Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 97 of 134

Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes

Piątek, 11 II 2011 r.

I CZYTANIE Rdz 3, 1-8
Wąż był najbardziej przebiegły ze wszystkich zwierząt polnych, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: „Czy to prawda, że Bóg powiedział: «Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu»?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: «Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli»”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy, i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”.
Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią; a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski.Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu.
EWANGELIA Mk 7, 31-37
Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął Go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: „Effatha”, to znaczy: „Otwórz się”. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I pełni zdumienia mówili: „Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę”.

Czasami pozwól, aby Ktoś odprowadził cię od tłumu, pośród którego tracisz swój głos. Pozwól, aby przemówił do ciebie. Pozwól, aby była to rozmowa intymna, własna, osobista. Pozwól, aby cię dotknął delikatnie i z miłością. Pozwól, aby Jego słowa przeniknęły twe usta, uszy, serce. niech będą jak pocałunek. Pozwól sobie samemu uwierzyć w szept miłości, w westchnienie troski o ciebie, w spojrzenie, w którym kryje się współczucie.

Pozwól sobie usłyszeć: Effatha.

A wtedy otworzą Ci się oczy na Jego Obecność pełną troski o ciebie.

Jest paradoksem, że gdy (jak ulegasz pokusie) otwierają ci się oczy na grzech i zło, wówczas zamykasz usta i serce na słowa miłości i prawdy. Automatycznie zaczynasz widzieć opłakane skutki swoich grzechów, widzisz spustoszenie, ale też zaczyna ci się wydawać, że Bóg jest Kimś strasznym, przed Kim należy się chować. Zasłaniasz oczy przed miłosierdziem. Nie chcesz o Nim mówić, nie chcesz do Niego wracać. Jedyne, co jest jasne, to przyziemna satysfakcja płynąca z grzechu, „rozkosz dla oczu”, przedziwna „wiedza” o złu, w jakie wchodzisz. Dugi człowiek jawi ci się, jako ktoś, kogo warto wciągnąć w owo doświadczenie nieprawości. W ten sposób tworzy się tłum – ślepy i głuchy na więzi oparte na dawaniu siebie. Pośród zgiełku obijających się o siebie egoistów nie jesteś w stanie usłyszeć wołania Oblubieńca.

Więc pozwól, aby On sam (taki już jest, że zniża się do nas, ślepych szczeniąt) odprowadził Cię na bok, osobno…

Pozwól, aby uzdrowił. Przede wszystkim, aby otworzył usta, słuch i oczy zranionej duszy.

Wspomnienie św. Scholastyki, dziewicy

Czwartek, 10 II 2011 r.

I CZYTANIE Rdz 2, 18-25
Pan Bóg rzekł: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc”.Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta ziemne i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa”. I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny.
Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział:
„Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta”. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem. Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali nawzajem wstydu.
EWANGELIA Mk 7, 24-30
Jezus udał się w okolice Tyru i Sydonu. Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, lecz nie mógł pozostać w ukryciu. Wnet bowiem usłyszała o Nim kobieta, której córeczka była opętana przez ducha nieczystego. Przyszła, upadła Mu do nóg, a była to poganka, Syrofenicjanka rodem, i prosiła Go, żeby złego ducha wyrzucił z jej córki.Odrzekł jej: „Pozwól wpierw nasycić się dzieciom; bo niedobrze jest wziąć chleb dzieciom i rzucić psom”. Ona Mu odparła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci”. On jej rzekł: „Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę”. Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł.

W prapoczątkach nie odczuwaliśmy wstydu. Byliśmy wobec siebie jak otwarta księga, przejrzyści, jaśni, pełni zaufania. Nie było masek, ukrytych pragnień, ciemnych myśli.

Dzisiaj często, też nie odczuwamy wstydu. Możemy kłamać, udawać, zdradzać, oszukiwać. Niegdzie nie widać tego tak mocno, jak w przestrzeni publicznej, na salonach polityki i tzw. kultury. Tam wszystko jest dozwolone. Wszystko uchodzi, wystarczy tylko użyć kilku słów kluczy: PR, tolerancja, mniejszość, samorealizacja. Tam nie ma zdrady, kłamstwa, głupoty – będzie pragmatyzm, obrona interesów, mocne wyrażanie poglądów.

A wstyd? Odchodzi do lamusa wraz z pojęciami grzechu, winy, kary, pokory, czy prawdy. Zaczyna nam brakować zarówno poczucia wstydu, jak i otwartości. Żeby się wstydzić, musimy umieć uznawać własne błędy, własne winy. Aby to osiągnąć trzeba z kolei mieć w sobie punkt odniesienia, jakąś stałą wartość obiektywną, jakąś prawdę, która jest niezmienna i której nic nie jest w stanie podważyć i zniszczyć. Tu jest kolejny problem, bo nawet miłość, poddana wielorakim wątpliwościom, nie jest siłą napędową naszego życia. Wystarczy powiedzieć: „Nie umiem kochać” i sprawa załatwiona. Nie musze się męczyć, przekraczać, pracować nad tonami chorych oczekiwań wobec drugiego człowieka, przebaczać.

Jednak gdy wszystko zakwestionujemy, co nam pozostanie?

Kobieta z dzisiejszej Ewangelii, choć poganka, pozwala Chrystusowi, aby wydobył z niej to, co najlepsze. Mimo, że z początku przybiera maskę pobożnej żydówki ( w redakcji Mateusza i Łukasza woła przecież za Jezusem: „Synu Dawida”, choć nie wierzy w ów tytuł, niemal jak współczesne nam cyganki, czy Rumunki siadające pod kościołami w niedzielne przedpołudnia i mogące wyrecytować wszystkie litanie i pacierze, byle tylko osiągnąć swój cel) to widzimy jej miłość. Jasną, prostą i mocną. Jej pragnienie zdrowia dla córki jest tak silne, że pokonuje wszelki fałsz i udawanie. W dialogu, jaki prowadzi z Bogiem uderza prawda i autentyzm.

Tylko Jezus wydaje się być w tej Ewangelii jakiś nieczuły. Dzieci, psy, szczenięta – te porównania, jakoś nie łączą się nam z obrazem łagodnego Baranka. A może staje się On taki zawsze, gdy styka się z maską, z ludzkim bagnem, z udawaniem. Może ważniejsza niż dobre samopoczucie tej kobiety jest prawda o niej? Przecież, koniec końców, Pan nie pozostawia jej dziecka bez pomocy. My byśmy chcieli, aby wszystko się działo już, natychmiast. Ważniejsze jest jednak, by Ktoś otworzył nas na przylgnięcie do tego, co najprawdziwsze i najautentyczniejsze w nas samych, byśmy nie zakłamali do końca samych siebie.

Dziwne, że jeśli czegoś się wstydzimy, to tych najprostszych porywów i postaw. A to one przecież mówią coś o naszym autentyzmie.

Środa V tygodnia Okresu Zwykłego

Środa, 9 II 2011 r.

I CZYTANIE Rdz 2, 4b-9. 15-17
W dniu, w którym Pan Bóg stworzył ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła, bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby.Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła.Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał. A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz”.
EWANGELIA Mk 7, 14-23
Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie Mnie wszyscy i zrozumcie. Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”.
Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o to przysłowie. Odpowiedział im: „I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka i na zewnątrz się wydala”. Tak uznał wszystkie potrawy za czyste.
I mówił dalej: „Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.

Są tacy, co lubią szukać dookoła winnych własnych błędów. W zasadzie to każdy z nas czasami woli wejść w postawę obronną, oskarżając kogoś (lub coś, przeróżne zjawiska nieosobowe również wchodzą w grę) a nie widząc swoich zaniedbań. „Nie robię czegoś” – nie dlatego, że mi się nie chce, ale „mam za dużo zajęć”, „zbyt wiele się ode mnie wymaga”, „wszyscy mi przeszkadzają”, albo po prostu „mam zły humor”. „Nie wytrzymam z nim (nią)” – nie z powodu moich grzechów (chociaż czasami ktoś wspaniałomyślnie bąknie coś „winie, która leży po dwóch stronach”), ale: „bo on (ona) taki (taka) jest”, „bo jej (jego) rodzice to…”, „bo w pracy za dużo obowiązków”.

Współczesna psychologia także czasami może nam zamieszać. W pędzie do poprawy zaburzonej samoakceptacji niezbyt lotni terapeuci (a są i tacy) potrafią doprowadzić do samousprawiedliwienia wszystkiego w życiu człowieka. Podejrzewam, że katalog grzechów, jaki wymienia dzisiaj Pan Jezus również łatwo można uznać za niegroźne słabości, będące wynikiem wartościującego wpływu innych, opresyjnego wychowania, czy też ciasnego fundamentalistycznego myślenia. A przecież wiadomo współczesnym Jaśnie Oświeconym, że człowiek jest z natury dobry i wolno mu wszystko (chyba, że zagraża to żywotnym interesom uciskanych mniejszości). W dzisiejszym świecie granice moralne i zakazy już niczemu nie służą (przynajmniej oficjalnie), liczy się samorealizacja, pozbawiona elementarnej logiki i metafizyki.

Pan Jezus (a za Nim Kościół) z uporem maniaka powtarza, że w sercu człowieka także mieszka zło. Zagnieździło się ono od czasu, gdy Adam uznał, że Ojca nie trzeba traktować na serio i przyjemniej dać wiarę arcyciekawym newsom pewnego Węża. Zaraz potem (o czym będziemy czytać jutro) Ewa dała początek mechanizmowi szukania winnych zaistniałego zła – to nie ja, to on, ona, a przede wszystkim Ty.

Przyznanie się do grzechu, do przejawów starego człowieka w nas, jest wyzwalające. Niektórzy boją się myśląc, że ta droga doprowadzi ich jedynie do samopognębienia. To kolejna bzdura, autorstwa ojca kłamstw. Ojciec przecież, widząc i odrzucając grzech, miłuje grzesznika i pragnie jego wyzwolenia. Jego Syn nie przyszedł do zdrowych, lecz do chorych. Nie potępić, lecz by zbawić. Jednak przyjęcie uzdrowienia serca jest niemożliwe, gdy nie ma w człowieku uznania choroby. Gdy wszyscy dookoła (wraz z przysłowiową szkołą, do której zawsze było pod górkę) są winni moich błędów, tylko nie ja sam, wówczas nie trafi do mnie łaska zbawienia. Może do tych dookoła, ale ja pozostanę nadal z tymi samymi błędami, smutkiem i potrzebą obarczania otoczenia odpowiedzialnością za moje grzechy.  Oczywiście, często nosimy też skutki grzechów innych ludzi (jak i oni naszych), ale nie zwalnia nas to z przyjęcia prawdy o zepsuciu własnego wnętrza.

Więc, nie broń się, gdy ktoś pokazuje ci twój grzech. Moc nad tym ma jedynie Chrystus. Przyjdź do Niego, aby podprowadził cię do Ojca, do Jego miłości, na którą się wiecznie zamykasz, nie dowierzając takiemu darowi.

Wtorek V tygodnia Okresu Zwykłego

Wtorek, 8 II 2011 r.

I CZYTANIE Rdz 1, 20 – 2, 4a
Po stworzeniu światła Bóg rzekł: „Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba”. Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: „Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi”. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień piąty.
Potem Bóg rzekł: „Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, gady i płazy, i dzikie zwierzęta według ich rodzajów”. I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich gadów i płazów. I widział Bóg, że były dobre.
Wreszcie Bóg rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim gadem i płazem”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad każdym gadem i płazem”. I rzekł Bóg: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się rusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona”. I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień szósty. W ten sposób zostały ukończone niebo i ziemia oraz wszystkie zastępy stworzeń.
A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; w tym bowiem dniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał stwarzając.
Oto są dzieje początków po stworzeniu nieba i ziemi.
EWANGELIA Mk 7, 1-13
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieumytymi rękami. Faryzeusze bowiem i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?” Odpowiedział im: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was obłudnikach, jak jest napisane: «Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad, podanych przez ludzi». Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie”. I mówił do nich: „Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować. Mojżesz tak powiedział: «Czcij ojca swego i matkę swoją» oraz: «Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmiercią zginie». A wy mówicie: «Jeśli kto powie ojcu lub matce: Korban, to znaczy darem złożonym w ofierze jest to, co by ode mnie miało być wsparciem dla ciebie», to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca ni dla matki: I znosicie słowo Boże przez waszą tradycję, którąście sobie przekazali. Wiele też innych tym podobnych rzeczy czynicie”.

Żyjemy obwarowani milionem niemożności oraz własnych zwyczajów, opartych jedynie na swoistym sposobie myślenia. Osądy, poglądy, zdania, opinie – każdy dźwiga własny plecak po brzegi wypełniony takimi ocenami rzeczywistości, które (de facto) mocno ograniczają rozpoznawanie prawdy. Jednocześnie uważamy, że mamy stuprocentowe prawo „do własnego zdania”. A co z prawdą? Ja mam swoją, ty masz swoją, a on jeszcze inaczej uważa… Każdy przecież po swojemu widzi świat, ludzi, zdarzenia i Boga. A skoro tak, to już nie możemy wszystkiego zrobić, by osiągnąć, może i obiektywne dobro. Trzeba by wówczas złamać ileś własnych (i cudzych) intelektualnych ograniczeń. Więc się nie da. Stąd tak często dobrowolnie rezygnujemy z czegoś – bo się nie da.

„Znosicie słowo Boże przez własną tradycję…”

Rozwód? Przecież nie da się z nią (nim). Aborcja? Nie umiem żyć inaczej niż dotąd. Rozwiązłość? Każdy ma swoje potrzeby, z których nie sposób zrezygnować. Zdrada? Mężczyzna musi. Kobieta ma prawo. Lenistwo? Na siłę nic nie zrobię. Kariera po trupach? Jestem tego wart. Kłótnia? Jak przyznam rację stracę wartość.

A przecież, Ten, który stworzył nas jako Swoje ukochane dzieci, wyposażone (na Jego obraz) w rozum i wolną wolę, dał nam też światło w Swoim Słowie. Nie tylko „wpuścił” nas w życie ale włożył do rąk mapę drogi z zaznaczonymi ostrymi zakrętami i dziurami. Uporczywie próbujemy przekonywać się nawzajem, że owa mapa to tylko jedna z wielu propozycji tego, jak jechać. A do tego niedokładna.

„Znosicie słowo Boże”

Nie dowierzamy Jego drogowskazom. Nie dowierzamy miłości, sile modlitwy, przebaczenia. Nie wierzymy, że jest jedna prawda, bojąc się podporządkowania jej i temu, kto ją głosi. nie widzimy, że prawdą jest Ten, który za nas został zabity. Na miejsce tej prawdy kładziemy nasze półprawdy, ćwierćprawdy, g… prawdy. Im wierzymy bardziej.

Co z tego wyniknie?

Poniedziałek V tygodnia Okresu Zwykłego

Poniedziałek, 7 II 2011 r.

I CZYTANIE Rdz 1, 1-19
Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
Wtedy Bóg rzekł: „Niechaj się stanie światłość”. I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy.
A potem Bóg rzekł: „Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich”. Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem. I tak upłynął wieczór, a po nim poranek, dzień drugi.
A potem Bóg rzekł: „Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha”. A gdy tak się stało, Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem.
Bóg widząc, że były dobre, rzekł: „Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona”. I stało się tak. Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień trzeci.
A potem Bóg rzekł: „Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata, aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią”. I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień czwarty.
EWANGELIA Mk 6, 53-56
Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go poznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie, jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy do osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby choć frędzli u Jego płaszcza mogli się dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

Dzisiaj Pan Jezus pokazuje się jako Wielki Naprawiacz.

Przechodzi przez swój ogród, jakim jest ziemia i przywraca popsutej przez grzech naturze jej stan pierwotny. Oto znowu stworzenie staje się dobre. Może jeszcze nie do końca, może ciągle potrzeba jeszcze tego elementu, dzięki któremu wszystko ma swoją nazwę – człowieka. Dlatego tez Pan zaczyna od naprawy synów człowieczych, od odwrócenia porządku śmierci i rozkładu. A świat, stworzony słowem Przedwiecznego, jęczy i wzdycha, oczekując – jak napisze Paweł – objawienia się synów Bożych. Czyli – ludzi, którzy potrafią korzystać ze swej wolności. Czyli – tych, którzy biegną za dobrem i gotowi są choćby „frędzli u płaszcza” się dotknąć, byle je osiągnąć. Dla siebie i dla innych.

Pan Jezus (może po prostu Zbawiciel, lepiej to brzmi niż użyty na początku neologizm teologiczny) daje się dziś poznać w swoich dziełach.

Ciekawi mnie, kto w to dziś uwierzy. Kto dzisiaj zada sobie ten trud, aby przybiec, przynieść kogoś na noszach przed Niego, czy złapać się Jego płaszcza? Kto uwierzy w owo „dzisiaj”…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑