Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 62 of 134

OKTAWA NARODZENIA PAŃSKIEGO

Święto Św. Jana, Apostoła i Ewangelisty

Wtorek, 27 XII 2011 r.

I CZYTANIE 1 J 1, 1-4
To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione, oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i słyszeli, abyście i wy mieli łączność z nami. A mieć z nami łączność znaczy: mieć ją z Ojcem i z Jego Synem Jezusem Chrystusem. Piszemy to w tym celu, aby nasza radość była pełna.
EWANGELIA J 20, 2-8
Pierwszego dnia po szabacie Maria Magdalena pobiegła i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”.
Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka.
Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.

Jan. Tak idealny, że wydaje się, iż nie ma w nim zbyt wielu ludzkich (tj. słabych, lub grzesznych) cech. Inteligentny, obejmujący rozumem tajemnice Boga i świata, a do tego wrażliwy (może nawet „nad”) o głębokim sercu, które potrafił zgrać z Sercem Mistrza. Młody, dziewiczy, bezkompromisowy w nazywaniu grzechu i łaski. Widzący więcej i głębiej aniżeli inni. Gorliwy i niemalże fanatyczny w swym oddaniu, czego dowodem może być słynna scena prośby o spalenie wioski, która nie chciała przyjąć Jezusa i Jego uczniów.

Jakże inny jest od Piotra, który – choć też oddany Mistrzowi – to jednak jest tak wyraźnie słaby, upadający, poddany własnej popędliwości, z temperamentem którego nie sposób nie zauważyć. Aż się zastanawiam, o czym ci dwaj mogli mówić, siedząc wieczorami przy ognisku… Pewnie o Rabbim, bo inne tematy z czasem wyparowały. Chyba, że Jan z pobłażliwym uśmiechem, na użytek podtrzymania dialogu, przypominał sobie zajęcia z wczesnej młodości i rozważał skomplikowaną tematykę rybołówstwa na jeziorze. Choć pewnie i ten temat konkludowali wspomnieniem pewnego obfitego połowu z nieznajomym wtedy jeszcze Cieślą na pokładzie Szymonowej łodzi.

O czym można myśleć, gdy w kolejnym dniu Oktawy bożonarodzeniowej, Kościół przyzywa św. Jana? O miłości tak idealnej, że wydaje się niemożliwa? O mistyce umysłu i serca? O walce z grzechem, w której nie ma półśrodków? O wizjach z wyspy Patmos, groźnych i budzących zarazem nadzieję?

O czym ze mną porozmawiasz, Janie? Co powiesz na temat mojego życia? Czy odwrócisz głowę i przesiądziesz się gdzie indziej, przyzywając w duszy ognia z nieba? Co takiego zobaczyłeś i usłyszałeś u Pana, co teraz mogłoby być pociechą, siłą i wezwaniem, dla grzesznych i słabych?

Mówisz, że miłość… Że to jej dotknąłeś i słyszałeś jak bije jej serce.

Wierzę ci.

Ale nie pojmuję.

OKTAWA NARODZENIA PAŃSKIEGO

Święto Św. Szczepana, pierwszego Męczennika

Poniedziałek, 26 XII 2011 r.

I CZYTANIE Dz 6, 8-10; 7, 54-60
Szczepan, pełen łaski i mocy, działał cuda i znaki wielkie wśród ludu. Niektórzy zaś z synagogi, zwanej synagogą Libertynów i Cyrenejczyków, i Aleksandryjczyków, i tych, którzy pochodzili z Cylicji i z Azji, wystąpili do rozprawy ze Szczepanem. Nie mogli jednak sprostać mądrości i Duchowi, z którego natchnienia przemawiał.
Gdy usłyszeli to, co mówił, zawrzały gniewem ich serca i zgrzytali zębami na niego. A on pełen Ducha Świętego patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: „Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga”. A oni podnieśli wielki krzyk, zatkali sobie uszy i rzucili się na niego wszyscy razem. Wyrzucili go poza miasto i kamienowali, a świadkowie złożyli swe szaty u stóp młodzieńca, zwanego Szawłem. Tak kamienowali Szczepana, który modlił się: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego!” A gdy osunął się na kolana, zawołał głośno: „Panie, nie poczytaj im tego grzechu”. Po tych słowach skonał.
EWANGELIA Mt 10, 17-22
Jezus powiedział do swoich Apostołów: „Miejcie się na baczności przed ludźmi. Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić. Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”.

Dzisiejsze święto to bolesny zgrzyt pośród słodyczy Bożego Narodzenia. Ale to właśnie ów, pozornie niepasujący do ogólnej melodii, akcent, nadaje realizmu Wcieleniu Słowa. Liturgia, w ten sposób, sprowadza na ziemię każdego, kto dałby się uśpić pastorałkom i sielskim wyobrażeniom szopki i żłóbka. Tam sianko, pieluszki i wołek z osiołkiem, tu krew męczeńska, ostre kamienie i nienawiść zaślepiająca serca. Ale i tam i tu – ta sama Prawda, trudna, ale i prosta zarazem.

Uroczystość Narodzenia Pańskiego

Niedziela, 25 XII 2011 r.

EWANGELIA  Łk 2, 8-14
W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoim stadem. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli.
Lecz anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”.
I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których ma upodobanie”.

Pasterz popatrzył na niebo.

Mrok sięgał wszędzie. Ogarniał skały, nieliczne pastwiska, zbite w ciasną gromadę owce, zmęczonych trudnym życiem towarzyszy. Jedynie dalekie zabudowania Betlejem dawały o sobie znać połyskującymi światełkami, liczniejszymi niż zwykle.

– Ludzie… – pomyślał pasterz z niechęcią.

W jego świecie nie było miejsca na ludzkie radości, zabawy, układy. Nie miał złudzeń, co do swych bliźnich. Wiedział co o nim myślą. Słyszał kiedyś niewybredne opinie, jakie o pasterzach wygłaszali mieszkańcy dolin – pasterze mieli być, według tych plotek, pijakami, rozpustnikami, złodziejami, ludźmi, gotowymi za pieniądze zrobić wszystko, mieli prowadzić się niemoralnie, a nawet obcować ze zwierzętami. Nie mieli nic wspólnego z dobrotliwymi wieśniakami, sielskimi pastuszkami, ani – tym bardziej – z pobożnymi faryzeuszami, co to troskliwe dbali, by nie otrzeć się o kogokolwiek nie znającego Pism. Za taką pobożność, to ja dziękuję – myślał pasterz i omijał szerokim łukiem synagogi. Zresztą i tak rzadko kiedy miał czas, aby w szabat zawitać do miasteczek. Po co? Rodziny nie miał, a widok domów, z których wprost biło ciepłem i dostojną, świąteczną radością sprawiał jakiś ból w okolicach pasterskiego serca. Za to świątynię nawiedzał, jak każdy dorosły Żyd, raz do roku. Tam czuł się bezpiecznie – samotny i anonimowy. Ofiar nie składał, tylko stawał na dziedzińcu mężczyzn, wznosił ręce ku Przybytkowi i tak trwał, kiwając się w bezgłośnej modlitwie. Wierzył, że Stwórca wówczas na chwile przerywa Ważne Zajęcia i kątem oka dostrzega jego potężną postać o sękatych, podniesionych w górę dłoniach. Zapewne to spojrzenie Pana trwało tylko chwilę (bo czemuż miałby Wszechmocny poświęcać więcej uwagi komuś takiemu jak on), ale wystarczało na cały rok chodzenia po górach i strzeżenia cudzych stad. Chociaż… Czy naprawdę wystarczało?… Ten smutek, ten ból…

Na wschodzie pojawiła się łuna. Pasterz zmrużył oczy, przyzwyczajone do przenikania ciemności i wypatrywania zagrożeń dla stada. Nie kojarzył tego typu blasku, a znał się na niebie i umiał określić położenie przeróżnych gwiazd, choć ich imiona były dla niego zagadką.

Światło przybierało na sile.

Pasterz przysłonił ręką czoło.

Wraz z rozprzestrzenianiem się blasku pasterza ogarniało jakieś nieznane uczucie. Coś, jakby tęsknota, najpierw bolesna, uwierająca wiecznym niespełnieniem i poszukiwaniem nieodnalezionego, potem pełna niedowierzania, a wreszcie eksplodująca dziwną radością, inną od codziennych radości. Dało się w niej wyczuć nadzieje i pragnienia wykraczające poza jedno życie, tak jakby z głębi epok, z czasów zamierzchłych królów, ze zwojów prastarych proroków, z oczekiwań tysięcy synów i córek narodu zwącego się dumnie wybranym przez Boga, z bólu i rozpaczy zniewalanych przez silniejszych od siebie – z przeszłości dobiegało błaganie o spełnienie się pradawnych zapowiedzi. I, co najbardziej zaskoczyło pasterza, w tym potężnym chórze, odnalazł swój głos, szept może raczej, spokojny i pokorny, ale pełen skamieniałego cierpienia i pozornego pogodzenia się z codziennością.

Popatrzył na swych towarzyszy. Wydawało się, że i oni coś czują, bo pomału wstawali ze swych miejsc spoglądając nieufnie dookoła siebie.

Blask narastał, wdzierając się nie tylko w ich źrenice, ale także serca i umysły. Wiedzieli, że dzieje się coś niebywałego i nie jest to żaden omam, czy skutek działania wina, pętającego często ludzkie myśli.

Pasterz zamknął oczy. Miał nieodparte wrażenie, że nie wolno mu tak po prostu patrzeć na niebo. Wydawało mu się, że jego ludzkie spojrzenie jedynie zaciemnia obraz rzeczywistości, a dopiero przymknięcie powiek nadaje skałom, wzgórzom, owcom, współtowarzyszom i dalekim zabudowaniom Betlejem kształty, zapachy i kolory.

Wtedy usłyszał.

Pieśń odwiecznej tęsknoty splotła się z innym hymnem, jaśniejszym i czystszym od poprzedniego. Był to śpiew zachwytu i zauroczenia. Radość, która z niego biła, była utkana z tysięcy głosów, różnych od siebie, a przecież podobnie pełnych, obfitych. Śpiewały o dobrych pastwiskach, na które Pan prowadzi ludzi dobrej woli, o pastwiskach obfitujących zieloną trawą, o pastwiskach, poprzez które płyną strumienie żywej, wartkiej wody, o pastwiskach bezpiecznych, bo pilnowanych przez troskliwe oko Pana wszechrzeczy; Tego, który jest wielki i wspaniały; którego chwała jest niezmierzona; który jest żywą miłością; który z uśmiechem patrzy na synów ludzkich! Pieśń wysławiała prawdomówność Pana, który spełnia Swe obietnice – i to już, teraz, zaraz! Na oczach pasterzy! Więc niech nie stoją przerażeni – śpiewały głosy – niech nie patrzą nieufnie dookoła, niech uwierzą, wyjątkowo, swoim zmysłom, tak bardzo przecież wyczulonym na niebezpieczeństwa (a przecież nic złego się nie dzieje im i ich stadom), niech przyjmą do swych serc i trzewi tę prawdę – dziś przyszedł Mesjasz! A oni będą tego przyjścia świadkami!

Pasterz usiadł i złapał się za głowę.

Przeraził się tego, co doświadcza i co tak mocno wkracza w jego zwykłą, prostą codzienność.

Niemalże czuł wiatr będący dziełem tysięcy anielskich skrzydeł (wiedział, że owe głosy mogą dochodzić tylko z anielskich ust, bo kimże innym posługuje się Wszechmocny, aby oznajmić wielkie sprawy, a przecież świadkiem takich właśnie się – mimo woli – stawał) żywo machających na chwałę Pana Zastępów.

Nie wątpił, że to dzieje się naprawdę. Ani przez chwilę nie przestał ufać swoim zmysłom. Wierzył w przyjście Mesjasza i nie zdziwiło go to, że takie wydarzeni właśnie następuje. Kiedyś przecież musi On przyjść. Wierzył w wszechmoc Boga i istnienie Jego anielskich posłańców. Tylko jedno mu nie pasowało w tym całym obrazie – on sam. Czuł, że do tego nie pasuje. Czuł, z każdą chwilą coraz mocniej, że powinien zniknąć, zapaść się pod ziemie, że jest niegodny słuchania cudownych głosów, że jego życie kompletnie nie pasuje do tej pieśni, która przedzierała się przez jego myśli. Czuł, że coś go dławi, niby wewnętrzny szloch, czy krzyk lęku. Jakby coś próbowało się z niego wydostać, ale nie potrafiło – słowo, uczucie, czy może jęk.

Ktoś trącił go w bok. Otworzył oczy.

– Idziesz. Do Betlejem.

To nie było pytanie, raczej stwierdzenie oczywistego faktu.

Wstał i lekko kołysząc się na boki z ogromu przeżywanego wzruszenia, którego nawet nie umiałby nazwać i wyrazić, ze łzami płynącymi po spękanych policzkach, przeczuwając w niewytłumaczalny sposób, że jest jednym z głównych (jeśli nie głównym) aktorów wielkiego widowiska, całkiem, jakby bez niego nie mogłoby się ono odbyć – poszedł w stronę miasta Dawidowego, nad którym jaśniała potężna łuna.

Głosy nadal śpiewały.

Wspomnienie św. Ambrożego, biskupa i doktora Kościoła

Środa, 7 XII 2011 r.

I CZYTANIE Iz 40, 25-31
„Z kimże byście mogli Mnie porównać, tak, żeby Mi dorównał?” – mówi Święty. Podnieście oczy w górę i patrzcie: Kto stworzył te gwiazdy? Ten, który w szykach prowadzi ich wojsko, wszystkie je woła po imieniu. Spod takiej potęgi i olbrzymiej siły nikt się nie uchyli.
Czemu mówisz, Jakubie, i ty, Izraelu, powtarzasz: „Zakryta jest moja droga przed Panem i prawo me przed Bogiem przeoczone?” Czy nie wiesz tego? Czyś nie słyszał? Pan to Bóg wieczny, Stwórca krańców ziemi. On się nie męczy ani nie nuży, Jego mądrość jest niezgłębiona. On dodaje mocy zmęczonemu i pomnaża siły omdlałego.
Chłopcy się męczą i nużą, chwieją się słabnąc młodzieńcy; lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły; biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą.
EWANGELIA Mt 11, 28-30
Jezus przemówił tymi słowami: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”.

Bóg się mną nie nuży.

Nie da się ukryć, że to pokrzepiające odkrycie. Zwłaszcza, gdy mam wrażenie, że sam jestem sobą zmęczony – tymi samymi grzechami, czy słabościami, od lat nadającymi na identycznych falach. A do tego jeszcze zniechęca mnie do siebie samego jakiś rodzaj mroku okrywający to, co przede mną. Próbuję przebić się przez tę ciemność, ale wydaje się, że jeszcze bardziej wówczas nie wiem, co mam robić, gdzie podążać. Wreszcie, po kilku próbach rozproszenia tego zamętu, mam dość. Nie chce mi się walczyć, przebijać, próbować, starać się. Jest pusto? To niech będzie. Jest głucho? Trudno. Nie wiem kim jestem i dokąd dążę? Bywa. Mam siebie dość? Nic nowego i nie zanosi się na zmianę.

„Przyjdź do Mnie”!

Reaguję niedowierzaniem na te słowa, szukając w nich haczyka. Bo to nie może być takie darmowe, bezinteresowne, na wyciągnięcie ręki. Bo przecież zaraz On zaproponuje dziwną zamianę – da mi swoje jarzmo, a na top raczej nie mam ochoty, spodziewając się nie wiadomo czego. Przy takich wezwaniach pojawia się przeświadczenie, że są one tylko dla nadzwyczajnych siłaczy wiary, z chęcią porywających się na duchowe Himalaje, podczas gdy ja z niedowierzaniem patrzę na Giewont. Przecież, skoro za prostym zaproszeniem kryje się zaraz jakiś boży „geszeft”, jakaś „zamiana jarzm”, to ja na pewno, na sto procent, ja się do tego nie nadaję.

I jeszcze jarzmo ma być słodkie!

Kosmos!

W mrokach Adwentu, Przychodzący stara się przygotować sobie miejsce w moim sercu. Odpowiadam brakiem zaufania i rezerwą. Zasłaniam się zmęczeniem. Ale pod tym, gdzieś tam we mnie, płonie światełko, jakiś płomyczek (wątły, przyznaję) nadziei – że On te wszystkie moje „ale” przezwycięży.

Kilkaset lat temu, pewien młody retor, który z czasem został jednym z większych świętych Kościoła, plątał się w podobnych wątpliwościach, może nawet większych i bardziej szlachetnych. Aż dał się poprowadzić słowom biskupa Mediolanu, człowieka wielkiej gorliwości, który skłaniał cesarzy do ukorzenia się przed prawdą Bożą.

Chciałoby się umieć rozpoznać swojego św. Ambrożego, takiego na własną miarę, ale z równą gorliwością…

Wspomnienie św. Mikołaja, biskupa

Wtorek, 6 XII 2011 r.

I CZYTANIE Iz 40, 1-11
Pocieszcie, pocieszcie mj lud! mówi wasz Bóg. Przemawiajcie do serca Jeruzalem i wołajcie do niego, że czas jego służby się skończył, że nieprawość jego odpokutowana, bo odebrało z ręki Pana karę w dwójnasób za wszystkie swe grzechy”. Głos się rozlega: „Przygotujcie na pustyni drogę dla Pana, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu! Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką.
Wtedy się chwała Pana objawi, zobaczy ją wszelkie ciało, bo powiedziały to usta Pana”. Głos się odzywa: „Wołaj!” – I rzekłem: „Co mam wołać?” – „Wszelkie ciało

to jakby trawa, a cały wdzięk jego jest niby kwiat polny. Trawa usycha, więdnie kwiat, gdy na nie wiatr Pana powieje. Prawdziwie trawą jest naród. Trawa usycha, więdnie kwiat, lecz słowo Boga naszego trwa na wieki”.
Wstąpże na wysoką górę, zwiastunko dobrej nowiny w Syjonie! Podnieś mocno twój głos, zwiastunko dobrej nowiny w Jeruzalem! Podnieś głos, nie bój się! Powiedz miastom judzkim: „Oto wasz Bóg!” Oto Pan, Bóg, przychodzi z mocą i ramię Jego dzierży władzę. Oto Jego nagroda z Nim idzie i przed Nim Jego zapłata. Podobnie pasterz pasie swą trzodę, gromadzi ją swoim ramieniem, jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie.
EWANGELIA Mt 18, 12-14
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? A jeśli mu się u

da ją odnaleźć, zaprawdę powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych”.

Usycham. Więdnę. Czy to znaczy, że owiewa mnie „wiatr Pana”? Czy też to wynik moich zaniedbań? Sam nie wiem czy już zabłąkałem się gdzieś w krzakach (zapewne tych samych, w których skrył się praojciec Adam po tym, jak zdradził Boga, swą żonę i siebie) czy też jeszcze z gębą pełną samozadowolenia pasę się na górach. Wiem, że jest coś głęboko nie tak, jak być powinno. Nie. Nie „jak być powinno”, lecz jak chcę, aby było. Bo nie chcę uschnąć, by mnie wycięto i w ogień rzucono. Tylko to jakoś tak „samo” wychodzi.

A Bóg woła „pocieszcie mój lud”. Do kogo to wezwanie? Do jakiejś szczególnej kategorii ludzi? Ktoś powie, że do proroków. Ale przecież od momentu chrztu każdy, kto ten sakrament przyjął jest prorokiem. Więc? Że niby to ja mam pocieszyć kogoś drugiego? Ja przecież schnę i tylko tym jestem zajęty… Sobą… A „pocieszyć” to znaczy: dostrzec, chcieć zrozumieć, zatrzymać się przy kimś. A ja przecież chcę, aby to przy mnie się ktoś zatrzymał, mnie zauważył, itp… Ja potrzebuję świętego Mikołaja, co by kilka prezencików odpalił i tylko poudawał, że czegoś wymaga, a tu wygląda na to, że Pan Bóg wolałby, bym miast brodatego dostawcy upominków był raczej pasterzem szukającym zagubionej owcy. Bym pocieszył.

Pasterz, pocieszyciel, prorok – to przede wszystkim On, Wszechmogący, Ojciec, Syn, Duch. Ale to także każdy z nas, niezależnie, czy świecki, czy duchowny. Bo każdy z tych tytułów, czy funkcji, to zaproszenie, aby być „wobec” drugiego, by wyjść z siebie.

Trudne.

Ale inaczej się uschnie.

A jak się usycha to potrzeba wtedy ingerencji z zewnątrz. Zwłaszcza jakieś świętej ingerencji. Dzisiejszy patron to nie tylko „dostarczyciel prezentów”, warto pamiętać, że był czczony jako cudotwórca. O tym mówi ilustracja na górze, oraz piosenka, którą wykonuje Jacek Kowalski.

Legenda o świętym Mikołaju, biskupie – Jacek Kowalski


« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑