polega na zaniedbaniu tych darów, na nie ustrzeżeniu ich, na wpuszczeniu wilków i zbójców do winnicy serca, na nieprzyjmowaniu przycinania jej pędów.

Jak dbasz o winnicę duszy i owoce, jakie ma sprawić w Tobie łaska sakramentów? Jak smakuje Twoje wino? Czy wlewasz je do nowych bukłaków, czy Ci się nie chce i kurczowo trzymasz się starych nawyków i schematów nie pozwalając działać Duchowi? 

Postaraj się przyjąć Słowo, którym Pan Cię karmi w tym czasie. Zadaj sobie trud przekroczenia własnego lenistwa, niechęci do modlitwy i medytacji. Wzbudź w sobie lat wiary w działanie Pana, bo to właśnie niewiara i bałwochwalstwo stoi u podstaw grzechu lenistwa, zwłaszcza duchowego. Dziś Bóg daje Ci swoje Słowo i obiecuje, że jeśli za nim podążysz, on przemieni miałkość Twoje codzienności!

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. (…) ZAMIAST CIERNI WYROSNĄ CYPRYSY, zamiast pokrzyw wyrosną mirty. I będzie to Panu na chwałę, jako znak wieczysty, niezniszczalny! (Iz 55,10-13)

***

Rozwalony kamienny mur to obraz otwartości na pokusy. Nic nie strzeże pola i winnicy. Wskutek lenistwa i gnuśności możesz doprowadzić się takiego stanu, w którym otworzysz się na każdą słabość. Wszelka nieprawość znajdzie posłuch u ciebie. Brakuje wtedy duchowej ochrony przed trudem i cierpieniem, przed ludzką niegodziwością i nienawiścią diabła.

Rozbity mur z kamieni to także symbol pozorów – cóż z tego, że zewnętrznie jesteś pobożna, skoro Twoja pobożność pozbawiona jest mocy! 

Jak możesz na nowo zbudować ochronę wokół swej duszy?

Kiedy nie czytam przez kilka godzin Biblii albo pozwolę sobie zabrać czas na adorację, mam poczucie nieodwracalnej straty, bez względu na to, czy to z mojej winy, czy z winy innych. Dzień bez Mszy Świętej, adoracji, Biblii czy różańca jest otwarciem się na potworność grzechu. (O. Augustyn Pelanowski)

Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej. Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. Nie jesteśmy synami nocy ani ciemności. NIE ŚPIJMY przeto jak inni, ale CZUWAJMY i BĄDŹMY TRZEŹWI. Ci, którzy śpią, w nocy śpią, a którzy się upijają, w nocy są pijani. My zaś, którzy do dnia należymy, bądźmy trzeźwi, przyodziani w pancerz wiary i miłości oraz w hełm nadziei zbawienia. (1 Tes 5,4-9)

Pycha Nabuchodonozora (Dn 4)

Rekolekcje zimowe 2020/Medytacja I
Na motywach rozważań O. Augustyna Pelanowskiego „Umieranie ożywiające”.

(1) Ja, Nabuchodonozor, zażywałem spokoju w swoim domu i radości w swoim pałacu. (2) Miałem widzenie we śnie, które mnie przeraziło. Zaniepokoiły mnie myśli na moim łożu i widziadła [powstałe] w mojej głowie.

Zwróć uwagę na kontrast pomiędzy spokojem i radością a zaniepokojeniem i przerażeniem. Gdzie król doświadczał spokoju i radości? W swoim domu i w swoim pałacu, czyli w miejscach, które miał pod kontrolą. Lęk, myśli niepokojące i widziadła przychodziły wtedy, gdy nie mógł się kontrolować – podczas snu.

Można dążyć do poddania kontroli wszystkiego dookoła siebie – ludzi, pracy, funkcjonowania domu – ale zawsze będą przestrzenie, w których dojdzie do głosu jakaś prawda o nas, miejsca nad którymi nie mamy władzy.

Czy miewasz złe sny i bliżej nieokreślone niepokoje?

Pycha króla łączy się z podkreśleniem jego “ego”. Mówi o “swoim” domu, “swoim” pałacu. Są takie miejsca, które nazywasz swoimi, a jeśli ktoś tego nie uszanuje, niejako “wejdzie” na Twój teren, poprzestawia coś, pozmienia, nie uszanuje ich – wpadasz w złość. Gdy jesteś lepiej wychowany to starasz się to kamuflować, chować w sobie, udawać, tworzyć pozór – wówczas trudniej ci odnaleźć prawdę o sobie, o swej pysze. Być może w ten sposób ukrywasz na dnie serca wiele nie wyznanych grzechów… Być może sumienie odzywa się w Tobie tylko nocą, albo w momentach, gdy się nie kontrolujesz, gdy nikt nie patrzy…

Czy myśli, jakie powstają w Twojej głowie przed snem to widziadła, czy pocieszenia?

Król w czasie snu umierał z lęku, gdyż zobaczył, że jego władza jest co prawda ogromna, ale nie jest umieraniem dla innych i może być mu w każdej chwili zabrana przy pomocy dowolnego wydarzenia. Był władcą, ale nie ojcem; zniewalał, ale nie obdarowywał wolnością; uprowadzał, ale nie uwalniał. Posiadał wszystkich, ale z nikim nie był. Był otoczony mnóstwem ludzi, ale czuł się samotny. Typowy przykład człowieka uzależniającego innych od siebie. Posiadanie i zniewalanie nie zaspokoją naszego głodu uczuciowego. (O. AP)

Pamiętaj, że widziadła przydarzają się tu człowiekowi, który odniósł wielki sukces. Nabuchodonozor to nie jest pierwszy lepszy nieudacznik, ale ktoś komu się “udało”, osiągnął wiele, cieszy się własną potęgą – i to go upaja oraz usypia. Często się nam wydaje że miarą błogosławieństwa bożego jest to, że nam coś po ludzku wychodzi. Cóż, w myśl tego założenia, to Zbawicielowi się nie udało… 

Może masz taki obraz siebie – udało mi się w życiu, mam pieniądze, rodzinę, żonę, męża, dzieci, jestem w miarę pobożny, modlę się, jeszcze czynię wobec Boga więcej niż inni, w pracy doszedłem do pewnego pułapu swoich możliwości. Ale coś cię niepokoi – jakiś grzech, który Bóg dopuszcza, jakieś niezadowolenie z siebie, sytuacja, której nie możesz skontrolować, a która wyprowadza cię (w większy, lub mniejszy sposób) z równowagi. Jeśli jedna, czy kilka drobnych spraw Cię uwierają, przy ogólnym samozadowoleniu, czy samouśpieniu – to znak, że diabeł zaciemnia Twoje patrzenie na swoje życie, że karmisz się jego kłamstwami i przesiąkasz jego sposobem myślenia. Nie żyjesz błogosławieństwami Jezusa! Piąty rozdział Mateuszowej Ewangelii (Kazanie na górze) niewiele dla Ciebie znaczy. Pycha żywota zagarnęła twoje życie.

(3) Toteż wydałem polecenie, by sprowadzono do mnie wszystkich mędrców babilońskich, żeby mi dali wyjaśnienie snu. (4) Zjawili się więc wykładacze snów, wróżbici, Chaldejczycy i astrologowie. Opowiedziałem im sen, ale nie mogli mi podać jego wyjaśnienia. 

Nabuchodonozor nie może znieść, że w jego wspaniałym, budowanym mozolnie świecie jest jakiś błąd, że na tym cudownym gmachu spokoju i kontroli jest rysa. 

W zasadzie nawet się nie trudzi, aby coś z tym zrobić. Z jego słów dalej przebija pycha: “wydałem polecenie… sprowadzono do mnie”. Król nie przyjmuje do siebie prawdy, że sam musiałby się natrudzić, aby coś tu zmienić, aby pojąć siebie i swoje życie. Zupełnie jak ktoś, kto przyjeżdża na rekolekcje, licząc na “magiczne sztuczki” rekolekcjonisty (albo chodzi na terapię przekonany, że wspaniały terapeuta coś niego wydobędzie, przy minimalnym wysiłku własnym, lub nieszczerości), mądrość nauk, cudowną rozmowę, ale sam nie chce zdać sobie trudu przyjrzenia się sobie, autorefleksji. Zapomina przy tym, także i tego, że to Pan jest sprawcą chcenia i działania.

Król jest wyraźnie zirytowany tym, że ktoś mu nie dał tego, czego on oczekuje – wyjaśnienia snów. Kiedy ogarnia cię pyszna irytacja, bo ktoś nie spełnia Twoich oczekiwań? Przypomnij sobie takie sytuacje.

(5) W końcu przybył do mnie Daniel, któremu na imię według imienia mojego boga Belteszassar, a w którym mieszka duch świętych bogów. Opowiedziałem mu sen. 

Bóg się jednak lituje nawet nad pyszałkami. Jak się lituje? Wiedziała to Maryja, która wyśpiewała, że litość Boża objawia się wtedy, gdy Pan “rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu” (Łk 1,51-52).

(6) Belteszassarze, przełożony wykładaczy snów! Wiem, że w tobie mieszka duch świętych bogów i że żadna tajemnica nie stanowi dla ciebie trudności. Oto mój sen, który widziałem; wyjaśnij mi go!
(7) W mojej głowie, na moim łożu, widziałem takie obrazy: Patrzałem, a oto – drzewo w środku ziemi, a jego wysokość ogromna. (8) Drzewo wzrastało potężnie, wysokością swą nieba sięgało, widać je było aż po krańce ziemi. (9) Liście jego były piękne, a owoce obfite, dawało ono pożywienie wszystkim. Pod nim szukały cienia zwierzęta lądowe, na jego gałęziach mieszkały ptaki powietrzne, z niego żywiło się wszelkie ciało. (10) Patrzyłem, w moim łożu, na obrazy [istniejące] w mojej głowie, a oto Czuwający i Święty zstępował z nieba.
(11) Wołał On głośno i tak mówił: „Wyrąbcie drzewo i obetnijcie gałęzie, otrząśnijcie liście i odrzućcie owoce! Zwierzęta niech uciekają spod niego, a ptaki z jego gałęzi! (12) Lecz pień jego korzeni pozostawcie w ziemi, i to w okowach z żelaza i brązu wśród polnej zieleni. Niech zwilża go rosa z nieba, a trawę polną niechaj dzieli ze zwierzętami! (13) Jego ludzkie serce niech ulegnie odmianie, a niech otrzyma serce zwierzęce; siedem okresów [czasu] niech nad nim przeminie! (14) Według postanowienia Czuwających [taki jest] dekret, sprawa rozstrzygnięta przez Świętych, aby wszyscy żyjący wiedzieli, że Najwyższy jest władcą nad królestwem ludzkim. Może je dać, komu zechce, może ustanowić nad nimi najniższego z ludzi”.
(15) Taki jest sen, jaki widziałem, ja, król Nabuchodonozor. Teraz zaś, Belteszassarze, podaj mi jego znaczenie, bo wszyscy mędrcy mojego kraju nie mogli go wyjaśnić, ty zaś możesz, bo posiadasz ducha świętych bogów».

Drzewo bywa w Biblii także symbolem Izraela, jako narodu (por. Ez 17,1-24), ale także pojedynczego człowieka (por. Ps 1,3).

Wspomniany „Czuwający” to anioł – ten który nigdy nie śpi, nie spóźnia się, a jego zadaniem jest wypełnić wolę bożą w oznaczonym czasie. Warto zauważyć, że anioł jest tu zarówno wyrazicielem wyroku, a jednocześnie głosem miłosierdzia. Bóg nie chce zniszczyć króla, ale zmienić jego sposób myślenia. Anioł nie każe zniszczyć całego drzewa, ale każe pozostawić korzeń, pień, z którego jeszcze coś może wyrosnąć. Odrzucenie przez Boga jest często pozorem, bo jest aktem „ku nawróceniu”. Prawdziwe odrzucenie może mieć miejsce tylko wtedy, gdy człowiek nie będzie w stanie już dokonać wolnego wyboru – po śmierci. Wielkich pyszałków należy nawracać mocnymi środkami…

Zaznaczmy, że król, mimo wszystko posiada jakąś iskierkę rozsądku, widzi w Danielu męża bożego, chce go słuchać. Nie każdego pyszałka stać na to, aby otworzył ucho na innego człowieka.

Kogo słuchasz? Kto jest dla Ciebie Danielem?

(17) Drzewem, które ujrzałeś, jak rosło i stało się potężne, tak że wysokość jego sięgała nieba i że było widoczne na całej ziemi, (18) którego liście były piękne, a owoce obfite, na którym było pożywienie dla wszystkich, pod którym przebywały zwierzęta lądowe i na którego gałęziach gnieździły się ptaki powietrzne – (19) jesteś ty, o królu. Wzrosłeś i stałeś się potężny, a wielkość twoja wzrastała i sięgała aż do nieba, panowanie zaś twoje aż po krańce świata. (20) To natomiast, że król widział Czuwającego i Świętego zstępującego z nieba i mówiącego: „Wyrąbcie drzewo i zniszczcie je, tylko pień jego korzeni pozostawcie w ziemi i to w żelaznych i brązowych okowach wśród polnej zieleni; niech go zwilża rosa z nieba, niech dzieli los ze zwierzętami polnymi, aż nie upłynie nad nim siedem okresów czasu” – (21) to jest wyjaśnienie, królu, i postanowienie Najwyższego, które dopełni się na królu, moim panu. (22) Wypędzą cię spośród ludzi i będziesz przebywał wśród lądowych zwierząt. Tak jak wołom będą ci dawać trawę do jedzenia, a rosa z nieba będzie cię zwilżać. Siedem okresów czasu upłynie nad tobą, aż uznasz, że Najwyższy jest władcą nad królestwem ludzkim i powierza je, komu zechce. (23) To zaś, że wydano polecenie, by zostawić pień i korzenie [oznacza, że]: Pozostawią ci królestwo, skoro uznasz, że Niebo sprawuje władzę. (24) Dlatego, królu, przyjmij moją radę i okup swe grzechy uczynkami sprawiedliwymi, a swoje nieprawości miłosierdziem nad ubogimi; wtedy może twa pomyślność okaże się trwałą.

Sen dzieje się w ciemnościach, wtedy, gdy człowiek jest rzeczywiście sam. Nabuchodonozor był sam na kilku płaszczyznach – z wyboru, z pysznego oddalenia się, może także z faktu trwania w udawanych relacjach (musiał mieć na dworze cały harem, a przyznajmy, że w takim środowisku trudno o prawdziwe więzi). 

Drzewem, jakie ujrzał był on sam – ogarniający mnóstwo stworzeń, jakby dający im życie, pełny owoców i piękna. 

Potężne drzewo ogarniało mnóstwo stworzeń, czyli tych, których od siebie uzależniał. Drzewo było jednak spięte lękiem przed samotnością. Nikt nie osiągnie dojrzałości do bycia z innymi, kto nie potrafi żyć bez innych. Nie cieszy nas tak naprawdę obecność drugiej osoby ani nawet tysięcy ludzi, jeśli ich kurczowo sobą zniewalamy. Pięść zaciśnięta musi w końcu puścić to, co ukrywa. Przerażenie wynikające z odkrycia, że jestem samotny i świadomość, że nikt mnie nie kocha, pomimo tego, że mnóstwo osób sobą zniewalam, może być początkiem wiary i początkiem odrodzenia. Nabuchodonozor stworzył taki uzależniający mechanizm w relacjach międzyludzkich, ponieważ nie miał relacji do Boga. To, że nie czerpiemy miłości od Boga i że nie obdarowujemy Go miłością sprawia, że obżeramy się jak szarańcza ludzkimi emocjami, afektami i trzymamy innych w zniewalających związkach tak, jak trzyma się ptaki w klatkach. Myślę, że drzewo, które przyśniło się Nabuchodonozorowi mogło być równie dobrze wizją drzewa genealogicznego, ale na pewno była to przede wszystkim wizja jego osobowości – klatka uczuciowego głodu samotności, zniewalająca całe mnóstwo stworzeń. Przyśnił mu się istny „folwark zwierzęcy” Orwella, choć w jego mniemaniu wydawał się być człowiekiem, który opiekował się całymi narodami. (…)

Tyranem emocjonalnie zniewalającym nie musi być król – może nim być każdy człowiek: kobieta i mężczyzna, matka i ojciec, mąż i kochanek, porzucona matka, zniewalająco kochająca swe dzieci i niewierny mąż, który uzależnia od siebie kolejne kobiety, szukając u nich mleka, które niedostatecznie płynęło z matczynej piersi. Nabuchodonozorem może był młody mężczyzna i dziewczyna, którzy zniewalająco się kochają i ubóstwiają swoje uczucia. Może być ojciec, który zniewala swą dumą i apodyktycznością całą rodzinę, a także szef firmy, który paraliżuje strachem innych oraz prezydent państwa, który staje się tyranem dla swych podwładnych, albo przełożony zakonny, który żąda nieustannych dowodów posłuszeństwa. Oni wszyscy szukają tak naprawdę miłości i gdy nie potrafią jej znaleźć, to wymuszają uległość przy pomocy paraliżującej tyranii. Wcześniej czy później każda niewola uczuciowa musi przejść śmiertelną próbę przeobrażenia albo po prostu skończy się śmiercią. Wcale nierzadko taki rodzaj uczucia przechodzi w postać zupełnie w sobie sprzeczną – w nienawiść. Mówi się wtedy o enantiodromii.

Według Heraklita z Efezu każda rzecz wpada po jakimś czasie w przeciwieństwo. Zła miłość staje się w końcu umiłowaniem złośliwości, a osoba uwielbiana staje się znienawidzoną. Jest to kara za ubóstwienie, za nagromadzenie energii emocjonalnej w jakiejś osobie, która nawet gdyby była bogiem, nie potrzebowałaby aż takiej adoracji. Wielu ludzi popełnia samobójstwo z powodu miłości zawiedzionej lub zdradzonej, albo odrzuconej, wielu też posuwa się do zabójstwa jako aktu rozpaczliwej chęci posiadania kogoś jedynie dla siebie. (O. AP)

Pamiętamy skrajność reakcji króla opisaną we fragmencie o trzech młodzieńcach, których kazał wtrącić do ognistego pieca. Najpierw „wyraz jego twarzy zmienił się” w stosunku do nich, a już za chwilę, obsypuje ich zaszczytami (por Dn 3, 19,21.95-97). Współcześnie zapewne zdiagnozowano by u Nabuchodonozora chorobę afektywną dwubiegunową, która polega na szybkim przechodzeniu z gniewu do niewspółmiernej łagodności, z manii nadaktywności do depresji. Uprowadzonych z Jerozolimy żydów czyni dygnitarzami państwowymi, po krótkim czasie strąca do jaskini lwów, a po tygodniu wydobywa stamtąd i traktuje jak ukochanego syna. Tak było w przypadku Daniela. Król z pasją miłuje i z pasją nienawidzi. Wszystkie emocje przeżywa skrajnie i bardzo intensywnie. Chce być opiekuńczy, ale jest odstręczający. Próbuje być ojcowski, wręcz „tatusiowaty”, ale staje się zabójcą w relacji do często tych samych osób. Balansuje pomiędzy wymuszaniem miłości i szacunku a chęcią mordu wobec tych, o których myśli, że go odtrącają. Emocje są w nim olbrzymią, nieokiełznaną siłą.

Dzisiaj, pośród nas, żyje wielu Nabuchodonozorów: idealizują swoją miłość, aby za chwilę poczuć się rozczarowanymi tymi osobami, którymi byli jeszcze czas jakiś temu zafascynowani; żyją przez pewien czas w zauroczeniu, aby za chwilę odczuwać wstręt i nienawiść do tych samych osób. Nie są wytrwali w uczuciach, ale za to intensywni. Są zbyt wysoko, by można było ich prawdziwe kochać, dlatego każdy udaje wobec nich miłość, a oni wyczuwając nieszczerość wobec siebie, doprowadzają się w krótkim czasie do morderczej podejrzliwości. Zapewne król budził śmiertelne przerażenie, gdyż nikt nie wiedział, co za chwilę może go spotkać: awans czy śmierć. Jakiż to stres! Życie w takich skrajnościach – od zauroczenia i uzależnienia aż po nienawiść i odtrącenie doprowadza do załamań i depresji – wręcz pragnienia śmierci. Z całych sił kontrolują tych, których zniewalają, penetrują ich życie, żywią zazdrość i podejrzliwość, wymagają deklaracji i absolutnej wierności, a jednocześnie nienawidzą i złoszczą się pogardzając tymi, których jeszcze nie tak dawno uwielbiali. Nie tylko pragną niewolniczego uwielbienia, ale też sami uwielbiają i kochają „na śmierć”. Manipulują i szantażują, wymuszają miłość i czołobitność, żądają wierności i jednocześnie sami jej nie zachowują, zabezpieczając się poprzez „ukryte” relacje. Nie tylko są zdolni zabić z poczucia odtrącenia, ale też są w stanie sami siebie zniszczyć podcinając sobie żyły, albo głodząc się na śmierć. Pod tymi poplątanymi gałęziami uczuć, ukrywa się korzeń samotności, korzeń lęku przed osamotnieniem. Im większy lęk przed samotnością, tym silniejsze tendencje do kontrolowania innych, tym większe pragnienie zadawania komuś poniżającego bólu i tym bardziej nieopanowane szaleństwo manifestowania swoich emocji, które pożerają jak szarańcza. A schodząc jeszcze głębiej i patrząc na drzewo ich życia, można dojść do wniosku, że pielęgnują w sobie korzeń przekonania o bezwartościowości swojego istnienia, a także, że są źli, a nawet najgorsi. Przy takich „korzeniach” nie da się długo wytrzymać z samym sobą, dlatego z całą mocą przerzucają swoją wściekłość na innych, tę samą, którą żywią do siebie: inni są źli, inni zwodzą, są bezwartościowi, słabi, samotni. Nabuchodonozor miał na sumieniu wiele zbrodni i do jeszcze większych był zdolny. Oskarżanie daje poczucie władzy i złudne przekonanie, że odzyskało się kontrolę nad sytuacją i sobą samym. A jeszcze bardziej staje się to niebezpieczne, gdy władza daje możliwość oskarżania. Niektórzy, przerażeni swoimi skrajnymi uczuciami, wolą żyć przez jakiś czas w samotności, odsuwając się od wszystkich. Lękają się tej ogromnej siły emocjonalnej, która okazuje się wyniszczać ich samych i innych. Odczuwają także ogromną siłę autodestrukcyjną. Życzą sobie śmierci i odmawiają jakichkolwiek relacji z innymi. Żyją w autopotępieniu i nienawiści do samych siebie. Kto wie, czy nie na tym polegał wyrok Boga, który doprowadził Nabuchodonozora do pustynnej pokuty? Bóg bowiem jest nie tylko Bogiem naszych czynów i modlitw, ale też Bogiem naszej psychiki.

Jedyną osobą, zdolną podać królowi właściwe lekarstwo prawdy, był Daniel. Być może dlatego, że nie bał się ataków króla, bo wiedział, że jego panem jest Bóg Izraela, a nie poddany zezwierzęceniu pełen samouwielbienia tyran.

(25) Wszystko to spełniło się na królu Nabuchodonozorze. (26) Po upływie dwunastu miesięcy, gdy przechadzał się na tarasie królewskiego pałacu w Babilonie, (27) król odezwał się i powiedział: «Czy nie jest to wielki Babilon, który ja zbudowałem jako siedzibę królewską siłą mojej potęgi i chwałą mojego majestatu?» (28) Nim król jeszcze wypowiedział swoje słowo, padł głos z nieba: «Otrzymujesz zapowiedź, królu Nabuchodonozorze! Panowanie odstąpiło od ciebie; 

Pyszna duma z własnych osiągnięć, przejawiająca się w odebraniu Bogu miana źródła wszystkiego, jest charakterystyczna dla chwili przed upadkiem człowieka. Widzimy to w Słowie:

Serce ludzkie jest wyniosłe przed upadkiem, ale prawdziwą chwałę poprzedza pokora. (Prz 18,12)

Jakże podobna jest reakcja króla do tego co mówił ewangeliczny bogacz:

I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! (Łk 12,19)

A przecież:

Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał (1 Kor 4,7)

Mała rysa na pięknym obrazie, jakim były nie dające się skontrolować sny królewskie okazał się zapowiedzią utraty panowania… nad sobą… w pełnym tego stwierdzenia znaczeniu. Może gdyby, po usłyszeniu wyjaśnienia snu, król ukorzył się przed Panem, odnalazł pokorę – co zresztą radził mu Daniel – powstrzymałby naturalne konsekwencje swej pychy.

Nabuchodonozor traci władzę nie dlatego, ze jest to złośliwa kara Boga. Słowo podkreśla, że wszystko dzieje się z łaski Boga. Można powiedzieć, że los króla toczył się naturalnym biegiem, bo naturalną konsekwencją pychy jest upadek, upokorzenie. Dla człowieka czującego się w jakiejkolwiek przestrzeni życia mocnym, specjalistą, znawcą – a któż nie czepia się kurczowo tej świadomości, w końcu na tym opiera się wiele szkół terapeutycznych – jest nie do zniesienia świadomość, że można to stracić, być słabym, nieznającym się, niepewnym. Myśl o niedołęstwie jest nie do przyjęcia dla sprawnych. Dlatego to:

Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. (Mt 9,12)

Potrzebujesz lekarza, czy wciąż czujesz się silny? Pomyśl, w jakich przestrzeniach doświadczasz swojej mocy, umiejętności?

Może masz wiele przestrzeni, w których jesteś słaby i nie akceptujesz tego, i jedną, która przynosi Ci zadowolenie. Czy nie jest tak, że tą jedną starasz się “przykryć” tamte? Że Twoja pycha, zagnieżdżona w tej jednej rzeczywistości, pozwala Ci się karmić samozadowoleniem, świadomością, że nie potrzebujesz nikogo, że w tej przestrzeni wszystko sam byś zrobił najlepiej – ale gdy zwrócisz uwagę na wszystkie słabości i niemożności, to szalenie cierpisz, nie znosisz siebie, szukasz pociechy w grzechu? Czy nie jest tak, że bardziej chcesz aby definiowała Cię przestrzeń, na której się znasz, aniżeli przestrzeń twoich słabości? A przecież definiuje Cię miłość Twego Stwórcy i Odkupiciela! Tylko On może bowiem zaspokoić każdy brak – dlatego wyśpiewał niegdyś na wzgórzach galilejskich hymn o ośmiu błogosławieństwach!

(29) zostaniesz wypędzony spośród ludzi. Będziesz mieszkał wśród zwierząt polnych i będą ci dawać jak wołom trawę na pokarm. Siedem okresów czasu upłynie nad tobą, dopóki nie uznasz, że Najwyższy jest władcą nad królestwem ludzkim. 
(30) Natychmiast wypełniła się zapowiedź na Nabuchodonozorze. Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba zwilżała go. Włosy jego urosły [niby] pióra orła, paznokcie zaś jego jak [pazury] ptaka.

Pierwszą konsekwencją pychy jest izolacja, gorzka samotność odrzucenia – prawdziwego bądź subiektywnego. Drugi skutek Słowo upatruje w swoistym zezwierzęceniu. Jednym z jego aspektów jest życie pozbawione smaku, piękna, radości. Innym – bezmyślność.

Zezwierzęcenie pyszałka to także rodzaj drapieżności, ostrości, nieliczenia się z innymi, ranienia ich.

Czy zdarzają Ci się czyny, o których byś powiedział, że są swego rodzaju zezwierzęceniem, może ześwinieniem, zbydlęceniem?

(31) Gdy zaś upłynęły oznaczone dni, ja, Nabuchodonozor, podniosłem oczy ku niebu. 

Miłosierdzie Boga podało dwa lekarstwa uniesionej pychą duszy włądcy. Pierwsze to słowa Daniela, jedynego, który nie był w swej duszy niewolnikiem króla, bo był sługa Kogoś innego. Daniel podał Nabuchodonozorowi słowa prawdy. Drugie lekarstwo to owo trudne i upokarzające doświadczenie zezwierzęcenia, które król przyjął i przeżył, nie próbując z niego uciekać. Dopadło go to, czego się obawiał w snach i… przetrwał. Przyjął siebie samego jako słabeusza! Uznał, że niewiele się różni od zwierząt! Nie stworzył sobie jakiejś mądrej teorii wyjaśniającej swoje niedomagania, ale zgodził się na samego siebie w rozbiciu!

Dopiero wtedy mógł wznieść oczy ku niebu, do Boga. I dopiero wtedy został wysłuchany.

Kto Ci mówi prawdę, tak jak Daniel? Czy doświadczasz takiego szaleństwa jak król – brak smaku życia, jakaś zwierzęca słabość, poczucie upadku?

Po dłuższym czasie król wspomniał o Bogu, jako Panu wszystkiego i zaczął się modlić.

Wtedy powrócił mi rozum i wysławiałem Najwyższego, uwielbiałem i wychwalałem Żyjącego na wieki, bo Jego władza jest władzą wieczną, panowanie Jego przez wszystkie pokolenia. (32) Wszyscy mieszkańcy ziemi nic nie znaczą; według swojej woli postępuje On z niebieskimi zastępami. Nie ma nikogo, kto by mógł powstrzymać Jego ramię i kto by mógł powiedzieć do Niego: «Co czynisz?» (33) W tej samej chwili powrócił mi rozum i na chwałę Jego panowania powrócił mi majestat i blask. Doradcy moi i możnowładcy odszukali mnie i przywrócili mi władzę królewską, i dano mi jeszcze większy zakres władzy. (34) Ja, Nabuchodonozor, wychwalam teraz, wywyższam i wysławiam Króla Nieba. Bo wszystkie Jego dzieła są prawdą, a drogi Jego sprawiedliwością, tych zaś, co postępują pysznie, może On poniżyć.

To doświadczenie nauczyło króla uniżenia się pod ręką Boga. Uznał on w Nim, tego, który panuje – ma władzę i moc nad wszystkim. Zszedł z piedestału (bardziej lub mniej zakamuflowanego) samouwielbienia, autobałwochwalstwa.

Wszystko co miał – było już na chwałę panowania Boga. Przestał przypisywać sobie, jakim jest wspaniałym władcą, ile zdziałał, co zrobił, co stworzył. Zaznacza udział innych ludzi w swoim powołaniu. Uznaje, że nie jest samowystarczalny.

Na koniec Nabuchodonozor uwielbia Boga! Coś, co nam się nie zdarza…

Spróbuj przyjrzeć się tym wszystkim przestrzeniom swego życia, w których nie dopuszcza innych do głosu, albo dopuszczasz w niewielkim, kontrolowanym przez siebie stopniu.

Rozpoznać Bożą chwałę.

Żyć adoracją to przeżywać dzień ze stałą świadomością Jego obecności. I nie chodzi tu o przerażającą myśl o strasznym Bogu, który śledzi każdy mój krok, aby sprawdzić na ile przestrzegam Jego zasad i powinności, ale o pokorną obecność Baranka, który mi się ofiarowuje i chce we mnie i przeze mnie uświęcać czas i przestrzeń. Przeżywając codzienność w ten sposób nauczę się życia będącego jednocześnie chwałą Boga. Miejscem, w którym uczę się takiego stylu życia jest adoracja. Tam poznaję uniżenie Boga i Jego pokorę. Tam rozpoznaję, jak cierpliwie Pan czeka na mnie. Tam rozpoznaję wierność, jaką Pan ma wobec obietnic jakich udzielił. Tam uczę się ciszy i pokornego czekania na Jego łaskę. Tam wreszcie, poznawszy – w przejawach Jego działania, zapisanych w historii, zarówno świata, jak i mojej osobistej –  jak dobry jest mój Bóg, mogę dojść do prawdziwej i autentycznej radości i uwielbienia.

To wszystko zawiera w sobie pieśń, jaką wyśpiewała Najświętsza Maryja Panna przyjąwszy słowo Archanioła i prorockie słowo św. Elżbiety. Gabriel odsłonił przed Maryją zamysł Boży, jako pokorną propozycję Najwyższego, Elżbieta zaś potwierdziła szczególne wybranie Maryi oraz słuszność drogi, jaką postępowała Ta, która “uwierzyła w spełnienie słów powiedzianych od Pana” – drogi ufności i zawierzenia.

I rzekła Maryja: Uwielbia dusza moja Pana.

Duch mój weselem się napełnił dzięki Bogu, mojemu Zbawicielowi, że spojrzał na taką małość swojej służebnicy.

Bo oto odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, że mnie On, Możny, tak wielkie rzeczy uczynił. Święte Jego imię!

Jego miłosierdzie przez pokolenia i pokolenia dla żyjących w Jego bojaźni.

Okazał w dziełach moc swojego ramienia, rozproszył unoszących się pychą w myślach serc swoich.

Strącił możnych ze stołków, a małych uczynił wielkimi.

Cierpiących głód napełnił dobrami, a bogatych z gołymi rękami odprawił.

Ujął się za Izraelem, swoim sługą, aby pamiętano o Jego miłosierdziu,

jak powiedział do naszych przodków: Abrahamowi i jego potomstwu na wieki. (Łk 1,46-55)

Dietrich von Hildebrand napisał:

Bóg musi się objawić naszemu duchowi w swej nieskończonej chwale, a my musimy na nią odpowiedzieć w świętej radości i miłującym uwielbieniu. (…) Cieszymy się z tego, że istnieje prawda, że istnieje ten oto dobry, szlachetny człowiek, że jest coś takiego jak niebo usiane gwiazdami czy wspaniałe dzieło sztuki. Tu wszakże chodzi o radość z tego, że to, co ma byt absolutny, jest nieskończenie doskonałe i że to coś nieskończenie wspaniałe jest Osobą. Jakież nieskończone wzmożenie rzeczywistości dobra zawiera się w fakcie, że summum bonum, najwyższe dobro, nie jest niemym, nieosobowym bytem, jakąś ideą czy zasadą jedynie, lecz Osobą, która mówi do nas: “Ego sum qui sum”- “Jestem, który jestem”, Osobą absolutną, w której spełnia się kwintesencją wszelkich wartości, która nas stworzyła i utrzymuje przy istnieniu, która nas tak ogarnia i posiada, jak to może czynić tylko osoba. Chwała Boga musi ugodzić nas w serce, a my w wielbiącej miłości musimy paść na kolana i całkowicie oddać się Bogu. Musimy udzielić owej czystej odpowiedzi, w której punkt ciężkości przenosimy z siebie na Boga, tak że chwała Boża sama w sobie jest źródłem najczystszej radości. “Deus meus et omnia” – “Bóg mój i wszystko” (św. Franciszek z Asyżu).

Do poznania chwały Bożej i odpowiedzi na nią musi jednak dojść drugi element: konfrontacja naszej własnej osoby z Bogiem. W obliczu Boga uświadamiamy sobie naszą grzeszność i nicość. Mówimy ze św. Franciszkiem: “Kim Ty jesteś, a kim ja jestem?”. (…) Jeśli tkwimy w pysznej, ślepej na wartości postawie, która szuka zadowolenia tylko we własnej chwale, zaś absolutnej chwale wartości przeciwstawia bezsilną niechęć, to żadne objawienie Bożej chwały nic nam nie pomoże. Zamiast radosnego oddania się Bogu wywoła ono pełen pychy gest Lucyfera, który chciałby Boga zdetronizować.

Maryja jest pełna radości z powodu Bożego działania. Jej przekonanie o dobroci Boga wiernego swym zapewnieniom, o Jego sprawiedliwości o miłosierdziu, o “wywyższeniu pokornych” obficie wypełnia serce Maryi. To samo serce, pod którym spoczywa Syn Boży – żywy dowód bożej litości nad słabym człowiekiem.

Jeśli adoracja ma stać się uwielbieniem – a więc już nie modlitwą przebłagania, prośby czy nawet słuchania – musi być zakotwiczona w bożym działaniu a następnie zostać przełożona na dziękczynienie. W uwielbieniu bezradność grzesznika przemienia się w radość z obdarowania. W doświadczenie – przede wszystkim intelektualne, poznawcze – Daru, w którym człowiek rozpoznaje swoje “nic” ale od razu widzi, że jest ono wypełnione niewyobrażalną Łaską. Może przydarzyło Ci się to doświadczenie po jakiejś spowiedzi. Przystępując do niej otaczała cię beznadzieja i rezygnacja, ale otrzymane przebaczenie przyniosło myśl o niepojętej Miłości, tak potężnej i absolutnej, że przekraczającej zdolność ludzkiego kochania i pojmowania! I nie chodzi tu o rodzaj sentymentu czy afektu, nie! Chodzi o czyste rozpoznanie takiej bezinteresownej afirmacji, do której nikt z nas nie jest zdolny. Co więcej owe afirmujące przyjęcie proszącego o przebaczenie grzesznika nie zatrzymuje się na samym akcie przebaczenia, nie, ono biegnie dalej i wyraża się w nieustannym podtrzymywaniu słabego człowieka w przeróżnych przejawach jego życia. Podtrzymywaniu tym skuteczniejszym i pełniejszym o ile człowiek wchodzi w boży zamysł i realizuje boży plan.

Odkrycie, a może raczej odkrywanie, dobroci Boga działającego, musi prowadzić do zachwytu nad Bogiem i do pragnienia powiększania Jego chwały.

Medytując hymn Maryi widzimy Jej zmysł realizmu. To wyczucie rzeczywistości nie prowadzi jednak do narzekania, lęku o siebie czy przyszłość, rozpaczy, depresji, ospałości, ani do ucieczki od planu bożego. Maryja w swojej małości a także w przejawach mocy (“strącił z tronu możnych”) widzi działanie Łaski, Opatrzność, czyli dobroć Boga! Można zadać sobie pytanie, czemu zmysł realizmu, którym się szczycimy, nas prowadzi do czegoś wręcz przeciwnego? Maryja poznaje świat przez pryzmat Boga, my zaś poznajemy świat przez pryzmat samych siebie skupiając się na naszej bezradności.


Czy dostrzegasz dobroć Boga w swoim życiu i w życiu oddanych i ludzi?

Czy dziękujesz Bogu za Jego dobroć? Czy napełnia cię ona radością? Jeśli nie to co cię cieszy?

Co robisz, aby przeżywać dzień “w obecności Pana”, czyli ze świadomością, że On jest, chce ci towarzyszyć i przez ciebie czynić “wielkie rzeczy”?

U stóp Pana.

Podczas ich drogi wstąpił do pewnej wsi a kobieta imieniem Marta przyjęła Go w swym domu. Miała siostrę imieniem Maria. Ta przysiadłszy u stóp Jezusa i słuchała Jego słowa. Marta natomiast wciąż była pochłonięta licznymi posługami. Przystanąwszy powiedziała: „Panie, nic Cię to nie obchodzi, że moja siostra zostawiła mnie samą przy obsłudze? Powiedz jej, aby mi pomogła”. Pan rzekł jej na to: „Marto, Marto, martwisz się i jesteś zakłopotana o tak wiele, a tylko jedno jest potrzebne. Maria wybrała dobrą cząstkę i nie zostanie jej ona zabrana”. (Łk 10,38-42)

Wprawdzie w powyższym fragmencie biblijnym nie występuje żaden z greckich wyrazów odnoszących się wprost do pojęcia adoracji, to jednak pamiętajmy, że postawa zasłuchania wiąże się z postawą zapatrzenia. Wspólnym ich mianownikiem będzie pełne szacunku i czci uczniowskie trwanie w obecności Pańskiej. Dodajmy, że owo trwanie musi być nacechowane miłością i oddaniem. To wszystko wyraża postawa Marii opisana w wersie 39.

Choć Maria raczej słucha Jezusa, to jednak trudno oddzielić je bycie u Jego stóp od wpatrywania się w Jego oblicze. Kard. Ratzinger pisząc o tym cytuje fragment Listu do Hebrajczyków:

Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala (Hbr 12, 2; por. 3, 1).

„Wzrok utkwiony w Jezusie” stał się hasłem Ojców pustyni, którzy w ten sposób na nowo podjęli starotestamentowy motyw „poszukiwania Jego oblicza”. Modlący spogląda na Tego, który jest ponad nim i który wychodzi mu naprzeciw; na Tego, któremu sam próbuje wyjść naprzeciw poprzez modlitewne spojrzenie, aby dojść do jedności z Nim.

Pomedytujmy nad sceną z Betaniii. Przychodząc na adorację zapraszam Pana do siebie, do swoich spraw, trosk i radości. Nie muszę zbyt wiele Mu mówić, aby trwać w świadomości, że On jest u mnie jak u siebie. To podkreślenie, że Jezus jest przyjęty i naucza w domu Marty jest znamienne. Najczęściej przecież nauczał w synagogach bądź a otwartych przestrzeniach, tu jednak wybiera dom. O ile dom Piotra, w którym także Pan nauczał jest znakiem całego Kościoła, o tyle dom Łazarzowych sióstr jest typem pojedynczego ucznia, w którego wnętrzu może trwać obecność Pana – żywego i wypowiadającego swe Słowo. Jest ona możliwa tylko dzięki darowi Eucharystii. Warto jeszcze wspomnieć, że imię owej niewiasty, która przyjęła Pana można przetłumaczyć, jako “gospodyni, pani domu”. Przyjmując Pana Wszechświata pani domu nie rozpoznała swego miejsca. Ubiegła ją w tym jej siostra.

Maria odnajduje swoje miejsce przy Jezusie, a nie w kuchni, czy innych czynnościach służebnych, mimo, że zgodnie z obowiązującym zwyczajem, nie powinna siedzieć w gronie męskim, zwłaszcza w pewnej bliskości mężczyzny. Łamie więc pewien zwyczaj, gdyż wartością najwyższą jest dla niej Jezus, Jego Słowo i Jego obecność. Owo podkreślenie stóp Jezusa, czyli Jego Ciała, przypomina nam o Obecności Eucharystycznej. Postawa siedząca Marii zaś podkreśla jej rolę jako autentycznej uczennicy, gdyż taka właśnie postawa cechowała uczniów ówczesnych rabinów. Oznaczało to nie tylko zasłuchanie i pokorną uległość wobec mądrości mistrza, ale także przyjmowanie i gotowość wypełnienia usłyszanych nauk. Marta więc przyjęła Pana do domu, ale nie uczyniła Go panem domu podczas gdy Maria przyjmuje to, co Jezus ze sobą przynosi – Jego Słowo.

Opisując postawę Marii św. Łukasz używa sformułowania, które można przetłumaczyć jako zasłuchanie z uwagą, słuchanie ze skupieniem, wsłuchiwanie się”. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku opisu spoglądania na miedzianego węża, tak i tutaj cała uwaga patrzącego – w tym przypadku słuchającego jest skupiona na obiekcie adoracji, czyli tak naprawdę na Bogu. Ilekroć św. Łukasz używa zwrotu “słuchać słowa” (ακουειν tον λογον – akouein ton logon) to jednocześnie zwraca uwagę na pewną relację bliskości czy wręcz nowego rodzaju pokrewieństwa między słuchającym a Jezusem. Adoracja i kontemplacja wymaga pewnego intensywnego wysiłku duchowego, który przejawia się nie tyle w intensywności skupienia co w natężeniu pragnienia.

Są różne rozumienia postawy Marty. Według jednego z kluczy interpretacyjnych jest ona skupiona na sobie, na swoich sprawach i troskach, nawet jeśli wynikają one ze szczerej potrzeby gościnności. Można bowiem chcąc autentycznie czynić dobro przeakcentować własne starania zapominając o napomnieniu Pańskim:

Dość ma dzień swojej biedy. (Mt 6, 34)

Maria kontemplując Słowo Jezusa i adorując Jego obecność nie troszczy się zbyt wiele o jutro, przeciwnie, zdaje się wszystkie swoje troski składać u stóp Mistrza.

Inny sposób rozumienia roli Marty i lekcji, jaką ona nam zostawia wiąże się z greckim rzeczownikiem jakim Łukasz opisuje działania Marty – diakonian (διακονιαν), oraz czasownikiem diakonein (διακονειν). Choć w klasycznej grece oba te wyrazy oznaczają służbę najniższą i pogardzaną, to w dziele Łukasz i w listach Pawłowych ma on najczęściej znaczenie przenośne i może oznaczać też “służbę Bożą”. Czyżby więc historia o dwóch siostrach była przestrogą przed zbytnią aktywnością czynioną kosztem kontemplacji i adoracji?

Maria wie, że tym który naprawdę głosi Słowo jest Chrystus, wie także, że wejście w Jego działanie, czyli służba Słowu (o sługach Słowa pisze Łukasz w prologu do swej Ewangelii) jest pełna o ile zakotwicza się w słuchaniu samego Pana. Troski Marty są troskami osoby bardziej przejętej jakimś dobrym dziełem czy dobrym działaniem aniżeli wsłuchaniem i rozeznanie tego, co Pan ma do powiedzenia. Chrystus nie potępia trosk Marty, ale ukazuje ich dopełnienie, a nawet wtórność wobec postawy Marii.

Czym jest dla mnie słuchanie Pana? Czy czytam Pismo św.? Jak często?

Czy podczas adoracji zdarza się, że porusza mnie i powraca do mnie jakieś zdanie z Pisma św. bądź konferencji czy homilii?

Czy jest jakieś Słowo, które szczególnie poruszyło mnie podczas tych rekolekcji?

Uniżenie i cierpliwe trwanie.

Chodził więc i głosił w ich synagogach po całej Galilei, i wypędzał demony. I oto przyszedł do Niego trędowaty, upadł na kolana (γονυπετων) i prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. A On, pełen współczucia, wyciągnął swoją rękę, dotknął go i powiedział: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast też zszedł z niego trąd i został oczyszczony. (Mk 1,39-40)

Spróbujmy odczytać tę perykopę w kontekście adoracji, rozumianej jako spotkanie z Panem. Możemy to czynić tym łatwiej, że punktem wyjścia w redakcji Markowej jest działanie (przynajmniej na pierwszy rzut oka) trędowatego. To on przychodzi do Jezusa i natychmiast pada n przed Nim na kolana uznając swoją bezsilność. Do tego momentu Ewangelista opisywał bądź uprzedzające działanie Jezusa, bądź inicjatywę osób towarzyszących choremu. Teraz jednak chory sam uniża się wobec Jezusa i oczekuje od Niego pomocy. Ilustruje to jeden z aspektów adoracji, w którym to my przychodzimy do oczekującego na nas Pana i przynosimy Mu nasze życie, a szczególnie troski i choroby.

Oczywiście wiemy, że:

Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą. (Flp 2,13)

I dlatego w przyjściu trędowatego do Jezusa widzimy uprzedzające działanie Ducha św. Warto jednak zadać sobie pytanie: w jaki sposób Duch przynaglił chorego do uniżenia się przed Rabbim z Nazaretu… Czy nie kryje się za tym z jednej strony doświadczenie cierpienia i niemożność poradzenia sobie z nim (ile można bowiem mleć w sobie te same myśli napędzane bólem) a z drugiej straceńcza wiara w moc Nauczyciela? Biada tym z nas, których trud nie doprowadza do skupienia się na Panu a wiara obumarła…

Może warto wspomnieć w tym miejscu o innej postaci ewangelicznej, która doświadczając trudu, zaufała mocy Jezusa, choć nie miała żadnych podstaw do tego, aby sądzić, że zostanie wysłuchana. Myślę tu o kananejskiej matce, której wołania Jezus początkowo jakby nie wysłuchiwał, dopuszczając na nią niezwykle trudną próbę.

Gdy Jezus wyszedł stamtąd, oddalił się w strony Tyru i Sydonu. I oto kobieta kananejska z tamtych okolic wyszła i zaczęła wołać: Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest strasznie dręczona przez demona. On jednak nie odpowiedział jej ani słowem. Wówczas podeszli Jego uczniowie i zaczęli Go prosić: Odeślij ją, gdyż woła za nami. A On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela. Jednak ona podeszła i kłaniając się poprosiła: Panie, pomóż mi! On zaś jej odpowiedział: Nie dobrze jest brać chleb dzieci i rzucać szczeniętom. Ona na to: Tak, Panie, ale i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów. Wtedy Jezus zwrócił się do niej: O, niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz. I od tej godziny jej córka była wyleczona. (Mt 15,21-28)

Kobieta ta pochodziła z okolic Tyru. Tyr w języku hebrajskim ma szereg znaczeń, między innymi używa się tego wyrazu na określenie „trudności, ucisku, tego, co ciasne, niebezpieczeństwa”. Być może całe życie tej kobiety było pełne ucisku i zasadzek, jakie tworzył wobec niej szatan. Jednocześnie to nie sam trud jest przekleństwem. „Ciasna brama” wiodąca do Domu Ojca nazywa się „tyr patah”, a przed tronem Baranka w niebie są „ci, którzy przyszli z wielkiego ucisku” – wielkiego Tyru…

Uporczywe wołanie kananejskiej niewiasty, przypomina adoracyjne, cierpliwe wpatrywanie się w Jego eucharystyczne Oblicze – ukryte za zasłoną chleba. Postawa klęcząca i walka z rozproszeniami, z sennością, ze zmęczeniem, czyli tym wszystkim co odciąga adorującego od Pana to dalekie echo słów uczniów, którzy chcieli, aby Jezus odpędził krzyczącą kobietę. Jej postawa pełna pokory, prawdy o swojej sytuacji, o własnym bałwochwalstwie (była poganką), jej świadomość bycia niegodną cudu, o który prosi, a wreszcie olbrzymia ufność wobec Nauczyciela – to skłania Jezusa do uczynienia zadość jej prośbie. W ten sposób dokonuje się spotkanie, u którego zarania stoi cierpienie i trud – zarówno ten związany z chorobą córki, jak i ten związany z uporczywym błaganiem Jezusa. Może dlatego tak mało Pan czyni w naszym życiu, bo brakuje nam i pokory i cierpliwości a nade wszystko ufności, jaką miała tamta poganka.

Trędowaty także został pewnie poprowadzony przez własne cierpienie. Zginając kolana przed Jezusem uznaje swoją bezsilność i odwołuje się do woli Jezusa, do Jego łaski. Czy nie ma w nas zbyt wiele zuchwałej pewności, że Łaska się nam po prostu należy? Że realizująć “receptę na modlitwę”, czy adorację, powinniśmy otrzymać gotowy “produkt”? Trędowaty upadł na kolana przed Jezusem, przed konkretną Osobą. Czy czasami nie tracimy tego z oczu, że klęczymy przed Osobą, że mówimy do Osoby, że orientujemy całe swe życie na Osobę?

Wyciągnięta ręka Pańska jest znakiem mocy Boga i szczególnego działania Ducha św. Czy pamiętasz, że na każdej adoracji jesteś w obecności Bożej mocy? Że tym, który ma sprawiać w tobie modlitwę jest Duch Pana, który:

Podobnie i Duch wspiera nas w naszej słabości; gdy bowiem nie wiemy, o co się modlić, ani jak należy, sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. (Rz 8,26)

Czy więc zaczynasz adorację od wezwania Ducha św.? Czy jakimkolwiek aktem strzelistym, który zaangażuje twoje zmysły uświadamiasz sobie Obecność Osoby Jezusa?

Jezus podkreśla wobec trędowatego: Chcę! Jest w tym stwierdzeniu głębokie pragnienie związane z chorym człowiekiem, jakby mówił: Chcę ciebie! Chcę ciebie oczyszczonego, wolnego. Potrzebuję ciebie! Zależy mi na twojej wolności! Chcę twojej czystości! Chcę się tobą posłużyć! Warto pamiętać to podczas adoracji, aby nie dać się zwieść zmysłowej ciszy, czy wodospadowi pytań i trosk, jakie przelewają się przez serce i umysł. Pan zawsze do nas mówi (nawet gdy milczy!), tylko, że my jesteśmy głośniejsi od Niego.

I jeszcze jedno – może być i tak, że upadasz na kolana przed Panem, ale nie chcesz Go ani prosić, ani uwielbić, ani być z Nim. Może być tak, że twoja myśl i twoja wola są daleko. Bacz wówczas, aby  nie stać się jak ci, którzy upadają wprawdzie przed Chrystusem, ale więcej jest w tym szyderstwa, aniżeli bojaźni. Czy to możliwe? Św. Mateusz zapisał:

Wówczas żołnierze namiestnika zabrali Jezusa do pretorium, a [tam] zgromadzili wokół Niego całą kohortę. Rozebrali Go i narzucili [na Niego] szkarłatny płaszcz. Włożyli też na Jego głowę spleciony z cierni wieniec, do prawej ręki [wcisnęli] trzcinę. I klękając (γονυπετησαντες) przed Nim wyśmiali Go, mówiąc: Witaj, królu Żydów! (Mt 27,27-29)

Cały ten opis to parodia spotkania z Jezusem, parodia adoracji. W centrum On, pokorny i cichy, a dookoła rozszalała zgraja ludzkich emocji i cynizmu. Warto zadać sobie pytanie: Czy Król, którego adoruję ma władzę w moim życiu? Czy korona, jaką Mu zakładam jest upleciona z mojej pokory, czy też z grzechów, zwłaszcza związanych z pychą i egotyzmem? Czy klęcząc wyśmiewam Go w moim sercu i gardzę Jego męką, czy też jako pokutnik upadam w proch uświadamiając sobie bezmiar miłości do mnie?

Na ile jesteś cierpliwy w modlitwie? Czy oddajesz Panu swoje trudności?

W jaki sposób przeżywasz swoje spotkanie z Osobą Jezusa podczas adoracji? Jak się modlisz? Jak się zwracasz do Niego?

Czy masz świadomość że Pan chce twojej obecności na modlitwie, że chce działać w twoim życiu?

« Older posts Newer posts »

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑