Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 103 of 134

Środa I tygodnia Okresu Zwykłego

Środa, 12 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 2, 14-18
Ponieważ dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy przez całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.
EWANGELIA Mk 1, 29-39
Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę. Gorączka ją opuściła i usługiwała im.
Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.
Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: „Wszyscy Cię szukają”. Lecz On rzekł do nich: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Św. Marek mógłby dzisiaj pracować w jakiejś gazecie – nadawałby się do pisania newsów, a jeszcze bardziej do dobitnych reportaży. Nie ja to pierwszy wymyśliłem, uczciwie przyznaję, już jakiś biblista (nie pomnę kto) nazwał styl drugiego ewangelisty reporterskim. To prawda, szybkie opisy, skrótowe obrazowanie, oddawanie istoty sprawy poprzez obraz, lapidarność. To się świetnie czyta i wiele można u Marka zobaczyć. Nie jest może takim poetą i teologiem co Jan, ani zręcznym pisarzem jak Łukasz, ale dla kogoś kto chce zobaczyć Jezusa „w akcji” Ewangelia według św. Marka będzie przystępna lekturą. Zwłaszcza, że stanowi ona spisaną opowieść Piotra Apostoła. Może temu właśnie zawdzięcza ów specyficzny, momentami szorki ton. Przy odrobinie wyobraźni można by ujrzeć sędziwego Rybaka o sękatych dłoniach, jak wiernym w Antiochii, czy Rzymie opowiada o tym, co widział i słyszał… Już przypomina mi się Quo Vadis i Sienkiewiczowskie opisy mów Piotrowych… Aż słychać świerszcze…

Wróćmy do dzisiejszego tekstu ewangelicznego.

Wyraźna reporterskość tego fragmentu pozwala „zobaczyć” Chrystusa w trzech jakby odsłonach Jego aktywności, przy czym chodziłoby tu o aktywność w miłowaniu. Jezus kocha miłością czynną. Nie rozprawia o swej miłości, nie (jedynie) wygłasza kazań o rozmaitych jej aspektach, ale tę miłość czyni. W ten sposób pokazuje trzy drogi miłości dla nas.

Najpierw widzimy Jezusa zanurzonego w świat relacji. Jakub, Jan, Andrzej, Szymon. Chora teściowa. Dom. Być może w tym miejscu Jezus zatrzymywał się zwykle, tam jadał, tam nocował. Uzdrowienie teściowej nie jest tu jakimś niezwykłym cudem, raczej Marek próbuje nam ukazać pewna codzienność tej sceny. Oto Rabbi pośród swych bliskich. On chce się cieszyć światem zdrowych, normalnych relacji. Gdy On jest w tym świecie, w naszych poplątanych spotkaniach z ludźmi (zwłaszcza tymi mieszkającymi pod jednym dachem), wówczas zaczyna w nim panować miłość wyrażająca się przez służbę. Już uzdrowiona teściowa wstaje i usługuje domownikom.

Swoją drogą to też znamienne, że nie robi sobie wolnego, nie biegnie do sąsiadek na ploty, nie przedłuża „chorobowego”, lecz po prostu bierze się do roboty. Jakie to naturalne! A jakie trudne dla wielu…

Następnie Jezus uzdrawia u drzwi. Chodzi tu o bramę miasta, miejsce skupiające życie danej miejscowości, taką swoistą galilejską agorę. Chrystus nie spędza wieczoru tylko z najbliższymi. Dopuszcza do siebie także innych. Nie zamyka się w ciepełku domowego ogniska, przy miłej kolacyjce z uczniami i usłużną teściową Piotra. Daje siebie tym, którzy potrzebują, którzy cierpią. Znamienne, że nie naucza wówczas lecz uzdrawia i wypędza złe duchy. W ten sposób przywraca stworzeniu zachwianą przez grzech równowagę. Jakby naprawia to, co zostało „przez zawiść diabła” zepsute, wydawałoby się bezpowrotnie. Choć słońce zaszło, choć noc (tradycyjnie uważana za porę złych mocy), choć jakby nie ten czas –  Jezus działa przywracając nadzieję załamanym. Każdy, kto znalazł się w tamtym miejscu, otrzymał na nowo, to, czego przez zło został pozbawiony. Nie ma barier dla miłości Jezusa. Warto o tym pamiętać we wszystkich naszych „nie umiem”, „nie mogę”, „to niemożliwe”, „nie dam rady”, „to nie jest dobry czas”…

Wreszcie Pan, po całym dniu pracy, wstaje „gdy jeszcze było ciemno”, aby spotkać się z Ojcem. Jeśli tak wyglądał każdy dzień Jezusa, to jakiś hardcor… Działanie na najwyższych obrotach w porze najmniej do tego stosownej, kilka godzin snu a potem wczesnoporanna modlitwa… Nawet Apostołowie nie nadążali, co – przyznaję – nieco mnie pociesza…

Modlitwa Jezusa, to lekcja miłości do Boga. Podkreślenie tej niezwykłej relacji, jaka łączy Ojca i Syna. Wydaje się, że wzajemny kontakt jest niezbędny Im jak powietrze. Jest to spotkanie intymne, w zasadzie jeszcze nocą, poza ciekawskimi spojrzeniami uczniów. Niezwykłe! Początek dnia w spojrzeniu pełnym miłości i akceptacji… Piszę te słowa mając świadomość że dla wielu z nas (świadomie używam pierwszej osoby liczby mnogiej) to czysta abstrakcja. Może głęboko schowana tęsknota. Miłość jak niezastąpiona do życia jak woda! Dzień i wszelka aktywność poprzedzona zanurzeniem się w ramionach Ojca! Stad te siły! Stąd też decyzja, aby iść do innych ludzi. Bo przecież miłość chce się dawać. Nie ma tu innej motywacji, aniżeli ta, wynikająca z ojcowskiego spojrzenia. Nie chcesz tak?

Trzy reporterskie obrazki. Trzy spojrzenia na miłość. Bliscy, potrzebujący i Ojciec. To prawda, co pisze św. Paweł w pierwszym czytaniu. Chrystus upodobnił się do nas, ale jednocześnie wyniósł to, co nasze, co ludzkie, co przyrodzone do wyżyn nieba – do Ojca. Do Jego miłości. Teraz cała sztuka polega na tym, aby to wszystko, co nasze, na nowo z Jego rąk otrzymać. Pod Ojcowskim spojrzeniem…

Wtorek I tygodnia Okresu Zwykłego

Wtorek, 11 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 2, 5-12
Nie aniołom Bóg poddał przyszły świat, o którym mówimy. Ktoś to gdzieś stwierdził uroczyście, mówiąc: „Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim, albo syn człowieczy, że się troszczysz o niego; mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów, chwałą i czcią uwieńczyłeś go. Wszystko poddałeś pod nogi jego”.
Ponieważ zaś poddał Mu wszystko, nic nie zostawił nie poddanego Jemu. Teraz wszakże nie widzimy jeszcze, aby wszystko było Mu poddane. Widzimy natomiast Jezusa, który mało od aniołów był pomniejszony, chwałą i czcią ukoronowanego za cierpienia śmierci, iż z łaski Bożej za wszystkich zaznał śmierci.
Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienie. Tak bowiem Ten, który uświęca, jak ci, którzy mają być uświęceni, z jednego są wszyscy. Z tej to przyczyny nie wstydzi się nazwać ich braćmi swymi, mówiąc: „Oznajmię imię Twoje braciom moim, w pośrodku zgromadzenia będę Cię wychwalał”.
EWANGELIA Mk 1, 21-28
W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży”. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: „Milcz i wyjdź z niego”. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.
A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne”. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej.

Przedziwny realizm bije z dzisiejszych czytań. Autor Listu do Hebrajczyków dość trzeźwo i nawet z pewnym sarkazmem stwierdza, że jakoś nie widzi, aby wszystko na ziemi było poddane Jezusowi. Jedyne co widać, to tegoż Jezusa, ale cierpiącego i za to cierpienie ukoronowanego chwałą. Generalnie, wniosek prosty: co prawda świat jest poddany Panu, ale sam Pan poddał się cierpieniu, więc nie ma co wyglądać jakichś niezwykłych śladów Jego zwycięstwa dookoła nas. Jedyny trop doprowadza do uznania niezwykłej solidarności, jaką okazał Bóg schodząc pomiędzy swe stworzenie. „Z jednego są wszyscy” – powtarza autor natchniony (przez tradycję utożsamiany ze św. Pawłem) widząc Jezusa, który stanął w jednym szeregu z milionami cierpiących ludzi. Teraz mogą oni nazywać Go nie tylko Panem, ale i Bratem.

No tak, ale czy to jest pocieszające? Czy, gdy Twoje serce rozbija smutek i ból, będzie Ci lepiej na wieść, że Bóg miał (ma) tak samo? Trochę brzmi to jak złośliwa radość ludzka, gdy sąsiadowi również zalało piwnicę.

Oczywiście, wiem, że to niebywała wiadomość – Bóg przyjął na Siebie cierpienie. Wiem, odpowiedzią na ból świata jest krzyż Chrystusa. Wiem, cierpienie nie jest dziełem Boga, weszło, wraz ze śmiercią, przez zawiść diabła. A właśnie… W Ewangelii dzisiejszej Jezus wypędza szatana z opętanego.

Więc, to nie tylko tak, że On zstąpił na ten padół aby ukazać swą boską solidarność z biednymi ludźmi! Uff… Zawsze sądziłem, że łatwo można z chrześcijaństwa uczynić smutną psychoterapię dla ubogich. Wizja Pana Jezusa bezradnie rozkładającego ręce wobec ludzkiego cierpienia i w rozpaczy rzucającego się w wir samounicestwienia, nie przemawia do mnie. We fragmencie Markowego dzieła Jezus mówi do szatana surowo, gromi go i czyni to z taką mocą, która zadziwia stojących dookoła. Chrystus nie tylko utożsamia się z ludźmi, On przywraca właściwy porządek, wskazuje upadłym duchom ich prawdziwe miejsce w hierarchii bytów, uwalnia człowieka od agresora. Owszem bierze na siebie konsekwencje błędnych ludzkich wyborów, ale pokazuje zarazem, że zło nie bierze się znikąd, że ten, który nam je zafundował jest pod władzą Boga, a droga do zwyciężania biegnie przez zaufanie Bożej mocy.

Bóg więc nie tylko solidaryzuje się z człowiekiem. On walczy. Jezusowa solidarność jest znakiem czegoś o wiele większego – miłości, która jest motywem walki ze złym duchem. Słowa Jezusa, Jego czyny, wreszcie Jego wejście w otchłań bólu, to wszystko jest przepełnione nie spokojna rezygnacją, lecz Mocą.

A nam, niestety, łatwiej przyjąć to stoickie orędzie o rezygnacji, aniżeli Ewangelię o Mocy Bożej. Bo Moc to jeszcze (Boże uchowaj) zadziała pozbawiając tylu pociągających pocieszeń, tak niezbędnych w tym trudnym życiu…

Poniedziałek I tygodnia Okresu Zwykłego

Poniedziałek, 10 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 1, 1-6
Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat.
Ten Syn, który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach. On o tyle stał się wyższym od aniołów, o ile odziedziczył wyższe od nich imię.
Do którego bowiem z aniołów powiedział kiedykolwiek: „Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził”? I znowu: „Ja będę Mu Ojcem, a On będzie Mi Synem”. Skoro zaś znowu wprowadzi Pierworodnego na świat, powie: „Niech Mu oddają pokłon wszyscy aniołowie Boży”.
EWANGELIA Mk 1, 14-20
Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.
Przechodząc brzegiem Jeziora Galilejskiego ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do niech: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc nieco dalej ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim.

Zdumiewa mnie lapidarność Markowego opisu powołania rybaków. Jakby za szybko, za radykalnie. Bo przecież…

Chciałoby się krzyknąć do Szymona i towarzyszy – zastanówcie się chwilę, rozważcie za i przeciw. Pomyślcie, czy dacie rade, co na to wasze żony, rodzice, jak zareaguje otoczenie? A z czego będziecie żyli? Ale czy aby na pewno chce wam się włóczyć za bliżej nieokreślonym mirażem? A co to jest owo Królestwo niebieskie? Czy tam dadzą na chleb? Ale, jeśli już, to pewnie można się nawracać nie odchodząc z pracy – co złego jest przecież w łowieniu ryb, że zostawiacie to zajęcie? Być może Jemu wcale nie chodzi o literalne traktowanie Jego słów, wszak „iść za Nim” można przecież  duchowo.

Dzisiaj pojawiłoby się (i pojawia) wiele takich czy tym podobnych argumentów.

Znaleźliby się tacy (i znajdują), którzy zaraz zarzuciliby rybakom nieludzką pychę, gdyż nie wystarcza im rzeczywistość, i śnią o gruszkach na wierzbie. Chcą być rybakami ludzi, bo uważają się za lepszych od innych. Nic, że broniliby się stwierdzeniem – to On nas wezwał. Sprawny psycholog (dziennikarz, polityk, ba nawet duchowny) uzasadnił by szybko, że o Nim nie możemy powiedzieć nic pewnego, a o ludzkich zachowaniach to już jak najbardziej, i oskarżyłby rybaków o psychozę maniakalną i podział środowisk rybackich na zwykłych i tych od ludzi.

Panu Jezusowi również moglibyśmy to i owo zarzucić. Że nie wie kogo wybiera. Że mógłby poszukać w nieco bardziej wykształconych kręgach. Że niszczy więź rodzinna odrywając (być może) jedynych żywicieli rodziny od utrzymania podstawowej komórki. Że wzywa do niepotrzebnego radykalizmu wywołując u swych słuchaczy dyskomfort. Że nie szanuje praw rodziców do dzieci – dlaczego stary Zebedeusz ma sam łowić ryby? I w ogóle jątrzy i burzy porządek społeczny.

Jak to fajnie, że Pan Bóg się tymi tekstami nic a nic nie przejmuje…

W przeciwieństwie (niestety) do nas.

Niedziela Chrztu Pańskiego

Niedziela, 9 I 2011 r.

I CZYTANIE Iz 42, 1-4. 6-7
To mówi Pan: „Oto mój Sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął; On przyniesie narodom Prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku. On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności”.
II CZYTANIE Dz 10, 34-38
Gdy Piotr przybył do Cezarei, do domu Korneliusza, przemówił: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim”.
EWANGELIA Mt 3, 13-17
Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” Jezus mu odpowiedział: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”.

Bóg zawsze łamie schematy. Można tysiącami lat oczekiwać na Niego, a i tak zaskoczy. Można być surowym prorokiem jak Jan, a i tak zadziwić się pokorą Mesjasza, stojącego w kolejce kłamców, zdrajców, cudzołożników, aby obmyć się z nimi w wodach Jordanu. No, po prostu nie godzi się, Panie Jezu. To jakoś nie tak miało być. Przynajmniej, żeby (jak w ikonografii) jacyś aniołowie z szatami, choćby trzech. Ale tak na pusto? Głos Boży i Gołębica tez jakoś tak skromnie, tylko Jan słyszy i widzi ten znak. I to ma być przyjście Pana? Eeech…

Jak już sobie urobimy Boga na własne kopyto, to wołami nas nie odciągną od tego zlepku ludzkich oczekiwań.

On jest na szczęście żywy i za bardzo nie przejmuje się tymi pseudo pobożnymi pomysłami swoich wyznawców.

Jan Chrzciciel po krótkim wahaniu uznaje potęgę solidarności Boga z grzesznikami. „Wtedy Mu ustąpił”. Nie tylko fizycznie, nad brzegami rzeki Jordan. Ustąpił Mu całym sobą. Ustąpił ze swych oczekiwań, choć będą jeszcze dawały o sobie znać. Ustąpił Mu miejsca, aby „On wzrastał”.

Nie tak łatwo zrobić miejsce przychodzącemu Bogu. Nie tak łatwo zrezygnować z siebie. Ze swoich, choćby najszczytniejszych pomysłów, czy usprawnień otaczającego nas świata. Nie tak łatwo zejść ze ścieżki obrony siebie samego przed innymi, przed Bogiem, przed każdym, kto jawi się jako agresor. Nie każdy z nas jest tak uczciwy i wyczulony na to, co sprawiedliwe jak Jan – choć nad każdym w pewien sposób otwiera się niebo i na każdego zstępuje Duch. Jeno popatrzeć w tym kierunku nam się nie chce.

Bóg przychodzi, by czynić nam dobro. Przychodzi, w szeregu grzeszników, by nie złamać trzciny pękniętej i nie zagasić tlejącego się knotka. By ogłosić – w sobie tylko znany sposób – sprawiedliwość.

Ustąpmy Mu.

Sobota – dzień powszedni Okresu Narodzenia Pańskiego

Sobota, 8 I 2011 r.

I CZYTANIE 1 J 4, 7-10
Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością.
W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.
EWANGELIA Mk 6, 34-44
Gdy Jezus ujrzał wielki tłum, ogarnęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.
A gdy pora była już późna, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: „Miejsce jest puste, a pora już późna. Odpraw ich. Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia”. Lecz On im odpowiedział: „Wy dajcie im jeść”. Rzekli Mu: „Mamy pójść i za dwieście denarów kupić chleba, żeby im dać jeść?” On ich spytał: „Ile macie chlebów? Idźcie, zobaczcie!”
Gdy się upewnili, rzekli: „Pięć i dwie ryby”. Wtedy polecił im wszystkim usiąść gromadami na zielonej trawie. I rozłożyli się gromada przy gromadzie, po stu i po pięćdziesięciu.
A wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo, połamał chleby i dawał uczniom, by kładli przed nimi. Także dwie ryby rozdzielił między wszystkich. Jedli wszyscy do sytości i zebrali jeszcze dwanaście pełnych koszów ułomków i ostatki z ryb. A tych, którzy jedli chleby, było pięć tysięcy mężczyzn.

Ogarnęła Go litość. Byli bowiem jak owce bez pasterza. Nic nie rozumiące, zapatrzone w słodką trawę przed nosem – lub jej brak. Może często głupie. Nie tyle owieczki, co cielątka. Wodzone przez pożądliwości i głody. A przecież mają być przyjaciółmi, współpracownikami, dziećmi ukochanymi. Więc zapragnął je paść. Słowem. Ale nie docierało do nich co Ono, znaczy. Jego moc odbijała się od głodnych oczu, od oczekiwań na cielęco-ludzką miarę, od zewnętrzności, żalów, pretensji, bogactwa niewiary.

Stał się więc chlebem. I to nie jakimś z zewnątrz. Wykorzystał te resztki jakie mieli.

Nie trzeba w chleb wierzyć. Trzeba go chcieć, trzeba być głodnym.

Nie po raz pierwszy Bóg przychodzi do człowieka na ludzkich warunkach. Nie trzeba tu nie wiadomo czego. Chcieć.

Jest w tym jakaś wielka pokora Stwórcy. Jest ogrom miłości, wobec którego nie można udawać, czy grać kogoś kim się nie jest. Ta miłość, nawet jeśli się jej nie czuje – obezwładnia. Nieprawdopodobne, do czego może posunąć się Bóg w tym szaleństwie.

Okruchy Jego chleba jesz na co dzień. Często jak cielątko, czy zapatrzona w siebie owieczka. Jeszcze nie ta zagubiona, raczej ta, która dość pieczołowicie pilnuje swego miejsca w stadku. Ale jeśli przyjrzysz się temu, co masz pod nosem, to dostrzeżesz ślady Pokarmu. Gdy rozmnaża dobro. Gdy na dnie smutku i goryczy mignie Jego ślad. Gdy nocą zawołasz w rozpaczy a On odpowie – tak niespodziewanie.

W tym przejawia się miłość…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑