Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Kategoria: Słowo Boże (page 2 of 125)

Odosobnienie Cz. II

Łódź natomiast była już wiele stadiów od brzegu (pośrodku morza), nękana przez fale, ponieważ wiatr był przeciwny. (Mt 14,24)

W większości tłumaczeń ewangelicznego tekstu czytamy, że apostolska “łódź była już o kilka stadiów oddalona od brzegu”. Istnieje również wersja mówiąca, że “łódź była pośrodku morza”. Tak, czy inaczej widzimy łódź, symbol i obraz Kościoła (łodzi Piotrowej) na rzeczywistej głębi Morza Galilejskiego. Z dala od brzegu sugerującego bezpieczeństwo. Samotni wobec bezmiaru fal. A morze jest w wypowiedziach Pana znakiem otchłani, piekła, czy wręcz potępienia.

Kto natomiast zgorszy jednego z tych małych, wierzących we Mnie, korzystniej byłoby dla niego, aby mu u szyi zawieszono ośli kamień młyński i utopiono w głębi morza. (Mt 18,6 dos)

I będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi rozpacz narodów w mieszaninie zgiełku morza i rozhukanej fali, (J 6,1 dos)

Co ciekawe w ewangelicznej łodzi siedzą sami znawcy rybołówstwa, specjaliści od Jam Kinnereth (jak nazywano Morze Galilejskie), profesjonaliści od zarzucania sieci i nawigacji wodnej. A jednak serca napełnia im trwoga i obawa o siebie. A jednak zawędrowali na głębinę, jakby na krawędź jakiejś przepaści życiowej. Dziś również widzimy kościelną (nomen omen) barkę w pośrodku otchłani tego świata, oraz jakby na krawędzi innej otchłani, tej, z której dobiegają jęki potępionych. 

Ci, którzy płynęli na morzu statkami, 
na wielkich wodach załatwiali swe sprawy.
Widzieli czyny Jahwe i dziwy Jego na głębiach. 
Powiedział i wzniecił gwałtowny wicher,
który spiętrzał fale wód. 
Wzlatywali pod niebiosa, zapadali w głębiny;
dusza ich drżała z przerażenia.
Zataczali się i chwiali się jak pijani, 
a cała ich mądrość znikła. (Ps 107, 23-27)

Można płynąć nawet najświętszą łodzią i załatwiać jedynie własne sprawy – dbać o stan posiadania, troszczyć się o dzieła sztuki sakralnej, tęsknić za emeryturą, robić wszystko, by uniknąć skandali. To tak w lepszym scenariuszu. W gorszym są grzechy przeciw piątemu i szóstemu przykazaniu, a przede wszystkim – grzech bałwochwalstwa, który możemy sprowadzić do niewiary, wyrażającej się w braku zaufania do Pana na rzecz ufności słupkom popularności, wykresom socjologicznym, czy wyrokom psychologów. I tak, jak w powyższym psalmie – można widzieć czyny Pana, dużo o nich wiedzieć, ba, być nawet specjalistą od nich, ale nie ufać Jego woli, Jego prawom i Jego mądrości. Tragiczny jest los marynarza, czy rybaka, który nie wie dokąd ma płynąć i nie potrafi wskazać właściwego kursu. Kiedyś wreszcie jego łódź rozbije się o skały.

Łódź wirująca w kółko wokół własnej osi (Czy nie zajmujemy się często bardziej sobą – nawet w szeroko rozumianym Kościele – aniżeli Panem i Jego sprawami?) na środku morza to znak społeczności jakby skazanej na zagładę, zarówno tą wewnętrzną, wynikającą z własnych nieprawości, które zaślepiają siedzących w niej sterników, jak tą zewnętrzną, z racji przeciwnego wiatru, bo przecież woła prorok:

Zwiędliśmy wszyscy jak liście, a nasze grzechy jak wiatr nas poniosły. (Iz 64,6 lub)

Skutki naszych grzechów przywieje wiatr pod nasze stopy w najmniej spodziewanym momencie. Wydawało się, niegdysiejszym rozmówcom przeróżnych panów pułkowników, kapitanów, czy majorów, że nikt o ich flirtach z bezpieczniacką komuną nie będzie wiedział. Niektórzy duchowni dali się uwieść myśli, że będą rozgrywać socjalistyczne władzę lepiej niż Prymas Tysiąclecia. Nie pojęli (i może dotąd nie pojmują) że to ich rozgrywano. Myśleli, że to tylko sprawy dawne, słowa na wiatr rzucone. Ale nie ma nic ukrytego… Wiatr zawiał w drugą stronę odsłaniając słowa i czyny. Co to za wiatr? Czy to tchnienie Złego? A może jednak to sam Duch, o którym Pan powiedział:

Wiatr wieje, dokąd chce – słyszysz jego szum, ale nie wiesz, skąd nadciąga i dokąd zmierza; tak jest z każdym, kto został zrodzony z Ducha. (J 3,8 dos)

Doświadczyli tego dobitnie Apostołowie w Wieczerniku:

I nagle stał się z nieba szum, jakby uderzenie potężnego wiatru, i napełnił cały dom, w którym siedzieli. (Dz 2,2 dos)

Jakiż to dramat – odkryć, że sam Duch Pański jest mi przeciwny! Że wszystkie moje wysiłki, starania, cały trud jaki wkładamy w utrzymanie się na kursie, to wszystko jest przeciwne Duchowi Świętemu!Z drżeniem pytam – czy to w ogóle możliwe? Tak się pomylić?

Ale Ewangelia nie pozostawia wątpliwości…

Cała ich mądrość znikła – powie Psalmista. Tak jest obecnie. Tak to widzę. Da Bóg, że się mylę. Ale wszystko mi mówi, że Pan dopuszcza tę dramatyczną próbę na swoich uczniów – zarówno wtedy, jak i wówczas – aby objawiała się potęga wiary, a przez to Jego chwała. Tyle, że musi też objawić wzburzone morze naszych grzechów i ich konsekwencji. Potoki zgorszeń i raniące strugi obrzydliwości, jakie popełniliśmy, nie przejmując się ostrzeżeniami, jakie dawało niebo wcześniej – choćby przez objawienia Matki Najświętszej.

Wszyscy twoi pasterze staną się pastwą wiatru, a twoi ulubieńcy pójdą w niewolę. Tak, wtedy cię ogarnie wstyd i hańba z powodu wszystkich twoich nieprawości. (Jr 22,22 bt)

Napisał św. Mateusz, że łódź była “nękana przez fale”. Czym są te fale? U św. Jakuba tak czytam:

Niech jednak prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, przypomina falę morską, przez wiatr gnaną i rzucaną. (Jk 1,6) 

A św. Juda dopowiada, piszą o współczesnych sobie heretykach:

Ci natomiast rzucają przekleństwo na to, czego nie rozumieją, co natomiast pojmują na sposób nierozumnych zwierząt, w tym poddają się zepsuciu. Biada im, bo poszli drogą Kaina, odsunęli się od nagrody przez błąd Balaama, poddali się zgubie buntem Korego. Na waszych agapach, gdy bez żadnej bojaźni biorą udział we wspólnej uczcie, są jak zawierucha! Siebie samych tuczą! To chmury bezwodne wiatrem gnane! To drzewa o porze zimowej, bez owocu, dwakroć umarłe, niezakorzenione! To wściekłe bałwany morskie, plujące swoją ohydą! To gwiazdy błąkające się! Przeznaczony jest dla nich mrok ciemności przez wieczność. (Jud 1,10-13 pop)

Fale pogrążonych w wiecznych wątpliwościach, nie prześwietlonych rozumem oświeconym wiarą i nigdy nie opanowanych miłością. Fale heretyków i schizmatyków. Fale niewiernych (droga Kaina), chciwców i ludzi niemoralnych (Balaam), buntowników (Kore, którego pochłonęła ziemia), ludzi, którzy nie mogą się uspokoić jak bałwany morskie. 

Do takiej łodzi, skazanej na osobność zagłady, na bycie swoistym widowiskiem dla świata – przychodzi Pan. Z tej łodzi, na widok Pana, na dźwięk Jego głosu – wychodzi uczeń.

A dzieje się to w momencie największego trudu, zmęczenia, znużenia i – zapewne – przerażenia, czyli o czwartej straży nocnej, gdzieś między naszą trzecią a piątą nad ranem.

Jest znamienne, że pogubieni uczniowie nie rozpoznają (poza tym jednym) Pana, a nawet mylą Go ze zjawą. 

Oni natomiast, przelękli i przestraszeni myśleli, że widzą ducha. (Łk 24,37)

Współcześni uczniowie Pańscy również traktują Chrystusa jak zjawę, ducha, a nie jako realną osobę, która ma moc nad ich życiem. Jest nawet gorzej – wielu katolików potraktowało w ostatnich miesiącach swego Pana jak przedmiot, nawet gorzej niż słodki wafelek. Jak kawałek styropianu, który można wziąć sobie do torebki podczas Komunii, a potem spryskać środkiem dezynfekującym!

Czy to nie bluźnierstwo i profanacja? I to w jakiej skali!

Zjawy się można przynajmniej przestraszyć. Współcześni uczniowie są doskonale obojętni. Ktoś im zabroni chodzić do kościoła. Ok. Ktoś powie, że chodzenie na Mszę zaraża? Ok. Ktoś uspokoi ich sumienia mówiąc, że nie muszą święcić Dnia Pańskiego? Ok. 

Jeden rybak się wtedy wyłamał z ogólnego letargu a może przerażenia. Jezus rozpoznał wiarę w tym kroku i wzywa Piotra na osobność, do odłączenia się od reszty uczniów. 

Wtedy odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie. A On na to: Przyjdź. I Piotr wyszedł z łodzi, szedł po wodzie i przyszedł do Jezusa.  (Mt 14,28-29)

CDN

Odosobnienie. Cz. I.

Co robić, gdy łódź jest na środku morza, miotana z lewa na prawą (dosłownie) falami, przy niesprzyjającym wietrze? Poddać się załamaniu? Wzywać Pana? Ale się wydaje, że Go nie ma. Kazał płynąć i się oddalił. Nie dziwne, że wielu mówi, za Abpem Vincenzo Zanim (a nie jest to byle kto, bo sekretarz Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej!), że:

Bóg stwarza, ale potem się wycofuje. Opuszcza człowieka, mówiąc: „Idź!”

Co robić? Jak reagować na to, co się dzieje? Siedzieć w łodzi, która nabiera wody, a brakuje już sił, by ją wylewać za burtę? Zemdleć z histerii? A może wyskoczyć i dać się pochłonąć falom, bo jedyna wizja, jaką się zauważa to jakieś złowrogie widmo, o którym ktoś mówi, że to właśnie jest Pan…

Odosobnienie proroka.

W 1 Księdze Królewskiej czytamy o rozżalonym proroku Eliaszu, popadającym w depresję ze strachu przed groźbami królowej Izebel, której – jak wielu współczesnym “możnym tego świata” – wydawało się, że może naginać według własnego widzimisię normy dekalogu, oraz kpić z władzy i rządów nad światem jedynego Boga; obrona ortodoksji przez Eliasza (wyrażająca się ostatecznie w krwawym wycięciu w pień proroków Baala, do których małżonka Achaba miała dużą słabość) wzbudziła w królowej nieopisaną wściekłość.

Depresja i upokorzenie Eliasza samym sobą były wielkie aż tak, że modlił się o śmierć! Doświadczenie, najpierw wielkich sukcesów, a potem własnej małości i tchórzostwa, doprowadza go do zupełnego załamania. Bóg jednak prowadzi proroka do spotkania ze sobą – ze swoją mocą i chwałą. Ucieczka, której dokonał Eliasz oddalając się od gniewu Izebel zamienia się w świętą samotność. Odpowiada tej postawie greckie słowo ἴδιος (idijos) własny, należący do jednej osoby, prywatny, osobisty. Idijadzo, to tyle, co „być osamotnionym”, „być sam na sam z kimś”, „poświęcić się jakiejś sprawie”, „być wyróżnionym”. Eliasz chowa się więc w prywatność, ucieka w odosobnienie, aby wreszcie (wbrew nawet samemu sobie) zostać wyróżnionym przez Boga.

Powstawszy zatem, zjadł i wypił. Następnie umocniony tym pożywieniem szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb. Tam wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Co ty tu robisz, Eliaszu? A on odpowiedział: Żarliwością zapłonąłem o Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze, a Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie. Wtedy rzekł: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pana nie było w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pana nie było w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pana nie było w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: Co ty tu robisz, Eliaszu? (1 Krl 19,8-13 bt)

Poniżenie proroka zostaje zamienione w wywyższenie – Eliasz staje na bożej górze Horeb, aby zmienić perspektywę. Nie widzi już budzącej grozę królowej, ani swojej goryczy, ani własnego lęku i niechęci do życia. Skupia się na Panu i rozpoznaje Jego mowę. Nie słowa Izebel są ważne, ale słowa Boga. Nie powolny rozpad królestwa Izraela (jakby) oddanego mocy nieprawości, ale utrwalenie powołania poprzez podjęcie zadań, jakie ma dla niego Bóg.

Wtedy Pan rzekł do niego: Idź, wracaj swoją drogą ku pustyni Damaszku. A kiedy tam przybędziesz, namaścisz Chazaela na króla Aramu. Później namaścisz Jehu, syna Nimsziego, na króla Izraela. A wreszcie Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola, namaścisz na proroka po tobie. A stanie się tak: uratowanego przed mieczem Chazaela zabije Jehu, a uratowanego przed mieczem Jehu zabije Elizeusz. Zostawię jednak w Izraelu siedem tysięcy takich, których kolana nie ugięły się przed Baalem i których usta go nie ucałowały. [Eliasz] poszedł stamtąd i odnalazł Elizeusza, syna Szafata, orzącego: dwanaście par [wołów] przed nim, a on przy dwunastej. (1 krl 19,15-19 bt)

Krótkotrwałe odosobnienie Eliasza kończy się kolejnym wezwaniem i powołaniem ucznia. Poczucie klęski Bóg przemienia w kolejne etapy swego planu.

Wiem, że skojarzenia to przekleństwo, nie mogę pozbyć się jednak analogii, medytując historię Eliasza (a cenię go sobie chyba najbardziej ze wszystkich proroków Starego Testamentu) z pewnym epizodem z historii św. Benedykta z Nursji.

Św. Benedykt przyszedł na świat w zamożnej chrześcijańskiej rodzinie ok. roku 480 w Nursji, niewiele ponad 100 km na północ od Rzymu. Studiował w Rzymie, jednak atmosfera rozpasania i użycia, panująca w mieście po upadku Cesarstwa Zachodniego, spowodowała, że Benedykt postanowił zostawić wszystko i pójść za Chrystusem. Został pustelnikiem w Enfide (dziś Affile), a następnie przeniósł się w okolice Subiaco, na wschód od Rzymu w Górach Albańskich. (PCh 24)

Odosobnienie, jakie wybrał nie było jednak ostatecznym przeznaczeniem, podobnie jak ucieczka Eliasza z zasięgu oddziaływania gniewu królewskiego. 

Wieść o świątobliwym życiu eremity szybko rozeszła się po okolicy. Już niebawem Benedykt uczył prawd wiary mieszkających w pobliżu pasterzy. Wtedy też żyjący w pobliskim Vicovaro mnisi zwrócili się do Benedykta z prośbą, by został ich przełożonym. Kiedy jednak Benedykt zapowiedział, a następnie zaczął egzekwować większą karność i dyscyplinę, natychmiast napotkał twardy opór mnichów. Doszło nawet do tego, że zakonnicy próbowali go otruć. Szczęśliwie jednak św. Benedykt w cudowny sposób przewidział ich zamiary i wrócił do swej groty w Subiaco. Wkrótce jednak coraz większy napływ uczniów skłonił go do założenia dla nich dwunastu małych klasztorów. Wrogie nastawienie mieszkającego w pobliżu kapłana spowodowało, że przeniósł się na wzgórze Monte Cassino, gdzie w pogańskiej jeszcze okolicy założył klasztor i napisał słynną Regułę, która przetrwała do dziś. (PCh 24)

Benedykt, choć nie jako eremita, stał się symbolem pewnego rodzaju odosobnienia – z dala od zgiełku i dekadencji Rzymu zorganizował, zgodnie z wolą Bożą, odrębną społeczność rządzącą się prawami Ewangelii, które regulowały wszystkie przestrzeni ludzkiego życia. To odejście na samotność zaowocowało ocaleniem Europy.

Odosobnienie Apostoła.

Ponieważ zaglądam dzisiaj do czytań mszalnych XIX Niedzieli Zwykłej, czytam fragment z listu św. Pawła do Rzymian, w którym Apostoł również wspomina o pewnego rodzaju odosobnieniu.

Odczuwam ogromny smutek i ustawiczny ból w moim sercu. Gotów byłbym dla braci moich być WYŁĄCZONYM i pozostawać Z DALA od Chrystusa. Są to przecież rodacy moi według ciała, Izraelici, którzy się cieszą przybranym synostwem i chwałą, i przymierzem, i Prawem i pełnieniem służby Bożej, i obietnicami. Ich są ojcowie, z nich narodził się według ciała Chrystus, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen. (Rz 9,2-5 lub)

Widząc wyjątkowość (a to znaczenie również mieści się w zasięgu greckiego słowa ἴδιος) swego ludu, jego wybranie i przeznaczenie, ów olbrzymi potencjał łaski, jaką Pan wylewał na dzieci Izraela przez wieki, Apostoł cierpi z powodu odłączenia swoich rodaków od zbawienia. 

Ogromny smutek i ciągły ból skłaniają Pawła, ongiś gorliwego faryzeusza i znawcę Prawa, do niezwykłego stwierdzenia – mogę być sam odłączony od zbawienia, byle oni się nawrócili! Gotów jestem nawet tak zaryzykować, postawić na szali coś, co mam najcenniejszego, aby oni odnaleźli Mesjasza! 

Paweł wie, bo kilka wersetów wcześniej o tym pisze, że nic nie może oddzielić go od miłości Boga. Widać w tym emocjonalnym stwierdzeniu wielką miłość do wszystkich pokoleń Izraela. Podobnie wołał sam Mojżesz:

I poszedł Mojżesz do Jahwe, i powiedział: Oto zgrzeszył lud ten wielkim grzechem, gdyż uczynił sobie Boga ze złota. Jednak przebacz im ten grzech! A jeśli nie, to WYMAŻ MNIE natychmiast z księgi twej, którą zapisałeś. (Wj 32,31-32 lub)

Gotowość Pawła na oddzielenie od zbawienia jawi się tu niczym jakiś absurdalny ślub (choć wiemy, że takiego nie złożył) i reakcja na oddzielenie się Izraela od wyznawców Chrystusa. 

Bóg nie wymaga takiego ślubu, czy postawy. Zbawienie jest największym darem, jaki Pan w swym miłosierdziu nam ofiaruje. Warto jednak zastanowić się nad kierunkiem Pawłowej myśli – dam wszystko, aby inni odzyskali możliwość odkupienia… Może jakieś inne oddzielenie, odosobnienie jest tu możliwe, a nawet pożądane? Czyż nie w takiej intencji, “dla zbawienia innych” ludzie poświęcali swoje życia, dobra, tytuły i zaszczyty Panu?

Odosobnienie uczniów.

Grecki wyraz ἴδιος odnajdujemy kilkukrotnie na kartach Ewangelii, między innymi w cenie Przemienienia:

A po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz jego brata Jana, i wyprowadził ich OSOBNO na wysoką górę. (Mt 17,1 dos)

Co ciekawe dzieje się to niedługo po innym wydarzeniu, epizodzie z Piotrem chodzącym po wzburzonych falach Morza Galilejskiego. Na samym początku tej sceny św. Mateusz pisze:

Po rozpuszczeniu tłumów wstąpił na górę na OSOBNOŚĆ, aby się pomodlić. A z nastaniem wieczoru, był tam sam. Łódź natomiast była już wiele stadiów od brzegu (pośrodku morza), nękana przez fale, ponieważ wiatr był przeciwny. (Mt 14,22-23)

Mamy tu dwie samotności – odosobnionego Chrystusa na górze, pogrążonego w modlitwie, oraz samotną łódź na środku rozszalałego jeziora (zwanego przez współczesnych morzem). Jak wiemy Jezus bardzo często udawał się na odosobnienie, aby się modlić. Już z samego tego faktu widać, że owa samotność tak naprawdę samotnością nie jest – to intymne spotkanie z Ojcem aniżeli ucieczka od męczących ludzi. Eliasza również Bóg przekonał do tego, że odseparowanie się od ludzi, czy niebezpieczeństw nie jest potrzebne, jeśli nie prowadzi do głębszego spotkania z Bożą chwałą. 

Jaki jest kontekst owej odosobnionej modlitwy Jezusa? Otóż chwilę wcześniej mam miejsce cudowne rozmnożenie chlebów i ryb. Tysiące ludzi obserwują spektakularny sukces Nauczyciela z Nazaretu. Jeśli przyjąć, że św. Jan opisuje to samo wydarzenie, to euforia tłumu sięgałą zenitu do tego stopnia, że chciano obwołać Jezusa królem. Cóż, gdyby działo się to teraz to niewątpliwie do tego by doszło, bo przecież entuzjazm wiary jest tak wielką wartością, że odrzuca się elementy formacji na rzecz “wewnętrznego wigoru, marzeń, nadziei i wspaniałomyślności”.

Zdarza się w niektórych miejscach, że spowodowawszy w ludziach młodych intensywne doświadczenie Boga, spotkania z Jezusem, które poruszyło ich serca, proponuje się im spotkania „formacyjne”, w których poruszane są jedynie kwestie doktrynalne i moralne. Mowa jest o złu współczesnego świata, o Kościele, o nauce społecznej, o czystości, o małżeństwie, o kontroli urodzeń i o innych sprawach. Powoduje to, że wielu młodych się nudzi, zatraca ogień spotkania z Chrystusem i radość z pójścia za Nim, wielu opuszcza drogę, a inni stają się smutni i negatywni. (Christus vivit, 212)

Pragnienie tłumu, aby obwołać Jezusa królem ma niewiele wspólnego (mimo, że niektórzy tak sądzą) z postulatami tzw. ruchów intronizacyjnych. Ich głosy wynikają z odkrycia konsekwencji społecznego panowania Chrystusa, a nie z przeżywanej feeri emocjonalnych uniesień. Jezus odrzuca ziemskie panowanie w tym a nie innym momencie swej misji, co nie znaczy, że odżegnuje się w ogóle od królewskich prerogatyw prawodawcy czy mającego władzę rządcy doczesności.

W medytowanym fragmencie Pan decyduje się na rozpuszczenie tłumów i bardzo szybkie oddalenie uczniów, aby nie skazili się owym mylącym przeżyciem zbiorowości, które zamienia rozumność działania na głupią impulsywność wspólnych doznań. Naprzeciw poczucia sytości nakarmionych w cudowny sposób ludzi, a co za tym idzie – ich zbiorowego uniesienia, Chrystus proponuje dwie osobności. Sam idzie na indywidualną modlitwę, na samotność z Ojcem a Apostołów odsyła na rozszalałe morze, na trudną odosobnienie pośród budzącej grozę rzeczywistości. Jakby chciał udowodnić, że nie wielkie masowe przeżycia na stadionach, czy gigantycznych pielgrzymkach tak naprawdę przemieniają serca, ale samotne, indywidualne zmaganie się z trudną rzeczywistością. Podobne doświadczenie musiał przeżyć Eliasz, gdy zostawił za sobą “sukces duszpasterski” w postaci triumfu nad prorokami Baala, aby wejść w ciszę groty na “bożej górze Horeb”. Pismo mówi, że dopiero tam, na tej górze, w ciszy odnalazł Pana.

Widzimy więc odosobnioną od zgiełku łódź – Kościoła, czy duszy ludzkiej – na środku burzy morskiej. Zda sie, że Pana nie ma. Może w sercach Apostołów pojawiły się znowu słowa wypowiedziane w innej sytuacji:

A On był na rufie i spał na podgłówku. Budzą Go więc i mówią Mu: Nauczycielu, nie martwi Cię to, że giniemy? (Mk 4,38 dos)

Mateusz opisuje:

Łódź natomiast była już wiele stadiów od brzegu (POŚRODKU MORZA), nękana przez fale, ponieważ wiatr był przeciwny. (Mt 14,23)

Przyjrzyjmy się owym trzem przywołanym przez ewangelistę obrazom: środek morza, nękanie przez fale i przeciwny wiatr.

W większości tłumaczeń ewangelicznego tekstu czytamy, że apostolska “łódź była już o kilka stadiów oddalona od brzegu”. Istnieje również wersja, że “łódź była pośrodku morza”. Tak, czy inaczej widzimy łódź, symbol i obraz Kościoła (łodzi Piotrowej) na rzeczywistej głębi Morza Galilejskiego. Morze jest w wypowiedziach Pana znakiem otchłani, piekła, czy wręcz potępienia.

Kto natomiast zgorszy jednego z tych małych, wierzących we Mnie, korzystniej byłoby dla niego, aby mu u szyi zawieszono ośli kamień młyński i utopiono w głębi MORZA. (Mt 18,6 dos)

I będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi rozpacz narodów w mieszaninie zgiełku MORZA i rozhukanej fali, (J 6,1 dos)

CDN

W niewodzie.

Czyż nie jesteś odwieczny, Panie, Boże mój, Święty, który nie umierasz. Na sąd go przeznaczyłeś, o Panie, Skało moja, zachowałeś dla wymiaru kary. Zbyt czyste oczy Twoje, by na zło patrzyły, a nieprawości pochwalać nie możesz. Czemu jednak spoglądasz na ludzi zdradliwych i milczysz, gdy bezbożny niszczy uczciwego?
Ludzi traktuje jako ryby morskie, niczym płazów [gromadę], którą nikt nie rządzi. Wszystkich łowi na wędkę, zagarnia swoim niewodem albo w sieci gromadzi — tańcząc przy tym z radości. Przeto ofiarę składa swojej sieci, pali kadzidło niewodowi swemu, bo przez nie zdobył sobie łup bogaty i pożywienie jego stało się obfite. Ciągle na nowo zarzuca swe sieci, mordując ludy bez żadnej litości.
Na straży mojej stać będę, udam się na miejsce czuwania śledząc pilnie, by poznać, co przemówi do mnie, jaką odpowiedź da na skargę moją.
I odpowiedział Pan tymi słowy: „Zapisz widzenie, na tablicach wyryj, aby z łatwością odczytać je można. Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego z pewnością nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty oczekuj na nie, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności”. (Ha 1,12-2,4)

Niewody są to sieci rybackie stosowane na jeziorach oraz stawach. Składają się z dwóch skrzydeł połączonych matnią oraz jej końcową częścią zwaną kutlem. Skrzydła mają kształt wydłużonych prostokątów, matnia przypomina worek o wlocie w kształcie trapezu. Zadaniem matni jest zbieranie ryb zagarniętych przez skrzydła. O takiej pułapce zastawianej przez ludzi niegodziwych (dokładnie “bezbożnych”, czyli nie uznających Boga i Jego władzy nad stworzeniem, nie uznających Jego praw) pisze prorok Habakuk. 

Czemu jednak spoglądasz na ludzi zdradliwych i milczysz, gdy bezbożny niszczy uczciwego? (Ha 1,13)

Pytania jakie zadaje sobie człowiek od niepamiętnych czasów. Czemu bezbożni mogą bezkarnie (przynajmniej tak się wydaje) wywierać ucisk na ludziach bogobojnych, czy prawych… Czemu? Jeremiasz odpowiada:

Leżeć musimy w hańbie i wstyd nas okrywa, bo zgrzeszyliśmy wobec Pana, Boga naszego, my i przodkowie nasi, począwszy od młodości aż do dziś; nie słuchaliśmy głosu Pana, Boga naszego. (Jr 3,25)

Przez wzgląd na niechęć do nawrócenia, oraz poddania Bożemu panowaniu wszystkich przestrzeni życia – prywatnych i państwowych – wydał nas Pan na pastwę ludzi nieprawych. Z nas oni wyszli, ale uwiódł ich duch tego świata, który sprzeciwia się Bogu. Ten, który mieni się księciem tego świata, nieustannie kusi i mami poczuciem władzy. Tak kusił samego Pana:

Wówczas powiódł Go [diabeł] w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł do Niego diabeł: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je dać, komu zechcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. (Łk 4,5-8)

Chrystus zaś przestrzegał i przestrzega wszystkich, którzy mienią się Jego uczniami:

Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. (Mt 20,25-26)

Niestety, wielu – a może wręcz wszyscy – wchodzący do tzw. polityki, czy to ze strony prawej, czy to lewej, czy z jakiejkolwiek innej, ulega pokusie “dawania odczuć władzy”. Wie o tej pokusie każdy, komu w jakikolwiek sposób powierzono zwierzchność nad kimś drugim. Na czym to polega? Na dwóch rzeczach. Najpierw, na głębokim przekonaniu, że da się sprawować ową zwierzchność – a mówiąc słowami Pana: da się “służyć innym” – poprzez egzekwowanie najbardziej absurdalnych zakazów i nakazów. Potem, na takim manipulowaniu ludźmi poprzez oddziaływanie na ich lęk, emocje, czy niskie instynkty, na takim wykorzystaniu słabości, aby przeprowadzić to, co uważa się za słuszne. Świetnie ilustruje taką postawę stwierdzenie: „Im więcej lekceważenia tym więcej obostrzeń”. Czyli – im bardziej się nas (rządzących) nie słuchacie, tym bardziej damy wam odczuć naszą władzę!

Czy nie jest to modelowy wręcz przykład arogancji?

Prorok tak opisuje działanie mającego władzę bezbożnika:

Ludzi traktuje jako ryby morskie, niczym płazów [gromadę], którą nikt nie rządzi. Wszystkich łowi na wędkę, zagarnia swoim niewodem albo w sieci gromadzi — tańcząc przy tym z radości. (Ha 1,14-16)

Cała histeria wokół tzw. “pandemii”, rozpętana i umiejętnie a to wygaszana, a a to podsycana, jest przykładem Habakukowego proroctwa. Ktoś (kto tak naprawdę?) wyraźnie traktuje ludzi jak zwierzątka, jak stadko bezosobowych istot, którymi “nikt nie rządzi”. Ten ktoś zapomina jednakże, że ludzie nie są stadem bezrozumnych owiec. Nawet jeśli doprowadzi się człowieka do swoistej bezrozumności, ma on wciąż swoją obiektywną godność! Jest podmiotem! Jest osobą! 

Zapomina też, ów ktoś, że to nie on rządzi narodem, państwem, czy konkretną społecznością. Rządcą jest Bóg. W sposób szczególny Królową naszego Narodu jest Bogurodzica. Jest tragedią duszy konkretnego polityka, zwłaszcza gdy jest człowiekiem ochrzczonym, zlekceważenie tego wymiaru publicznej służby, jakiej się oddaje. To nie jest tak, że jesteśmy niby bezpański pies, którego można sobie przygarnąć i wytresować według własnych upodobań! Jesteśmy własnością Pana! 

Jakże gorzko smakuje widok polityków uzurpujących sobie prawo do regulowania szczegółowymi przepisami – dodajmy, że absurdalnymi – sposobu życia ludzi w ich prywatnej przestrzeni! Do regulowania również życia kościelnego i – co za tym idzie – duchowego! Za takim sposobem myślenia (“mam władzę, to mi wolno robić to, co wydaje mi się słuszne w danym momencie”) kryje się bezmiar pychy. 

Wspominam często w tych dniach postawę św. Jana Pawła II, który wielokrotnie podkreślał podmiotowość pacjenta wobec omnipotencji lekarskiej. Dość dobrze ukazywała to scena rozmowy papieża z lekarzami w klinice Gemelli, przypomniana przez Pawła Woldana w sztuce “Totus Tuus”. Jan Paweł II został postawiony przed koniecznością drugiej (po ratującym mu życie zabiegu zaraz po zamachu) operacji. Tak o tym pisze Sebastian Musiół w Gościu Niedzielnym:

Decyzję o dacie tej drugiej operacji – i zakończeniu kuracji szpitalnej – podjął sam Papież, który postanowił walczyć o to, żeby stać się raczej „podmiotem swojej choroby” aniżeli „przedmiotem leczenia”. – Całe życie broniłem praw człowieka – powiedział swoim lekarzom – dzisiaj tym człowiekiem jestem ja sam.

Podmiotem swojej choroby! Nie “przedmiotem leczenia”!

Jakże boli, gdy politycy, będący ludźmi ochrzczonymi, katolikami, ba! – publicznie odwołujący się do wstawiennictwa Królowej tego Narodu, ba! – będący lekarzami! – gardzą tą personalistyczną a zarazem głęboko ewangeliczną wizją podejścia do człowieka, jaką ukazał św. Jan Paweł II.

Pogarda ta wyraża się w głębokiej wierze w literę prawa (może nawet nie prawa, co czegoś na wzór “ukazów” carskich), w kary, w moc przepisów, a także w dopuszczaniu lub wręcz prowokowaniu emocjonalnej atmosfery manipulującej świadomością ogółu. Łatwo jest nastraszyć. Łatwo bawić się w inżynierię społeczną. Można to zrobić. Można ulec takiej pokusie sterowania emocjami i zachowaniami – oczywiście w imię zbożnych idei, ratowania życia i zdrowia. Można. Ale, czy wolno.

Przecież nie mamy do czynienia z sytuacjami jasnymi i sprawdzonymi. Żaden naukowiec z czystym sercem nie wyda pewnej opinii na temat COWID-19, na temat leczenia czy sposobu chronienia się przed tym. Nawet nie wiadomo czy w ogóle można się przed tym uchronić. Błądzimy wokół teorii i hipotez. Ale jednocześnie, przy tak ogromnych wątpliwościach, wobec realnej niewiedzy, wobec braku naukowych podstaw do racjonalnego działania – podejmuje się decyzje co najmniej wątpliwe. 

A przecież w sytuacji wątpliwej nie wolno działać!

Ta zabawa w bogów, jedynych władców ludzkiego postępowania skończy się źle. Każda pycha, czy to polityczna, czy lekarska, czy jakakolwiek zostanie ukarana.

Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności. (Ha 2,4)

Cóż nam pozostaje? Trwać cierpliwie w wierze. 

Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego z pewnością nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty oczekuj na nie, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. (Ha 2,3)

Co ma jednak zrobić naród, który jest chory? Który ma gorączkę duchową? Który jest targany raz w ogień, raz w wodę? Który zdetronizował swego Pana, oddając rządy nad sobą – i to jak widać rządy dusz – innym ludziom, zwykłym grzesznikom?

Nie podobało się Samuelowi to, że mówili: Daj nam króla, aby nami rządził. Modlił się więc Samuel do Pana. A Pan rzekł do Samuela: Wysłuchaj głosu ludu we wszystkim, co mówi do ciebie, bo nie ciebie odrzucają, lecz Mnie odrzucają jako króla nad sobą. Podobnie jak postępowali od dnia, w którym ich wyprowadziłem z Egiptu, aż do dnia dzisiejszego, porzucając Mnie i służąc innym bogom, tak postępują i z tobą. Teraz jednak wysłuchaj ich głosu, tylko wyraźnie ich ostrzeż i oznajmij im prawo króla, który ma nad nimi panować. I powtórzył Samuel wszystkie słowa Pana ludowi, który od niego zażądał króla. Mówił: Oto jest prawo króla mającego nad wami panować: Synów waszych będzie on brał do swego rydwanu i swych koni, aby biegali przed jego rydwanem. I uczyni ich tysiącznikami, pięćdziesiątnikami, robotnikami na swojej roli i żniwiarzami. Przygotowywać też będą broń wojenną i zaprzęgi do rydwanów. Córki wasze zabierze do przyrządzania wonności oraz na kucharki i piekarki. Zabierze również najlepsze wasze ziemie uprawne, winnice i sady oliwkowe, a podaruje je swoim sługom. Zasiewy wasze i winnice obciąży dziesięciną i odda ją swoim dworzanom i sługom. Weźmie wam również waszych niewolników, niewolnice, waszych najlepszych młodzieńców i osły wasze i obarczy pracą dla siebie. Nałoży dziesięcinę na trzodę waszą, wy zaś będziecie jego sługami. Sami będziecie narzekali na króla, którego sobie wybierzecie, ale Pan was wtedy nie wysłucha. Odrzucił lud radę Samuela i wołał: Nie, lecz król będzie nad nami, abyśmy byli jak wszystkie narody, aby nas sądził nasz król, aby nam przewodził i prowadził nasze wojny! (1 Sm 8,6-20)

Skoro naród nie chce wypełniać ślubów danych swojej Królowej i ucieka od uznania praw bożych w swoim życiu, to dostaje takich rządców, na jakich zasłużył. Nie ma w tej chwili, po żadnej stronie, takiej opcji politycznej, która we wszystkim, zdecydowanie, z odwagę i przekonaniem broniłaby bożych praw. Konsekwencje tego stanu, zakorzenionego w mentalności ludzkiej, będą tragiczne. 

Rod Dreher w „Opcji Benedykta” pisał (mając na myśli warunki amerykańskie, ale uważam, że można to zastosować również do warunków polskich):

Wiadomo, jak zaciekłe i gwałtowne są partyjne batalie polityczne, ale chrześcijanie muszą pamiętać, że konwencjonalni amerykańscy politycy nie naprawią zła dziejącego się w naszym społeczeństwie i kulturze. Nie są do tego zdolni, bo zarówno po lewej, jak i po prawej stronie działają z pozycji, która ułatwia i poszerza ludzkie wybory, a to właściwie jest końcem polityki. Lewica i prawica spierają się tylko o to, gdzie wyznaczyć granice. Program żadnej z tych partii nie jest w pełni zgodny z prawdą chrześcijańską.
Natomiast polityka „Opcji Benedykta” wskazuje, że nieporządek w amerykańskim życiu publicznym pochodzi z nieporządku wewnątrz amerykańskiej duszy. Zaczyna więc od propozycji, aby najważniejszym zadaniem polityki naszych czasów było przywrócenie wewnętrznego porządku, zestrojenie go z wolą Boga – tego samego telos, jaki posiada życie we wspólnocie zakonnej. Wszystko inne będzie naturalną pochodną tego działania.

Niestety, dramatu dopełnia niezdolność uczniów Pańskich – Kościoła – do wyprowadzenia kogokolwiek z tego uwikłania. Jakby brakowało przejęcia się duszami… Jakby zanikła wiara, że to dusza jest siłą człowieka, i to o nią trzeba walczyć, jej chronić, ją uzdrawiać.

Przypomina się fragment Ewangelii, czytany w kościołach dokładnie w dzień wprowadzenia (cichcem!) kolejnych restrykcji państwowych:

A gdy przyszli do tłumu, podszedł do Niego człowiek, upadł przed Nim na kolana, i prosił: Panie, zmiłuj się nad moim synem, bo jest lunatykiem i strasznie cierpi; często bowiem wpada w ogień i często w wodę. I przyprowadziłem go do twoich uczniów, ale nie byli w stanie go uzdrowić.
Jezus zaś odpowiedział: O, pokolenie bez wiary i przewrotne! Jak długo z wami będę? Jak długo będę was znosił? Przyprowadźcie mi go tutaj. Po czym skarcił go Jezus – i demon wyszedł z niego, i od tej godziny chłopiec był uzdrowiony.
Wówczas na osobności podeszli do Jezusa i zapytali: Dlaczego my nie byliśmy w stanie go wypędzić?
A On im na to: Z powodu waszej małej wiary. Zapewniam was bowiem, jeśli macie wiarę jak ziarno gorczycy i powiecie tej górze: Przenieś się stąd tam – przeniesie się; i nic nie będzie dla was niemożliwe. (Mt 17,14-20)

Uczniowie Chrystusa bez wiary nie są w stanie nikomu pomóc! 

Ludzie Kościoła bez wiary nie mogą kogokolwiek poprowadzić! 

Co najwyżej pozostaje im słać prozdrowotne (a tak naprawdę propaństwowe) apele i powielać zdroworozsądkowe rady…

A naród lunatykuje – chodzi z kąta w kąt za blaskiem kolejnego księżyca… A za tym pobłądzeniem kryje się – jak mówi Słowo – demon. I nikt nie może go wypędzić. 

A naród wpada raz w ogień raz w wodę – i wszyscy są bezradni.

Gdy zamienimy prostą wiarę – opartą na Słowie, Tradycji i doświadczeniu świętych oraz przyjętą przez intelekt – na próby dostosowania się do zmienności świata oraz pogodzenie się z nieuchronnością zmian społecznych, wówczas jesteśmy bezbronni w walce, jaką toczy z nami świat i szatan. Używając obrazu ze wspomnianej Ewangelii – dziś uczniowie Pańscy proponują targanemu przez demona człowiekowi dużo entuzjazmu wiary i pracę nad polepszeniem samopoczucia przy jednoczesnym zaakceptowaniu swego trudnego stanu. Dlaczego? Bo nie wierzą w moc pokuty, modlitwy, sakramentów i nawrócenia. Bo nie wierzą w moc Bożą – w to, że Pan mocen jest zainterweniować w historię. Bo wierzą w moc wszelkich ludzkich hipotez – od socjologicznych począwszy a na moralnych skończywszy. Bo wierzą w medycynę, psychologię, czy “zdobycze myśli ekonomicznej”. Bo wierzą w moc “procesów dziejowych” i grozę procesów sądowych. Bo bardziej się obawiają głosów medialnych niż głosu gniewu bożego.

Trudno przyprowadzać lunatyka opanowanego przez demona do tak myślących uczniów Pana…

Takie dwa skrzydła niewodu – jedno bardziej świeckie, niejako państwowe, drugie bardziej kościelne – możemy zauważyć obok siebie. Jak uciec z tej matni, która grozi pozbawieniem podmiotowości lub osłabieniem wiary, albo jednym i drugim na raz?

Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego z pewnością nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty oczekuj na nie, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie. Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności”. (Ha 2,3-4)

Ofiara najuboższych

A jeżeli kto chce złożyć w darze ptactwo jako całopalenie dla Pana, niech złoży w darze synogarlicę lub młodego gołębia. Kapłan przyniesie go do ołtarza, złamie mu główkę i zamieni go w dym na ołtarzu. Krew jego wyciśnie na ścianę ołtarza. Potem oddzieli wole jego wraz z piórami i wyrzuci je na popielisko, na wschód od ołtarza. Następnie kapłan naderwie jego skrzydła, jednak nie oddzielając ich całkowicie, i zamieni w dym na ołtarzu, na drwach leżących na ogniu. To jest CAŁOPALENIE, OFIARA SPALANA, miła woń dla Pana. (Kpł 1,14-17)

Ostatnimi czasy Pan Bóg wskazuje mi księgę Kapłańską, a dokładnie jej początek, jako odpowiedź na serię pytań, z jakimi się borykam. Na pierwszy rzut oka niewiele interesujących rzeczy da się tam znaleźć – same przepisy liturgiczne… i to w wydaniu starotestamentalnym… Zasady składania różnych ofiar, prawa o tym co można uznać za czyste a co za nieczyste, przepisy organizacyjne kult świątynny. Warto sobie jednak przypomnieć, że w myśli biblijnej ofiary i czystość rytualna były drogą do świętości, w myśl Bożego przykazania:

Uświęćcie się więc i BĄDŹCIE ŚWIĘTYMI, bo Ja jestem święty: Ja, Pan, Bóg wasz! (Kpł 20,7)

Pamiętam, że O. Augustyn Pelanowski wspominał, że księga ta jest duchowym przewodnikiem dla kapłanów, również tych żyjących obecnie. Pamiętam też, że Orygenes, ten wielki komentator Słowa Bożego, żyjący na przełomie II i III w. wygłosił szereg homilii poświęconych właśnie księdze Kapłańskiej. Słusznie więc można ją nazwać swoistą mapą wskazującą drogę do świętości Boga. Przypomnijmy sobie, że hebrajskie słowo „kadosz”, tłumaczy się jako “święty”, a oznacza to co oderwane, oddzielone, wyłączone z użytku powszechnego, specjalnie przeznaczone. Dlatego złożenie ofiary zakłada wyjęcie czegoś – rzeczy, osoby, jakieś przestrzeni duchowej – z użytku doczesnego i przeniesienie jej do sfery nadprzyrodzonej. Uświęcenie czegoś. Oddanie czegoś. To nie tylko rodzaj zawierzenia, czyli pewnej ufności w opiekę i prowadzenie, ale także rezygnacja z chęci stanowienia o czymś. W ten sposób dochodzi się do świętości – jedności z Bogiem, który jest po trzykroć Święty.

***

Prof. Paweł Śpiewak stwierdził kiedyś, że w starożytnej księdze midraszy odnajdujemy następującą wątpliwość: 

Dlaczego nauczanie dzieci zaczyna się od studiowania Księgi Kapłańskiej, a nie od Księgi Rodzaju? Ponieważ dzieci są czyste i czyste są ofiary. Niech czyste zajmuje się czystością. 

Bardzo ciekawa to rada dla wszystkich, którzy chcieliby edukować swe dzieci odrywając się od pozytywistycznych założeń współczesnej pedagogiki (bądź mniej lub bardziej zakamuflowanej anty-pedagogiki). Rozpocząć wychowanie i przekazywanie mądrości (a nie wiedzy) od nauki na temat tego co święte, czyste i niewinne! Z tego krok tylko do poznania co piękne, dobre i prawdziwe! Czyż “nowych ludzi plemię”, które tak często przywoływał Prymas Tysiąclecia, nie powinno być właśnie na tym wychowane?

Ech… Któż to pojmie…

***

Powróćmy jednak do naszych rozważań, opartych na fragmencie księgi Kapłańskiej – jak widzimy, zachodzi istotowy związek między pojęciem czystości, niewinności i świętości oraz ofiary. To powiązanie zaowocowało w Starym Testamencie szczegółowym ustawodawstwem, mającym chronić rytualną czystość, w Nowym zaś wypełniło się w wezwaniu do naśladowania Chrystusa. Jego życie wskazuje bowiem czystość, niewinność, ofiarę i świętość.

Przytoczony na wstępie fragment Pisma jest ostatnim passusem z większego ustępu traktującgo o składaniu ofiar całopalnych, czyli całkowitych. Wyrażała ona ludzką wolę całkowitego poddania się Bogu i pełnego uwielbienia dla Pana. Ofiary całopalne składano w Świątyni Jerozolimskiej rano i wieczorem tak, aby spalała się ona cały dzień i całą noc, uświęcając tym samym pełny kolejne etapy czasu, określonego poprzez biblijny poemat o stworzeniu z księgi Rodzaju. Ofiara ta nie mogła być nigdy przerwana i dlatego nazywano ją ofiarą nieustanną. Jak wiemy, ustała ona jednak, na pewien czas, wraz z nastaniem niewoli babilońskiej. Reaktywowana zaś w czasach odbudowy Świątyni zniknęła zupełnie po zburzeniu Jerozolimy przez Rzymian.

Jako całopalenie mógł być złożony samiec z bydła (cielec, wół), drobnego bydła (baranek jednoroczny, baran, kozioł), oraz ptactwa (synogarlica, gołąb). Ten ostatni rodzaj całopaleń nazywano ofiarą najuboższych. Jeśli Żyd nie miał co złożyć Bogu w ofierze, czyli nie dysponował ani stadami wołów czy baranów, zawsze mógł postarać się o parę synogarlic czy gołębi, co nie przekraczało możliwości finansowych nikogo.

Pamiętamy też, że taką właśnie ofiarę złożył swego czasu św. Józef, gdy szedł do Świątyni przedstawić swego Syna Bogu. Napotkał wtedy starca Symeona i prorokinię Annę. W ten sposób cała czwórka, nawet piątka osób, bo wraz z Dziecięciem, zalśniła blaskiem czystości i niewinności. Dlatego też właśnie św. Józef jest niezwykłym patronem i przewodnikiem na drodze do ofiary, o której będzie mowa dalej.

***

Czytając o ofiarach z ptactwa, czy nawet z mąki uświadamiamy sobie, że nawet jeśli komuś wydaje się, że nie ma niczego, co mógłby by złożyć Bogu w ofierze, to jednak zawsze coś znajdzie! Zawsze mamy gdzieś jakieś “pięć chlebów i dwie ryby”! Jeśli wszystko co mam, jest darem Bożym (który Mu oddaję w ofierze, nie chcąc sobie przywłaszczyć dóbr, które Pan dał mi w dzierżawę: “dane – daję”), to i ze wszystkiego mogę uczynić duchowe “całopalenie”, współpracując tym samym z Ofiarą Chrystusa. W końcu przecież podstawowym rysem chrześcijańskiej duchowości jest idea ofiary – od ofiar ze zwierząt przez zbawczą Ofiarę Pana, aż po składanie duchowych ofiar wynikających z rozumnej miłości.

Do takiej postawy wzywa św. Paweł:

A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na OFIARĘ MIŁĄ, ŚWIĘTĄ, BOGU PRZYJEMNĄ, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. (Rz 12,1)

Wskazując na swój przykład:

Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony DOPEŁNIAM NIEDOSTATKI UDRĘK CHRYSTUSA W MOIM CIELE dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. (Kol 1,24)

W dominującej religijności katolickiej w wersji pop (nie mylić z religijnością ludową!) pojęcie ofiary bądź nie istnieje, bądź traktowane bywa magicznie. Nie wzywamy dzieci do składania ofiar – duchowych lub materialnych. Nie wychowujemy do poświęcenia, posłuszeństwa, czy wytrwałości. Jako dorośli zaś sami wyczekujemy chwil odpoczynku, przyjemności czy (lepszego bądź gorszego) relaksu. Bywa i tak, że idea ofiary zostaje prymitywnie zwulgaryzowana jako rodzaj duchowego handlu z Bogiem, w którym my coś dajemy od siebie oczekując wypełnienia naszych próśb. Zapominamy wówczas o miłości do Pana, o naśladowaniu Jego Krzyża, o pokornym przyjmowaniu Jego woli, o ufność wobec dopustów Opatrzności. Dzieje się tak, bowiem doniosłość i waga ofiary przestała być żywo głoszona jako element naszej relacji z Bogiem, część naśladowania postawy życiowej Chrystusa, Matki Najświętszej, czy świętych. Nawet osoby ciężko trudzące na niwie bożej łatwiej wejdą w rodzaj bezdusznego niewolnictwa opartego na tym, co język psychologiczny nazywa “powinnością”, aniżeli na wolnym darze z siebie!

***

Orygenes komentując księgę Kapłańską zwraca uwagę na duchowy sens natchnionych wersetów Biblii. Pisząc o ptakach ofiarnych widzi w nich znak ludzkiego spojrzenia:

Gołębice symbolizują oczy. Jeśli potrafisz dostrzec zasadzki diabła i uniknąć ich, złożysz Bogu ofiarę z gołębi.

Pomyśl, czytelniku! Używać oczu do rzeczy słusznych! Przekierować zdolność spoglądania w przyszłość z ciekawości i różnych odmian histerycznych lęków na rozeznawanie ukrytej prawdy i wolę bożą! A przecież nasze oczy, “zwierciadło duszy”, narzędzie do poznawania świata i Boga, są zatrute nieustannym syceniem się byle czym! 

Orygenes pisze dalej:

Ofiar szukaj w samym sobie, a znajdziesz je we wnętrzu swej duszy.

Czyli chodzi niewątpliwie o ofiarę dotykającą ducha. Ofiarą widzialną, Jedyną, złożoną raz na zawsze jest Ofiara Chrystusa uobecniana na ołtarzach całego świata po kres czasów. Tu chodzi o ofiary duchowe, do których Bóg zachęca, inaczej nie dawałby nam do czytania takiej księgi, jak Kapłańska.

Ale „błogosławione są te oczy”, które dostrzegają Ducha Bożego ukrytego wewnątrz, pod zasłoną litery; błogosławieni są ci, którzy słuchając tego, nadstawiają uszu „człowieka wewnętrznego”.

Ofiarować Bogu ptactwo, czyli oczy, to także ofiarować poznawanie świata. Oczami bowiem czytam, oglądam filmy, podziwiam piękno. Oddać oczy, to oddać na Jego usługi swój aparat poznawczy decydując się nie oglądać, nie czytać, nie podziwiać, nie zajmować się niczym, co nie byłoby nie ukierunkowane w sposób pewny na Prawdę, Dobro i Piękno. Jest to trudne zwłaszcza teraz, gdy intelekt ma niebywałą skłonność zajmowania się wszystkim i zawsze, nieustannie pragnąc nowych bodźców i pragnąc przeżywać przeróżne podniety. 

Oddać Bogu oczy, to pozwolić, pragnąć i szukać tylko tego co Bogu się podoba.

Sięgnijmy jeszcze do Orygenesa:

Ofiar szukaj w samym sobie, a znajdziesz je we wnętrzu swej duszy. Zrozum, że są w tobie także ptaki niebieskie. 

Do czego nawiązuje tym razem wielki komentator Pisma? Kto mówił o ptakach niebieskich?

Przyjrzyjcie się PTAKOM NIEBA, że nie sieją ani żną, ani zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebiański żywi je; Czy wy nie jesteście o wiele ważniejsi niż one? (Mt 6,26)

Złożyć Bogu ofiarę z ptactwa to również złożyć ofiarę ze swej wolności ufając Bogu, że On zatroszczy się o nas i poprowadzi w swej Opatrzności. Nie tylko zaufać i nadstawić ucha na Jego Słowo, ale oddać część siebie, aby On mógł w nas panować. Czyż nie do tego prowadzi wszelkie zawierzenie i to, co nazywamy Intronizacją?

***

Zauważmy, że w tekście Pisma św. Są wymienione dwa rodzaje ptactwa, jako dopuszczalne, aby złożyć je w ofierze – synogarlica i gołąb. Oznaczają one dwa rodzaje ludzi – starszych i młodszych. Nie ma więc nikogo, kto byłby wykluczony z możliwości duchowych ofiar. Oba te gatunki ptaków są także powiązane z ideą czystości. Jak bowiem pisze Orygenes:

…istnieje bowiem opinia, że synogarlice żyją w jednym i czystym związku małżeńskim. 

Inni komentatorzy są zaś zgodnie, że gołębica jest znakiem pokoju i czystości, a jako taka stała się symbolem samego Ducha Bożego.

Wezwanie do ofiary z ptactwa może być więc rozumiane, jako proroctwo – zaproszenie do złożenia w ofierze swej czystości, przeżywanej w różnych stanach i sposobach życia – małżeńskim, bezżennym i kapłańskim. 

W innym miejscu Orygenes tłumaczy:

Jeśli zatem ktoś dotknął czegoś w taki sposób, czyli przez pożądanie kobiety, przez żądzę posiadania pieniędzy albo przez jakieś inne grzeszne pragnienie, to dotknął nieczystości i został zbrukany. Jeżeli zatem dotkniesz się czegoś takiego, powinieneś wiedzieć, jak masz złożyć ofiarę, abyś mógł stać się czysty, zgodnie z tym, co powiedzieliśmy wcześniej.

Nieczystość więc jest pragnieniem przywłaszczenia sobie – człowieka, pieniędzy, czy jakiejś innej rzeczywistości. Czyste zaś jest to, co nie jest dotknięte pragnieniem posiadania oraz pozwala działać w zgodzie z celem jaki nam i innym stworzeniom wyznaczył Pan.

Czystość integruje nas na nowo i prowadzi do jedności, którą utraciliśmy, rozpraszając się w wielości (Św. Augustyn, Confessiones, X, 29, 40).

I jak czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego:

KKK 2338 Osoba żyjąca w czystości zachowuje integralność obecnych w niej sił życia i miłości. Integralność ta zapewnia jedność osoby i sprzeciwia się wszelkiemu raniącemu ją postępowaniu. Nie toleruje ani podwójnego życia, ani podwójnej mowy (Por. Mt 5, 37).

A ks. Walenty Gadowski w Apologetycznym Katechizmie Katolickim pisze:

Do nieczystości przywodzą zwykle: 1) spojrzenia zbyt ciekawe i lubieżne, 2) ubiór nieskromny, 3) mowy, książki, obrazy, piosenki z żarty gorszące, 4) tańce mniej przyzwoite i przedstawienia nieskromne w teatrach i w kinach, 5) pocałunki i uściski osób płci drugiej, 6) pijaństwo i brak umiaru w jedzeniu, 7) lenistwo i marzycielstwo.

Czy więc nie należałoby, odpowiadając na Słowo Boże oraz mając w pamięci, że przeżywanie czystości jest i tak obowiązkiem moralnym – świadomie i dobrowolnie oddać Panu tę sferę naszego życia? Szczególnie zaś w owym oddaniu warto pewnie skupić się na nieco szerzej potraktowanej kwestii oczu ciała i oczu serca. W nich bowiem rodzi się i przebywa pokusa, czego dowodem jest historia grzechu Ewy, która dopiero zaczęła pożądać owocu zakazanego, gdy wąż zwróciła nań jej uwagę. Dopiero wówczas jest napisane, że Ewa “zobaczyła” owoc i zapragnęła jej. Może warto więc oddać Panu Bogu ścieżki naszych grzechowych wypraw, łańcuchy zdarzeń prowadzących do zła, sekwencje własnych zainteresowań i wyborów, które stoją za ostatecznym aktem grzechowym.

Trzeba uświęcić, poprzez ofiarę, własną czystość – zarówno w wymiarze poświęcenia Bogu trudu w tej materii obecnego, jak i nie czerpania pysznej satysfakcji z łaski jej zachowania, oraz złożenia w Jego przebite dłonie wszelkiej walki o trwanie w tej łasce.

Wisi nad nami groza powszechnego zniszczenia. Wisi gniew Boży. Wisi zagłada świata, który opuścił Boga. W księdze proroka Nahuma czytamy ironiczne przestrogi skierowane przeciw bezbożnemu miastu, Niniwie:

Naczerp wody na czas twojego oblężenia. Umocnij twoje szańce. Wejdź w błoto i ugniataj glinę; weź formę ceglaną. Tam pochłonie cię ogień, wytnie cię miecz, pożre cię jak szarańcza; rozmnóż się jak chrząszcz, rozmnóż się jak konik polny. ROZMNOŻYŁAŚ SWOICH KUPCÓW ponad gwiazdy niebios; szarańcza wykluje się z oprzędu i uleci. STRÓŻE TWOI JAK SZARAŃCZA, A TWOI URZĘDNICY JAK MNÓSTWO KONIKÓW POLNYCH, które osiadają na murach w czasie zimna; wschodzi słońce, a odlatują, i nie wiadomo, gdzie ich miejsce. Ruiny Niniwy będą nie do odbudowania. DRZEMIĄ PASTERZE TWOI, królu asyryjski; ZASNĘLI TWOI MOCARZE – lud twój rozproszył się po górach, i NIE MA, KTO BY GO ZGROMADZIŁ. Nie ma lekarstwa na twoją klęskę, nieuleczalna jest twoja rana. Wszyscy, którzy usłyszą wieść o tobie, w dłonie klaskać będą nad tobą; bo na kogóż nie przechodziła wciąż twoja niegodziwość? (Na 3,14-19)

Czyż nie jest Niniwą świat dzisiejszy, owa globalna wioska, z której wszędzie blisko, która roi sobie, ze obroni się przed wszelkim zagrożeniem życia i zdrowia, której pilnują armie urzędników, bezbożników i handlarzy, której de facto nikt nie broni , której pasterze są wewnętrznie uśpieni?

A może Niniwą jesteśmy my sami?

Wiemy jednak, że Niniwa ocalała, gdyż przyjęła prorockie nawoływanie Jonasza, o czym zawiadcza sam Chrystus Pan. Mieszkańcy złego miasta podjęli pokutę, post i uznawali swe winy. Księga Jonasza wspomina, że nawet król zszedł z trony i przyoblókł wór pokutny. To piękny i wymowny obraz oddania władzy nad sobą wobec orędzia wzywającego do nawrócenia! Oddać? Komu? Tylko Bogu! Uznać Jego prawa ponad swoimi i przyjąć je, przybliżając się do Tego, który jest prawdziwie Święty.

Bóg wzywa do nawrócenia. Nikt jeszcze nie jest stracony. Jednym z jego przejawów może być pozytywne odkrycie złożenia daru z własnej czystości. Rozumiem go jako rodzaj konsekracji (wiem, że to termin niepewny teologicznie w tym kontekście, wymaga on pewnego dopracowania) czy poświęcenia – traktowania tej sfery życia jako oddanej Panu na własność. Byłby to akt woli, uznający boże panowanie w tej sferze. Nie chodzi tu jedynie o “poradzenia sobie” z wszelkimi formami nieczystości, o zdjęcie sobie z serca trudów walki, czy o nie przeżywanie pokus w tej materii. Chodzi o rozpoczęcie długotrwałego zapewne procesu oddawania – w efekcie – wszystkich przestrzeni swojego życia, w których wciąż króluje rodzaj bałwochwalstwa, owego bluźnierczego i obrzydliwego w oczach bożych kultu, w którym jedynym panem i władcą jest wciąż nienasycone ludzkie “ego”! Kolejne płaszczyzny, które muszą prędzej czy później zostać wyłączone z samostanowienia to pragnienie niezależności, pragnienie władzy, miłość bliźniego, pragnienie posiadania, kwestia prawdy i kłamstwa. Jest to o tyle trudne, zwłaszcza dla człowieka żyjącego “w świecie współczesnym”, że każda z tych przestrzeni życiowych jest w pewien sposób zraniona u zarania poprzez grzech drugiego człowieka. Owo zranienie wykoślawiło nawet myślenie katolickie! Ból, który objawia się, gdy któraś z tych płaszczyzn zostanie dotknięta – nawet bez złej intencji, nawet przez Słowo Boże – jest tak duży, że wielu “odchodzi zasmuconych”, jak ewangeliczny bogaty młodzieniec. Niestety, koncentrowanie się na usuwaniu przyczyn owego zasmucenia narzędziami “z tego świata” niewiele sprawia, poza zwiększoną świadomością bolesnych miejsc obecnych w życiu. Jedynie poddawanie ich bożemu miłosierdziu, karmienie się Panem obecnym w Eucharystii przyjmowanej i adorowanej, oraz w Słowie, może podprowadzić do uzdrowienia. Ale pełne wyzwolenie następuje wówczas, gdy Łaska zakróluje w nas. Gdy wszystko co stanowie człowieka, co dotyka woli, rozumu i emocji, duszy i ciała – jest Boże. Czyż nie do tego prowadzi “Traktat…” św. Ludwika Marii? Czyż nie tak było w Raju, w momencie pierwotnej świętości i zarazem pełnej bliskości z Bogiem? Czy nie o tym mówi Chrystus, gdy tłumaczy:

Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (Mk 8,34-35)

Warto więc rozważyć poświęcenie swej czystości Bogu – czy w dziewictwie, czy to w życiu małżeńskim (może nawet – strach proponować – ślubując wstrzemięźliwość?), czy to żyjąc w celibacie dla Królestwa. Chodzi o poświęcenie swych oczu i swego ciała i uznanie, że nie dysponuje się nimi i tym co one symbolizują samemu, ale że Pan jest ich jedynym władcą i rządcą. 

Myśl, jak sądzę, warta przynajmniej rozważenia, na drodze uporządkowania samych siebie, pokuty ku nawróceniu, oraz przygotowania na nadejście Królestwa Bożego.

Może ktoś w tych rozważaniach usłyszy wezwanie przekraczające zamiary autora tych słów. To dobrze. Bóg nieustannie czeka na Abrahamów XXI w., albo na owych “sprawiedliwych” o których wspomniany patriarcha mówił Panu. Czeka na rozmaicie rozumiane dusze wybrane. Częściej jednak znajduje dusze chore, zniszczone, umierające, ślepe i głuche. Przecież nawet decyzje o wybraniu życia w celibacie dla Królestwa Bożego, czyli o wstąpieniu do seminarium czy zakonu jest podejmowana w oparciu o miliony doczesnych lub wręcz niezdrowych motywacji! Wizja kapłana jako swoistego funkcjonariusza kulturalno-oświatowego natrętnie wylewa się z różnych nośników informacji, a jeszcze bardziej jest obecna w parafiach, których pasterze pomylili miłość do Słowa i Krzyża z pragnieniem sukcesu społecznego, socjologicznego i ekonomicznego. Z małymi wyjątkami, zakony klauzurowe bawią się “tańcząc dla Pana” na filmikach Facebokowych czy Youtubowych oraz robią wszystko, aby uznano ich egzystencję za niepotrzebną. 

Czy to czas na powołania katakumbowe? Na zgromadzenia idące szlakiem bł. Honorata? Na seminaria tworzone tak, jak w krajach byłego ZSRR, czy komunistycznych Chin? Zwłaszcza przykład tego ostatniego państwa może być smutnym przyczynkiem do rozważań na tematy tego, co może nas czekać, gdy doświadczymy zderzenia brutalnej machiny władzy z “nowocześnie humanistyczną” machiną władzy kościelnej…

Wiemy jednak, że na końcu Jej Niepokalane Serce zwycięży! Dlatego idźmy Jej śladem – Tej, która ofiarowała swą czystość, a Pan przemienił Jej dar w najpiękniejsze dzieło świata! Idźmy śladem Jej przeczystego Oblubieńca, który – jak wiemy z Ewangelii św. Łukasza – ofiarował Najwyższemu właśnie dwa młode gołębie, ofiarę najuboższych. Złożył w darze czystość swoją oraz swej dziewiczej małżonki…

Apokalipsa pustego Grobu

Mówiły między sobą: Kto nam ODSUNIE (odsłoni, odtoczy; αποκυλισει – apokylisei) KAMIEŃ od wejścia do grobu? (Mk 16,3)

Jedynym uświadomionym a tym samym i zapisanym zmartwieniem niewiast biegnących w tamten wielkanocny poranek do Grobu, był problem kamienia. Wejście do wnętrza grobowej jaskini zostało w Wielki Piątek zamknięte olbrzymim głazem, jakby dopełnieniem śmierci Tego, który głosił Ewangelię wolności. Grób, kamień, straż i pieczęcie – uczyniono wszystko, co było tylko po ludzku możliwe, aby nie dopuścić do zrealizowania się obietnicy Jezusa:

Oto idziemy do Jerozolimy: a [tam] Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia ZMARTWYCHWSTANIE. (Mt 20,18-19)

A elita Izraela, dla której Jezus był śmiertelnym zagrożeniem, doskonale o tych zapowiedziach wiedziała!

Nazajutrz, to jest po dniu przygotowania, zebrali się arcykapłani i faryzeusze u Piłata mówiąc: Panie, przypomnieliśmy sobie, że ten zwodziciel powiedział za życia: Po trzech dniach powstanę. Poleć więc STRZEC GROBU aż do trzeciego dnia, żeby przypadkiem Jego uczniowie przyszedłszy nie ukradli Go i nie powiedzieli ludowi: został wzbudzony z martwych, i ten ostatni błąd będzie gorszy od pierwszego. (Mt 27,63)

Cały aparat ucisku i wszystkie możliwości ówczesnego systemu, zostały zaprzągnięte do definitywnego zamknięcia “sprawy Jezusa z Nazaretu” – i to z czynnym udziałem władz religijnych!

Nie jest łatwo wyzwolić się od wpływu tego typu duchowych “autorytetów”. Nie było łatwo w czasach Apostołów, w czasach proroków (gdy musieli przepowiadać rzeczy trudne, godzące w “pokój i bezpieczeństwo” o jakim mówili oficjalni, nadworni, prorocy), nie jest też łatwo obecnie. Wszak czytamy u Apostoła:

Bo gdy mówić będą: pokój i bezpieczeństwo, wtedy zagłada spadnie na nich nagle, jak bóle na niewiastę brzemienną, i nie ujdą. (1 Tes 5,3)

I jeszcze Jeremiasz przekazuje nam pełną zapalczywości groźbę Pańską:

Prorok, który ma sen, niech opowiada swój sen! Kto miał moje słowo, niech wiernie opowiada moje słowo! Co ma wspólnego słoma z ziarnem – wyrocznia Pana. Czy moje słowo nie jest jak ogień – wyrocznia Pana – czy nie jest jak młot kruszący skałę? Oto dlatego ZWRÓCĘ SIĘ PRZECIW PROROKOM – wyrocznia Pana – którzy kradną sobie nawzajem moje słowo. Oto się zwrócę przeciw prorokom – wyrocznia Pana – którzy używają swego własnego języka, by wypowiadać wyrocznie. Oto się zwrócę przeciw tym, co jako proroctwa głoszą sny kłamliwe – wyrocznia Pana. Opowiadają je i zwodzą mój lud kłamstwami i chełpliwością. Nie posłałem ich ani nie dawałem polecenia; w niczym też nie są użyteczni dla tego narodu – wyrocznia Pana. (Jr 23,27-32)

Wielu ludzi dzisiaj zastanawia się komu wierzyć, czyje YouTubowe kazanie jest prawdziwe a czyje jest fastfoodowym produktem spożywczopodobnym. Na którym straganie, pod którym kamieniem, na czyim biurku leży prawda? Kto broni nowoczesnych teologii a kto własnego grzechu? Kto jest wierny Tradycji Ojców, a kto dzieli się własnymi mniemaniami, marzeniami i snami? Kto wskazuje na rozum oświecony wiarą, a kto na rozum oświecony lękiem? Kto “proroctwa zachowuje i Ducha nie gasi”, a kto wielbi “pobożność pozbawioną mocy”? Kto pokłada ufność w Prawie, a kto – choćby na oślep – szuka znaków Pańskich?

Kto – w tej kakofonii słów – wypowie Słowo odsłaniające zasłonę wielkiego zamętu?

Gdy tysiące ludzi pourywało bezpośrednie kontakty ze swoimi starszymi rodzicami, bo pouczeni słowami hierarchy, zachowują rodzinny “social distancing”. Czy ktoś zbada ile zgonów zostało spowodowane depresją, utratą sensu życia, czy brakiem kontaktu z nielicznymi, którzy jeszcze odwiedzali babcię czy dziadka? Poczucie samotności, pustka, panika wylewająca się z telewizora, odebranie możliwości zachowywania codziennego, czy coniedzielnego rytuału chodzenia do kościoła (trzeba się wyszykować, przejść, poruszać, spotkać z ludźmi) jest nie mniej – a może nawet bardziej – zabójcza i okrutna niż niejeden wirus!

Gdy tenże dostojnik, a wraz z nim wielu innych katolickich deistów przekonuje, że nie można mówić o gniewie bożym, o karze, czy nawet o jakiejkolwiek ingerencji Stwórcy w stworzenie. Logicznym byłoby wówczas pytanie o sensowność modlitw w ogóle, bo skoro Bóg nie ingeruje…

Gdy pasterze nie chcą/nie potrafią/nie mogą wywalczyć przesunięcia zakończenia zakazu większych zgromadzeń w świątyniach o jeden dzień, aby mogli tam przyjść zagubieni grzesznicy przynajmniej w Niedzielę Miłosierdzia… W dzień, o którym Pan powiedział, że jest ostatnią szansą dla wielu dusz!

Gdy Oblubienice Chrystusa zamiast modlić się na kolanach o miłosierdzie Boże i pokutować za biednych grzeszników (jakby to ujęła Maryja w Fatimie i s. Faustyna w Dzienniczku) oraz medytować Słowo odkrywające prawdę o rzeczywistości – szyją maseczki… Te same maseczki, o których jakiś czas wcześniej minister zdrowia mówił, że nie wie do czego są potrzebne! Wychodzi na to, że wiele zakonów także nie wie do czego jest potrzebnych… Można się więc spodziewać, że i tak liche źródełko powołań wkrótce się definitywnie wyczerpie. Są przecież fajniejsze organizacje pozarządowe, czy stowarzyszenia charytatywne, aniżeli te w których ślubuje się czystość, ubóstwo i posłuszeństwo…

Gdy wielu kapłanów, których racja bytu opiera się na wypełnianiu polecenia Pana, aby szafowali Jego Ciałem – pozamykało zupełnie świątynie, zanim ktokolwiek wspomniał o takiej konieczności…

Gdy pod zamkniętymi kościołami w trakcie Triduum Paschalnego gromadzą się wylęknieni ludzie, rozglądając się cichcem, czy nikt ich nie nagra, nie zrobi zdjęcia – bo tak bardzo chcą nakarmić się Chlebem Życia…

Gdy z placu św. Piotra słyszymy, że jesteśmy przestraszeni, zagubieni i bezradni… A wywołujące wzruszenie widoki skąpanego w deszczu placu wydają się cenniejsze nad realne wezwanie do pokuty! Przy czym okazuje się, że figury retoryczne o “szpitalu polowym” nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością, bo gdy prawdziwie potrzebny jest pokarm dla dusz, to miejsce, w których można by się nim nakarmić pozostają zamknięte…

Gdy aparat ideologiczno-państwowy okazuje się wszechwładny i rości sobie prawo do decydowania o Kościele… I pasterze nie protestują! Jakby bardziej utożsamiali się z prawami Państwa, aniżeli z odwiecznymi prawami swego Kościoła!

Gdy liczy się skrupulatnie zgony mające być spowodowanymi przez wirusa, ale nie liczy się już morderstw starców i nienarodzonych…

Gdy w pozamykanej ze strachu przed chorobą Wielkiej Brytanii aborcję uważa się za coś niezbędnego do życia i pozwala się dokonywać jej w domach prywatnych…

Gdy rządzący Narodem zbudowanym na chrześcijańskim fundamencie swoimi decyzjami pokazują, że tenże fundament nie jest opoką, na której trzeba się oprzeć a wierność Krzyżowi i Ewangelii trzeba włożyć do muzealnej gabloty…

Gdy na naszych oczach zmienia się oblicze świata i Kościoła, a niewielu ma odwagę zinterpretować to, co się dzieje w świetle Pisma i Tradycji… A przecież całkiem niedawno często przytaczano słynny ustęp Katechizmu zapowiadający “ostatnią próbę Kościoła” oraz oszustwa pseudomesjańskie. Nawiasem mówiąc, ostatnio podano, że nabrała przyspieszenia Agenda ONZetowska 2030…

Przed przyjściem Chrystusa Kościół ma przejść przez końcową próbę, która zachwieje wiarą wielu wierzących. Prześladowanie, które towarzyszy jego pielgrzymce przez ziemię, odsłoni „tajemnicę bezbożności” pod postacią oszukańczej religii, dającej ludziom pozorne rozwiązanie ich problemów za cenę odstępstwa od prawdy. Największym oszustwem religijnym jest oszustwo Antychrysta, czyli oszustwo pseudomesjanizmu, w którym człowiek uwielbia samego siebie zamiast Boga i Jego Mesjasza, który przyszedł w ciele.
To oszustwo Antychrysta ukazuje się w świecie za każdym razem, gdy dąży się do wypełnienia w historii nadziei mesjańskiej, która może zrealizować się wyłącznie poza historią przez sąd eschatologiczny. Kościół odrzucił to zafałszowanie Królestwa, nawet w formie złagodzonej, które pojawiło się pod nazwą millenaryzmu, przede wszystkim zaś w formie politycznej świeckiego mesjanizmu, „wewnętrznie perwersyjnego”.
Kościół wejdzie do Królestwa jedynie przez tę ostateczną Paschę, w której podąży za swoim Panem w Jego Śmierci i Jego Zmartwychwstaniu. Królestwo wypełni się więc nie przez historyczny triumf Kościoła zgodnie ze stopniowym rozwojem, lecz przez zwycięstwo Boga nad końcowym rozpętaniem się zła, które sprawi, że z nieba zstąpi Jego Oblubienica. Triumf Boga nad buntem zła przyjmie formę Sądu Ostatecznego po ostatnim wstrząsie kosmicznym tego świata, który przemija. (KKK 675-677)

Martwimy się o zrozumienie tego, co się dzieje. Chcemy odsłonięcia prawdy. Nie widzimy wyjścia w naszym niezrozumieniu. Zastanawiamy się kto nam rozjaśni tę sytuację, w jakiej jesteśmy. Kto odsunie ten kamień? Kto ma moc otworzyć pieczęcie?

I mówi do mnie jeden ze Starców: «Przestań płakać:  Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak że OTWORZY KSIĘGĘ I SIEDEM JEJ PIECZĘCI». I ujrzałem między tronem z czworgiem Zwierząt a kręgiem Starców stojącego Baranka jakby zabitego, a miał siedem rogów i siedmioro oczu, którymi jest siedem Duchów Boga wysłanych na całą ziemię. (Ap 5,5-6)

Nasza niewiedza, ślepota, przerażenie, nieumiejętność odsłonięcia prawdy jest i musi być jednym wielkim wezwaniem do Pana Dziejów – Odkryj, to, co niepojęte i budzące tak wielką trwogę! 

Spojrzawszy W GÓRĘ zauważyły, że kamień był odsunięty (αποκεκυλισται – apokekylistai), a był on bardzo wielki. (Mk 16,4)

ww górę

Bóg zadba o odsłonięcie tego, co ukryte. Uczyni to wobec tych, którzy nie będą zwlekać z posłuszeństwem miłości wobec tego co już objawił – w Słowie, przykazaniach, czy nawet drobnych natchnieniach Ducha. Człowiek narodzony z Ducha słyszy Jego szum, ale nie wie dokąd go jeszcze Pan zaprowadzi! Za każdym krokiem uczynionym w posłuszeństwie, Bóg będzie odsłaniał prawdę, choćby nie wiadomo jak była ona przywalona przez grzech, marność natury, czy przewrotność serc ludzi nieprawych. Byle – jak niewiasty – skoro świt wyjść z domu. Byle przerwać kwarantannę strachu. Byle zaufać. Byle nie dać się obawom i wątpliwościom, tak charakterystycznym dla intelektualistów o wiecznie zaciśniętych powiekach, zawsze broniących się przed posłuszeństwem słowom Pana:

Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5,37)

Nie tylko grupce miłujących Go niewiast Pan odsłonił prawdę o pustce Grobu. Znali ją także pilnujący groty strażnicy. Znali ją arcykapłani i reszta duchowej elity Narodu Wybranego. Znał ją także rzymski prokurator, bez którego wiedzy niewiele się mogła dziać w tej zapyziałej prowincji Imperium. Dla niewiast jednak owo odsłonięcie było Radosną Nowiną, dla innych – przeraźliwą komplikacją w dobrze zapowiadających się planach zrównoważonego rozwoju Cesarstwa, Izraela, czy własnych karier. 

Zapewne wielu dojrzy to, co ukryte zostało za ciemną zasłoną naszej niewiedzy. Jeśli ta perspektywa kogoś rozbija, przeraża, czy nawet pcha w stronę fałszu i obłudy – to znak, że chwila na nawrócenie mija. Za moment może być za późno, bo nie będzie komu powiedzieć w imieniu Sędziego Wszechrzeczy: “Ego te absolvo”…

Jest napisane, że niewiasty musiały spojrzeć w górę, aby zauważyć, że to, co wydawało się zakryte, jest de facto odsłonięte. Choroba, pomyślność doczesna, zdrowie, a nawet śmierć sama – to są rzeczy, jakie odkrywamy patrząc w dół. Życie, autentyczne życie, rozpoznam tylko patrząc w górę, tam, gdzie: 

…przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga (Kol 3,1)

To sformułowanie o patrzeniu w górę, użyte w powyższym fragmenciem Markowej Ewangelii, oznacza także “odzyskanie wzroku”. Tylko patrząc w stronę Domu Ojca rzeczywiście mogę widzieć – głębnie i ostrzej aniżeli dotąd. Odzyskiwali wzrok niewidomi dotknięci przez Jezusa, odzyskał wzrok także Szaweł po trzech dniach ciemności, gdy skruszał już dostatecznie podczas postu na ulicy Prostej (jakby to wszystko było takie proste…). Przyszły Apostoł Narodów wcześniej widział w wyznawcach Jezusa z Nazaretu tylko zabójców prawdziwej religii objawionej w dziejach Patriarchów i Proroków, widział w nich ciemną jaskinię śmierci i swoich śmiertelnych wrogów. Po niezwykłym spotkaniu pod Damaszkiem, podczas którego Zmartwychwstały utożsamił się ze swoim Kościołem, Szaweł uzyskał prawdziwą ostrość spojrzenia i poznał, że śmierć jest gdzie indziej, a to, co wcześniej uznawał za grób jest w rzeczywistości Życiem.

Czy podobnie nie jest obecnie? Wszak każda plaga ma w sobie zapowiedź miłosierdzia, a nawet już nim jest! Czytam bowiem w Psalmach:

Wiem, Panie, że sprawiedliwe są Twoje wyroki i że mnie słusznie upokorzyłeś. (Ps 119,76)

Odsunięty wielki kamień zwiastował niewiastom początek czegoś diametralnie innego, aniżeli świat, który znały do tej pory. Zmartwychwstanie wywróciło wszystko do góry nogami. Odzyskana, czy uzyskana umiejętność patrzenia zmienia sposób funkcjonowania. Szaweł odrzucił papiery z Sanhedrynu i stał się gorliwym heroldem Jezusowego Królestwa. Plaga, jaką przeżywamy, odsłania zamysły serc, projekty i postanowienia, pokazuje co dla kogo jest naprawdę ważne i za co warto oddać życie. Jeśli potraktujemy na serio wnioski z tych odkryć – wszystko będzie inne. 

Kościół będzie trwać, bo nie zmogą go bramy piekła, ale może zmieści się w małych Wieczernikach poszczególnych rodzin. Pośród ludzi połączonych nie tyle więzami krwi, co decyzją radykalnego posłuszeństwa Słowu Ojca. Opuszczona Oblubienica będzie trwać na pustyni, schowana na czas jakiś przed wzrokiem Smoka. Ale prędzej czy później stanie przed nim gotowa na rozszarpanie, na “śmierć poza miastem”, na krańcowe upokorzenie i wydrwienie. Kto przy niej wytrwa, tego ciało będzie leżeć wystawione na widok wszystkich. Cały świat obejrzy wszystkie słabości, grzechy i upadki garstki wiernych. Nic i nikt nie zostanie oszczędzone. Niewielu będzie takich, którzy – jak zalecał Prymas Tysiąclecia – nie mają do ukrycia. Miłujący zhańbione Ciało Pana będą dręczeni, przymuszani do bezbożności, kuszeni łatwym osobistym sukcesem za wszelką cenę, zaspokojeniem swoich pragnień i szybkim pozornym rozgrzeszeniem ze swych win. Będą ze smutkiem oglądali ślady dawnej świetności – katedry, bazyliki i sanktuaria – wyjęte z ich rąk. Wielu z nich się pogodzi z takim stanem rzeczy. 

Kto się ostanie?

Cokolwiek uczniowie Chrystusa nie stworzą sobie teraz, jakiejkolwiek opcji nie wybiorą, wszystko to nie uchroni ich przed Smokiem i Bestią. Bowiem nie w pragnieniu ocalenia siebie jest ratunek, nie w miłości siebie, ale w miłości Boga i bliźniego (także – a może zwłaszcza – nieprzyjaciela), ofierze i pokucie. Opuszczony Bóg przygarnie opuszczoną Oblubienicę, a z nią jej dzieci, upodobnione do Baranka – poddane tylko Jego prawu, oczyszczone Jego Krwią, oddychające Jego tchnieniem.

Nowa Arka Noego będzie miała deski z cierpienia i gwoździe z dusz ofiarnych. Tak jak fale nowego potopu zaleją ludzkie serca, tak i Arka zostanie w nich zbudowana. Wielkim dziełem będzie ocalenie nawet kilku dusz, ukrytych w sercach prawdziwie kapłańskich.

Tylko kto ma takie serce?

“Na koniec moje Niepokalane SERCE zwycięży”!

« Older posts Newer posts »

© 2020 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑