Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 2 of 129

Rekolekcje Wielkopostne 2021

Rekolekcje wygłoszone przez ks. Jacka Gomulskiego w parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus i Męczenników Rzymskich w Warszawie w dniach 28 – 31 III 2021 r. Tematem głównym był lęk i Boża odpowiedź na niego.

Poza mną jest piekło: ból oddzielenia i wieczny głód. Wieczny nienasycony głód i niepokój, i lęk, i ucisk. (…) Człowiek na ziemi zniewolony jest przez żal o to, co było i przez lęk przed tym, co może nastąpić. (…) Aby zachować pokój serca odrzuć żale i lęki, bo to są tchnienia złego ducha. Nimi właśnie szatan posługuje się, by zniewalać ludzi i ludzkość. (Pan Jezus do Alicji Lenczewskiej)

Link do nagrań z rekolekcji

O wieży i obchodzeniu Syjonu.

Obejdźcie Syjon dookola, policzcie jego wieże. (Ps 48,13)

Przechodząc pod murami naszego narodowego Syjonu, mój przyjaciel kapłan, przewodnik męskiej pielgrzymki, jaka w tym roku wyruszyła po raz szósty do św. Józefa Kaliskiego sprzed tronu Jasnogórskiej Matki, zacytował ów fragment Psalmu 48. Wrócił do mnie ten werset jakiś czas później, gdy – już samotnie – obchodziłem wały Jasnej Góry. Dlaczego psalmista chce, aby obejść Syjon? Cały psalm zmierza do uwielbienia Boga za tak dobrze obwarowaną twierdzę, jaką jest wzgórze Syjonu – twierdza króla Dawida, a potem – Jerozolima, miejsce zamieszkania Boga pośród ludu. Baszty Syjonu i jego mury to znak potężnej obrony i bezpieczeństwa, znak mocy Bożej, wobec której uciekają nieprzyjaciele.

Zaledwie ujrzeli, zdrętwieli, zmieszali się i uciekli. Drżenie ich tam chwyciło jak bóle kobietę, gdy rodzi, (Ps 48,6-7)

Obejść Syjon to przekonać się o potędze jego murów, a ich wzniosłość ma zaświadczyć o mocy Stwórcy przejawiającej się w konkretnych zwycięstwach.

Obchodzę więc Syjon, ale nie jestem w stanie rozpoznać tej siły, która wstrzymała potop szwedzki, ocaliła ducha i poddała Naród władzy prawowitej Królowej poprzez śluby prymasowskie. Widzę tylko ślady i cienie. Widzę resztki dawnej chwały. Widzę pozostałości mocy wiary. Widzę okruchy tego, co mogłoby być, gdybyśmy zamiast odcinać kupony od przeszłości, żyli nią tu i teraz. 

Obejdźcie Syjon. Czym jest „obejście dookoła”? Paradoksalnie przychodzi mi na myśl scena krańcowo innego „obchodzenia” warownego miasta, zakończonego zdobyciem jego warownych murów. To Jozue obchodził Jerycho z Arką Przymierza przez siedem dni, aż pękły zaprawy kamienne a synowie Izraela zdobyli ów księżycowy gród. Codziennie pielgrzymowali dookoła niego z tym niezwykłym naczyniem, który był zapowiedzią wiekuistej Arki, jaką jest Maryja, królująca też na Jasnej Górze. Cóż to za wezwanie? Na pewno zachęta dla wszystkich, którzy – choć może oddawszy się Niepokalanej – wciąż pozostają księżycowi, bladzi, bez własnego życia, z ciemną stroną ukrytą przed wzrokiem bliźnich i przed oczami miłosierdzia. Niech pozwolą z wiarą okrążyć się, albo owinąć niepokalanym płaszczem Królowej.

Syjon i Jerycho. Dwa miasta krańcowo różne. Jedno będące domem, ochroną, miejscem, do którego można się wycofać, by nabrać sił. I drugie do nieustannego zdobywania. Syjon obchodzi się, aby umocnić się w wierze i nadziei. Jerycho – by walczyć. Pielgrzymka Syjońska to medytacja, rozważanie i wzbudzenie wiary. Pielgrzymka wokół Jerycha to zmaganie się ze sobą, przekraczanie swoich słabości, często niezrozumienie sensu swego trudu i wewnętrzny bój o zawierzenie.

Jaka pielgrzymka jest ci potrzebna? Do której Pan cię zaprosił? A może jedna, ta twoja, streszcza obie?

Mówi Pismo: „policzcie jego wieże”. Wieża była budowlą o dwojakim zastosowaniu – bądź, jako element murów obronnych, bądź jako dzwonnica. Czyli – albo służyła do wypatrywania przeciwnika, aby ostrzegać przed jego zbliżaniem się, a potem ciskać pociski z większą siłą i zasięgiem rażenia, ewentualnie by się schronić, albo by wzywać na modlitwę, ogłaszając zakres przestrzeni poddanej władzy Bożej.

Obchodzę mury Jasnej Góry. Słyszę ckliwe piosenki religijne z płyt sprzedawanych przez zakonników. Widzę nastraszonych ludzi. Mijam dzieci ponoć dumnego Narodu – zamaskowani z obawą patrzą na niezamaskowanych. Słucham, nadawanego z głośników, zapętlonego ostrzeżenia przed groźnym wirusem. Spoglądam na pusty plac przed ołtarzem polowym, na którym – miast stojących pielgrzymich tłumów – leżą porozrzucane, białe, plastikowe krzesełka turystyczne. Widok, niczym po zakończonej imprezie… Jakieś dziecko, oprowadzane po wałach, pyta mamę: „A po co te krzesła?” Właśnie… Nieco pode mną, w którejś sali, polscy biskupi obradują po raz pierwszy od wiosny tego pandemicznego roku. Czy te obrady to spojrzenie z duchowej wieży w poszukiwaniu nieprzyjaciela? Strażnicy wszak winni stać na czatach…

Jeśli Pan nie zbuduje domu, na próżno trudzą się jego budowniczowie; jeśli Pan nie ochroni miasta, na próżno czuwają straże. (Ps 127,1)

Czy Pan buduje wciąż ten dom? Czy chroni? A może jeszcze inaczej – czy pozwalamy, aby nas ochronił?

Obchodzę więc ów duchowy Syjon, jakim jest Jasna Góra i wypatruję biblijnych baszt. Widzę majestatyczne stacje Drogi Krzyżowej, zbudowane niczym na olbrzymich blankach, niby wieżach, wzniesionych na potężnych głazach. Tak, w krzyżu można się schronić, a każde podjęcie go, ciężkie i trudne jak głaz, dostarcza materiału do zbudowania wieży. Gdzie się więc można schronić z udręką swojej duszy, z przeżywaniem ataków Złego, z wątpliwościami i pustką? Tam, gdzie są ludzie, co – niczym żywe kamienie – chcą dźwigać swój krzyż (powołania, wierności, miłości, relacji, prawdy) by iść za udręczonym Panem. Wierzący, pielęgnujący nieskalany depozyt apostolskiego przepowiadania, to materiał na baszty. Na takim fundamencie można wznieść gmach, z którego da się dostrzec nadciągające zastępy nieprzyjaciół. 

Zbudować wieżę, aby móc się schronić przed pociskami nieprzyjaciół – najpierw duchową w sobie, a potem materialną, opartą o Łaskę, miłość braterską i własność. Może będą to okopy Świętej Trójcy, a może strzelista wieża góry św. Michała… Wieżą Dawidową jest Maryja, w której – poprzez dobrowolne niewolnictwo chronię się od jakiegoś czasu rozpoznając owoce Jej opieki. Chronić się w Maryi, to Jej ufać, ufać w to, że słucha mojego i twojego wołania, zwłaszcza poprzez Różaniec. To rozważać nieskalane Słowo poszukując Jego znaczeń w codzienności – i tej wielkiej i tej małej. To przyjmować z pokorą trudną rzeczywistość – to chyba najgorzej wychodzi, jeśli w ogóle… Chronisz się w Niej? Jeśli nie, to niechybnie rozerwą Cię na strzępy pociski wydarzeń uruchamiających twoją pychę, nieczystość, lenistwo. Ewentualnie rozsadzi cię stary niewypał leków i urazów lub miny kompleksów, zahamowań lub odwrotnie, próżnej i głupiej brawury.

Na wieży wypatruje się wroga, czyli rozeznaje rzeczywistość. Odnajduje się odpowiedzi na pytania wynikające z życia. Ostrzega przed zagrożeniem. Czuwający na wieży strażnik powinien być nawet przeczulony, lepiej bowiem wzbudzić fałszywy alarm, niż przeoczyć nieprzyjaciela. A co mówi Pismo, ten Boży Strażnik naszych dusz i sumień?

Stróże twoi jak szarańcza, a twoi urzędnicy jak mnóstwo koników polnych, które osiadają na murach w czasie zimna; wschodzi słońce, a odlatują, i nie wiadomo, gdzie ich miejsce. (Na 3,17)

Czyli – mnóstwo strażników, ale nie wiadomo skąd są i po co, i czego strzegą.

Każdy strażnik musi wytężać duchowy wzrok, pobudzać umysł i serce, aby rozpoznać podstęp wroga. Nieprzyjaciel jest znany, ale zdołał zainfekować oczy i wpuścić do krwiobiegu wirusa niewiary, delikatnego zwątpienia i oddalenia się od mocy pobożności. Trzeba więc – zgodnie z zasadą agere contra – jeszcze bardziej ufać, jeszcze mocniej z wiarą żyć, jeszcze więcej podejmować decyzji „z wiary”, a nie ze zdrowego rozsądku, czy gołej wiedzy. Ten trud codzienności, który człowiek pragnie zostawić, jest niezbędny, bo jest najprostszym wymiarem krzyża.

Podejmujesz go? Chcesz podejmować?

Mówi psalmista: „policzcie jego wieże”. Pan Jezus też mówił o wieży i liczeniu:

Kto z was, chcąc zbudować wieżę, wpierw nie siądzie i nie obliczy wydatków, czy będzie miał na [jej] wykończenie? Gdyby bowiem położył fundament i nie miał za co dokończyć, wszyscy, którzy by na to patrzyli, zaczęliby się z niego wyśmiewać mówiąc: Ten człowiek zaczął budować, a nie może dokończyć. Albo czy król, który chce wyruszyć na wojnę przeciw innemu królowi, nie siądzie wpierw i nie zastanowi się, czy jest w stanie z dziesięcioma tysiącami stawić czoło temu, kto z dwudziestoma tysiącami idzie przeciwko niemu? Jeżeli zaś nie, wysyła posłów, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o zawarcie pokoju. Tak samo więc żaden z was, jeżeli nie wyrzeknie się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. — Dobra jest sól, ale czymże by ją zaprawić, jeśliby się zepsuła? Ani dla ziemi, ani do nawozu nie byłaby przydatna; wyrzuciłoby się ją. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. (Łk 14,28-35)

Czy masz na wykończenie swej wieży? Ktoś zapyta przytomnie: A co trzeba mieć?

Chrystus w dalszej części zachęca do wyrzeczenia się wszystkiego. Ciekawe. Powinien raczej zachęcać do gromadzenia pieniędzy czy materiałów budowlanych… A może tym co trzeba mieć jest pokorą i chęć oddania wszystkiego w Jego ręce?! Trzeba mieć smak wiary, ufności w Jego Opatrzność, wierności Słowu.

Wykończy się wieżę wierząc. 

Jemu, a nie sobie. 

Ja nie mam sił, pomysłów, czy spektakularnych zdolności. Ale mam Jego życzliwość i obietnice błogosławieństwa, która będzie się realizowała jedynie gdy pokornie zgodzę się na własną niemoc. Mam Łaskę, której nie jestem właścicielem, ale sługą. Nie wolno mi budować na swoich zdolnościach, ale – Bogu dzięki – niewiele ich mam! To jest błogosławieństwo – trudne, niczym przetrącone biodro patriarchy Jakuba – gdy człowiek odkrywa, że zdolny i twórczy jest jedynie w grzeszeniu! Ale mając już tę wiedzę, można jeszcze bardziej kurczowo schwycić się szaty Anioła, i krzyczeć, że się jej nie puści, aż nie wydrze się Panu Łaski dla grzesznika!

Liczę więc wieże Syjonu mej duszy i widzę dwie kolumny św. Jana Bosko, niczym punkty orientacyjne – Niepokalaną i Eucharystię.

Liczę baszty duchowe, które Pan postawił, i widzę Słowo i Sakrament. A wszystko zwieńczone Krzyżem.

Obchodzę Syjon – Kościół, który jest moją Matką – i pragnę ocalenia pośród ruin. Ochrony wobec nadciągających ze wszech stron nieprzyjaciół. Pragnę niezburzonej wieży, mocno wkopanej w Chrystusowy fundament i spojonej Tradycją Apostolską. Pragnę dać ocalenie innym, których Pan dał zrodzić. Pragnę przetrwać, mimo burz i pokus, mimo grzechu i słabości, mimo nędzy natury i nieustannego błądzenia.

Pragnę wieży Dawidowej. Miasta ucieczki. Nowej Arki. Góry ocalenia.

Ktoś także?

O trudach dopełnionych i dopełniających.

Czytam w lekcji z księgi Mądrości na dzień św. Ludwika króla, przypisanej przez Kościół w formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego:

Sprawiedliwego poprowadził Pan drogami prostymi
i ukazał mu Królestwo Boże,
i dał mu umiejętność rzeczy świętych;
wśród trudów czcigodnym go uczynił
i dopełnił jego trudów. (Mdr 10,10)

Trud i szacunek, cześć. Niełatwo doznać powszechnego uznania (i nie chodzi tu o głos bożka opinii publicznej) doświadczając własnych trudów i cierpień. Trud przecież wyzwala lęk i zamknięcie się w sobie, uruchamia złoża egotyzmu i przedmiotowego traktowania innych. Samo w sobie cierpienie nie uszlachetnia, jeśli się tak dzieje, to tylko dzięki Łasce, a zwłaszcza – w Krzyżu Chrystusa. Przeżywanie trudu w oderwaniu od misterium Golgoty jest udręką największą i przedsionkiem otchłani. Wiem jednak, że zmuszenie się do modlitwy i spojrzenia z wiarą w momencie, gdy dusza zdaje się być sparaliżowana strachem i cierpieniem, jest niełatwym osiągnięciem. Cóż, nie ma jednak innej drogi, aby przejść przez ciemną dolinę pod wejście do której podprowadza nas Pan… Wąska i ciasna ścieżka przez nią wiodąca prędzej czy później oczyści duszę i uwolni ją od kolosalnych warstw z jakich składa się natura starego człowieka. Często są to warstwy narosłe przez pokolenia i przekazywane, niczym drogocenny skarb (często w pakiecie z obciążeniem nałogowym), z ojca na syna i z matki na córkę. Uszlachetniające oczyszczenie jest możliwe jedynie na drodze wierności Bogu, nieustannego regulowania swego duchowego wzroku na Krzyż przez ręce stojącej pod nim Matki…

Mówi autor natchniony: “wśród trudów czcigodnym go uczynił”. Święty mąż (św. Król Ludwik, lub inny święty, czytania liturgiczne są bowiem wzięte z tekstów wspólnych o świętych) jest godzien czci, gdyż przyjął cierpienie widząc w nim zbawcze działanie Pana. Tym samym wypełnił słowo św. Pawła:

Teraz raduję się w cierpieniach za was
i ze swej strony dopełniam braki udręk Chrystusa
w moim ciele dla dobra Jego Ciała,
którym jest Kościół.
Jego sługą się stałem
według zleconego mi wobec was Bożego włodarstwa,
wypełnienia słowa Bożego,
tajemnicy ukrytej od wieków i pokoleń. (Kol 1,24-26a)

Święty wszedł w trud dopełniając udręk Chrystusowych! Z kolei Pan “dopełnił jego trudów”, jak mówi księga Mądrości! Cóż za niezwykła wymiana dopełnień! Wymiana miłości!

To nie jest tak, że trud jaki podejmujesz sam w sobie musi być zbawienny, jest niezastąpiony a zadania, jakie dane ci jest realizować cierpiąc, są jedyne w swoim rodzaju. Nie jesteś Chrystusem! Nie zbawisz swojej pracy, swoich dzieci, swojej żony czy męża, swoich dzieci duchowych. Nie musisz, On to już uczynił. W jakimś sensie – twoje cierpienie nie jest zbytnio nikomu potrzebne, samo w sobie.

Musi zostać dopełnione przez Krzyż Pana.

To Krzyż jest zarówno wyjaśnieniem cierpienia, jak i jego uszlachetnieniem. Misterium Golgoty przynosi jedyną odpowiedź na absurd trudu rozpiętą pomiędzy grzechem a skuteczną ofiarą. Krzyż rozjaśnia ciemność bólu, i jednocześnie uświęca, dopełniając tego, czego nikt z ludzi – z natury nie będący bogiem – nie byłby w stanie uczynić. Mógł to tylko Boży Syn. Jego trud jest jedyny i niepowtarzalny!

Jednocześnie Chrystus wielokrotnie zachęcał swych uczniów, aby brali swój krzyż i Go naśladowali. Tak swoje cierpienie rozumiał zakuty w kajdany św. Paweł gdy pisał do Kolosan z więzienia słowa o dopełnianiu w swym ciele udręk Chrystusowych dla dobra Kościoła. W tym kontekście, w zjednoczeniu z cierpiącym Panem, każdy może dopomóc w zbawianiu swej rodziny, przyjaciół, grzeszników. W tym sensie mój i twój trud ma znaczenie i może zostać pobłogosławiony, a więc – co wydaje się absurdem – stać się drogą do szczęścia. 

Chrystus może dopełnić naszych trudów, jeśli Mu je poddamy, co przychodzi nam dość ciężko… Jest bowiem pewien opór wewnętrzny – trudno sprecyzować czym uwarunkowany, mechanizmami, czy pychą – zamykający na życie krzyżem, a co za tym idzie, także na pokutę i ascezę. Diabeł często skutecznie broni tego aspektu dusz ludzkich, gdyż wie, jak potężną siłą jest Krzyż i jakie życiodajne moce z Niego wytryskają.

Dopełnienie nie jest dodaniem elementów fizycznego cierpienia, na które nas nie stać cieleśnie bądź duchowo. Dopełnienie mieści się w bezmiarze miłości i posłuszeństwa, albo – mówiąc precyzyjniej – posłuszeństwa wynikającego z miłości. W tym jest i ofiara, i poddanie się, i zadanie ciosu pysznej potrzebie samostanowienia, i ufne zdanie się na miłosierne dłonie Ojca. W tym jest też naśladowanie Chrystusa.

Jest to na pewno wymagające i trudne. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niegdyś taka postawa życiowa była chlebem powszednim katolickiego stylu życia. Dziś zaś, wyzwania, które były oczywiste jak powietrze, przychodzą z wysiłkiem niemalże heroicznym. Nasze duchowe mięśnie, sprawności intelektu i charakteru są niewykształcone, niewładne i w zaniku…

Pośród jakich trudów chciałby Pan uczynić cię godnym czci? Czy prosisz o wejście w nie, choćby wydawały ci się tak niepozorne, że niewarte uwagi, albo tak wielkie, że niemożliwe do przyjęcia? Czy prosisz Maryję, aby cię przeprowadziła przez tę czarną dolinę?

Pisze to z dogłębną świadomością, jaką może mieć człowiek nienawykły do trudów – emocjonalnych i cielesnych. Ba, wręcz wrogo do tego typu wyzwań nastawiony! Bóg jednak przychodzi z cierpieniami, oczyszczeniami, trudami, ale i z pomocą. Tę ostatnią przynoszą matczyne dłonie Niepokalanej. Gdy przemogę się biorąc do rąk różaniec, wiem – choć jak to się dzieje to wątpię, poddając się często rozpaczy – że Ona ochłodzi wzburzone fale lęku przed jakimkolwiek bólem.

Byle ufać…

O konsekwentnej diecie duchowej.

Patronem dzisiejszego dnia jest – w obu formach rytu rzymskiego – św. Bartłomiej Apostoł, utożsamiany ze wspominanym w Ewangelii Janowej Natanaelem. Czytamy tam:

Gdy Jezus zobaczył jak Natanael zbliża się do Niego, powiedział o nim: Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Natanael na to: Skąd mnie znasz? A Jezus: Zanim cię Filip zawołał, widziałem cię pod figowcem. Wtedy Natanael: Rabbi! Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela. (J 1,47-49)

Ewangelista wyraźnie zaznaczył, że Jezus zobaczył Natanaela jak ten zbliżał się do Niego. To przybliżanie się zostało skomentowane przez Pana jako cecha własną przyszłego Apostoła – prawdziwy (prawy) Izraelita, w którym nie ma fałszu, oszustwa, podstępu. I tu jest pierwsza lekcja, którą daje nam św. Bartłomiej.

Natanael musiał być człowiekiem pozbawionym pragnienia wszelkich manipulacji, szantaży emocjonalnych, wymuszeń i kombinacji. Jawi się jako człowiek, wręcz dziecinnie, szczery. 

Gdy przybliżasz się do światła jednocześnie pozbywasz się mroku kłamstwa. Gdy pragniesz prawdy w twoim życiu, pojawia się Chrystus. Gdy przestajesz się chować, kryć, zamykać na obiektywizację swoich czynów, myśli i słów – masz szansę rozpoznać Pana! Warto więc, z jednej strony – szukać samego Chrystusa, Jego Osoby, spotkania z Nim (najlepiej przez Maryję), a z drugiej szukać prawdy o sobie, swoich decyzjach, zaniedbaniach, przekonaniach.

Czy chowasz jakieś sprawy w zakamarkach serca nie szukając światła na nie? Czy starasz się rozświetlić wszelkie swoje ciemności? 

Czasem wydaje się, że już jest w życiu wszystko jasne, czytelne, wyjaśnione, pokazywane. Ale to nie jest prawda. Zawsze będą jakieś śmieci starej natury poukrywane po kątach duszy, podmiatane stopniowo pod wewnętrzny dywan. Bóg, w swoim miłosierdziu dopuści takie sytuacje, ktore będą wydobywałe kolejne prawdy na twój temat. byle się tylko zbliżać do Niego! Zwróć uwagę, że nie jest w Piśmie napisane, że Natanael od razu się nawrócił. Najpierw zaczął się przybliżać do Jezusa, dopiero potem usłyszał Jego Słowo, wszedł z Nim w dialog, a wreszcie, dzięki proroctwu, poszedł za Nim. Jak niewiele trzeba! We mnie budzi to nadzieję!

W dalszym ciągu Ewangelii jest mowa o drzewie figowym pod którym miał Natanael przebywać, a gdzie widział go Pan. Do takiego drzewa była przyrównywana Tora, bo owoce i figowca i Prawa można zbierać nie raz na jakiś czas, ale przez dłuższy okres, powoli i konsekwentnie. Może poza wewnętrzną uczciwością Natanael posiadał wewnętrzną cierpliwość, pozwalającą mu przyswajać sobie owoce Słowa. Karmiony małymi, aczkolwiek systematycznymi dawkami bożej mowy, delektując się Prawem Pańskim, musiał przesiąknąć prawością i umiłowaniem szczerości. Jak widać jest ważna nasza duchowa dieta!

Karmisz się Słowem? Jak często? W jakich dawkach?

O błogosławionych oczach.

W Ewangelii XII Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego w liturgii nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego, czytam:

Na osobności zaś zwrócił się do uczniów i powiedział: Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. (Łk 10,23)

Chciałoby się zapytać – A na cóż znowu takiego patrzymy, Panie? 

Głodni różnych widoków nie dostrzegamy tego co ważne i nie słyszymy tego, co istotne. 

Widzimy to, co nas podnieca, co daje nam pieniądze, co pozwala uciec od codzienności. Widzimy własne osiągnięcia lub własne słabości. Widzimy też zataczający się świat w zadyszce, spętany diabelskimi prawami,  literami składającymi się na przeróżne ideologie. Litera zabija, powie św. Paweł. Świat woli żonglować literami, tworząc z nich coraz to bardziej rewolucyjne konfigurację, byle tylko nie poddać się władzy Ducha Świętego. Widzimy to szamotanie i coraz bardziej przyzwyczajamy się do niego. Widzimy to, co nas irytuje, złości, przeraża, napawa zawiścią. Widzimy sukcesy innych (przynajmniej tak nam się wydaje), których im zazdrościmy. Widzimy to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni tak, że nawet dobro wydaje się obojętne.

Ale czy widzisz działanie Boże? Czy słyszysz słowa Boże? A jeśli tak, to co zobaczyłeś w ciągu ostatniego tygodnia? Co dzisiaj Bóg ci powiedział? Nie potrafisz na to odpowiedzieć? Oniemiałeś?

Uczniowie Jezusa, do których kierował swoje słowo o błogosławionych oczach, widzieli Łaskę – choć też nie w pełni – bo zostały otwarte, oczyszczone ich oczy.

Modlisz się o to?

To nie przypadek, że Chrystus dość często przywraca wzrok ślepcom! To nie przypadek, że ślepcami nazywa uczonych w Piśmie! To też nie przypadek, że często czytamy w Ewangelii prośbę o przejrzenie, o wzrok – czy nie powinna to być również moja i twoja prośba? Kiedy ją ostatnio skierowałeś do Pana? On dlatego piętnował ślepych przewodników ludu, bo ani nie prosili pokornie o przejrzenie, ani nie chcieli nic zrobić z tym, co ujrzeli!

Opisując uzdrowienie dwóch niewidomych Mateusz zanotował uwagę Chrystusa:

I otworzyły się ich oczy. A Jezus nakazał im surowo, mówiąc: Uważajcie, niech nikt się o tym nie dowie! (Mt 9.30)

W świecie ślepców, którym zdaje się że widzą, ów nakaz jest zbawienny. Jakże trudno przebijać się przez emocjonalne i intelektualne zasieki tych, którzy za nic w świecie nie chcą popatrzeć dalej i głębiej na otaczającą ich rzeczywistość niż na czubek własnego nosa i poczucie własnej przyjemności lub wymiernej korzyści. Może więc lepiej nic nie mówić? Może lepiej nie opowiadać innym o tym, co się zobaczylo i usłyszało? Może lepiej nie zdradzać się z dobrym wzrokiem duszy i ukryć, niczym ewangeliczny skarb, to, co dane jest rozpoznać. Czy Noe chodził po całym ówczesnym świecie i zachęcał wszystkich do cięcia desek na statek? Czy Abraham biegał po Sodomie przekonując, że został wydany na nią wyrok z racji bezmiaru nieprawości? Wszak nie rzuca się pereł przed świnie, a tylko do nas należy wybór czy zaliczamy się do uczniów czy do nieczystych zwierząt, co poginą w falach, bo opanował je Legion. Jeśli interesuje cię rzeczywiście perła Łaski, to usłysz co mówi ci Pan, gdy patrzysz na ten świat, na to co się na nim dzieje, na stada pędzące ku przepaści, a nawet na własne umiłowanie świętego spokoju i bezrefleksyjności!

Można nawet być w nabożnej wspólnocie i spoglądać jedynie po ludzku oczekując ludzkich odniesień i pragnień! Można być specjalistą od Pisma św., czy od rubryk liturgicznych, albo od ludzkich mechanizmów, ale nie widzieć pod literami, rytuałami czy zachowaniami – żywego Pana, Ducha, który ożywia!

Po czym to poznać? Po czynach i słowach. Z głębokości serca mówią usta…

Chrystus błogosławi oczy uczniów, ogłasza je szczęśliwymi. Ale przecież to te same oczy, które zamkną się pozwalając ogarnąć się senności wtedy gdy będzie On potrzebował, tak po ludzku, ich obecności, wsparcia i modlitwy – w Ogrodzie Oliwnym. Wtedy ich oczy będą obciążone przygnębieniem, smutkiem i rezygnacją. I to mimo, że chwilę wcześniej oglądali i słyszeli Eucharystię! Tak łatwo wpuszczany przez tę bramę serca, jaką jest spojrzenie, bezmiar pokus i zniechęceń… Tak łatwo pozwalamy się uśpić, tłumacząc sobie, że to tylko na chwilę, na moment, że przecież nic się nie stanie, gdy odpuszczę sobie – spowiedź, rozmowę duchową, medytację, adorację, Mszę św., dobro do wykonania, życzliwość do okazania, troskę o bliźniego, służbę wobec jakiegoś dzieła, spotkanie z przyjacielem, pomoc potrzebującemu… Tak odpuszczamy sobie walkę o prawdziwe dobro, dopuszczając dobro pozorne lub wręcz jawne zło!

Jest napisane, że gdy Pan przyszedł do śpiących w Ogrójcu uczniów, to nie wiedzieli co Mu odpowiedzieć. Letarg duchowy sprawia niemotę! Bóg chce coś od ciebie, ale ponieważ zamykasz oczy i pozwalasz sobie na ociężałość, to nie wiesz jak zareagować na Boże zaproszenia! Jesteś wtedy nie tylko ślepy, ale i niemy! Grzech jeden pociąga następny, a przecież przestrzega nas Pismo, by nie dodawać grzechu do grzechu. Można w ten sposób przegapić jakiś niezwykle istotny moment Łaski! Przecież wtedy, w Ogrodzie Oliwnym, Bóg szaleńczo pragnął ludzkiej bliskości, a uczniowie to zlekceważyli skupiwszy się na sobie i swoim zmęczeniu…

Człowiek o otwartych oczach wielbi Boga! Nie jest niemy! Stary Zachariasz odzyskał głos, gdy ujrzał wypełnione obietnice anielskie i śpiewał błogosławieństwo o Pany, Bogu Izraela. Inny starzec, Symeon, trzymając na rękach Mesjasza rozpoznał w nim wypełnienie oczekiwań Izraela i zaświadczył o tym wołając: „moje oczy ujrzały Twoje zbawienie”!

O czym Ty świadczysz? O jakim widoku, który ujrzały twoje oczy?

Gdy Chrystus nauczał, napisano, że „oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione”. Czy tak jest w twojej „synagodze”, czyli zgromadzeniu, miejscu zebrań – środowisku, grupie, wspólnocie? To nie jest oczywiste! Może istnieć pobożna wspólnota, która będzie się zajmować wszystkim, a szczególnie dostarczaniem dobrego samopoczucia swoim członkom, albo realizowaniem bliżej nie sprecyzowanych idei, praktykowaniem pobożności pozbawionej mocy, lub mnożeniem humanitarnych zaangażowań, lecz nie będzie wpatrywać się w Chrystusa. Oczy tamtych ludzi z Ewangelii były w Nim utkwione, bo spodziewali się od Niego Słowa, nauki, wskazania drogi! Wszystkiego się od Niego spodziewali! A ty albo się niczego od Niego nie spodziewasz, albo tylko tego by ci dał kasę, trochę przyjemności i święty spokój! I to po latach bycia z Nim!

Błogosławione, czyli szczęśliwe, mogą być jedynie oczy tych, którzy wpatrują się w Słowa i czyny Pana. Którzy dopatrują się Jego działania i chcą usłyszeć Jego głos we wszystkim! 

Panie! Zdejmij z moich oczu bielmo! Nie powstrzymuj mojego spojrzenia, bym umiał rozpoznać Ciebie! Udziel łaski nie zaćmionego spojrzenia! Twoje spojrzenie jest jak płomień ognia – tak czytam w Apokalipsie – a jest to płomień miłości, mocy i oczyszczenia. 

Udziel mi z tego spojrzenia! Niech otworzą mi się oczy na dobro i zło! Niech zobaczę wreszcie to, co jest zakryte, a co miałoby służyć „mojemu pokojowi”, mojemu powołaniu, wypełnieniu Twoich zamierzeń we mnie!

« Older posts Newer posts »

© 2021 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑