Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 40 of 134

Notatki Rzymskie II

Żal…

1.    Wchodziłem właśnie do wspomnianej wczoraj bazyliki San Lorenzo In Damaso, gdy dotarła do mnie trudna wiadomość o tragicznej śmierci Ewy, mojej przyjaciółki z dawnych lat. Utonęła. Osierociła dwójkę małych dzieci.

Znałem ją jako osobę głęboko wierzącą, choć nieustannie szukającą prawdy i Boga. Wiem, że wiele zawierzyła w swoim życiu Chrystusowi i z wielu trudności ją wyprowadził – często przez cierpienie. Jej życie jest ilustracją słów Pisma o Bogu, który człowieka wybawił z dołu zagłady i kałuży błota, aby postawić na skale. Bezpośrednia, prosta i szczera. Bezkompromisowa, jeśli chodziło o rzeczy najważniejsze. Ofiarna. Silna.

Żal.

2.    Pielgrzymując po Wiecznym Mieście i przyzywając wstawiennictwa każdego napotkanego świętego, przypominałem sobie nasze wspólne rozmowy sprzed lat, czy dawne wędrówki ulicami warszawskiej Woli. Śmialiśmy wtedy, że już jesteśmy za starzy na takie łażenie po nocy i pogaduchy, ale wydawało nam się, że póki jeszcze stać nas na takie spędzanie czasu, to może jeszcze nie jest tak źle. Wspominałem ślub Ewy i jedyne (chyba) późniejsze odwiedziny. I śmierć – najpierw jej babci, potem mamy. A teraz…

3.    Trudno zrozumieć, czemu odchodzi z tego świata ktoś, kto – po ludzku sądząc – ma jeszcze tyle do zrobienia. Wychować dzieci, wspierać męża, dawać innym świadectwo wierności Ewangelii. Trudno to pojąć, trudno uchwycić w tym jakąś bożą pedagogię.

Spojrzałem na dzisiejsze czytania, wierząc w moc Słowa, w łaskę przybliżania nas do tego, co dalekie. W księdze Wyjścia zobaczyłem Mojżesza powoływanego do niechcianej misji, a w Ewangelii Jezusa uwielbiającego Ojca za Dobrą Nowinę objawioną ludziom prostego serca. Tak. To na pewno było o niej… Do tego dołożyłbym jeszcze fragment, który – jak mi napisała znajoma – pojawił się na modlitwie, w gronie wspólnoty, do której należała Ewa. Mówi o sprawiedliwym człowieku, który, choćby przedwcześnie odszedł – znajdzie odpoczynek. Zabrany, aby „złość nie odmieniła jego duszy”, oraz by odsłonił głupotę „żyjących bezbożnych”, którzy nie pojmują dlaczego Pan zachował bezpiecznym sprawiedliwego.

Cóż… Mój rozum może i pojmuje, ale serce nie nadąża a wola wzdraga się przyjąć.

4.    Resztę dnia spędziłem w bazylice Świętego Krzyża Jerozolimskiego, wybudowanej na fundamentach pałacu św. Heleny, matki Konstantyna Wielkiego, która odnalazła w Jerozolimie relikwie Męki Jezusa – Krzyż, gwoździe, ciernie oraz tabliczkę wiszącą nad głową Pana, czyli titulus. W zakończeniu lewej nawy znajduje się wejście do położonej dwa piętra wyżej kaplicy Świętych Relikwii, zbudowanej w czasach Il Duce. Może i stylistyka wnętrza nie zaprasza zbytnio do modlitwy, ale bliskość najcenniejszych pamiątek chrześcijaństwa pomaga w zmaganiu się z pytaniami o tajemnicę Krzyża i cierpienia.Może, gdybym miał wiarę na miarę św. Filipa Nereusza, to umiałbym odnosić się do śmierci z pogodą widząc w niej jedynie przejście do bezpośredniego bycia z Tym, który mnie kocha. Nie mam takiej prostoty, ani takiej wiary. Ufam tylko, że śmierć nie jest kresem, że Ewa, Grzesiek, moi dziadkowie, kilku kolegów z klasy, ks. Kwiecień, i wielu wielu innych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Ufam, że – jeśli Pan ujrzał ich życie nienaganne – mogą się za nami wstawiać, kochając także i tam.

Ale po ludzku – żal.

Niech Pan ma w Swej opiece jej rodzinę.

Notatki Rzymskie I

Chichot św. Filipa

W jednym z rzymskich kościołów znajdują się dwa epitafia. Dolna część owych ciemnych, marmurowych tablic ozdobiona jest  – cóż za niefortunne określenie, ale niech będzie – podobizną ludzkich czaszek, taki wanitatywny motyw, w sam raz na epitafium. Jedno tylko zadziwia patrzącego – obie czaszki sprawiają wrażenie radośnie uśmiechniętych.

1.         Wręcz szczerzą swe szczerbate szczęki jakby chciały powiedzieć – Wszystko to marność, więc ciesz się pan z tego! Nie wiem komu poświęcone są owe tablice. Wiem tylko, że kilka metrów od nich spoczywają szczątki św. Filipa Nereusza, radosnego Apostoła Rzymu. Tylko on może patronować rozbawionym czaszkom, gdyż sam był człowiekiem pełnym pogody a nawet nieco kpiącego dowcipu. Odsyłam tutaj przecudnego filmu o św. Filipie z 1984 roku (nie mylić z nowszą produkcją, również niezłą, ale pozbawioną owego lekkiego a zarazem nieco ludowego humoru okraszonego nutą mądrości filipiańskiej ze starszego dzieła) poprzez który przewija się cała plejada świętych kontrreformacyjnego Rzymu ze św. Teresą z Avila, Janem od Krzyża, Franciszkiem Ksawerym, czy Karolem Boromeuszem włącznie. Choć wszyscy oni noszą  miano Filipowych przyjaciół to szczególne miejsce w życiu Don Filippo zajmował św. Ignacy Loyola i to właśnie kontrast między surowym i poważnym Baskiem a rubasznym prostaczkiem Nereuszem jest szczególnym smaczkiem filmu. WP_000864

2.         Chodząc dzisiaj po Chiesa Nuova (tak nazywa się świątynia wybudowana przez św. Filipa w Wiecznym Mieście) oraz po miejscu spoczynku Loyoli, czyli kościele Il Gesu zacząłem podejrzewać, że twórcy filmu trafnie podkreślili specyficzne cechy obu świętych. O ile jednak Ignacy zaakceptowałby pewnie teatralny barok wnętrza najważniejszego miejsca dla jezuitów, gdzie oddaje się cześć zarówno Założycielowi, jak i św. Franciszkowi Ksaweremu, to Nereusz na widok złoceń i przepychu głównej nawy Chiesa Nuova parsknąłby śmiechem. W głównym ołtarzu pysznią się obrazy samego Rubensa, cenny kruszec kapie ze stiuków a sama kaplica z relikwiami świętego i  – pięknym skądinąd – obrazem Guido Reniego ukazującym natchnionego św. Filipa, daleka jest od prostoty założyciela oratoriów. Można jednak odnaleźć w tej przestronnej i wielkiej świątyni filipowe ślady. Najpierw w wianuszku kaplic otaczających główną nawę – ciemne, skromne, tak mało „rzymskie” w swojej prostocie. Patrząc na daty powstania obrazów umieszczonych w kaplicach zdałem sobie sprawę, że kilka z nich musiało powstać za życia świętego –  „Wniebowstąpienie”, „Zesłanie Ducha świętego”, czy „Nawiedzenie” pędzla Barocciego. Przed tym ostatnim obrazem, jak wyjaśnił nieoceniony X. Smoczyński w swoim przewodniku sprzed przeszło stu lat, św. Filip spędzał długie godziny na modlitwie. Próbowałem odnaleźć coś nadzwyczajnego w tym przedstawieniu spotkania Maryi z Elżbietą. Nie wiem. Czy to dlatego, ze kaplica jest niezbyt oświetlona, czy to ja byłem zmęczony lotem z Warszawy i przebijaniem się przez popołudniowy Rzym,  czy też nie zawsze świętość wiąże się z nadzwyczajnością (a z estetycznym pięknem sztuki tym bardziej) – nie zauważyłem tego „czegoś” co mogło przyciągnąć oczy Nereusza. Nieco rozczarowany wstałem z kolan, gdy mój wzrok padł na ironicznie „uchachane” czaszki… Poczułem się nieswojo, jak zawsze, gdy wydaje mi się, że ktoś nieco ze mnie kpi… Filip Nereusz ponoć powtarzał: „Bądżcie dobrzy, jeśli potraficie”. Dzisiaj mi powiedział, uśmiechając się wraz z czaszkami: „Złap mnie, jeśli potrafisz”. Chyba mi nie wychodzi…

3.         Wyszedłem z Chiesa Nuova ścigany delikatnym chichotem, starając się nie zwracać uwagi na wygłupy świętych i marmurowych ozdób z epitafiów. Uszedłem kilka kroków i poszukując przystanka autobusowego stanąłem przed wczesnorenesansowym budynkiem podpisanym imieniem Aleksandra VI, osławionego Borgii, któremu przypisuje się większość występków tego świata. Tam roześmiany Apostoł Rzymu, prosty i ubogi, a tu następca Piotra – tyran, rozpustnik, a nawet ponoć kazirodca. Rzym jest rzeczywiście miastem pełnym kontrastów! Oczywiście nie wierzę do końca w mroczną legendę Borgii i gotów jestem przypisać jej powstanie marketingowi politycznemu papieża Juliusza II, czyli kardynała della Rovere, śmiertelnego wroga Borgiów (nawiasem mówiąc w tamtych czasach to dopiero mieli PR – do dziś mity o Aleksandrze VI i jego dzieciach dobrze się mają).  Stojąc pod tym wielkim budynkiem zdałem sobie sprawę, że jest to słynny pałac wicekanclerza, wybudowany przez Borgię a potem ofiarowany po zwycięskim konklawe kardynałowi Sforzy. Wielu twierdzi, że ów pałac był zapłatą za głos przy wyborze na papieża. Zapominają jednak, że pałac był wybudowany jako kancelaria Państwa Kościelnego i wiązał się z urzędem, a nie z osobą. Obszedłem budynek dookoła utwierdzając się w tym jakże symbolicznym obrazie – od grobu świętego prostaczka do pałacu mrocznego polityka Borgii – tym bardziej, że minąłem małą trattorię z imieniem Lucyfera na wystawie.  Zmącił moją żądną symboli teorię pełny napis na fryzie, który odczytałem dopiero po obejściu całej budowli. Dokładnie nie tyle napis, co wspomniany w nim jako fundator kardynał Rafael Riario, nepot Sykstusa IV. Niby epoka ta sama, ale postać jakby inna… Nie jest to więc pałac Borgii? – rozczarowałem się, znowu słysząc chichot z Chiesa Nuova. – Tak to jest, gdy zbyt „mistycznie” i symbolicznie podchodzi się do budynków i ludzi.

4.         Na pocieszenie okazało się, że w pałacu mieści się, niczym w cennej szkatule, pierwsza chronologicznie bazylika pod wezwaniem św. Wawrzyńca – San Lorenzo In Damaso. Oczywiście – o ironio szkieletów – ponieważ w Rzymie nic nie jest takie na jakie wygląda, obecny kościół San Lorenzo powstał na ruinach pierwotnej bazyliki, czyli jest młodszy aniżeli świątynia wybudowana nad grobem diakona męczennika. Ale i tak to odkrycie wynagrodziło mi Nereuszowe kpinki.

W drodze powrotnej zaś spotkałem gromadkę wietnamskich turystów, mówiących po włosku, a ubranych w koszulki z napisem „Polska”… I jak tu nie chichotać?

X Niedziela Zwykła

Niedziela, 9 czerwca 2013 r.

I CZYTANIE 1 Krl 17, 17-24

Po tych wydarzeniach zachorował syn kobiety, będącej głową rodziny. Niebawem jego choroba tak bardzo się wzmogła, że przestał oddychać. Wówczas powiedziała ona Eliaszowi: „Czego ty, mężu Boży, chcesz ode mnie? Czy po to przyszedłeś do mnie, aby mi przypomnieć moją winę i przyprawić o śmierć mego syna?” Na to Eliasz jej odpowiedział: „Daj mi twego syna”. Następnie wziąwszy go z jej łona, zaniósł go do górnej izby, gdzie sam mieszkał, i położył go na swoim łóżku. Potem wzywając Pana rzekł: „O Panie, Boże mój! Czy nawet na wdowę, u której zamieszkałem, sprowadzasz nieszczęście, dopuszczając śmierć jej syna?” Później trzykrotnie rozciągnął się nad dzieckiem i znów wzywając Pana rzekł: „O Panie, Boże mój! Błagam Cię, niech dusza tego dziecka wróci do niego!” Pan zaś wysłuchał wołania Eliasza, gdyż dusza dziecka powróciła do niego, i ożyło.

Wówczas Eliasz wziął dziecko i zniósł z górnej izby tego domu, i zaraz oddał je matce. Następnie Eliasz rzekł: „Patrz, syn twój żyje”. A wtedy ta kobieta powiedziała do Eliasza: „Teraz już wiem, że naprawdę jesteś mężem Bożym i słowo Pana w twoich ustach jest prawdą”.

nain - tissot-II CZYTANIE Ga 1, 11-19

Oświadczam wam, bracia, że głoszona przeze mnie Ewangelia nie jest wymysłem ludzkim. Nie otrzymałem jej bowiem ani nie nauczyłem się od jakiegoś człowieka, lecz objawił mi ją Jezus Chrystus. Słyszeliście przecież o moim postępowaniu ongiś, gdy jeszcze wyznawałem judaizm, jak z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, jak w żarliwości o judaizm przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowaniu tradycji moich przodków.

Gdy jednak spodobało się Temu, który wybrał mnie jeszcze w łonie matki mojej i powołał łaską swoją, aby objawić Syna swego we mnie, bym Ewangelię o Nim głosił poganom, natychmiast, nie radząc się ciała i krwi ani nie udając się do Jerozolimy, do tych, którzy Apostołami stali się pierwej niż ja, skierowałem się do Arabii, a później znowu wróciłem do Damaszku. Następnie trzy lata później udałem się do Jerozolimy dla zapoznania się z Kefasem, zatrzymując się u niego tylko piętnaście dni. Spośród zaś innych, którzy należą do grona Apostołów, widziałem jedynie Jakuba, brata Pańskiego.

EWANGELIA Łk 7, 11-17

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego, jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: „Nie płacz”. Potem przystąpił, dotknął się mar, a ci, którzy je nieśli, stanęli i rzekł: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań”. Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał Go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: „Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg łaskawie nawiedził lud swój”. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.

Czego chcesz ode mnie?

Apostoł, mąż Boży to ktoś, kto nie dba o ludzką poprawność. Nie poklepuje po pupci, ani nie głaszcze. Wkraczając w życie człowieka z Ewangelią o zatroskanym ludzkimi sprawami Bogu, przynosi prawdę, która uzdrawia i moc, która przemienia. Nie używa gładkich słów, ani nic nie znaczących metafor. Jak niestety mało jest w związku z tym Eliaszów i św. Pawłów… Jak wiele zaś pustych zaklęć i teologicznie zgrabnych porównań…

Eliasz zadaje ból i wprawia biedną wdowę w przerażenie, ale jednocześnie jego obecność przywraca życie. Paweł nie zważa na to, że jego słowa budzą opór, albo oskarżenia o nieprawomyślność – odważnie mówi o tym, że swoją misję otrzymał wprost od samego Jezusa. Częściej dziś (sam w sobie odnajduję taką duszpasterską bezwolność) stykamy się z apostołem który choć złoży wyrazy współczucia, to nijak nie uzdrowi, albo kimś, kto łatwiej powoła się na „naukowe prawdy” lub „zdrowy rozsądek” aniżeli osobiste doświadczenie spotkania Chrystusa, czy na moc obowiązującej nauki Kościoła.

Wdowa z bólem woła do proroka: „Czego ty, mężu Boży, chcesz ode mnie?” Jest w tym pytaniu skarga na upartego człowieka, który drąży czyjeś życie wywołując dodatkowe cierpienia. Ostateczny rezultat jest jednak radosny i przekracza granice wyobraźni.

Czy masz w swoim otoczeniu Eliasza? Czy znasz kogoś tak pewnego mocy bożej jak Paweł, kto chce dotknąć swoim darem także i twoje życie?

Współczucie to nie wszystko.

W Ewangelii Jezus zatrzymuje tłum ludzi zmierzających ku śmierci, a nawet przekonanych, że tylko ona jest jedynym pewnikiem ludzkiej egzystencji. Idąc na czele tłumu pełnego radości, zafascynowanego Nim (poprzedniego dnia „na odległość” uzdrowił sługę setnika), zmierzającego za Nim, czyli za Życiem, zderza się z gromadą żałobników. Ci, którzy towarzyszą nieszczęściu wdowy, starają się dobrze, po „ludzku” reagować na czyjeś cierpienie – są obok, współczują, płaczą. Wszystko dobrze. Wszystko jak trzeba. Czegoś im jednak brakuje.

Jezus już dążył wskrzesić czyjeś dziecko. Była to córeczka przełożonego synagogi w Kafarnaum, całkiem niedaleko od Nain. Towarzysze pogrzebu syna wdowy ,musieli słyszeć o tym wydarzeniu, jednak nikt z nich nie zwraca się z jakąkolwiek prośbą do Jezusa. To On sam wychodzi z inicjatywą. Najpierw mówi: „Nie płacz”, to znaczy „Uwierz, podnieś głowę, nie patrz w ziemię, popatrz na Mnie”. Skąd taka interpretacja? Podobnie będzie mówił w Janowym opisie wskrzeszenia Łazarza, kiedy spyta się Marty i Marii: „Czy wierzysz we Mnie?” Jezusowi nie chodzi o jednorazowy fajerwerk, ale o wieczność; o życie i śmierć nie na chwile, lecz na zawsze! Reaguje nie tyle na żałobę osamotnionej matki (choć i to jest ważne) ale na depresję i beznadzieję w sercach i oczach każdego, kto stanął obok mar pod bramami Nain.

Na cmentarz, czy do życia?

Często, gdy idę przez kościół w procesji wejścia, albo podczas aspersji, patrząc w oczy zebranych chrześcijan widzę w nich pustkę, znudzenie, a nawet jakiś rodzaj śmierci. Brak jakichkolwiek oznak życia. Sam znam ten stan wewnętrznego rozkładu, braku radości, czy nadziei. Tak, jakby tylko cmentarz nas czekał i nic więcej. Chrystus chce to zmienić. Mówi: „Nie płacz!”. Mówi: „Wstań!”

To nie wskrzeszenie młodego człowieka jest cudem. To przemiana tłumu zombie w lud boży, pełen bojaźni i ducha apostolstwa jest cudem! Ci ludzie, przed chwilą idący na cmentarz, teraz potrafią wielbić Boga (Kto z nas to czyni pod koniec każdego dnia? Przecież o wiele częściej nasza modlitwa jest listą skarg, wniosków i zażaleń!), zachwycać się Jego obecnością i mówić innym o tym, że Bóg jest żywy i działa na co dzień.

Jeśli byłeś dziś na Mszy, to Jezus przeszedł obok ciebie, może nawet w tobie zamieszkał.

Idziesz na cmentarz, czy do uwielbienia Boga?

”Nie płacz! Wstań!”

Co robisz?

« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑