Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

O tęsknocie za Głosem na pustyni.

Takie zaś jest świadectwo Jana, gdy żydzi z Jerozolimy posłali do niego kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kim ty jesteś? Wyznał on, nie zaprzeczając: Ja nie jestem Chrystusem. Zapytali go zatem: Co więc? Czy jesteś Eliaszem? On na to: Nie jestem. Czy jesteś tym Prorokiem? Odpowiedział: Nie. Wtedy zapytali: Kim jesteś? Powiedz, abyśmy dali odpowiedź tym, którzy nas posłali. Co twierdzisz sam o sobie? A On: Ja jestem głosem wołającego na pustkowiu: Prostujcie drogę Pana – jak powiedział prorok Izajasz. Wysłannicy zaś byli spośród faryzeuszów. Stąd zadali mu takie pytanie: Dlaczego zatem chrzcisz, skoro nie jesteś Mesjaszem ani Eliaszem, ani tym Prorokiem? Jan w odpowiedzi stwierdził: Ja chrzczę w wodzie, lecz pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie; Ten, który idzie za mną i któremu nie jestem godny rozwiązać rzemyka u sandała. Wydarzyło się to w Betanii za Jordanem, gdzie Jan przebywał i chrzcił. (J 1,19-28)

Kontynuuję pustelniczą lekturę tekstów około synodalnych. Część z nich (i to ta większa) wywołuje we mnie duże emocje, bo zderza się z (obecną!) rzeczywistością  życia kościelnego, i to na różnych, wręcz skrajnych polach. 

Zamęt wszechstronny

Za reguły uciekam od tzw. “bieżączki”. Zawsze wydaje mi się, że trzeba złapać pewien dystans do newsów, wydarzeń, opinii i wypowiedzi. Często bowiem jesteśmy w róznych kwestiach niedoinformowani, lub wręcz manipulowani. Jednak pewne sprzeczności, czy ślepe uliczki, w jakie wpadają poszczególne strony (mówiąc umownie) katolickiego sporu, każą się zatrzymać i wyciągać wnioski. Czytam przecież (w tekstach watykańskich, synodalnych ale także w tym co pisze środowisko lewicy katolickie) o tym jak ważne jest wsłuchiwanie się w innych, szczególnie w tych, którzy są marginalizowani. A potem konfrontuje to z rzeczywistością „za oknem” i obserwuje jak liberalni piewcy dialogu i obrońcy wolności słowa atakują o. Tadeusza Rydzyka (nie, nie jestem gorliwym słuchaczem Radia Maryja) za jego wypowiedź o bp. Napierale. Może gdyby o. Tadeusz był członkiem modnego kolektywu LGBT, to mógłby mówić wszystko, co tylko by mu się zamarzyło, ale niestety ma pecha, bo nosi sutannę… 

A z drugiej strony? Tzw. katolickie centrum, lub wręcz prawa strona   (używam tego określenia bardzo umownie)  podkreśla wprawdzie kryzys (powołań, frekwencji, moralności) ale przy każdym powiewie (Ducha) robi wszystko co można, aby zamknąć ów Boży wiatr do słoika i zawekować. Nawet broniąc Tradycji przez duże T, można poprzestać na bałwochwalczym stosunku do Instytucji, struktur, czy też pewnych stereotypów, na przykład związanych z wizją kapłaństwa. 

Jakich stereotypów? Zanim odniosę się do fragmentów syntez synodalnych (tym razem o młodzieży) to podam dwa mentalne schematy, które wciąż pokutują w mentalności hierarchów i niemałej części laikatu. Mam wystarczająco dużo zrozumienia dla genezy owych zjawisk, a zwłaszcza dla ludzi powielających owe stereotypy, więc nikogo nie chce tu potępiać. Po kilkunastu latach kapłaństwa wystarczająco dobrze wiem, jak to się dzieje, że pełen ideałów młodzieniec opuszczający mury seminarium, przybiera postać działacza, “fajnego księdza” (jest taki profil na Fb…, ten, kto to wymyślił chyba niewiele rozumie z teologii kapłaństwa, a wystarczyłoby do Katechizmu zajrzeć), czy biurokraty. Modele te jednak trzeba zdemaskować i nazwać. Na tym przykładzie widać, jak dobre skądinąd ide przepoczwarzyły się w potworki zabijające duszę i wierność Ewangelii. Jeśli nie pozbędziemy się mentalności, która przedkłada takie wzorce kapłaństwa, nad świętość – stracimy umiejętność obronienia się przed ideologiami i bezbożnictwem. Wzorce te bowiem często generują zło, któremu nie potrafimy się przeciwstawić. Ale po kolei.

Kapłan – działacz

Pierwszy z modeli kapłaństwa, przez lata dominujący w świadomości polskiego Kościoła, to typ kapłana-działacza, zanurzonego po uszy w „robienie czegoś” – budynku kościelnego, plebanii, zaplecza gospodarczego (to są wartości miłe uchu kościelnej „prawicy”) albo przytułku, sierocińca, przedszkola, szkoły, jadłodajni czy Centrum Pomocy Ukrainie (to zaś są aktywności, w których ma upodobanie kościelna „lewica”). Do dziś wielu (hierarchom ale także świeckim, a zwłaszcza publicystom) imponuje tego typu sprawczość, moc kreacji wymiernych bytów materialnych lub charytatywnych. Miernikiem wartości kapłana jest tu odpowiedź na pytanie: “Ile i co zrobił?”. Czy to znaczy, że nie przestrzegano duchownych przed pokusą „aktywizmu”? Oczywiście, że tak. Sam to pamiętam z dni skupienia i konferencji seminaryjnych ojców duchownych. Ale to były tylko przestrogi werbalne – prawdziwy zachwyt zapalał się w kapłańskich, proboszczowskich, czy wręcz biskupich  oczach,  gdy mowa była o księżach budowniczych, działaczach, społecznikach… Słuchając przestróg przed nadmiernym aktywizmem i jednocześnie obserwując autentyczną fascynację „sprawczoscią” przeciętny kleryk wiedział w którą stronę opłaca mu się podążać… 

Jednak czas „sprawczości” mija i minąć musi. Za chwilę stanie się ona balastem dla wszystkich. Dla księży – bo żeby coś zrobić, trzeba będzie stać się prawnikiem czy finansistą, inaczej będzie niemożliwością przebrnięcie przez tony dokumentów; a do tego jeszcze będą potrzebne trzeba stalowe nerwy, by umieć użerać się z wszechwładną Rada Ekonomiczną (owe Rady – Ekonomiczna, Duszpasterska i licho wie jeszcze jaka, to odpowiedź kościelnych demokratów, którzy upatrują w dopuszczeniu świeckich do jak największej liczby funkcji ratunku dla Kościoła; już widzę ten chaos emocjonalny, kompetencyjny i finansowy na przeciętnej parafii…). Zapewne znajdą się i tacy, co nie będą mogli żyć bez balansowania na granicy prawa, zwyczaju i szemranych interesów – oczywiście w dobrej wierze – licząc przy tym na względy u kurialnej i biskupiej góry. Ta jednak, idąc po linii najmniejszego ryzyka (jak to najczęściej bywa…), oraz bojąc się pomruków Watykanu zapatrzonego w wizję Kościoła ubogiego dla ubogich, będzie zmuszona bądź mocno ukrywać swe sprawcze fascynacje, bądź ukręcać łeb tego typu formom duszpasterskiego bytowania. Każda budowa, remont, inwestycja będzie od razu kwestionowana. 

Swoją drogą, jaka szkoda, że nikt nie popełnił porządnego dziennikarskiego śledztwa o interesach robionych przez dawnych sbeków z hierarchami… ale nie, nie takimi w randze proboszcza, ale wyższymi… Ile parafii na tym straciło? Ile gruntów, budynków, własności zostało oddanych za bezcen? Ilu kurialistów nagle uwierzyło w “Kościół ubogi”, twierdząc że te czy inne gospodarstwa i grunty rolne nie są do niczego Kościołowi potrzebne… A ponoć własność to wolność… Dziś owe instytucje nie mają ani własności, ani wolności, lękają się natomiast zawartości przepastnych szaf rozmaitej maści pułkowników, albo własnych kolegów po fachu.

Zniknie więc “ksiądz – budowniczy”, który zjadł zęby na kościelnej inwestycji, zmarnował zdrowie, lub wpadł przez to w alkoholizm, depresję, bądź odreagowywał w łamaniu celibatu. A góra wciąż naciskała na wyniki… Oceniałą tę kapłańską “sprawczość”… Pompowałą ambicje, mamiąc godnościami i stawiając na piedestał… Wielu umiało to przetrwać i ocalić swoje dusze, nawet dochodząc do (widzialnej dla innych) świętości, ale było i wielu takich, którym ten model życia, życie zniszczył. Albo to fizyczne, albo – i to pewnie jest częstsze – moralne i duchowe. Interesy, interesiki, kombinacje, a to wszystko okraszone hojnymi “ofiarami” dla urzędników kurialnych, na fundusz kapłański, na utrzymanie (emeryturę) Ekscelencji lub Eminencji, na Dom Księży Emerytów, na Seminarium, wyposażenie wnętrza schowka na szczotki, czy na co tylko kto wskaże, że potrzeba. W końcu Bóg kazał się dzielić! I takiego, “chętnie-dzielącego-się” proboszcza nikt nie będzie pytał o duszę! Ba, wszak zapytanie kapłana o stan jego duszy nieśmiertelnej jest niczym puszczenie bąka na przyjęciu u ambasadora! Nie tylko, że nie wypada, ale wręcz dyskwalifikuje… 

Iluż było takich, którzy, dumni ze swej “sprawczości” i aktywności, przeżywali mroki duchowej niepewności, rozpaczy i poczucia bezsensu. Czuli, że Bóg się od nich oddalił, ale nie umieli zrozumieć czemu. Przecież robili tak dużo… Przecież biskup był zadowolony… Przecież mieli pozycję i wpływy… I dopiero, gdy miłosierny Pan dopuścił na taką biedną kapłańską duszę cierpienie, chorobę ograniczającą możliwości, perspektywę końca, o, to wtedy nagle budziła się świadomość Ewangelii, budził się skowyt i wycie wilka złapanego w potrzask. Nierzadko i wraz z nią budziła się prawdziwa świętość, oraz świadomość, że większość rzeczy uczynionych w “woli mocy”, była najzwyczajniej w świecie niepotrzebna. Następca takiego proboszcza rychło przerabiał budynek kościelny na swoją modłę, zamalowywał niepotrzebne ozdóbki na ścianach świątyni, ewentualnie wnętrze kościoła zaczynało świecić pustkami. Wielkie domy parafialne zamieniano na salony fitness lub wynajmowano szkołom (w najlepszym wypadku), ogromne wspólnoty znikały, budynki kościelne posprzedawano (żeby było bardziej ubogo), prałackie fatałaszki zeżarły mole, a wpływy hojnie obdarzonych kurialistów i hierarchów odeszły do lamusa. 

Myśląc o tym jeszcze bardziej dostrzegam – może to efekt przebywania na pustelni – ogromną potrzebę modlitwy za dusze duchownych konających oraz przebywających w czyśćcu… A skoro jakoś czytasz te słowa, kimkolwiek jesteś, to dziś, proszę, pomódl się zarówno za tymi, co tej nocy odejdą, ale może się strasznie przy tym męczą, zwłaszcza duchowo, jak za tych, którzy zdają sprawę przed Obliczem Bożym ze swego życia.

Aktywista młodzieżowy

Obumrze też wizja kapłana „działacza młodzieżowego”, czy „duszpasterza młodych”. 

Wobec restrykcyjnych wytycznych związanych z przebywaniem z młodzieżą. Wobec atmosfery podejrzliwości związanej z życiem wspólnot i grup kościelnych mocno angażujących młodzież (pomału zaczyna się rozkręcać ten rodzaj publicystyki katolickiej, który będzie tropił “sekciarstwo” w wielu – nawet oficjalnych – ruchach i wspólnotach, czego przykładem jest seria artykułów dotycząca Wojowników Maryi). Wobec wypalenia kolejnych pokoleń młodych księży nie otrzymujących wsparcia od swych biskupów (proszę zapytać przeciętnego księdza jak rozumie to pojęcie… i nie słuchać co powie, ale popatrzeć mu prosto w oczy, wszak gdzieniegdzie panuje hasło „jesteśmy z wami, radźcie sobie sami”). Wobec tego wszystkiego straceniec chcący naprawdę (nie chodzi mi o “zabawiaczy” wszelkiej maści i promotorów duszpasterskiej “fajności” rodem z Tik-Toka) ratować dusze młodych będzie traktowany jak jeden wielki problem, zarówno przez swoich kolegów, jak i hierarchów, o rodzinach owej młodzieży nie wspominając. 

Historia kard. Pella angażującego się w walkę o oczyszczenie Kościoła w Australii do tego stopnia, że – nadepnąwszy na odcisk określonym lobby – sam wylądował na ponad rok w więzieniu za czyny, których nie popełnił (a takich hierarchów zapewne jest więcej) uczy, żeby się w nic zbytnio na angażować, ani w walkę z grzechogennymi grupami, ani w ratowanie „trudnej” młodzieży. Zawsze bowiem komuś będzie to nie w smak. Często może nawet się okazać, że ratując młodych jednocześnie rozwścieczy się jakieś tęczowe lobby, które lubi mieć przyczółek na kurialnych salonach.

Kres epoki potrydenckiej

Jesteśmy naprawdę w epoce przejściowej. Na naszych oczach obumiera pewna wizja, czy nawet etos kapłaństwa. Jedni ją uśmiercają świadomie, starając się obrzydzić obraz osób duchownych (może być to reakcja wynikająca ze zgorszenia, które zniekształca obraz kapłaństwa, ale jeśli tak, to rozwiązanie nie tkwi w deprecjonowaniu kapłaństwa w ogóle) inni przykładają się do destrukcji własnymi grzechami i słabościami, a inni upartym przekonaniem, że to, co obserwujemy dookoła, to tylko przejściowe trudności. Tak, ci ostatni stanowią swoiste kuriozum… Mówią: Przecież Pan Jezus obiecał nam,  „bramy piekielne nie przemogą” Kościoła! Owszem, obiecał, ale nic nie mówił wtedy o tym ilu nas, wierzących w Niego będzie, oraz w ilu miejscach na świecie będzie Go można dotknąć w sakramentach. 

Oczywiście, każdy ma swój udział w obumieraniu księżowskiego etosu. Każdy jest słaby i grzeszny, mam tego olbrzymią świadomość patrząc na własne życie, moje wybory, drastyczne upadki i niewierności. Dlatego też jestem tu, gdzie jestem – bo nie chcę utknąć w martwym punkcie totalnej depresji i wypalenia, ani w pretensjach do całego świata. Chcę szukać woli Chrystusa, i uciec od wszystkiego, co będzie miało choćby cień “dobra pozornego”.

Jedno wydaje się być dla mnie pewne – coś się kończy. Schemat funkcjonowania kapłańskiego oparty o zaklęty krąg katechezy szkolnej, kancelarii parafialnej, “usług” sakramentalnych i – na koniec, na resztce sił – jakieś grupeńki przyparafialnej, dającej namiastkę autentyzmu lub życia duchowego, odchodzi do lamusa. Dlatego jestem w stanie, z bólem i żalem, zgodzić się, ze zdaniem, w myśl którego model potrydencki w Kościele się skończył i już nie działa. Pewnie teza ta wymagałaby większej precyzji i dookreślenia, gdyż brzmi podejrzanie podobnie do tez głoszonych przez środowiska skupione wokół kościelnej lewicy (vide: książka Tomasza Terlikowskiego “Koniec Kościoła, jaki znacie”), ale uwiąd praktyki naszego uczniostwa i apostolstwa jest dla mnie definitywny. 

Do czego więc wracać? Jaki jest punkt odniesienia?

Dekadencja katolickiej odwagi

Wypada zgodzić się w tym miejscu z red. Zbigniewem Nosowskim, który na konferencji poświęconej Soborowi Watykańskiemu II, jaka miała miejsce w październiku tego roku w Toruniu, powiedział, że kryzysu Kościoła nie rozwiąże ani niemiecka Droga Synodalna, ani Franciszkowy Synod o Synodalności. Nie da się bowiem – argumentował – uczynić odpowiednio głębokich zmian strukturalnych, nie mając do tego narzędzi, ani nie da się sprawić, aby każdy poczuł się usłyszany. 

Co nam więc pozostaje? Czy tylko wyśpiewać tren na cześć przemijającej postaci życia kościelnego i katolickiego imaginarium?

Może i potrzeba takiego współczesnego Jana Kochanowskiego, zdolnego odnaleźć w sobie odpowiednią siłę i moc, by oddać ból rodzący się na widok obecnego uwiądu. Póki co – Kochanowskiego nie widać, słychać jeno jak zlatują się (głównie medialne) sępy żerujące na co smakowitszych (dla nich) kąskach z bezwładnego ciała, lub (głównie duchowni) ślepcy sądzący, że to chwilowe osłabienie, zwykła choroba tylko, że jak znajdzie się wodę z cudownego źródełka, co to za górami i za lasami, to kochana Ecclesiae nasza ocknie się i dopiero pokaże wszystkim, że hej…

Kto dziś ma odwagę piętnować wypowiadane swobodnie bzdury balansujące na krawędzi doktryny? Kto jasno nazwie poszczególne środowiska i jednostki rozmiękczające swą działalnością katolicką wrażliwość? Gdzie są katolickie think-thanki, laboratoria budujące więzi z prawie już zapomnianym Kościołem minionych wieków – Kościołem św. Maksymiliana, Św. Józefa Sebastiana Pelczara, czy o. Jacka Woronieckiego OP? Co nas paraliżuje? Obawa przed procesami? One i tak będą, więc może czas chwytać się tego oręża, bo przeciwnicy nas w tym ubiegają.

Gdzie świeccy reagujący jak poważni,  dorośli ludzie na epitety, którymi są obrzucani przez postępowych publicystów?  Aż się dziwię, że nikt z Wojowników Maryi nie pozwał red. Terlikowskiego za nazywanie ich sekciarzami. Każdy ma przecież prawo do obrony swojego dobrego imienia, zwłaszcza wobec stygmatyzacji… 

Który z pasterzy Kościoła, (są oni przecież “tradiditionis custodes”!), napomni O. Maciej Biskupa OP, że prawdy wiary nie stoia w sprzeczności z Objawieniem? Na łamach więzi ów dominikanin żali się, że musiał przez lata “wymuszać zaliczenie” prawdy: „Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”, która – wg. współbrata św. Tomasza z Akwinu – “jest sprzeczna z nauczaniem Pawłowym. No, ale O. Biskup to persona zaangażowana w dialog ekumeniczny i dialog z judaizmem… 

Gdzie biskup miejsca takiej np. pani teolog (po studiach w Warszawie, USA i Jerozolimie) Zuzanny Radzik, która pisze coś publicznie o Duszycy Świętej i tylko jeden ks. prof. Piotr Tomasik ma odwagę ją napomnieć, że jest wulgarna i bluźni, za co otrzymuje pytanie, czy „Duch Święty zawsze musi być męskoosobowo nazywany bo ma siusiaka”? Wydaje mi się, że troskę o jej duszę nieśmiertelna winien wykazać przynajmniej jej proboszcz… Chyba, że już kategoria duszy jest dla hierarchii równie enigmatyczna, co dla pani teolożki.

Gdzie są ci wszyscy strażnicy ortodoksji, (choćby tacy, jak inna pani teolog Monika Białkowska, deklarująca, że będzie “stawać jak lwica” w obronie doktryny) gdy księża Lemański i Sowa przytakują sobie na publicznym forum społecznościowym, że Kościół winien zgodzić się na in vitro? Ale owi strażnicy sami publikują tekst nieżyjącego już ks. prof. Józefa Krasińskiego z Sandomierza o tym, że in vitro jest zgodne z Objawieniem i wynikająca zeń doktryną. I kto tu tworzy sektę, chciałoby się zapytać…

Do Słowa

Zanęt, tchórzostwo, bagatelizowanie. Herezje, manipulacje, inteligencka pycha. Jedni proponują kolejny sobór (ale nie Watykański, tylko Trydencki – dobrze że nie Nicejski…), inni gotowi są spełnić każdy postulat wyrażany przez katolicki demos, a ja myślę prościej. W końcu nie mam wpływu na struktury mogące cokolwiek zwołać, czy spełniać, ani dostępu do grantów i mediów. Mam wpływ jedynie (aż) na samego siebie.

Trzeba – o banale! – wracać do Słowa… Do Ojców… Do świętych… Do proroków… Zmiana instytucji oraz mentalności może się dokonać jedynie przez nawrócenie i wejście na pokorna drogę do świętości. George Weigel, biograf św. Jana Pawła II, napisał w 2002 r. list do papieża. Poniższy fragment śmiało można odnieść do całości zjawiska katolickiego uwiądu:

Kryzys spowodowany molestowaniem seksualnym przez duchownych to zasadniczo kryzys duchowy – manifestacja niewystarczającego nawrócenia w Chrystusie: pochodzi od duchownych żyjących w intelektualnym i duchowym zakłamaniu. (George Weigel, List do Jana Pawła II, 2002)

Na kryzys duchowy odpowiedzią może być tylko duchowa walka. Odnoszę to do samego siebie, bo znam swoją grzeszność, ale również chce to odnieść do całego Kościoła. Stanowimy cząstkę duchowej rodziny, a nie partii, w której jedną ideologię można zmienić, zmodernizować, zastąpić inną, lub też bawić się w rewizjonistyczną sofistykę. Nie powinna interesować nas mądrość etapu. Wierzymy w Boga Żywego, działającego, który jest obecny, wypowiedział się w Słowie Wcielonym i w słowie Ojców! Nie jesteśmy scjentystami (ani fideistami oczywiście) ani naturalistami.

Eeech…

Synodalne recepty dla młodzieży

Póki co zajrzyjmy do tekstów synodalnych, zwłaszcza tych, które zwracają uwagę na młodzież i jej potrzeby. W polskiej Syntezie krajowej czytamy:

Co zrobić, aby nie utracić młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy nawet jeśli wyszli z rodzin wierzących, nie chcą dalej iść drogą Kościoła i nie identyfikują się z nim? To ci, którzy zniknęli, pozostawili puste miejsca w ławkach kościołów parafialnych. Dla wielu młodych ludzi „Kościół jest smutny”. Młodzież „nie czuje się zachęcona do uczestniczenia w życiu Kościoła”, do przyjmowania sakramentów (szczególnie bierzmowania), do których przygotowanie w opinii młodych jest źle prowadzone. „W ten sposób się nie uczestniczy, tylko «zalicza»”; „Nikt nigdy nie pokazał mi, że Kościół jest fajny, tylko wciąż mnie do wszystkiego zmuszano”; „Nie może być tak w Kościele, że kto ma szczęście, ten w nim zostaje”. Młodzi nie ukrywają, że z praktyk religijnych rezygnują z powodu braku czasu, mnożących się zajęć szkolnych i pozaszkolnych, pracy czy zajmowania się planowaniem przyszłości. Wątpią także w zasadność sakramentu pokuty. Pytają: „Dlaczego mam się spowiadać komuś, kto też grzeszy?”. Od księży oczekują autentyczności, potrzebują ich nie jako „przyjaciół”, ale kierowników i ojców duchownych. „Musimy (my – dorośli i my – księża) wysłuchać tego, co zapytani przez nas młodzi odpowiedzieli na nasze pytania, bo z udzielonych przez nich odpowiedzi wynika, że gorliwość o Kościół pożera ich często znacznie bardziej niż nas”. Młodzież niejednokrotnie otwarcie woła o większe zainteresowanie się nią w projektowaniu życia wspólnotowego, o uwzględnienie jej wrażliwości i mentalności. (Synteza Krajowa) 

Ewangelia sama w sobie jest piękną i przyciągającą propozycją życia, ale brakuje nam często odpowiedniego języka, by ją przekazać młodemu pokoleniu. Duszpasterstwo młodzieżowe stanowi jedno z największych wyzwań dla naszego Kościoła lokalnego. (Synteza Warszawska)

Powszechny niepokój budzi brak obecności głosu młodych ludzi w procesie synodalnym, a także coraz częściej w życiu Kościoła. Ponowne skupienie się na młodzieży, jej formacji i towarzyszeniu jej jest pilną potrzebą, także w realizacji wniosków z poprzedniego Synodu na temat „Młodzi, wiara i rozeznanie powołania” (2018). Przy tej okazji właśnie młodzi ludzie zwrócili uwagę na potrzebę większej synodalności Kościoła w obliczu dzisiejszego przekazu wiary. Inicjatywa „Cyfrowy Synod” jest znaczącym wysiłkiem, aby słuchać młodych ludzi i oferuje nowe spojrzenie na głoszenie Ewangelii. W syntezie Antyli stwierdza się: «Ponieważ nasza młodzież doświadcza bardzo wysokiego poziomu alienacji, musimy stworzyć opcję preferencyjną dla młodych ludzi». (Dokument Roboczy dla Etapu Kontynentalnego)

Czyli co? Popracujmy nad tym, aby Kościół był mniej smutny? Nad tym, aby ktoś poczuł się “bardziej zachęcony”? Żeby było “fajnie” i “nikt do niczego nie zmuszał”? A jednocześnie księża mają być przyjaciółmi, kierownikami duchowymi i ojcami w jednym. Choć może z tym ostatnim to przesada, bo to może wywołać oskarżenia o manipulację, lub zbyt bliskie relacje i jeszcze kto poleci gdzieś na skargę… To darujmy sobie to ojcostwo i kierownictwo, a bardziej popracujmy nad „jasnością przekazu”, “uwzględnieniem wrażliwości”, no i oczywiście nad “nowym, odpowiednim językiem, będącym jednym z największych wyzwań”. Dlatego musimy stworzyć “opcję preferencyjną dla młodych”, cokolwiek by owa opcja oznaczała…

Uff…

Brzmi jak bełkot? Jak nowomowa partyjna? Jak pochwała pajdokracji? 

Może ma tak brzmieć, nie wiem, ale na zdrowy rozum, wychowany na klasycznym, logicznym myśleniu i św. Tomaszu, to sensu w tym nie ma za grosz. I żeby tu nie sięgać tak wysoko, to przypomina mi się wielokrotnie cytowana opowieść śp. Ojca Jana Góry OP, którego siódmą rocznicę będziemy obchodzić 21 grudnia, o pierwszych dniach w roli duszpasterza studentów:

Na początku chciałem do wszystkich podejść na luzie. Pamiętam, jak jako młody duszpasterz podszedłem do jednej dziewuchy, klepnąłem ją w ramię i mówię: „Mów mi Dzidek, będziemy tu robić duszpasterstwo!”. A ona mi na to: „Dzidków to ja mam w klasie, ty musisz być dla nas ojcem!”. (https://wiadomosci.onet.pl/religia/z-kamieniami-na-lednice/5hkhmw)

Co by nie mówić o duszpasterzowaniu O. Jana, to jednak (mimo tego, że świetnie wpisywał się w model działacza i aktywisty) stawiał mocne wymagania, zapraszał do fizycznej pracy, ukazywał wspólny cel działań, nie obniżał moralnej poprzeczki. Nikomu się nie podlizywał i nie “ufajniał” na siłę. Używał raczej języka “wysokiego” i wysokich tonów zapraszał, gdy mówił o poezji, literaturze czy historii. Nie podążał za młodymi, ale zapraszał do podążania za sobą, wręcz wiązał ze sobą, wiedząc, że młody człowiek potrzebuje wzorca, punktu odniesienia. Był w tym realistyczny do bólu.

Tendencja wyzierająca z synodalnych propozycji, zwiastuje zupełnie inne podejście. Jest próbą reagowania powierzchownego, gdyż opiera się na fałszywych założeniach – rzeczywistość życia wiary musi być „ciekawa”; nie może być w niej elementu powinności (eufemistycznie nazywanego przymusem); argumentem przyjmowanym jako pewnik jest „brak czasu”; zmiana sposobu komunikacji uzdrowi problem. Każde z tych założeń jest fałszywe i opiera się na współczesnej papce, w jaką zmieniła się logika (tylko czemu także w Kościele! Naprawdę, „jeśli twoje światło jest ciemnością, jakże wielka to ciemność”!) oraz na antyewangelicznej wierze w prymat tego, co zewnętrzne i materialne (cielesne) nad tym, co duchowe. A przecież Pan powiedział, że tym co nas czyni nieczystymi, jest to, co z serca ludzkiego pochodzi, a nie to, co przychodzi z zewnątrz.

W ideach, jakie przebijają się przez powyższe teksty synodalne jest obecny ten sam rodzaj schorzenia, co w opisywanej powyżej fascynacji aktywizmem i sprawczością. Jest to rodzaj umiłowania tego, co zewnętrzne i po ludzku wymierne. Modnie byłoby pewnie nazwać tę postawę duszpasterską, lub pastoralną – wszak nadaje ona ton obecnemu pontyfikatowi i wieku inicjatywom z nim związanym. I tu aż się zadziwiam, że logika paradoksu z tym związanego umyka polskiej lewicy katolickiego ckiej. Przecież owa duszpasterska zewnętrzność, czy sprawczość, jest w swej istocie głęboko „klerykalna”, przynajmniej w takim rozumieniu klerykalizmu, o jakim mówi Franciszek i z jakim walczą lewicowe środowiska Kościoła. Koniecznym wydaje się przerwanie owego błędnego koła, ale uczynić to można tylko przez głęboka metanoję.

Św. Jan Chrzciciel i Wysoka Komisja 

Ale zajrzyjmy do Słowa Bożego. Przyznam się, że właśnie lektura Ewangelii z III Niedzieli Adwentowej według starego (ale wbrew wszystkim i wszystkiemu, nie przestarzałego, bo wciąż rodzącego zdrowe i świeże owoce) rytu zmusiła mnie do napisania niniejszego tekstu. Oto Sanhedryn zaprasza św. Jana Chrzciciela na spotkanie ze swoją Komisją (Synodalną). Chcą usłyszeć Jana, albo sprawić, że sam poczuje się usłyszany. Jakoś interesuje ich, co mówi sam o sobie. Ciekawe, że zastanawia ich nie tyle czy orędzie, które głosi jest zgodne z dobrem i prawdą… co bardziej to, jak on sam siebie widzi. Czyżby nie dostrzegali – nie chcą dostrzec? – owoców Janowego przepowiadania? Pytają, czy jest Eliaszem, Mesjaszem… Ważne są dla nich etykietki, nazwy, desygnaty, przegródki w biurkach i wydziałach Wysokiej Rady. Ważne, aby ten niespodziewany przypadek znad Jordanu odpowiednio sklasyfikować, co by ani Rzym, ani nikt inny się nie przyczepił. Żebyśmy mogli powiedzieć: Byliśmy, rozmawialiśmy, badamy…

Jan trochę jakby nie wiedział co ma im powiedzieć. Wie, że są to żmije, drzewa do których korzeni już Pan przyłożył siekierę. Domyśla się, rozpoznaje, że ich świat, ba, cała znana im wszystkim rzeczywistość Sanhedrynu, Świątyni, składania ofiar, faryzeuszy, saduceuszy, esseńczyków, zelotów, sporów z Rzymianami, słowem to, co stanowiło o życiu codziennym, religijnym, obyczajowym i politycznym ludu Izraela w owym czasie już niedługo przestanie istnieć.

Nie minęło jedno pokolenie, góra dwa, i tak się stało.

Ale wtedy jeszcze nie mieściło się to nikomu w głowach. Jan zaś wie o sobie tylko tyle, że jest głosem, który musi wyrównać drogę Przychodzącemu. I wie, że to przyjście będzie związane z ogniem, wiejadłem, przesiewaniem i odcinaniem spróchniałych oraz nieowocujacych drzew. Wie, że przez Przyjście wszystko się zmieni. 

Tylko jak to im powiedzieć? Im, którzy mają swoje, zastane wyobrażenia o tym kim jest Mesjasz, Eliasz, czym jest Prawo, kim są oni sami. Jan zna ich mentalność, zresztą nazywał im to wprost w swoich nauczaniach. Ogranicza się więc w rozmowie z nimi do niezbędnego minimum, jakby z góry wiedział, że się nie dogada. Musi tylko dać świadectwo, powiedzieć to, co BÓg chce przez niego wyłożyć nie tylko czcigodnej Jerozolimskiej Komisji, ale każdemu, kto kiedyś o tym świadectwie usłyszy.

Jam jest Głos – mówi Jan.

Mam przygotować drogę Temu, który nadchodzi, ba – już jest, już stoi między nami.

Te słowa proroka znad Jordanu są dalekim echem proroctwa, jakie wypowiedział trzydzieści lat wcześniej Archanioł Gabriel wobec zalęknionego kapłana Zachariasza, Janowego ojca.

Lecz anioł rzekł do niego: «Nie bój się Zachariaszu! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich;  on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych – do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały». (Łk 1,13-17)

Jan ma “przygotować Panu lud doskonały”. Dosłownie “przygotować Panu lud, który jest przygotowany”, “dobrze usposobiony”, lub “przysposobiony”. “Doskonałość” nie oznacza tu “bezgrzeszności”, czy “perfekcyjności”, ale zgodne z wolą Bożą, właściwe usposobienie wnętrza na spotkanie z Panem. 

Jak Jan to czyni? Przez wezwanie do pokuty i do nawrócenia. Nie przez nasłuchiwanie opinii ludu Izraela (to robi Sanhedryn), albo zasięganie rady specjalistów. Lud dla Pana przygotowuje się głupstwem głoszenia słowa i pokutą. Wiem, że to – paradoksalnie – trudna konstatacja. Łatwiej jest organizować „inicjatywy” mniej lub bardziej pobożne. Łatwiej jest nagrywać filmiki na Instagramie (dla wielu to wymarzony środek ewangelizacji) czy wierzyć w cudowna moc wizyt duszpasterskich, zwanych kolędą. 

Jan ma skłonić serca ojców ku dzieciom. Ojcami byli także ówcześni pasterze Izraela, zajęci sobą, Prawem, polityką, wszystkim, ale nie swymi duchowymi dziećmi, którym winni zapewnić duchowy byt. I nie chodzi o to, że byli to źli ludzie, gdyż pod względem moralnym stali zapewne bardzo wysoko, czego przykładem mogą być choćby faryzeusze. Nie dali jednak pokarmu odpowiedniego dla duszy Izraela. Podobnie zachowują się dziś pasterze Kościoła, przedkładając wizję “samowychowania” duchowych dzieci, ponad obowiązki ojców w wierze.

Pustynia

A czasami trzeba wszystko przewartościować i gdzieś zniknąć. Oddalić się. Schować. Niczym Jan pójść na pustynię, choćby się to nikomu nie podobało. Przecież to tam właśnie, na pustyni (a może na pustkowiu, albo – jakby chciał ks. Wujek – na puszczy) “stało się Słowo Pańskie dla Jana, Zachariaszowego syna”. Nie w cesarskich pałacach, czy komnatach prokuratora Judei, ani nawet na pokojach arcykapłańskich, ale na pustyni. Jakby pośród wielkich tego świata (także religijnego) zabrakło miejsca na Słowo. Jakby nie miało w czyim sercu spocząć.

Bo, żeby ocalić innych, trzeba najpierw ocalić własną duszę. A ja, osobiście, wiem, że moja jest w nienajlepszym stanie. 

Dlatego trzymam się myśli o tej pustyni, niczym ostatniej deski ratunku, dla skołatanego serca, które będzie niespokojne, póki nie spocznie w Nim.

I tak drżąc o własne zbawienie, pytam „Ojca, który jest w ukryciu” – kto Ci, Panie, przygotuje dzisiaj “lud doskonały”? Kto będzie miał tyle odwagi, albo może wiary, aby ni dać się zastraszyć tym, którzy budują Nowy Świat i Nowy Kościół? Kto będzie nazywał zatrute pastwiska pustych sloganów i “duszpasterskich” schematów bez życia, choć w modnym opakowaniu? Kto będzie budował wspólnoty życia oparte nie na braterstwie i humaniźmie, ale na radykalnym przylgnięciu do Trójcy Przenjaświętszej i sakramentów? A przygotowanie takiego neo-Christianitas, dusz szukających nie tyle ulg moralnych, co gotowych oddać się Ewangelii na przepadłe wymaga pracy pokoleniowej. Obecne zniszczenie duchowe jest wynikiem długiego marszu nie tylko przez instytucje, ale także przez kulturę, obyczaje, a wreszcie struktury Kościoła. Rewolucja liberalna nie była nagłym wybuchem, ale powolnym, wytrwałym i dokładnym “zakwaszaniem” społeczności. Jeśli ma być jakiś “program duszpasterski”, to idący w podobnym kierunku. 

Droga Jana Chrzciciela to bezkompromisowość, radykalizm, czynienie sobie uczniów, wspólnota życia, oddanie się na przepadłe – bez kompromisów ze światem. W zerwaniu z faryzejskimi i saducejskimi schematami. W nie oglądaniu się na ludzkie opinie.

A wszystko – w ciszy pustyni.

O „towarzyszach podróży”.

Czytam dokumenty i analizy dotyczące wciąż przecież trwającego Synodu o Synodalności. Powstrzymuję swe emocje, bo nic tak bardzo mnie nie irytuje niż kościelna (bądź partyjna, polityczna, korporacyjna) nowomowa, nieważne czy bardziej przeniknięta teologicznymi, czy socjologicznymi frazesami. Powstrzymuję emocje, bo naprawdę chciałbym wziąć te słowa-klucze na serio, zobaczyć za “towarzyszami podróży”, “wsłuchiwaniem się”, “nawróceniem synodalnym”, czy wezwaniami do “walki z klerykalizmem”, cokolwiek by znaczył treść prawdziwą i autentyczną. I choć nie zgadza mi się to, co czytam z tym, co widzę dookoła siebie i czego z bólem, a nawet rozpaczą, doświadczam (szczególnie w okresie ostatniego roku), to pragnę przyjąć (choćby na próbę), że rzeczywistość jest taka, jak ją owe dokumenty i stojący za nimi ludzie by chcieli widzieć. Chcę więc zatrzymać się i popatrzeć dookoła. W prawdzie. Ze świadomością celu jakim jest zbawienie i życie wieczne w Królestwie Bożym. Szukając dobra dusz. Przyzywając i słuchając Ducha Świętego, o którym przecież wierzę, że mówił przez proroków, przez Ojców wiary i wciąż jest obecny w jednym, świętym, apostolskim i katolickim Kościele. 

Po dwóch miesiącach pewnego odosobnienia, a także walki z lękiem i obawami o to, co kto sobie pomyśli na temat moich działań i wypowiedzi, zaczynam łapać dystans odpowiedni do tego, by wyraźniej dostrzegać i nazywać sprawy leżące mi na sercu, i w efekcie przestać oglądać się na ludzkie opinie. Pustynia, choćby jej mała namiastka, daje przedsmak wolności, bez której jest się jedynie trybem w maszynerii, choćby najobficiej pokropionej wodą święconą, a nie Apostołem zapatrzonym w Jedynego Mistrza. Pustynia konfontuje z prawdą, a nie z odgórnymi dyrektywami. Pustynia zmusza do oparcia się jedynie na Słowie, a może szerzej – na Objawieniu, na Łasce; bez tego oparcia można odnaleźć jedynie swój wewnętrzny chaos, strach, kompleksy, beznadzieję i rozpacz. Łaska, która wytryska na pustyni, jest jedynym dostępnym źródłem nadziei i mocy. Pustynia też nie pozostawia miejsca na nic innego, tylko prawdę, choć, aby do niej dość, trzeba przegonić z serca wszelkie majaki, obawy, konformizm, czy jakieś próby sztukowania szaty prawdy łatami przeinaczeń, czy pięknych słów. Na pustyni widać jasno co jest ewangeliczne, a co ludzkie; co jest “polityką kościelną” (diecezjalną, parafialną, kurialną) a co zakorzenionym w Ewangelii życiem chrześcijańskim.

Pustynia…

Na marginesie – to ciekawe, że zachwycamy się w Kościele Karolem de Foucould, ale formatujemy się (nawet nie formujemy… i to zarówno duchowni jak i świeccy) do roli spokojnych zjadaczy kościelnego chleba, bojąc się czegokolwiek i kogokolwiek, kto ten spokój mógłby zakłócić. Czcimy bożych szaleńców, ale ich nie chcemy. Przyzywamy wstawiennictwa świętych kontrkulturowców, ale wolimy iść z prądem politycznej poprawności, miałkiej kultury (te namowy do obecności księży na Tik-Tokach czy innych Instagramach), czy stopni i ścieżek kariery (bardziej urzędniczej niż kościelnej)… Tak, wiem, że żadna instytucja, a zwłaszcza Ta Konkretna Instytucja, nie lubi fighterów. Tylko, co zrobić, wielu świętych, takimi właśnie było… W ten sposób i na nas spełnia się słowo Jezusa o budowaniu grobowców prorokom… Podziwiamy kapłanów niepokornych a świętych, ale ani nie chcemy takimi być, ani też nie wychowujemy innych (kleryków, czy młodych świeckich) do tego typu ewangelicznego nonkonformizmu. A dziś prowadzi on bardziej do wierności Tradycji i odwiecznej nauce Kościoła,wypowiedzi świętych, do wczytywania się w dokumenty dawnych papieży i  niż do fajności, nowoczesności czy wręcz przymykania oka na grzech. (Jakby ktoś się oburzał co do owego “przymykania oka”, to wystarczy, aby trochę posłuchał opinii wiernych wsłuchujących się w kazania współczesnych dominikanów w wielkich metropoliach, lub podpytał, gdzie może pójść przeciętny rozwodnik żyjący w powtórnym związku, aby otrzymać rozgrzeszenie bez zbytnich pytań).

Pustynia każe zadawać pytania o model życia kapłańskiego, o styl duszpasterski, o to jak ratować dusze (swoją i innych), gdy oficjalne urzędy i hierarchie wydają się do tego nie kwapić, gdyż są wpatrzone bardziej w dane socjologiczne, idee Rahnerowskie, czy strach przed mediami, aniżeli w Ewangelię. 

Niedługo zresztą w ogóle pojęcie ratowania duszy zostanie odłożone do lamusa jako rodzaj zabytkowej frazeologii…

Sięgam więc w tym pustynnym czasie po synodalne materiały, przeglądam syntezy – i te diecezjalne i te krajowe – wczytuje się w obraz Kościoła, jaki z nich wynika, próbując jednocześnie uśpić swoją nieufność i podejrzliwość. Czytam, zdając sobie sprawę, że Kościół będzie się tą frazeologią posługiwał przez najbliższe lata. A innego Kościoła nie ma i nie sądzę, aby się pojawił, wbrew temu co pobożnie (ale i nieco naiwnie, jak sądzę) myśli bp. Athanasius Schneider). Wypada więc synodalnie porozpychać się łokciami, aby przez pomyłkę ktoś mnie – i tych którzy podobnie jak ja wierzą i myślą – z tej eklezjalnej łodzi nie wyrzucił. Ja tu jestem! – chciałbym zawołać, ale wrodzona bierność i niechęć do tak widocznego zwracania na siebie uwagi sprawiały przez lata, że obecnie znajduję się przy burcie, zastanawiając się jak to się stało, że ktoś tę łajbę zawłaszczył i teraz mości jak najwięcej miejsc dla „krewnych i znajomych królika”…

Czytam więc w synodalnych rozważaniach o tym, że jesteśmy towarzyszami podróży, w Kościele i społeczeństwie. Czytam pytania:

Kiedy mówimy „nasz Kościół”, to kogo mamy na myśli? Kto w naszym Kościele „podąża razem”? Kto oczekuje, aby bardziej ku niemu wyjść i zaprosić go do wspólnej drogi wiary? Jakie osoby lub grupy są zaniedbane i nie objęte troską o to, by iść razem drogą wiary i stanowić jedną wspólnotę Kościoła? 

Mowa jest o “podążaniu razem”. Hmm…. Ufam tylko, że kierunek tej podróży jest jasny. Że jest nim Królestwo Niebieskie w wieczności. Że  Ziemia jest jedynie przystankiem. Że moi synodalni “towarzysze podróży” wiedzą, iż nie ma co się na niej mościć, trzeba zaś czynić ją sobie poddaną. Wbrew pozorom, to zastrzeżenie wydaje mi się konieczne, bo większość refleksji związana z tematem “podróży”, czy “drogi” jest wybitnie horyzontalna, jakby podróż Kościoła ograniczała się jedynie do doczesności. A przecież Kościół przenika czas i przestrzeń! A przecież Jego Głowa jest w wiecznym “dziś” Ojcowskiego Królestwa! A przecież, prócz Kościoła pielgrzymującego (czy, jak mówiono niegdyś, o czym przypomniał Benedykt XVI – walczącego) jest jeszcze Kościół cierpiący w Czyśćcu, który oczekuje na pełnię zbawienia, oraz Kościół tryumfujący, uwielbiony, zapatrzony w Baranka i śpiewający pieśń zwycięstwa na Jego cześć. Nasza podróż ziemska nie może abstrahować od tych aspektów, które poznajemy przez wiarę! Inaczej staniemy się instytucją obsługującą materię i doczesność, spychającą wszelką nadprzyrodzoność do lamusa mitologicznych pojęć, niewiele znaczących w naszej codzienności. 

Moi “towarzysze podróży” to święci, których poznaję przez ich pisma, czy świadectwo życia. To dusze czyśćcowe potrzebujące pociechy i naszej modlitwy. Oni, zwłaszcza święci, “są”, nie „byli”. Ich postawa jest jedynym – poza Chrystusem – dostępnym mi sensownym punktem odniesienia, w końcu bowiem mówi Pismo:

Pamiętajcie o swych przełożonych, którzy głosili wam słowo Boże, i rozpamiętując koniec ich życia, naśladujcie ich wiarę! Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki. Nie dajcie się uwieść różnym i obcym naukom, dobrze bowiem jest wzmacniać serce łaską, a nie pokarmami, które nie przynoszą korzyści tym, co się o nie ubiegają. (Hbr 13,7-9)

Mam naśladować wiarę, ale nie tyle tych, co żyją dziś na ziemi obok mnie, lecz tych “starszych”, którzy już to życie doczesne opuścili i mogą ”świecić niczym gwiazdy”. Wydaje mi się, że obecnie tendencja jest odwrotna. Punktem odniesienia nie tyle jest Chrystus i naśladujący Go męczennicy, nauczyciele Kościoła, dziewice i wyznawcy, co “człowiek współczesny” i jego obecna tożsamość czy samoświadomość. Owszem, idę z “człowiekiem współczesnym” w jego drodze wiary, towarzyszę mu, ale punktu oparcia szukam nie w zmiennych emocjach i frustracjach doczesności, ale w tym, co Pan oczyścił poprzez wieki. Tam jest światło jak żyć. I częstokroć lepiej pojmę zagubioną duszę dzisiejszego katolika (a nawet ateisty, apostaty, czy wprost poganina – cóż za niedzisiejsze określenia!) słuchając się Ojców wiary i jej Świadków sprzed lat, aniżeli analizując skomplikowane meandry odczuć i buntów kogoś, kto jest fizycznie obok mnie. Nie znaczy to, aby nie słuchać bliźniego, czy próbować go zrozumieć. Bardziej chodzi o to, aby nie lekceważyć tych, co byli przed nami, są obok, i będą na nas oczekiwać w Domu Ojca. Jak śpiewał bard:

Zjawią się wielcy ocaleni

Z historii rusztów i popielnic (…)

Bo nie przypadkiem przeszli czyściec

Odsiani z mód wartkiego ścieku

Po to by istnieć a nie błyszczeć

I wieść dysputę o człowieku.

(Jacek Kaczmarski, Testament ’95)

Poeta miał oczywiście bardziej na myśli wielkich myślicieli, ludzi kultury, twórców i filozofów, ale o ileż bardziej możemy w tych strofach widzieć świętych, czy oczekujących w czyśćcu na ostateczne spotkanie z Panem. Czy właśnie oni, będący poza “hic et nunc”, nie są najbardziej zmarginalizowani? Zamknięci w „świadomości swoich czasów”, w „uwarunkowaniach kulturalnych”, w przeszłości, która już nam nic nie mówi? Zepchnięci do kąta, bo przecież odwoływanie się do nich może okazać niemodne, zbyt radykalne, nieadekwatne do “sposobu myślenia współczesności”, niezgodne z ekonomią rozwoju doktryny?

A co mnie obchodzi owa, tak rozumiana, współczesność, rozrośnięta do monstrualnych rozmiarów jakiegoś Baala, z którym trzeba się liczyć bardziej niż z Ewangelią! Co mnie obchodzi bożek Rozwoju, czy Nieustannej Zmiany! Mam służyć neopogańskiemu panteonowi bóstw tolerancji, globalizmu, demokracji, liberalizmu, Państwa, zrównoważonego rozwoju, itp? A gdzie prorocy i święci, wskazujący na Jedynego Pana i Króla? 

Nie da się służyć Bogu i bałwanom… I nie da się sprzeciwiać bogom (demonom!) współczesności nie płacąc za to ceny. Wie o tym każdy pasterz, który odważył się być wiernym apostolskiemu powołaniu. Na szczęście jest kilku takich…

Moi towarzysze podróży to duchy czyste, aniołowie, byty niebiańskie, niczym Archanioł Rafał wędrujące z nami na co dzień, a zarazem wpatrzone w zachwytem w oblicze Trójcy. To Archanioł Michał, który broni nas w walce jaką trzeba toczyć z “ciałem, światem i demonem”. To Aniołowie Stróżowie, tak niezauważanie i niedoceniani.

Kto jest jeszcze dla mnie „towarzyszem drogi” w Kościele? To ci, którzy zostali mi dani. Którzy szukali u mnie Bożej Łaski. Których Pan do mnie posłał. Spotykani w konfesjonale, w rozmowach, w posłudze. Owce, które w moim przepowiadaniu usłyszały brzmienie głosu Dobrego i Jedynego Pasterza, Chrystusa. Z niektórymi się minąłem, niektórym pomogłem minąć życiowy zakręt, z niektórymi się zaprzyjaźniłem, a niektórych rozpoznałem jako zadane mi przez Opatrzność duchowe dzieci. 

(Moja wina pewnie, że uczyniłem to bez odpowiedniej pieczątki…)

Choćbyście mieli bowiem dziesiątki tysięcy wychowawców w Chrystusie, nie macie wielu ojców; ja to właśnie przez Ewangelię zrodziłem was w Chrystusie Jezusie. Proszę was przeto, bądźcie naśladowcami moimi! (1 Kor 4,15-15)

Swoją drogą, gdy czytam powyższe słowa św. Pawła, a także wersety je poprzedzające, zastanawiam się, o co by dziś oskarżono Apostoła? O nadużywanie swego apostolskiego urzędu? O związywanie innych ze sobą? O manipulację? O uzależnienie emocjonalne? Ciekawe… To zresztą interesujący temat, jak to się dzieje, że w dobie tak wielkiej krytyki zurzędniczenia ludzi Kościoła i klerykalizacji, jednocześnie robi się wszystko, aby odstraszyć kapłanów od duchowego ojcostwa, lub od bliskich relacji… Czekam tylko, aż któreś z liberalnych katolickich pism typu Więź, oskarży śp. ks. Jana Kaczkowskiego o zbyt poufałe i nieuporządkowane (o, to modne słowo, które coś insynuuje, ale jest na tyle niekonkretne, że można spokojnie nim szafować) relacje ze swymi “synkami” duchowymi… A nie… Zaraz… To nie to środowisko… Tam swoich się nie czepiają i nawet trzymają ochronny parasol nad hierarchami myślącymi podobnie, co oni… Jakby ks. Jan był jeszcze bardziej “trydencki”, czy wiązał się z Radiem Maryja, to może jeszcze…

Rozumiem ks. Kaczkowskiego i jego miłość pasterską. Rozumiem św. Jana Bosko i jego gorliwość ratowania dusz wychowanków Oratorium. Rozumiem oddanie i walkę o dusze parafian z Ars, jaką toczył św. Jan Maria Vianney. Rozumiem ojcowskie prawo miłości, jakie opisywał w swoim kontekście św. Paweł. Ale czy dziś jest to rozumiane wśród ludzi Kościoła? Jeśli jednak jedynym rezultatem skandali seksualnych i owocem tak wielu grzechów (a są one przerażającym faktem, którego nie ma co wybielać – piszę to również jako grzesznik świadomy własnego wewnętrznego bagna) będzie nieufność i zurzędniczenie, to dość szybko zmienimy się w małą garstkę funkcjonariuszy kultu, pełną lęków i obaw, zapatrzoną w siebie nawzajem, w instrukcje, przepisy i standardy, oczekującą spokojnej emerytury – która zapewne nie nadejdzie…

A przecież tak silne jest synodalne parcie na “towarzyszenie” przeróżnym ludziom, grupom, czy środowiskom! Jak ono się ma do rzeczywistości? Do praktyki życia? 

Jak urzędnik w koloratce, spotykający się z młodzieżą w kościelnej salce (bo tak każą mu instrukcje), zastanawiający się nad każdym swoim gestem i słowem (żeby nikt się nie przyczepił), dbający o to, aby zbytnio się nie zaangażować w sprawy podopiecznych (bo kto go wesprze, gdyby pojawiły się problemy), ma jednocześnie stać się ojcem dla tych, których Bóg do niego przyprowadził? Przecież nawet pośród świeckich pracowników socjalnych, pedagogów czy wychowawców, cenimy sobie właśnie tych, którzy przekraczali dystans i angażowali się z sercem i głową w sprawy swoich podopiecznych! Jeśli kapłan ma być towarzyszem podróży młodych ludzi, to musi z nimi być, nie jako kumpel, mówiący tym samym językiem, czy infantylny przebieraniec, ale jako ojciec! Rodzący z wiary i dla wiary – nie zabawiajacy, czy ufajniający wymogi Dekalogu, ale stawiający wymagania, przy jednoczesnym (właśnie!) towarzyszeniu konkretnej duszy! Nie porzucający, tyle razy porzucanego (zwykle przez najbliższych) młodego człowieka, ale biorącego za rozbudzone życie wiary odpowiedzialność!

Żeby takim być, żeby móc się w wolności zaangażować w ratowanie dusz, żeby nie wpatrywać się w papierowe wytyczne tej, czy innej Kongregacji, żeby naprawdę towarzyszyć, kapłan musi mieć poczucie wsparcia przełożonych – proboszcza, czy biskupa. I tu pojawia się problem jeśli tylko ów przełożony jest piewcą świętego spokoju. A bycie ojcem nigdy nie jest związane ze świętym spokojem… Osławione “nawrócenie synodalne” rzeczywiście zaistnieje, jeśli Kurie i każdy, kto ma choć trochę władzy w Kościele, szczerze i prawdziwie wyrzeknie się świętego spokoju i zadeklaruje gotowość na ataki, skargi, niezrozumienia, obronę kapłanów, oraz na ewentualną utratę dobrego imienia czy nawet majątku kościelnego. Dopóki tej gotowości nie będzie, to wszystkie te rozważania synodalne będą martwą literą i mydleniem oczu. Rozbudzą może oczekiwania i pragnienia co niektórych owiec, ale po zderzeniu z rzeczywistością dbających o swoje własne interesy funkcjonariuszy władzy administracyjnej, zaowocują jeszcze większym rozczarowaniem, bólem i nieufnością. Przebiją się może ideologiczni pieniacze, czy osoby płci obojga “powodowane pożądaniami różnego rodzaju, takie, co to zawsze się uczą, a nigdy nie mogą dojść do poznania prawdy” (2 Tm 3,6-7), ale cisi, smutni, płaczący, cierpiący niesprawiedliwość, naprawdę zmarginalizowani, uwikłani w trudności i nałogi – zostaną jeszcze bardziej samotni ze swym bólem. Pozostaną sierotami, bo nie będzie ojca, który im wskaże Ojca Niebieskiego.

Czytam na stronie synod.org.pl, że sam akt spotkania jest pierwszym owocem Synodu. Akt spotkania… Hmm… Jak on wygląda w Kuriach i Urzędach kościelnych… Dlaczego nie jest spotkaniem braterskim? Dlaczego nie ma w nim słuchania Pana? Narzekamy na zurzędniczenie Kościoła, ale jednocześnie robimy wszystko, żeby stawał się on coraz bardziej Świętą Korporacją, obwarowaną nieufnością i siatką zarządzeń administracyjnych… Ba, gdybyż jeszcze owa Korporacja rzeczywiście była zainteresowana swoim świętym “produktem”, skoro bowiem otrzymała 2000 lat temu unikalną recepturę i zestaw niezmiennych standardów do przestrzegania, to może powinna ich chronić i przestrzegać w najmniejszym wymiarze? Ale nie. Ta Firma, odwraca się od tego, co ma i z jakimś fatalistycznym zacietrzewieniem wciąż daje się uwodzić mrzonkom o cudownych innowacjach, o których już winna skontatować, ze nie działają.

W moim życiu kapłańskim tylko kilka razy miałem poczucie (świadomie używam tego słowa wskazującego na subiektywizm) spotkania się z przełożonym, który chciał mnie usłyszeć, a nawet rozeznać, co w moim kapłaństwie jest darem Bożym, szczególnym charyzmatem udzielonym dla dobra Kościoła. Może raz, czy dwa spotkałem się z pasterzem, który chciał być ojcem dla księdza, i nie tylko rozpoznawać w nim umiejętności do odpowiedniego zaszufladkowania administracyjnego, ale także szukać jego dobra i uznać że w osobistych, zgodnych z nauką Kościoła darach, kryje się głos Ducha Św. 

Żeby się słuchać trzeba bowiem mieć do siebie zaufanie. To podstawowe, takie że nie zostanie się od razu zakwalifikowanym do jakieś przegródki mentalnej, że nie będzie się dla hierarchy “problemem do załatwienia”, że ktoś “po drugiej stronie biurka” nie zasłoni się urzędem, niemożnością, tonem protekcjonalnej wyższości, ani nie będzie udawał, że nie wie o co chodzi, gdy zostanie skonfrontowany ze złem działającym w jego własnych strukturach. 

Jakże by było pięknie, aby pasterze Kościoła rzeczywiście zdobyli się na ten – zapewne dla niektórych duży – wysiłek odwagi w odrzuceniu “świętego spokoju” i zaufanie do wychodzenia na prawdziwe “peryferia” życia kościelnego! A prowadzi tam nie jakiś wymysł “nowości”, czy ideologia modnych grup “wykluczonych”, ale Chrystusowa prawda i miłość do biednych dusz zagrożonych potępieniem.

Synod oznacza “podróżowanie razem”. Ale razem z kim? Czy pasterze rzeczywiście chcą wspólnej podróży z wiernymi i kapłanami, chociażby tymi, którzy widzą jawną sprzeczność między Summorum Pontificum a Traditionis Custodes? Który rządca diecezji tego naprawdę pragnie? Przecież taka wspólna podróż zakłada brak owego świętego spokoju, tak umiłowanego przez wszystkie Kurie świata, a nawet – o zgrozo! – narażenie się na telefony od Nuncjusza i nieprzychylność w Rzymie. A przecież można by wymieniać więcej przykładów grup czy tematów, które aż się proszą o to, aby im „towarzyszyć”. Za zajmowanie się nimi nikt nie zdobędzie punktów, ani pochwał od zwierzchników, ani uznania w mediach. Pięknie jest nazywać “peryferiami” grupy LGBT, celebrując własną otwartość (por. wzmianka o środowisku osób homoseksualnych w Syntezach diecezjalnych), czy wspierać transseksualne prostytutki z Ameryki Płd. (papież Franciszek i jego jałmużnik), ale trudniej już naprawdę towarzyszyć w codzienności osobom o skłonnościach homoseksualnych, które pragną żyć w czystości i w zgodności z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, bez kolorowych piórek i tęczowych flag, za to z różańcem w ręku, w ascezie i w wierności codziennej Mszy św. Super jest opisywać ustami rzeczników prasowych wspaniałą kulturę dialogu organizowanych przez Kurię spotkań synodalnych, czy innych „dziedzińców pogan”, ale gdy przychodzi do prawdziwego wsłuchania się w wiernych którzy pragną więcej niż “średnia parafialna” (więcej katechezy, więcej nauki katolickiej, więcej formacji, więcej kierownictwa duchowego, więcej towarzyszenia rodzinom np. edukującym dzieci w domu, więcej duchowego ojcostwa) to odeśle się ich do proboszcza parafii, w której mieszkają, umywając ręce od ich duchowych poszukiwań. (No, chyba, żeby pracowali w mediach, albo prowadzili kancelarię prawniczą… Kościelne Urzędy liczą się tylko z dziennikarzami i z prawnikami…) Wspaniale by było mieć na diecezjalnej stronie internetowej zakładki z “duszpasterstwem specjalistycznym”, okraszone odpowiednimi  Instytucjami, Domami Pomocy, Poradniami, ale gdy trzeba się zaangażować w ratowanie dusz w rodzinach tzw. nowej patologii, czy pomoc dorosłym dzieciom np. gwałconym przez własne rodzeństwo pod okiem matek zajętych nowym kochankiem, albo młodymi ludźmi na skraju (a często już poza tą granicą) depresji skazanymi na dysfunkcyjne (a na zewnątrz tzw. porządne) rodziny – nie, takimi rzeczami nikt się nie zainteresuje, nikt nie pobrudzi sobie dłoni z apostolskim pierścieniem… A jeśli któraś z takich rodzin nagle poczuje się dotknięta tym, że dziecko (dorosłe!) chce się odciąć od tego syfu i to poczucie dotknięcia zamieni w pełen frustracji donos na złego księdza, który “zabrał dziecko rodzinie”, o tak, wtedy Święty Urząd “pochyli się z troską nad problemem”… To może należało się pochylić wcześniej? To może na wizytacjach należałoby pochodzić po tzw. “kolędzie”? To może zamiast słuchać “specjalistów” , na pierdyliard pięćsetnej konferencji na Szalenie Ważny Temat, należałoby posiedzieć w zwykłym parafialnym konfesjonale… To już byłby prawdziwy cud synodalny! Ale za to nie ma profitów medialnych, czy watykańskich… Jeśli faktycznie Ecclesia semper reformanda, to podróżujmy wspólnie w dziele np. reformy reformy, co postulował papież Benedykt. Czemu nikt ze zwolenników dialogu o tym nie przypomina? Czemu na ten temat nie poobraduje choćby odpowiednia Komisja Episkopatu?

Eeech… rozmarzyłem się i wkurzyłem zarazem…

Drodzy towarzysze podróży! Też jesteśmy na tej łodzi. Widzący straszliwy kryzys Kościoła. Przerażeni stopniem zniszczenia katolickiego sposobu myślenia. Poobijani przez kościelne mafie urzędnicze, lawendowe lobby, kliki karierowiczów, grupy wielbicieli pięknych słówek bez pokrycia, czy zachowujących się jak niewierzący duchownych wszystkich stopni. Jesteśmy tu, bo tę Łódź stworzył Chrystus, którego kochamy i którego chcemy czcić i uwielbiać w sposób, który był święty dla minionych pokoleń – a przecież to, co było za święte uznane, nie może przestać być świętym. Jesteśmy – zapatrzeni w nadprzyrodzoność, ufający w dar kapłaństwa hierachicznego i służebnego, szanujący i uznający podział na Ecclesia docens (Kościół nauczający) i dicens (nauczany), nie lekceważący proroctw i objawień prywatnych (por. 1 Tes 4,20), idący pod prąd poprawności, nie dowierzający systemom politycznym, pragnacy wychowywać swoje dzieci podług Tradycji, może dla wielu śmieszni i dziwni. I choć widzimy jak spróchniałe są struktury tej Świętej Łodzi, to nie chcemy jej opuszczać. Innej bowiem nie ma. Będziemy się więc trzymać burty i masztu, choćby inni “towarzysze podróży” odginali nam na siłę, czy nawet łamali palce i sumienia.

Takie jest nasze nawrócenie synodalne.

O tym, że jesteśmy Kościołem!

Z uwagą śledzę kolejne medialne doniesienia o postępach Rewolucji w Kościele – impresje Syntez Synodalnych, osiągnięcia niemieckiej Drogi Synodalnej, wypowiedzi kardynałów Greccha, Hollericha czy niedawno mianowanego przewodniczącego Episkopatu Włoch, kard. Zuppiego. Widzę, jak liberalna agenda zdobywa coraz więcej serc i umysłów, oraz jak mocno podważa klasyczny obraz świata, człowieka i Kościoła. W tym momencie historycznym czuję się świadkiem jakiejś wielkiej destrukcji, rewolucji, która obala prawdy i prawa. 

Jakie oblicze ma dziś Kościół? Czy Katechizm wydany przez Jana Pawła II jest jeszcze punktem odniesienia? Pytam o ten Katechizm, bo pytanie o wcześniejsze jest już wyraźnie retoryczne… A jeśli nie Katechizm to co jest nim? Magisterium, które wydaje się być niespójne i zmienne? Wszystko, oczywiście, w półtonach i niedopowiedzeniach, w mniej lub bardziej niejasnych sugestiach i aluzjach. W zdaniach typu: “Nie zmieniamy doktryny, ale podejście duszpasterskie”. 

A jednocześnie – o przewrotności! – zwolennicy liberalnej agendy, zarówno świeccy jak i duchowni, z mocą autorytetu (medialnego lub hierarchicznego) jasno próbują określać co jest, a co nie jest katolickie. Próbują, i to czynią! Wychodziłoby na to, że jedyne, co pozostaje stałe i trwałe, oraz – w pewien sposób – skuteczne, to władza. Czy to będzie czwarta władza, czy to będzie władza administracyjna, czy wreszcie ekonomiczna – to jest jedyny punkt odniesienia dla wielu. Stąd wynika wyczuwalny w przedpokojach biskupich lęk przed mediami, stąd wynika milczenie duchownych różnych stopni, zaniepokojonych o reakcje przełożonych i wynikające z nich ewentualne obostrzenia (a przecież, jak mówił bł. Prymas Tysiąclecia, lęk jest największym wrogiem apostoła), stąd wynika ukierunkowanie gorliwości pasterskiej na obronę stanu posiadania, również na każdym poziomie hierarchii.

Władza… 

No tak. Gdy uznamy, ze nie prawda jest najważniejsza, nie kult, ani nie spójność z dziedzictwem pokoleń, a jednocześnie zagubimy umiejętność słuchania Tego, który mówił przez proroków, wówczas musimy sami, w oparciu tylko o to, co jest w nas, decydować o tym, co jest, a co nie jest słuszne. Co jest katolickie, a co jest sekciarskie. Co jest teologicznie poprawne, a co magiczną wiarą. Co się mieści w osobistym (przecież nie obiektywnym, bo to co obiektywne już zakwestionowaliśmy) rozumieniu moralności, wiary i dycscypliny, a co nie. 

Na końcu księgi Sędziów czytamy następujące podsumowanie dramatu Izraela, którego niektóre z pokoleń tak bardzo zasymilowąły się z ludami pogańskimi, że przestały przestrzegać Prawa:

W owych dniach nie było króla w Izraelu. Każdy czynił to, co było słuszne w jego oczach. (Sdz 21,25)

Pokolenie Beniaminitów na tyle odeszło od wiary i tradycji przodków, że zdegenerowało się do obyczajowości starożytnych sodomitów. Dosłownie i w przenośni. Świadczy o tym tragedia opisana w 19 rozdziale księgi Sędziów. Czynili, to co uważali za słuszne… Dopiero zgodna interwencja pozostałych plemion i krwawa rozprawa z mieszkańcami Gibea powstrzymała rozwój ówczesnego rodzaju etyki sytuacyjnej.

Czy więc rzeczywiście o tym, kto jest w Kościele, decyduje ten, kto dzierży władzę?

Za chwilę, w myśl takiego rozumowania, na peryferiach (o ironio!) znajdą się katolicy wierzący zgodnie z katechizmem kard. Gaspariego, i kochający Mszę św. sprawowaną według starych rubryk… Żeby na peryferiach! Może się okazać, że nawet poza nimi! Za chwilę? Już się tak dzieje.

Natomiast zwolennicy nowej logiki (czarne może tez być białe – jak twierdzi kard. Hollerich) i nowej antropologii (musimy wyciągać wnioski z ewolucji, by inaczej, rozwojow, rozumieć męskość i kobiecość – tak z kolei uważa kard. Zuppi) będą uważani za wzorzec rzymskiego katolika, który winien być otwarty na globalizm, neoliberalne demokracje i inkluzywną moralność!

A ja chcę żyć i umrzeć nie w tym, co mi podsunie do myślenia i działania taka, czy inna władza, ale w wierze, którą Kościół wyznawał od wieków! 

Kard. Zuppi powiedział w ostatnim wywiadzie dla L’Osservatore Romano, że Kościół ma być przede wszystkim słuchający, i nie tyle szukający prawdy, co miłujący i otwarty. Więc proszę, ani mnie, ani tych, którzy podobnie jak ja myślą, nie wyrzucać poza nawias kościelnego konsensusu! Mam prawo do rozpoznawania ratunku dla Kościoła w trwaniu przy tradycji, przy dawnej Mszy, przy prawach wiernych do wyboru takiej drogi duchowej, jaką rozpoznają za owocną, w posłudze wolnej od doczesnych układów i układzików. Aż chciałoby się, trawestując nazwę ruchu powstałego w połowie lat dziewięćdziesiątych w Austrii, zawołać – My też jesteśmy Kościołem! Ze starą Mszą, nieufnością do liberalnego państwa, a za to wiarą w tradycyjną moralność, pragnieniem edukacji dzieci według dawnych wzorców i jednoczesną ufnością w działanie Ducha św. pomiędzy ochrzczonymi. 

Jak ktoś chce, to może potraktować ten mój głos jako element synodalnej dyskusji i wymiany doświadczeń… Osobiście szukam Kościoła zasłuchanego w głos Boga. Wpatrzonego w Jego Oblicze. Gotowego na Boże niespodzianki, a jednocześnie zakorzenionego we własnej tradycji.

Tak, jak najbardziej – rozeznającego! 

Nie ze schematów myślowych, nie z socjologii, czy psychologii. Nie ze statystyk, czy frekwencji (słynne pytanie – Czy ludzie przyjdą! A ile osób było na tym, czy innym nabożeństwie?), nie z konsensusu między różnymi grupami, czy lawirowania wśród rozmaitych lobby (z tym lawendowym włącznie). Nie z lęku przed opinią publiczną, mediami, czy brakiem funduszy.

Rozeznawania ze Słowa Bożego, z Tradycji, czyli z Objawienia. Rozeznawania ze współczesnej mowy Boga, który nie zamknął ust, ale żyje i działa także i obecnie. Może i szkoda (o naiwności!) że do prac synodalnych nie włącza się proroctw i słów poznania… Zapewne nie byłyby one w smak zarówno kościelnym liberałom, jak i tradycjonalistom… Być może ujawniło by to pewną, jak sądzę dotąd nie nazwaną linię porozumienia, obu stron kościelnego sporu, która opiera się na pewnego rodzaju nieufności wobec tego, co nadprzyrodzone. Z jednej strony są ci, którzy – choć dopuszczą działanie grup charyzmatycznych – zamkną możliwość Bożej interwencji we współczesność w okolicznościach i statystykach. Z drugiej zaś ci, dla których Pan wypowiedział się wystarczająco dawno temu, i nie musi już nic dodawać, a ewentualne objawienia prywatne (taki kamyk w bucie dla wielu) można uwzględniać jedynie po kilkudziesięciu latach od ich ustania i to po przybiciu kościelnej pieczątki. Tylko co wtedy z kilkoma rozdziałami 1 Listu do Koryntian, traktującymi o darach duchowych?

Gdy zniszczymy wiarę w nadorzyrodzoność, gdy odbierzemy naszemu Ojcu niebieskiemu możliwość ingerencji we współczesność, możliwość wypowiadania się i posługiwania duszami wybranymi, to zostanie nam (mniej lub bardziej zewnętrznie tradycyjny) liberalny system ideologiczny, zawsze zmieniający się zgodnie z wymogami czasów.

A chodzi przecież o coś innego!

To Bóg jest Panem i Władcą Kościoła. To Bóg ma nim rządzić. To On powołuje i rozdziela dary, również te nadprzyrodzone. On mówił, i mówi przez proroków. Jego sposób działania nie jest ograniczony kuriami, instytucjami, czy upodobaniami. On jest wolny w swym działaniu:

[Wybranie] więc nie zależy od tego, kto go chce lub o nie się ubiega, ale od Boga, który wyświadcza łaskę. (Rz 9,16)

Od lat jestem wierny pewnej wizji, którą od storny socjologicznej streścił Rod Dreher w książce “Opcja Benedykta”, a która jest pewnym (zapewne jednym z wielu) pomysłem na ocalenie z zalewu neopogaństwa oraz kościelnej sekularyzacji. Mieści się w niej budowanie małych środowisk, wspólnot, grup, które będą mogły przechować w sobie wiarę i tradycję, pobożność i wolność, światopogląd i autentyczną miłość braterską. Miejsca ocalenia. Miasta ucieczki. Przestrzeń formacji i edukacji dzieci i młodzieży. Niech będzie, że nieco antysystemowa. Niech będzie, że kontestująca mainstream. Niech będzie, ze tradycyjna i radykalna zarazem. Dla wielu dziwaczna, niezrozumiała i głupia. 

Ale owocna i przemieniająca życie wielu.

Ostatnim rzutem na taśmę kończącego się na szczeblu ogólnopolskim synodu – gdybym miał taką możliwość – zaapelował bym do pasterzy Kościoła – dajcie nam, którzy rozpoznajemy się w takiej a nie innej formie życia, dajcie nam tak żyć. Nie chcemy zmieniać nauki Kościoła, tylko trwać przy tej, która była przez wieki. Nie chcemy innowacji liturgicznych, tylko takich celebracji, które były przez wieki. Nie chcemy demokratyzacji życia kościelnego, ale hierarchii, w której kapłan był kapłanem a świecki świeckim, każdy zgodnie ze swymi zadaniami i prawami.

Czy to zbyt wiele?

Chcemy być z dala od kurialnych koterii i lobby, od układów z państwem i obaw o opinię publiczną, od kościelnych karier, stołków i ambicji. Chcemy wychować nasze dzieci bez kompromisów z ideologiami i w oparciu o mądrość świętych. Chcemy rozeznawać swoje powołania nie w oparach absurdu panujących w większości seminariów, czy na kozetkach terapeutów, ale na kolanach przed Najświętszym Sakramentem i w oparciu o klasycznie uformowany rozum. Chcemy widzieć dobro Kościoła w dobru dusz wierzących, czy to żywych, czy to zmarłych – a nie w stanie posiadania, dobrej prasie, czy braku kontrowersji.

A to wszystko z dala od “głównego nurtu”, gdzieś na uboczu, w wolności i ubóstwie.

Ktoś powie, że to także marzenie, jakaś nierealistyczna wizja. Cóż, niektórzy praktykują ją od dwudziestu lat, i jakoś doświadczają owocności takiego stylu życia. I choć zdaję sobie sprawę, ze dla wielu to ewangeliczne kryterium przynoszenia dobrych owoców, nie ma już wielkiego znaczenia, to jednak będę się do niego odwoływał. 

Napisze jeszcze raz – nie chcę być wypchnięty z Kościoła – czy to ze względu na przywiązanie do starej liturgii, czy starej pobożności, czy też za stanie z boku globalnych systemów, czy też dlatego, ze nie mieści się to w głowach urzędników kurialnych i utrwalonych sposobach działania. Liturgia jest wieczna. Pobożność oparta na emocjach lub pobłażaniu złu, a przez to pozbawiona Łaski wypali się. Sojusze ołtarza z tronem kończą sie wraz z upadkiem władcy. Zaś urzędnicy kurialni, biskupi i rektorzy seminariów są w stanie zmieniać poglądy dość często, w zależności od kierunku i natężenia siły wiatru. Jak ufam, także wiatru Ducha Św.

Może więc, ten synodalny czas, odsłoni też pragnienie istnienia i prawo do funkcjonowania kościelnego, takich bytów, jak ten, który jest mi bliski. Osobiście nie rozpoznaję innej alternatywy wobec tego trzęsienia katolickiej ziemi, jaki obserwuję od kilku lat. Pewnie wielu by się z tą oceną spierało. Proszę bardzo. Ale dajcie nam żyć, tak, jak to rozeznajemy za słuszne.

O proroctwie na dziś

Oz 8, 4-13

(4) Ustanawiają sobie królów, ale nie ze mną, wyznaczają sobie książąt, ale bez mojej wiedzy. Ze swego srebra i swego złota czynią sobie bożki, ale na to, by je poburzono.

(5) Odrzuć, Samario, cielca swego! Gniew mój rozpala się przeciwko nim. Jak długo jeszcze będą niezdolni do czystości?

(6) Są przecież z Izraela! — To rzemieślnik go uczynił, on nie jest żadnym bogiem. — Tak, w kawałki się rozleci cielec Samarii.

(7) Ponieważ sieją wiatr, więc będą zbierać burzę. Łodyga bez kłosu nie przyniesie mąki, a jeśli przyniesie, inni ją zjedzą.

(8) Połknięty został Izrael. Teraz stali się wśród narodów jak naczynie, w którym nikt nie ma upodobania.

(9) Biegają do Assur — dziki osioł żyjący samotnie — Efraim płaci za grzeszną miłość.

(10) Nawet gdy będą płacić innym narodom, to jednak ich rozproszę, aby na krótko zaprzestali namaszczać królów i książąt.

(11) Tak, Efraim pobudował wiele ołtarzy, aby grzeszyć, ołtarze służyły mu ku grzechowi!

(12) Napisałem mu liczne prawa, a potraktowano je jak obce.

(13) Składają całopalne ofiary, ofiarują mięso i pożywają, lecz Pan nie ma w nich upodobania. Teraz przypomni sobie ich winę, ukarze ich grzechy, wrócą z powrotem do Egiptu!

Powyższy fragment jest Pierwszym Czytaniem mszalnym z wtorku XIV Tygodnia Okresu Zwykłego. Tu podaję je w tłumaczeniu Biblii Lubelskiej (KUL). Przy uważnej lekturze odsłania się to Słowo jako wstrząsające, jeśli – z wiarą! – odniesiemy je do obecnej sytuacji Kościoła i naszych dusz.

Ustanawiają sobie królów, ale nie ze mną, wyznaczają sobie książąt, ale bez mojej wiedzy. Ze swego srebra i swego złota czynią sobie bożki, ale na to, by je poburzono. (Oz 8,4)

Bóg się skarży, że nie pytano Go o zdanie, gdy Izrael ustanawiał sobie władców, gdy naród wybrany szukał kogoś, kto będzie go bronił, rozsądzał spory i prowadził. Jakby Bóg nie był brany w tym pod uwagę, jakby nikogo nie interesowało, co On o tym sądzi.

A ty? 

Pytasz Boga o zdanie?

Kto więc (względnie co) tobą rządzi? Jeśli Pan, to dobrze, bo możesz ze spokojem w sercu powiedzieć, że jesteś w Jego rękach, i choćby ludzie przeciw tobie powstali, to krzywda Cię nie spotka.

Ale jeśli nie słyszysz Jego Głosu, jeśli uciszyłeś proroka (w sumieniu, czy na zewnątrz siebie) to kto tak naprawdę kieruje Twoimi decyzjami? 

Czy ten Boży wyrzut jest także i do ciebie? Czasami bywa, że człowiek stara się ominąć Boga (bądź ludzi, których Bóg stawia na drodze, niczym proroków czy aniołów stróżów) w swoich procesach decyzyjnych. Starcie przewidywanej Bożej woli z naszą kończy się wówczas na niekorzyść tej pierwszej. W końcu, kto dziś bije się o prawdziwe, autentyczne i największe dobro?! Więcej wśród nas pozorantów i zakochanych w sobie udawaczy, niż miłujących prawdę przyjaciół Jezusa, chcących być z Nim wszędzie, gdziekolwiek się uda.

A spójrzmy na to jeszcze z innej strony – czy ci, którzy dzierżą w swej dłoni władzę w Kościele, są ustanawiani z pominięciem Pana, czy też za Jego wolą? Przecież – w warstwie historycznej – proroctwo mówi o królu, który jest Pomazańcem Pańskim, który sprawuje rządy w Imieniu Boga. Ozeasz gani elitę Izraela, że nie kieruje się ona w wyborze władcy wolą Bożą. A jak jest w Kościele? Ktoś powie, że to za mocne pytanie. Przecież jesteśmy przyzwyczajeni do myśli, że za hierarchią stoi Pan… Ale nie bójmy się tego pytania, nie bójmy się rozważenia – zwłaszcza patrząc na to, co mówią i w co wierzą (bądź nie) współcześni, wielcy i mali hierarchowie – czy za mianowaniem każdego proboszcza, kanonika, prałata, urzędnika kurialnego, biskupa czy nawet kardynała bądź papieża, stoi Pan…

Jak to ujął kard. Ratzinger?

Nie twierdzę, że Duch Święty uczestniczy w wyborze papieża w sensie dosłownym, ponieważ Duch Święty na pewno by nie dopuścił do wybrania wielu papieży. Natomiast Duch Święty nie tyle trzyma rękę na pulsie, ile pełni rolę dobrotliwego nauczyciela, zostawiając nam swobodę działania, ale nie spuszczając nas z oka. Rolę Ducha Świętego należy rozumieć bardziej elastycznie. On nie narzuca, na którego kandydata mamy głosować. Zapewne chroni nas tylko przed tym, abyśmy wszystkiego nie zaprzepaścili. (Kard. Joseph Ratzinger, 15 kwietnia 1997)

Mogłoby się więc zdarzyć, że widząc decyzje Ludu Wybranego Nowego Przymierza, dekrety i wybory Jego hierarchów, Bóg ustami jakiegoś proroka zawołał by, tak jak ongiś ustami Ozeasza:

Ustanawiają sobie królów, ale nie ze mną, wyznaczają sobie książąt, ale bez mojej wiedzy. (Oz 8,4a)

Ale czytajmy dalej:

Ze swego srebra i swego złota czynią sobie bożki, ale na to, by je poburzono. (Oz 8,4b)

Srebro i złoto to cenny materiał. Człowiek dla swoich “bożków” da wiele – odda rozum, posługiwanie się umiejętnością rozróżniania dobra od zła, pieniądze, czas. A przecież wszystko, dosłownie wszystko, co odda się w służbę inną, aniżeli ta, boża, nie przetrwa i nie nasyci. Pomyśl, czy nie czynisz sobie bożka z dzieła własnych rąk? Z siebie? Ze swoich emocji, swego zdania, swojej wizji…  

Przerażające jest zdanie następne tego proroctwa:

Odrzuć, Samario, cielca swego! Gniew mój rozpala się przeciwko nim. Jak długo jeszcze będą niezdolni do czystości? (Oz 8,5)

A w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia:

Odrzucam cielca twojego, Samario, gniew mój się na nich rozpala; jak długo jeszcze nie będą mogli być wolni od winy. (Oz 8,5)

Do kogo Bóg to mówi? Do mieszkańców Królestwa Izraelskiego, które odłączyło się od Królestwa Judy ze stolicą w Jerozolimie, zrywając ciągłość z Domem Dawida i jego tronem. Stało się to jednak za bożym przyzwoleniem, jako konsekwencja niewierności jednych i drugich. Bóg ostatecznie nie odrzucił odłączonych plemion, tam także mieszkali potomkowie Abrahama, Izaaka i Jakuba! Tam też byli ci, którzy szczycili się swoim wybraństwem. Swoją wyjątkowością i bożą opieką, aż uznali za warte uwagi dopuszczenie do oddawania czci Bogu nieco innych – nazwijmy to – form i zwyczajów. Zgodzili się – za rządów króla Jeroboama – na pokusę, która niegdyś dotknęła Izraelitów u stóp góry Synaj, gdy – pod nieobecność Mojżesza a za zgodą Aarona – ulali sobie cielca, bo tak im trudno było wierzyć w Boga, który jest duchem, i tak czcili ciało, że nie umieli zaufać temu, co niewidoczne dla oczu. Przez tę miłość do tego, co cielesne stali się – jak czytamy w tłumaczeniu Biblii Lubelskiej – niezdolni do czystości wiary.

Zawsze to przeraża, że człowiek może tak się zatracić, że stanie się niezdolny do cnoty… Notoryczny kłamca nie będzie już umiał mówić prawdy… Manipulator nie jest w stanie żyć bez pokrętnej walki o postawienie na swoim. A ten, który zniekształca religię, zawsze będzie wierzył, że wszystko w świętych Pismach jest kwestią interpretacji…

A ty? Szukasz Boga w Jego Słowie? Czy wystarczy Ci erzac, którym coraz częściej raczą innych fachowcy od dobrze skrojonego pod potrzeby “współczesnego człowieka” kultu? Czy kochasz Go na tyle, aby zadać sobie trud i szukać Pana, tak, jak Duch Go odsłaniał w Tradycji Kościoła, w wypowiedziach Ojców i w życiu Świętych? Tak, to niełatwe i wymagające, ale inaczej grozi Ci, że weźmiesz podróbkę za oryginał… 

Jeśli następne wersety Ozeaszowego proroctwa potraktujemy równie poważnie, to może ogarnąć nas zgroza…

Ponieważ sieją wiatr, więc będą zbierać burzę. Łodyga bez kłosu nie przyniesie mąki, a jeśli przyniesie, inni ją zjedzą. Połknięty został Izrael. Teraz stali się wśród narodów jak naczynie, w którym nikt nie ma upodobania. (Oz 8,7-8)

Ci, którzy tracą swe siły na służeniu cielcowi Samarii, czyli podróbce prawdziwego kultu Pana, sieją wiatr. Dostaną więc to, na co zasłużyli – a nawet, chciałoby się zawołać, już dostają. Grzeszny czyn musi przynieść złe konsekwencje. Izrael jest bezowocną łodygą pszenicy. Nie ma kłosu, nie ma ziarna, nie ma pokarmu. A nawet jeśli by – jakimś boskim cudem – łodyga taka dała ziarna na mąkę, to nie Izrael się nim pożywi, ale inni – jego nieprzyjaciele.

Puste łodygi, bezpłodne kłosy… Puste seminaria, na których korytarzach wieje wiatr… Łączone parafie, z opustoszałymi świątyniami… Coraz większe problemy finansowe, i pustka w portfelach diecezjalnych… Ktoś powie, że u nas jeszcze tak źle nie jest? Poczekajmy… Wiatr kłamstwa i pragnienie dostosowania się do świata, kategorie myślowe nie mające zbyt wiele wspólnego z Ewangelią, czy pragnienie utrzymania korporacyjnego status quo wymiotą skutecznie resztki zdrowego rozsądku i zrodzą burze, nawałnice i gromy rewolucji wszelkich maści. Aż wreszcie ktoś uzna, że instytucja Kościoła przestała już być potrzebna współczesnemu człowiekowi, nawet jako relikt przeszłości i muzeum osobliwości. Spełni się Słowo o “naczyniu, w którym nikt nie ma upodobania”… Nikt… Nawet Jego Stworzyciel…

Byle wtedy ostać się w jakiejś Arce…

Byle ocaleć w jakieś szalupie ratunkowej… 

Ale, co dasz, ile dasz, aby taka powstała?

Połknięty został Izrael. Teraz stali się wśród narodów jak naczynie, w którym nikt nie ma upodobania. Biegają do Assur — dziki osioł żyjący samotnie — Efraim płaci za grzeszną miłość. Nawet gdy będą płacić innym narodom, to jednak ich rozproszę, aby na krótko zaprzestali namaszczać królów i książąt. (Oz 8,8-10)

To wersy, które wycięto przy redagowaniu Lekcjonarza Mszalnego. Zbyt ostre obrazy. Zbyt mocne porównania. Ozeaszu, było stępić swój język, bo razisz nim nie tylko sobie współczesnych, ale i nas, żyjących tysiące lat po tobie… 

Bóg mówi, że Izrael został połknięty. Nikt go nie poważa. Stracił uznanie. Kto połknął Naród Wybrany? Czy ktoś mógł połknąć Kościół, naszą Matkę, Mistyczne Ciało Chrystusa? Czy to z powodu tej konsumpcji Paweł VI czuł swąd szatana?

Czym jest naczynie, w którym nikt nie ma upodobania? Cóż za eufemizm? Czyżby prorok przyrównywał dumne Królestwo Izraela do nocnika? Do pojemnika na nieczystości i fekalia? 

A dalej nie lepiej… Polityczne umizgi elit Królestwa do możnych państw otaczających Izrael to chucie dzikiego osła, którego nikt nie poskromi, a który szuka kolejnych oślic, aby dać upust swym żądzom… A ponieważ nikt nie chce oślich awansów władców Izraela, to jego elity zmuszone są zachowywać się jak w domu publicznym, płacąc za odrobinę czyichś względów… Płacono haracz Asyrii, słano podarki władcom Egiptu… Próbowano kupić niechętnych sprzymierzeńców… Ozeaszu! Czy widzisz to i dziś, pomiędzy nami? Czy widzisz to w Kościele?

Czytam z trudem dalsze wersety proroctwa. Są tak bolesne. Myślę sobie – Czy oszalałem, że widzę, to, co sądzę, że widzę? Mój, Boże, przecież ten tekst był czytany nie tak dawno w kościołach podczas liturgii. Słuchały go miliony na całym świecie! Ale czy usłyszały? Czy ktoś naprawdę  usłyszał to Słowo? Czy odniósł do chwili obecnej? Czy ktoś jeszcze wierzy, że Słowo Boże rzuca światło na teraźniejszość?!

Zmuszam się, by rozważać kolejne wersety. 

Tak, Efraim pobudował wiele ołtarzy, aby grzeszyć, ołtarze służyły mu ku grzechowi! (Oz 8,11)

Jak może ołtarz służyć ku grzechowi? Zapewne wtedy, gdy zamiast składać na nim ofiarę dla Pana, składa się ofiarę dla bałwana – czy będzie nim Baal, Asztarte, Pachamama, własne ego, lub bożek pieniądza czy globalizmu – będącego dziełem ludzkich bądź szatańskich zamysłów. Można jeszcze w żadnego Boga nie wierzyć, ale budować ołtarze i składać ofiary, żyjąc z części mięsa, które przysługuje ofiarnikowi.

Składają całopalne ofiary, ofiarują mięso i pożywają, lecz Pan nie ma w nich upodobania. (Oz 8,13a)

Może istnieć szereg wymagających, pobożnych czynności, które katolik (świecki lub – nawet może bardziej – duchowny) robi, nie licząc się z bożą wolą, trwając w obłudzie i rozdwojeniu serca, i licząc, że jakimś psim swędem przemknie się ukradkiem przez bramy nieba. Celibat, który nie będzie ofiarą, ale wygodnictwem. Akty modlitewne, mające na celu uspokojenie sumienia czy emocjonalne “przyklepanie” grzesznej codzienności. Władza, która posługując się “służebną” frazeologią, tak naprawdę jest bezduszną tyranią broniącą własnych interesów. Używanie pobożnej i pseudoteologicznej nowomowy, nie mającej związku z rzeczywistością.

Teraz przypomni sobie ich winę, ukarze ich grzechy, wrócą z powrotem do Egiptu! (Oz 8,13b)

Elita ówczesnego państwa Izraelskiego próbował zjednać sobie władców Egiptu systematycznymi darami, licząc na ich przychylność. To, w czym szuka się ochrony i ratunku, a co nie jest pochodzącym od boga darem, może stać się pułapką. Chęć upodobnienia się do świata zaowocuje utratą smaku ewangelicznej soli. Kościelna mentalność uformowana przez kategorie światowe, globalistyczne, socjologiczne, polityczne – a nie ewangeliczne, biblijne, czy po prostu boże, doprowadzi do zatraty chrześcijańskiej tożsamości. Zresztą – już się tak stało… Decyzje leżą w rękach pokoleń uformowanych na rewolucji 1968 roku, na odrzuceniu tradycji i prostoty wiary, na synkretyzmie religijnym i na fundamentalnym założeniu uczynienia Kościoła bliższym “współczesnemu człowiekowi”. Jeśli więc, jako katolik i chrześcijanin, szukam pomocy i zrozumienia “w Egipcie”, czyli w świecie, dostanę to czego poszukuję w czwórnasób. Świat mną zawładnie. 

Gdzie się zwracasz z prośbą o pomoc, o wytchnienie, o ratunek w trudzie codzienności? Do świata, czy do Boga? Do diabła, czy do Chrystusa? Do grzechu, czy do proroka?

Czy zdając sobie sprawę z tego, jacy jesteśmy i co się z nami dzieje, nie powinniśmy z całą mocą zawalczyć o zmianę? Nie, nie struktur i zasad ogólnych. To jest wtórne, i na to jesteśmy za mali. Pierwsza jest zmiana siebie, zwana niepopularnie nawróceniem. Walka na śmierć i życie o ocalenie własnej duszy. O zmuszenie się do przemiany myślenia, a potem postępowania. A ponieważ tylko On, mocą swego Ducha, może to w nas uczynić – jeśli tzw. “człowiek współczesny” różni się czymś od ludzi innych epok, to zapewne stopniem zniszczenia – to trzeba wszelkimi sposobami Go błagać.

Boże, zmiłuj się nade mną…

Widzę co się dzieje. Nie potrafię zakłamać prawdy o tym, co mnie otacza, co już jakoś jest we mnie.

Bez Twego miłosierdzia, bez Twojego wiatru, bez Twej pomocy, utonę we własnych winach, nie widząc ich… Wskutek zaślepienia pragnieniem i żądzą – czy to ciała, czy to władzy, czy to świętego spokoju – nie zauważę, że woda sięga mi po szyję i już ugrzązłem w wodnej kipieli. Ocal mą duszę, o Panie! Ześlij ratunek, zanim całkowicie pogrążę siebie, mych bliskich, przyjaciół i towarzyszy! Bądź moim królem! Rządź! Broń! Osądzaj! Wolę wpaść w Twoje ręce, aniżeli zaufać rękom ludzkich książąt i grzeszników! Wolę ochronę skrzydeł św. Michała, aniżeli ochronę zapewnień mądrych tego świata! Wolę Twoje obietnice, aniżeli obłudne obiecanki ludzi! Daj, byśmy mogli budować Ci ołtarze, jak niegdyś przodkowie nasi – najpierw w sercach, a potem z potrzeby tych przemienionych serc dookoła nas. Nie Baalom, ale Tobie. Nie na ludzką chwałę, ale na chwałę Twojego imienia. Ołtarze, które nie będą pretekstem do załatwiania własnych interesów, spełniania pożądań, czy wygodnego życia, ale będą miejscem ofiary w Duchu i Prawdzie. 

Nie jest to jednak w naszej mocy. Bez Ciebie nic nie możemy uczynić.

Zmiłuj się więc nade mną i nad tymi, którzy – jak ja, świadomi swych win – chcą Cię słuchać i chcą Ci służyć. Chcą, aby Twe prawa nie były obce, ale wpisane w ich serca i umiłowane! I choć widzą, że brak im siły, to wierzą, że nie wyczerpała się Twa litość i – jeśli chcesz – możesz wyciągnąć swe ramię nad nimi.

Uczyń, tak, Panie, nasz Boże!

Droga Krzyżowa 2022

Wprowadzenie

Panie Jezu Chryste!

Staję dziś przed Twoim krzyżem.

Mało jest we mnie teraz współczucia Twojej Męce. Nie umiem Cię pocieszyć, rzadko o tym myślę. Moje serce jest kamienne, chore…. 

Panie, Ty wszystko wiesz. Ty wiesz…

por. J 21,17

Szukam lekarstwa na moje zwątpienie i zniechęcenie. Na moją bezradność wobec własnych grzechów. Na pychę i chęć samostanowienia. Na nieczystość i nieugaszony ogień pożądliwości. Na złość i niechęć do braci. Na demoniczny egotyzm, owo Augustyńskie “zakrzywienie ku sobie”. Na nieliczenie się z Tobą…

Wiem, że Kościół woła w tym czasie: “Uzdrów mnie, Panie, lekarstwem pokuty”. Ale ja nawet pokutować nie umiem… Nie kocham na tyle, aby się skruszyć z miłości, i nie żałuję na tyle, żeby błagać o przebaczenie. Nawet nie boję się potępienia na tyle, żeby zatrwożył mnie obraz, jaki ukazał Pani Fatimska pastuszkom… 

W kamiennym sercu mieszka zimna obojętność.

Chwytam się więc Twego krzyża, zbierając w sobie resztki ufności w Twoje Słowo. Ono odsłania Ciebie. Ukazuje jaki jesteś. Ukazuje Twoje serce – tak inne od mojego – żywe! Odsłania Twoje zranienia. 

Nie chcę – przynajmniej przez te kilkadziesiąt minut – wpatrywać się w swoje rany. 

Szukam lekarstwa w Twoich.

Ufam temu, co napisał Twój Apostoł:

On sam w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości – [krwią] Jego ran zostaliście uzdrowieni.

1 P 2,24

Uzdrów, mnie Panie, lekarstwem ufności w moc ran Twoich…

Zmiłuj się nade mną, Panie, bom słaby; ulecz mnie, Panie, bo drżą kości moje!

Ps 6,3

Stacja I

Pan Jezus na śmierć skazany.

Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia…

Dz 3,14-15

Skazanie Boga na śmierć rozpoczyna się w każdym z tych licznych momentów, w których zaczynam  – choćby na chwilę – udawać, że On mnie nie dostrzega. Zamykam oczy duszy – niczym małe dziecko, które schowane pod kołderką wyobraża sobie, że jak się zakryje z głową i zamknie oczy, to zniknie – i dopuszczam do siebie słodko kuszącą myśl o grzechu. Co prawda sumienie zadrży rozpaczliwą walką o prawdę na temat tej sytuacji, ale odbieram ją, jako nic nie wnoszące zadawanie mi bólu. Prawdy nie zaneguję, ale znowu (znowu, i znowu) udam, że ona mnie nie widzi, że chwilowo wypadłem z pola jej zainteresowania. I wtedy dopuszczę kolejną myśl o grzechu. I jeszcze jedną. I następną. I że – te słynne i chyba ulubione słowa szatana: “Nic się nie stanie…” 

A jednak coś się dzieje. 

Zdrada, lenistwo, cudzołóstwo, obżarstwo i pijaństwo, pycha, egoizm, zaślepienie… Tę listę można ciągnąć. A pod tą masą obrzydliwości zabita boża łaska. I to wszystko we mnie. I pewnie też w tobie.

Bóg zabity w duszy ludzkiej pozbawia ją wszelkiej siły witalnej, sprawiając, że cuchnie, niczym zmarły Łazarz z Betanii (Por. J 11,39). System duchowego zakłamania jest jednak tak wielki, że smród rozkładu wnętrza nie robi wrażenia na władzach duszy. Wola jest sparaliżowana kolejnym pragnieniem rozkoszy czy korzyści związanych z grzechem, intelekt zaś produkuje argumenty na rzecz trwania w morderczej symbiozie ze złem.

Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku śmierci?

Rz 7,24

A Duch wtedy podpowiada, na przekór zniechęceniu i beznadziei, na przekór pustce, unoszącej się nad wodami duszy, na przekór codziennym wyrokom wydawanym na Łaskę:

Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach swoich.

J 8, 24

Więc chcę na to odpowiedzieć, u progu tej drogi:

Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!

Mk 9,24

Stacja II

Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona.

I wyprowadzają Go, aby Go ukrzyżować.

(Mk 15,20b)

Drugi Ewangelista zwykle opisuje wydarzenia Męki używając czasu przeszłego, tu jednak używa czasu teraźniejszego. To tak, jakby Pan, w wiecznym “teraz”, był nieustannie prowadzony na śmierć. I do tego może odnosić się Jego “Ja Jestem”.

Owo “wyprowadzenie” zostało oddane greckim słowem εξαγουσιν (eksagousin), które Stary Testament (i znowu w czasie teraźniejszym) używa tylko raz jeden – w księdze proroka Ezechiela:

Oto jednak zostanie w niej resztka, którą wyprowadzają (εξαγουσιν – eksagousin) – synowie i córki. Oto oni wyjdą do was i zobaczycie ich drogę i czyny, a wy będziecie pocieszeni z powodu tego nieszczęścia, które sprowadziłem na Jerozolimę – wszystkiego, co sprowadziłem na nią.

(Ez 14,22)

Resztka ocalonych jest wyprowadzana z niewoli babilońskiej, owego nowego Egiptu, synonimu dopuszczonego przez Stwórcę zniewolenia grzechem. Chrystus zaś – nowa Reszta –  jest prowadzony z pretorium Piłata, miejsca niesprawiedliwości i tchórzostwa na Golgotę, miejsce ukrzyżowania. Czy aby na pewno? Tak naprawdę przecież Jezus jest wyprowadzany przez swego Ojca do miejsca wiecznej chwały, “miejsca odpoczynku”, jak powie św. Paweł w Liście do Hebrajczyków, a Golgota i Grób w ogrodzie są tylko krótkimi przystankami. Napisałem, zgodnie z biblijną intuicją, “wyprowadzany”. Tak. Każdy z uczniów Chrystusa, który chce współtworzyć ową tajemniczą Resztę ze swym Mistrzem, w jakimkolwiek momencie dziejów świata, musi zostać “wyprowadzony” na drogę ku chwale. Przez krzyż.

Wolność Resztki, wspomnianej w proroctwie Ezechiela, zawiera się w śmierci Mesjasza. Los Resztki jest zapowiedzią losu Mesjasza. Wartość Resztki w oczach bożych jest równa wartości Mesjasza. I Resztka bowiem, i Mesjasz, dzięki swej wierności uzyskują obietnicę ostatecznego ocalenia – nie tylko dla siebie, ale także dla swego potomstwa. Reszta natomiast ocali “swoich synów i córki” (Ez 14,16)… Syn Boży, biorąc krzyż, oraz ustanawiając uobecniające Jego Mękę Misterium Ofiary i Uczty, ocala zastępy swych braci – czyli tych, którzy Mu uwierzą i będą pełnić wolę Ojca – po kres czasów.

Chcę być w Resztce! Chcę być w Synu Bożym!

Stacja III

Pierwszy upadek Pana Jezusa.

Oto Ten został dany (dosł. leży), na upadek i powstanie wielu w Izraelu – oraz jako znak, któremu się sprzeciwiają.

(Łk 2,34)

Choć grecki wyraz κειται (keitai) tłumaczy się na ogół jako “został dany”, to dosłowne brzmienie – leży – przemawia do mnie bardziej. Mimo, że Symeon mówi tu o leżącym na rękach Matki Niemowlęciu, ja widzę tu zapowiedź Pana leżącego pod ciężarem krzyżowej belki.

Zakrwawiony Chrystus leży przywalony ciężarem moich grzechów. Być może w tej scenie jeszcze bardziej jest znakiem miłości Boga do grzesznego człowieka – zbity, bezsilny, upodlony. Wielu potknie się o tego leżącego Skazańca i upadnie, “a upadek ich będzie wielki” (Mt 7,27). 

A pośród owych “wielu” jestem i ja. Sam się co i rusz potykam o Leżącego, o Sługę Pańskiego, potykam się o Jego Mękę, o Krzyż, o Arma Christi. Potykam się – bo o Nim zapominam. Za każdym razem doznaję rozdwojenia – chciałbym iść śmiało, bez upadków, a jednocześnie boję się, że kiedyś przyjdzie moment, gdy się już nie potknę i podepczę tę Ofiarę…

Najbardziej niezwykłe, a zarazem przedziwnie codzienne (jak codzienny może być ludzki upadek) jest to, że to nie ja dźwigam Umęczonego z Jego krzyżem, ale to On znajduje tyle siły aby mnie dźwignąć, mimo, że się przecież wyrywam. 

I oto znów się zapatrzyłem w siebie, i znów się potykam, i znów padam jak kłoda obok Skazańca. I trudno mi wstać samemu, by iść z mrokiem w sercu, obojętnie, z wyuczonym chłodem, gdzieś przed siebie. Nie umiem tak chodzić. Nie mogę też udawać, że On tam nie leży.

Panie Jezu, leżący pod ciężarem mojego grzechu!

Chciałbym – czy wolno mi tak chcieć?! Wybacz zuchwałość! – spocząć na Twoim sercu, niczym Jan podczas Ostatniej Wieczerzy. Jeśli gdzieś mam leżeć to tam, wsłuchany w Słowo Miłości, w lekcję dającą życie, w naukę prowadzącą do zmartwychwstania i posłuszeństwa Tobie.

A potem, dodaj mi siły, abym wstał, aby nieść w sobie, w swoim ciele, Twój Krzyż – znak sprzeciwu dla wielu.

Stacja IV

Pan Jezus spotyka swą Matkę.

Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu.

(Łk 8,19)

Teraz, na drodze krzyżowej, znowu nie mogła “dostać się do Niego z powodu tłumu”.

Stanął Jej na drodze ów motłoch znany wszystkim epokom. Kłębowisko ludzkie, które musi się nasycić widokiem krwawej miazgi. 

Dla tego tłumu oczy są jak usta, a pamięć jak bezdenny żołądek. Muszą spoglądać, zerkać, patrzeć, gapić się – jedni z lekko skrywanym wstrętem, inni bezczelnie i bezwstydnie. 

Jedni czekając ostatecznego upadku swej ofiary, sępim, cierpliwym, a jednocześnie pustym spojrzeniem pilnują ostatecznej godziny przejścia, aby ogłosić swoje spełnienie. 

Inni, z trudem chowają satysfakcję, jakby chcieli powiedzieć “a nie mówiłem”, ale się trochę bali tak ostentacyjnego okazywania swych myśli, być może przyzwyczajeni do permanentnego udawania, pełni pożądania krwi, ale zbyt tchórzliwi, by żyć nim na co dzień. 

Są i tacy, którym wyrzuty sumienia zamykają powieki, ale nic nie zrobią, aby ruszyć się z miejsca, będą stali niczym mury rozpadających się świątyń – aż wszystko runie ostatecznie i zakończy ich beznadziejną egzystencję. 

Jeszcze inni nadają impet motłochowi, są jego sercem i krwioobiegiem, wiecznie głodni, wiecznie spragnieni, wiecznie głośni, wiecznie pewni siebie – zapewne tacy sami, z identycznym rykiem głupiego “ego”, będą zaludniali nieskończone przestrzenie Otchłani. 

Niektórzy zaś udają, że znależli się w tym tłumie przez przypadek, tylko przechodzili, tak naprawdę są przyzwoitymi ludźmi, same Weroniki i Szymony, a teraz to tak tylko, na momencik sobie popatrzą, czy to źle? 

W ten sposób wszyscy się karmią i napawają widokiem zhańbionego Obrazu Boga (ale i prawdziwego człowieka), aby tylko wiecznie głodny bóg ich istnienia, żołądek – pożądanie, choć trochę przestał domagać się strawy. Takie są – wtedy, na arenach czy ulicach; i teraz, w sieci, telefonie czy telewizji – jedyne igrzyska małodusznych… Jedyna rozrywka…

Kłębiący się tłum wielorakich pożądań oddziela Matkę od Syna, skazując Go na samotność, a w Jej Przeczyste Serce wbijając miecze boleści – jeden za drugim.

A w tym tłumie – my.

Matko ponad wszystko świętsza
Rany Pana aż do wnętrza
W serce me głęboko wpój

Cierpiącego tak niezmiernie
Twego Syna ból i ciernie
Niechaj duch podziela mój

Spraw niech leję łzy obficie
I przez całe moje życie
Serce me z Cierpiącym wiąż.

Stacja V

Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi.

A gdy Go prowadzili, chwyciwszy jakiegoś Szymona z Cyreny, który szedł z pola, włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.

Łk 23,26

Królestwo Niebios podobne jest do skarbu ukrytego w roli, który człowiek znalazł, ukrył, uradowany odszedł, sprzedał wszystko, co ma, i kupił tę rolę.

Mt 13,44

Scena z Szymonem z Cyreny wydaje się pozornie przeczyć słowom Pana:

Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje Mnie.

Łk 9,23

Szymon nie bierze przecież swego krzyża, ale Jezusowy, nie czyni tego z własnej woli, ale zostaje pochwycony i niejako przymuszony do tej krwawej eskapady. Może właśnie dlatego mogę się w tym Szymonie odnaleźć. W końcu najczęściej bywa tak, że krzyż spada na mnie znienacka, nagle, zastając nieprzygotowanym na mozolne uginanie się pod jego ciężarem. Zostaję pochwycony przez cierpienie, którego nie zapraszałem, ani go nie chciałem. Ktoś mi wkłada na ramiona ciężar, za którym nie tęsknię. Czyjaś wola kieruje moje kroki w stronę, o której bym nawet nie pomyślał. Zostaję złapany, prowadzony, przytrzymany i jedyne co mogę zrobić – a czego, z oczywistych przyczyn, nie mógł zrobić Szymon – to poszukanie u Pana sensu tego, co się dzieje. 

Jak wiemy, z przekazów innych ewangelistów, człowiek z Cyreny, a przynajmniej jego synowie, zapewne odnaleźli głęboki sens tego przymusu, jaki stał się w owo jerozolimskie piątkowe przedpołudnie, podczas powrotu z pola. Odkryli w sytuacji trudnej, narażającej na zaciągnięcie rytualnej nieczystości w przeddzień święta Paschy, palec boży. Szymon mógł zrozumieć, że za rękami żołdaków i ich wolą, kryłą się inna Wola, ta, która kazała niewinnemu Skazańcowi idącemu na Golgotę dźwigać krzyż. Po czasie może rozpoznał, że ta Wola, skruszyła kamienne serce człowieka z Cyreny, aby na zawsze biło tylko dla Króla Królów.

Jest wielkim skarbem, podobnym do tego, jaki odnalazł na polu bezimienny kupiec z Pańskiej przypowieści (nie jest nigdzie napisane, że nie pochodził np. z Cyreny…), odkrycie w przymusie codzienności, w owych licznych sytuacjach, które stawiają mnie i ciebie pod ścianą, sensu głębszego, aniżeli ten, jaki narzucają emocje.

Stacja VI

Weronika ociera twarz Pana Jezusa.

I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już [odtąd] nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły.

Ap 21,4

Z czego Weronika otarła Najświętsze Oblicze? 

Co na nim było? 

Krew? Pot? Łzy? 

My, którzy byśmy chcieli, aby ktoś otarł nasze twarze, nie chcemy – o jak bardzo nie chcemy – tego, co się na nich znajduje. Nie chcemy, ani potu, ani krwi, ani łez. Nie chcemy zmarszczek, skaz, krost. Nie chcemy oznak cierpienia, ani oznak przemijania. Nie chcemy bruzd wyżłobionych od łez, ani czerwonych powiek. 

Chcemy natomiast, aby nasze oblicza pozostały czyste, jaśniejące, piękne, gładkie, nietknięte wysiłkiem, ani bólem. Chcemy królować, a nie służyć. Chcemy obfitować, a nie doświadczać biedy. Chcemy być piękni, a nie oszpeceni ranami. Chcemy być podziwiani, radośni, uśmiechnięci.

Na Jego Twarzy znalazły się znaki wszystkich bólów ludzkich, jakie zadał człowiekowi grzech i szatan. 

Nie miał on wdzięku ani też blasku, aby [chciano] na niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał.

Iz 53,2

I choć odwracamy spojrzenia od tego, co nam wstrętne, a więc także i od cierpienia, to może jednak, wpatrując się w Święte Oblicze Pana, dostrzeżemy Jego pełne mądrej i pokornej miłości spojrzenie. 

Chryste!

Panie umęczony, z chusty Weroniki i z Manopello, z Mandylionu i z Całunu Turyńskiego, z ikon i obrazów pasyjnych!

Chryste o Obliczu oplutym i obitym!

Spojrzyj na mnie, przez swe łzy, spojrzeniem pełnym miłości! Popatrz tak, jak popatrzyłeś na bogatego młodzieńca, który odchodził, bo “miał wiele posiadłości”.

Oby kamień w mojej piersi pękł pod wpływem Twego spojrzenia.

Stacja VII

Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi.

Skoro więc [Jezus] rzekł do nich: Ja Jestem, cofnęli się i upadli na ziemię.

J 18,6

Jestem robak a nie człowiek, pośmiewisko ludzi i wzgarda pospólstwa.

Ps 22,7

Kilkakrotnie zdarzało się, że wrogowie Jezusa doświadczyli mocy Jego autorytetu – tak było gdy przemawiał w świątyni; tak też było, gdy stanął w Ogrójcu naprzeciw zgrai, która przyszła Go pojmać. 

Padli na ziemię, na twarz, może wbrew sobie, na przekór pragnieniom i przekonaniom. Boski blask – nieważne czy widzialny, czy tylko doświadczalny w duszy – zmusił zbydlęconych ludzi do ugięcia się przed Panem. Podobnie było w Rimini w 1227 r., kiedy św. Antoni Padewski nakazał osłu oddać pokłon Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Bezrozumne (czy aby na pewno) bydlę ukorzyło się wobec żywego Boga. Dziś, wielu ochrzczonych wydaje się być w gorszym stanie, aniżeli ów średniowieczny osioł czy oprawcy z Ogrójca…

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

Łk 18,8

Zamiast życia w skrusze i ukorzeniu wobec Boga, wybieram życie ewangelicznego bogacza – “dzień w dzień świetnie się bawiąc”, nieustannie pragnąc “czuć się dobrze”, chcąc uciekać przed trudem, szukać nowych dróg zapomnienia o troskach, nosić purpurę i bisior przysługujące raczej Królowi Królów, wręcz obnosić samego siebie (niczym cenną relikwię) w lśniących szatach. A przecież ten, co tak się nosił, padł stoczony przez robactwo, jak głoszą Dzieje Apostolskie…

W oznaczonym dniu Herod, ubrany w szatę królewską, zasiadł na tronie i publicznie przemawiał do nich; lud zaś wołał: Głos to boga nie człowieka. W tej samej chwili uderzył go anioł Pana, ponieważ nie oddał chwały Bogu; potem stoczony przez robactwo, oddał ostatnie tchnienie.

Dz 12,21-23

My jednak, nie bacząc, że możemy paść nieodwołalnie, obalamy na ziemię Króla i Pana. Stajemy nad Nim z tryumfalną miną, domagając się czynów służebnych wobec naszych utytłanych grzechem dusz. A On, skazany przez nas na bycie robakiem, spełnia owe posługi – do czasu, gdy przyjdzie jako Sędzia sprawiedliwy. Ii wtedy pojmiemy co oznaczało Jego Słowo: Ja jestem…

Stacja VIII

Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty.

Za Nim szła wielka rzesza ludu i niewiasty, które nad Nim płakały i lamentowały. Jezus odwrócił się do nich i powiedział: — Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade mną, raczej same nad sobą płaczcie i nad swoimi dziećmi. Nadchodzą bowiem dni, w których powiedzą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: „Padnijcie na nas”, a do pagórków: „Przykryjcie nas”, bo jeżeli z zielonym drzewem to czynią, co będzie z suchym?

Łk 23,27-31

Ja jestem winnym krzewem, wy zaś latoroślami. Kto we Mnie trwa, a Ja w nim, ten przynosi wiele owocu, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Jeśli ktoś we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak latorośl i uschnie. Zbiorą ją, wrzucą do ognia i spłonie.

J 15,5-6

Płakać nad sobą to wielu z nas bardzo lubi. Użalać się nad tym, że nie jesteśmy tacy, jak byśmy chcieli. Rozpaczać, że nikt nas nie rozumie i nie dopieszcza. Roztkliwiać się nad własną nędzą. Popadać w smutek i melancholię, bo inni są od nas lepsi, piękniejsi, zdolniejsi, bogatsi, szczęśliwsi. Załamywać ręce, że nam zawsze wiatr w oczy wieje i nie mamy znikąd pomocy. Toczyć spłoszonym wzrokiem zranionej łani dookoła z myślą, że może ktoś się domyśli dramatycznego stanu naszych emocji i się nami zainteresuje. Z dramatem wypisanym na obliczu chować się po kątach mieszkania, chciwie wyczekując czyjejś uwagi, którą będziemy mogli odtrącić, podkreślając rozmiary przeżywanego kryzysu.

Tak płakać lubimy, choć z trudem przychodzi nam się przyznanie do tego.

Ale nawet w tym dziecinnym, infantylnym i przepełnionym pychą płaczu, jest obok Chrystus. Jest, choć odrzucony. Obok, bo sami się skazujemy na odcięcie od Niego, pomału usychając. 

A należałoby płakać właśnie nad tym uschnięciem, nad naprawdę przerażającym, smutnym i pełnym autentycznej rozpaczy losem suchej gałązki winnego krzewu, która nie chce dawać owocu nawrócenia, nie chce płonąć gorliwą miłością, nie chce czerpać soków z zieloności winnicy, nie chce być tym kim jest, tylko marzy o byciu tym, kim nigdy nie może się stać.

Może dni wołania do gór i pagórków, może plaga za plagą spadająca na “łona, które rodziły i te, które nie rodziły”, może obłożenie nawozem suchego drzewa, może te wszystkie ingerencje wyciągniętej ręki Stwórcy nad stworzeniem spowodują skruchę, pokutę i przemianę?

Uczyń tak, Panie, płaczący nad nami – swoją ukochaną Jerozolimą…

Stacja IX

Trzeci upadek Pana Jezusa.

A Szaweł, dysząc jeszcze groźbą i mordem względem uczniów Pana, przyszedł do arcykapłana i wyprosił sobie od niego listy do Damaszku – do synagog – aby, jeśliby znalazł jakichś zwolenników Drogi, zarówno mężczyzn jak i kobiety, mógł ich związanych przyprowadzić do Jerozolimy. I stało się, gdy szedł i zbliżał do Damaszku, że nagle otoczyło go światło z nieba, a gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? I odpowiedział: Kim jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz; ale powstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić.

Dz 9,1-6

Kiedy upadł Szaweł? Wtedy, gdy dyszał żądzą mordu, czy wtedy, gdy poraziła go jasność Pańska?

Kiedy upadasz? Wtedy, gdy doświadczasz upokorzenia, gdy musisz się nagiąć do woli drugiego człowieka? Gdy doświadczasz niezrozumienia lub przykrości? Gdy wydaje ci się, że wszyscy na ciebie dybią, czekają na twoje potknięcia? Gdy musisz zrobić coś wbrew sobie i skręca cię w środku na samą myśl o tym? Wtedy, gdy wszystko nie idzie po twojej myśli?

Dlaczego upokorzenia i słabość natury przeżywasz bardziej, niż prawdziwy upadek, którym jest grzech – świadoma żądza wywyższenia siebie ponad przylgnięcie do miłości prawa Pańskiego?

Szaweł zrozumiał w pewnym momencie, że tak naprawdę powalony był wtedy, gdy obrócił swą gorliwość przeciw uczniom Jezusa. Pod Damaszkiem to nie był upadek. To było rozpoznanie stanu faktycznego – bezmiaru pychy, ślepoty i skupienia na sobie. Upokorzenie – leżenia w pyle drogi, pozbawienia wzroku i skazania na pomoc innych – było niezbędnym środkiem leczniczym dla duszy przyszłego Apostoła Narodów.

Powalony na ziemię Golgoty Pan, wydrwiony i wyśmiany, z powiekami sklejonymi krwią, zdany na kopniaki i poszturchiwania żołnierzy, bierze na siebie ślepą pychę wszystkich zakochanych w sobie…

I toruje drogę.

Stacja X

Pan Jezus z szat obnażony.

Ja jestem chlebem życia; ten, kto przychodzi do Mnie, nigdy już nie zazna głodu, a ten, kto wierzy we Mnie, nigdy już nie zazna pragnienia.

J 6,35

Ja jestem światłem świata; kto idzie za Mną, nigdy nie będzie błądził w ciemności, lecz będzie miał światło życia.

J 8,12

Ile już było w twoim i moim życiu przespanych Adoracji… 

Ile już było godzin spędzonych przed Najświętszym Sakramentem, w których kontemplowaliśmy ból własnych kolan… 

Ile było czuwań, Jerych, nawiedzeń Żywego Boga, w których liczyło się nasze ego, ale nie liczył się On.

Chleb żywy, który z nieba zstąpił…

Może dlatego wciąż jest On fragmentem mięśnia sercowego w stanie agonii? Żywą tkanką wiecznie konającego? 

Wtedy, na Golgocie, gdy zdarto z Niego szaty, stanął odsłonięty – zbite Ciało w monstrancji żywej Krwi, która na nowo trysnęła z niezliczonych ran. A ludzkie reakcje były naszymi reakcjami – odwrócone spojrzenia, znudzenie, brak zainteresowania, niecierpliwość “kiedy się to skończy”, bez wdzięczności, bez czci, bez miłości.

I tylko Matka, Jan i kilka niewiast… Jak dobrze, że i teraz, gdy ukazuje się Najświętsze Ciało, zawsze obok eucharystycznego Króla jest Jego dwór. Inaczej – mimo naszej fizycznej obecności – byłby sam.

Chlebie żywy, Manno prawdziwa, Światłości świata, Baranku zabity, ale żyjący – gdy patrzę na Twe Ciało, odsłonięte, choć zakryty postacią chleba, niech choć jedna kropla Twego potu z kalwaryjskiej drogi (o kroplę Krwi nie proszę, bom niegodny) dotknie mej duszy, abym przejrzał. I choć wiem, że blask bijący z Twych ran i sińców może mnie oślepić, to proszę, niech się przebije to światło przez ciemności, jakie sam na siebie ściągam.

Daj, abym patrzył naprawdę na Ciebie, a nie na siebie!

Daj, proszę, nie łaknął, ani nie pragnął niczego innego, poza tym, co Ty dajesz ze swej świętej woli!

Daj, abym pojął mowę Twych ran, i zaufał. 

I uwierzył.

Stacja XI

Pan Jezus przybity do krzyża.

Kto bowiem jest większy? Czy ten, kto spoczywa przy stole, czy też ten, kto usługuje? Czy nie ten, kto spoczywa przy stole? Ja jednak jestem pośród was jak ten, kto usługuje.

Łk 22,27

Wy zwracacie się do Mnie: Nauczycielu i Panie; i słusznie mówicie, bo Nim jestem.

J 13,13

To jest bardzo wygodne – rozważyć pokorę i służebną postawę Pana czy Jego Matki, a potem iść, i wydawać rozkazy innym, dawać “odczuć swą władzę”, pomanipulować, poszantażować własnymi stanami emocjonalnymi, powyżywać się na kimś dając upust własnym frustracjom, pokrzyczeć, lub może odwrotnie zniżyć teatralnie głos do znaczącego szeptu okraszonego odpowiednio zbolałą miną, objawiając tym samym niezadowolenie.

Ukrzyżowany jest Sługą. 

Tak. 

Ale nie po to, abyśmy traktowali go jak ścierkę, roszczeniowo żądając usługi rozgrzeszenia, komunii, czy spełnienia naszych zachcianek. On służy z wysokości krzyża, bo tylko tak może nas nauczyć pokory i miłości. Dał się przybić nie po to, abyśmy tylko – niczym lud na Golgocie – “stali i patrzyli”, ale po to, abyśmy pozwolili się także przybić do krzyża.

Aby “ukrzyżować swoje ciało z jego namiętnościami”.

Aby “jeden drugiego brzemiona nosić”.

Aby “umywać sobie nawzajem nogi”.

Aby “niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa”.

Aby “uważać jedni drugich za wyżej stojących od siebie”.

Aby “mieć na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich”.

Aby “znosić słabości tych, którzy są słabi, a nie szukać tylko tego, co dla nas dogodne”.

Aby “znikła spośród nas wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie – wraz z wszelką złością”. 

Aby “przebaczać sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie”.

Aby miłować…

Przybity do krzyża Nauczycielu i Panie, nie mam już wiary we własne siły. Tak często, codziennie, na nowo traktuję drugiego człowieka jak przedmiot. Wyżywam się na nim. Oskarżam. Osądzam. Skazuję. Obarczam.

Zmiłuj się nade mną i – z cierpliwością, którą tylko Ty masz – ucz mnie Siebie. Twojej pokornej drogi służby.

Stacja XII

Pan Jezus umiera na krzyżu.

A po Jego wejściu do domu, niewidomi ci podeszli do Niego. Jezus ich zapytał: Czy wierzycie, że jestem w stanie to uczynić? Odpowiedzieli: Tak, Panie!

Mt 9,28

I rzekł Zasiadający na tronie: Oto czynię wszystko nowe. I mówi: Napisz: Słowa te wiarygodne są i prawdziwe.

Ap 21,5

Staję pod Twoim Krzyżem, Panie Jezu!

Wiem kim jestem – nędznym grzesznikiem, który tyle razy obiecywał Ci walkę z grzechem, ze słabością natury, ze złymi skłonnościami. 

Wiem, kim Ty jesteś. Bogiem tak dobrym, że dla mojego zbawienia wziąłeś na siebie moje nieprawości, aby je przybić do tego drzewa. Abym żył.

Za każdym razem, gdy sobie to uświadamiam – drżę.

Za każdym razem – dotykam rzeczy niepojętej!

Jak mam uwierzyć, że tak możesz mnie kochać? Tyle razy Cię zawiodłem, tyle razy zniszczyłem świątynię w mym sercu, tyle razy zlekceważyłem Twoje Słowo…

Tyle razy pewnie to uczynię…

Niepojęta jest Twoja Boże pasja, jaką masz do grzesznego człowieka!

Ale wierzę Twej miłości. Wierzę, że możesz “to uczynić”. Wierzę, że jesteś mocen przezwyciężyć grzech i śmierć we mnie. Wierzę, że możesz dotknąć przebitą dłonią skały we mnie i wytryśnie źródło dla braci i sióstr, dla męża i żony, dla dzieci i przyjaciół. 

Wierzę, że Twoja miłość poruszy kamień! Tak. Słowa te wiarygodne są i prawdziwe!

Wzmocnij wiarę moją!

Stacja XIII

Pan Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ramiona Matki.

Jezus natomiast natychmiast zwrócił się do nich: Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!

Mt 14,27

Mówię wam to teraz, zanim się to stanie, abyście, gdy się to stanie, uwierzyli, że to Ja jestem.

J 13,19

Było, że fale morza Galilejskiego zalewały małą łódź apostolską. Uczniowie wpadli w panikę. Zwątpili. “Panie nic Cię nie obchodzi, że giniemy?” Ale Pan zgromił Słowem szalejącą nawałnicę. (Mk 4,38)

Było, że w podobną burzę byli sami. A dookoła groza śmierci, wycie fal i wiatr przeciwny. A On przyszedł do nich po wzburzonych wodach i myśleli, że to zjawa. Lęk skoczył im do gardeł. Ale Pan do nich przemówił. (Mt 14,27)

Było, że ślepiec żebrzący u bram Jerycha zdarł już sobie gardło krzycząc do przechodzącego Pana. Wiedział, że tylko Jezus z Nazaretu może przemienić jego nędzną egzystencję w życie godne syna Abrahamowego. Wołał więc nie zważając na upomnienia innych. Nie chciał przestać, choć nie widział skutków swego wysiłku. Otaczała go ciemność i bezradność oraz silny opór rzeczywistości. Ale Pan go zawołał. (Mk 10,49)

Było, że uprzedzał ich:

I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, duszy zaś zabić nie mogą. Bójcie się raczej tego, który może i duszę, i ciało zatracić w piekle.

Mt 10,28

Oraz:

Potem usłyszycie o wojnach i wieściach wojennych. Uważajcie, nie bójcie się, bo musi się [to] stać, ale jeszcze nie koniec.

Mt 24,6

Czy przypomnieli sobie te czyny i słowa, gdy zdejmowano martwe Ciało z krzyża i wyjmowano gwoździe z rąk i nóg?

Czy wspomnieli na wezwania do odwagi gdy martwa cisza spowiła niebo i ziemię?

Czy powrócili do Słowa pełnego mocy, gdy Słowo wcielone zdawało się być bez życia?

Czy był ktoś, wśród żałobników, owego piątkowego wieczoru, gdy “słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek” (Łk 23,45), kto by przylgnął do mocy Słów Pańskich i im zaufał bardziej, aniżeli temu, co widziały oczy i dotykały ręce?

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.

Łk 2,19

Stacja XIV

Pan Jezus złożony do grobu.

JA JESTEM drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.

J 14,6

Zaprawdę, zaprawdę mówię wam, jeśli ziarno pszenicy, które wpadło w ziemię, nie obumrze, pozostaje samo. Jeśli zaś obumrze, przynosi obfity plon.

J 12,24

Kiedyś, na samym początku dziejów, człowiek skuszony przez odwiecznego Nieprzyjaciela, odrzucił rajskie życie, bo zapragnął czegoś większego niż Ogród Eden. Zapragnął być Bogiem. Zapragnął ubóstwić siebie, choć wiedział, że ma ciało z prochu ziemi.

W odpowiedzi na to, Bóg, miłujący swe stworzenie, zapragnął być człowiekiem. Zapragnął marnego i przemijającego ciała. A ponieważ u Niego pragnienie staje się rzeczywistością, przyjął to ciało. 

On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się Człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany.

Złożono Go w innym ogrodzie, już nie tym rajskim, raczej marnej namiastce tamtego. W ogrodzie pełnym grobów. Pośród zielonych krzewów przypominających o życiu, zdawało się, że zakrólowała śmierć. 

Zasiał Bóg Ciało swego Syna w głębi ziemi, w jamie grobowej, w mrokach napawajacych każdego człowieka lękiem i poczuciem nieodwracalności .

Tak spełniły się słowa Jezusowe o ziarnie, które musi obumrzeć, aby wydać plon. 

W innym miejscu Pan powiedział: 

Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego pana.

Mt 10,24

 Pozwól więc Bogu złożyć i swoje ciało, siebie samego, swoje plany i ambicje, pragnienia i myśli, swoją miłość i gorliwość – w głąb ziemi, w Noc Ciemną. Do Groty, która – choć kojarzy ci się z grobem – jest jednak grotą narodzenia.

Pozwól sobie obumrzeć. To jest droga Jezusowa. To jest prawda o życiodajnej śmierci. To jest życie ofiarą wynikającą z miłości. 

Nie szarp się, zaufaj. Bo przecież:

Śmierć zwarła się z życiem i w boju, o dziwy,
Choć poległ Wódz życia, króluje dziś żywy.

« Older posts

© 2023 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑