Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: styczeń 2011 (Page 4 of 7)

II Niedziela Zwykła

Niedziela, 16 I 2011 r.

I CZYTANIE Iz 49, 3. 5-6
Pan rzekł do mnie: „Tyś sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię”. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. I mówił: „To zbyt mało, iż jesteś mi sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela. Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”.
II CZYTANIE 1 Kor 1, 1-3
Paweł, z woli Bożej powołany na apostoła Jezusa Chrystusa, i Sostenes, brat, do Kościoła Bożego w Koryncie, do tych, którzy zostali uświęceni w Jezusie Chrystusie i powołani do świętości wespół ze wszystkimi, którzy na każdym miejscu wzywają imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa, ich i naszego Pana. Łaska wam i pokój od Boga Ojca naszego i od Pana Jezusa Chrystusa.
EWANGELIA J 1, 29-34
Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: «Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi”.Jan dał takie świadectwo: „Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: «Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym». Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”.

„Ja Go przedtem nie znałem” – woła Jan Chrzciciel. My też Go nie znamy. Z tym, że u nas nie ma żadnego przedtem. My Go nie znamy nie tylko „teraz” – i wczoraj było tak samo i dzisiaj tak będzie i jutro pewnie też. W każdym z tych „czasów” to zawołanie będzie aktualne – aż do śmierci.

Jan zaś rozpoznał Boga przychodzącego. I to był szok! To była rewolucja! Surowy prorok znad Jordanu nie sadził aby tym, który miał przyjść był sam Stwórca. Czekał na człowieka, a ujrzał Syna Człowieczego równego Ojcu. Czyż mógł ujrzeć w Bogu, miast niedostępnego Elohim, tak wielką miłość? Ostatni z proroków służył Panu, wpatrzony był w Pana, zwiastował nadejście Pańskie – ale to, co zobaczył przeszło prorockie oczekiwania.

Tak, Bóg lubi zaskakiwać. Nawet swoich wybrańców. Baranek ofiarny – Mesjasz – światłość dla pogan – Pan Zastępów. Połączenia zadziwiające, ale jakże wiele mówiące o tym, który pierwszy nas umiłował.

Zadziwił się Jan nad Jordanem, więc i my umiejmy zadziwić się Bogiem. Nie znamy Go – to prawda. Jak już komuś zacznie się coś wydawać, na temat Bożego działania, jak już ktoś obmyśli sobie, że wie wszystko o Bogu – zaraz jakiś odprysk Łaski sprowadzi go do parteru. Więc, zamiast rozpaczać nad Nieuchwytnym, może trzeba się Nim po dziecięcemu (to nie znaczy infantylnie) zadziwić. Oto nadchodzi Jezus – codziennie, w modlitwie, w lekturze Słowa, w Eucharystii wreszcie – aby stać się dla nas Barankiem, Wybawcą, Bratem, Panem, jakbyśmy Go nie nazywali. Dotykając tej tajemnicy można zawołać – „Ja Go przedtem nie znałem” takim, jakim widzę go teraz. A już za chwile pewnie na nowo można będzie się zadziwić, i jeszcze raz, i jeszcze… Do kresu świata.

Aby jednak z owego zadziwienia przejść w uwielbienie potrzeba nieco z Ducha o którym także mówił Chrzciciel. To On daje miłość i otwartość serca. On poszerza ludzkie spojrzenie.

Duch święty nie jest kimś nieznanym. To nie ciocia z Ameryki, odwiedzająca raz na jakiś czas ubogich krewnych. On jest nieustannie w sercu ochrzczonego człowieka. Nie męczy się, ani nie nuży – chciałoby się zawołać. Jest w Kościele, jest w tych, którzy – jak pisze dziś Paweł – są „uświęceni w Jezusie Chrystusie i powołani do świętości”. Jedyne co trzeba zrobić, to zaapelować do Jego ukrytej (przez nasz grzech) obecności w naszych sercach. Nie odmówi i otworzy oczy na zaskakującego Boga.

Sobota I tygodnia Okresu Zwykłego

Sobota, 15 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 4, 12-16
Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek.
Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trwajmy mocno w wyznawaniu wiary. Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu.
Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla uzyskania pomocy w stosownej chwili.
EWANGELIA Mk 2, 13-17
Jezus wyszedł znowu nad jezioro. Cały lud przychodził do Niego, a On go nauczał. A przechodząc ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On wstał i poszedł za Nim.
Gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Było bowiem wielu, którzy szli za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: „Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?”
Jezus usłyszał to i rzekł do nich: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.

No i masz babo placek!

Przecież z tym Panem Jezusem nie sposób wytrzymać. Wszytko nie tak. Wszystko inaczej. Jak to się Bóg może tak zachowywać! Miłosierdzie miłosierdziem, ale są pewne granice, jakieś konwenanse, przyzwoitość jest!

Jeśli nawet tak bardzo tego celnika chciał powołać (nie wiadomo jednak bliżej dlaczego, bo przecież nie ze względu na skłonność do kasy i matactw) to jakąś pokutę by mu zadał, jakieś publiczne przyznanie się do win, jakieś posty i samobiczowania – a tu nic. Ani słówka na te tematy. Jeno: „Pójdź za Mną”.Jakby to, że ten krętacz wstał i poszedł to już wszystko załatwiało! Rany Boskie! Panie Jezu! Zlituj się, bo pojęć Cię nie można.  A skoro przyzwoity człowiek ma z tym problem to co dopiero celnicy…

A, i jeszcze ta kolacja z gromadą bezbożników. I to „wielu” tam było, jak zaznaczył św. Marek. Z Nim, Bogiem, przy jednym stole. Chociaż jakiś podstolik można było załatwić…

Na dokładkę, obawiam się, że Rabbi nie posiedział tam jedynie kilka minut, tak dla świętego spokoju. On tam „jadł i pił”, i to pewnie niemało! I pewnie jeszcze smakowało! A przecież płakać by trzeba nad takim brakiem wyczucia, poszanowania tradycji, czy nawet – w najlepszym razie – tragicznej naiwności. Chyba On nie uważa, że to stadko niewierzących i grzesznych ludzi coś z tego wyciągnie dla siebie. Jedynie pewnie kupę jedzenia. A potem zakpią z Niego. Oni do lekarza nie chcą, choć pewnie by im się przydał. Już od dawna próbujemy im go załatwić, bo nam już tak nie bardzo potrzebny.

Eeech… Nie da się dojść z Tobą do ładu…

„Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie”…

Piątek I tygodnia Okresu Zwykłego

Piątek, 14 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 4, 1-5. 11
Gdy jeszcze trwa obietnica wejścia do Bożego odpoczynku, lękajmy się, aby ktoś z was nie mniemał, iż jest jej pozbawiony. Albowiem i myśmy otrzymali dobrą nowinę, jak i ci, którzy wyszli z Egiptu, lecz tamtym słowo usłyszane nie było pomocne, gdyż nie łączyli się przez wiarę z tymi, którzy je usłyszeli. Wchodzimy istotnie do odpoczynku my, którzy uwierzyliśmy, jak to powiedział: „Toteż przysiągłem w gniewie moim: nie wejdą do mego odpoczynku”, aczkolwiek dzieła były dokonane od stworzenia świata. Powiedział bowiem Bóg na pewnym miejscu o siódmym dniu w ten sposób: „I odpoczął Bóg w siódmym dniu po wszystkich dziełach”. I znowu na tym miejscu: „Nie wejdą do mego odpoczynku”.Spieszmy się więc wejść do owego odpoczynku, aby nikt nie szedł za tym samym przykładem nieposłuszeństwa.
EWANGELIA Mk 2, 1-12
Gdy Jezus po pewnym czasie wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę.
Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus widząc ich wiarę rzekł do paralityka: „Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy”.
A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w duszy: „Czemu tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, jeśli nie Bóg sam jeden?”
Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: „Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej powiedzieć do paralityka: «Odpuszczają ci się twoje grzechy», czy też powiedzieć: «Wstań, weź swoje łoże i chodź»? Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów” – rzekł do paralityka: „Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu”. On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: „Jeszcze nie widzieliśmy czegoś podobnego”.

Jakby ktoś miał wątpliwości co jest ważniejsze – uzdrowienie ciała, czy ducha, to dzisiaj Chrystus je zdecydowanie rozwiewa. Widząc sparaliżowanego diagnozuje stan jego wnętrza i udziela rozgrzeszenia. Oczywiście, możemy się już poczuć zgorszeni, gdyż jakoś św. Marek nie wspomina o wyznaniu win, ani tym bardziej innych warunkach sakramentu pojednania. Co więcej, spojrzenie Jezusa nie spoczęło nawet na chorym, a jedynie na tych, którzy przynieśli sparaliżowanego przed oblicze Mistrza. „Widząc ich wiarę” Jezus uwalnia duszę tego biedaka od ciężaru grzechu. Czyżby chodziło o potęgę modlitwy? Zwykle kaznodzieje o tym mówią, komentując powyższy fragment Ewangelii. Zastanawia jednak determinacja owych „czterech”. To plus ich wiara każą domyślać się miłości jaką otaczali sparaliżowanego. Rodzina? Przyjaciele? Trudno powiedzieć, na pewno bardzo kochali. To daje nadzieję tym z nas, którzy wytrwale „przynoszą” w modlitwie kogoś bliskiego, kto dostał się w paraliż grzechu, czy niewiary. Oczywiście, w całym  tym zajściu niezbędny był choćby ,minimalny akt woli chorego. Choć może nie jest jakoś specjalnie zaangażowany w proces swego zdrowienia, to jednak nie przeszkadza, nie protestuje.

A cała rzecz dzieje się w „domu”. Pośród jego mieszkańców. W warstwie historycznej na pewno chodzi o dom, w którym Jezus zatrzymywał się podczas swego pobytu w Kafarnaum, czyli dom Szymona Piotra. Ten zwykły budynek jakoś przedziwnie rozszerza swe ściany, aby jak najwięcej ludzi mogło usłyszeć orędzie Mesjasza. Ten dom, to miejsce gdzie głoszone jest Jezusowe słowo. To miejsce uzdrowienia spętanych grzechem i słabością. To miejsce przebaczenia. To miejsce, w którym najważniejszy jest Pan. Jednak nie jest ono wolne od ludzi szemrających, słabych, zapatrzonych w swoje schematy, przywiązanych do siebie bardziej niż do woli Boga żywego. Nie da się ukryć, że to dość realistyczna charakterystyka Kościoła.

Spełnia się – i tam i dzisiaj – słowo św. Pawła o bożej obietnicy, której nikt nie jest pozbawiony. Orędzie Jezusa dociera do tak wielu ludzi, aż wydaje się że w „domu” miejsca zabraknie. Nawet człowiek sparaliżowany grzechami nie jest pozbawiony obietnicy wyzwolenia w Chrystusie. Poza nawiasem ustawią się jedynie ci, którzy w nieposłuszeństwie nie uwierzyli Jego słowom.

Ufasz Mu, że i dla ciebie jest obietnica? Wierzysz Mu, że może i Ciebie uwolnić z wewnętrznego spętania? A może chciałbyś być jednym z „czterech”?

Uwierz.

Czwartek I tygodnia Okresu Zwykłego

Czwartek, 13 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 3, 7-14
Postępujcie, jak mówi Duch Święty: „Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak w buncie, jak w dzień kuszenia na pustyni, gdzie kusili Mnie ojcowie wasi przez wystawianie na próbę, chociaż widzieli dzieła moje przez czterdzieści lat. Gniewałem się przeto na to pokolenie i powiedziałem: «Zawsze błądzą w sercu, oni zaś nie poznali dróg moich»; toteż przysiągłem w gniewie moim: «Nie wejdą do mego odpoczynku»”.
Uważajcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co „dziś” się zwie, aby żaden z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem uczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną.
EWANGELIA Mk 1, 40-45
Trędowaty przyszedł do Jezusa i upadając na kolana, prosił Go: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony”. Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony.
Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: „Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich”.
Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.

Trędowaty – żywy trup. I obok niego Bóg, choć niedostrzegalny gnijącymi oczyma. A pomiędzy moc wiary. Jeśli chcesz – woła rozkładający się człowiek.

Intryguje mnie (nie tylko w tym wypadku) spojrzenie Jezusa. Co miał w oczach w momencie gdy mówił „Chcę byś był oczyszczony”, jak byśmy wiernie przetłumaczyli to zdanie. Czemu tak mnie to zastanawia? Bo przemawia do mnie opinia biblisty, O. Langkammera, który przypomniał, że w niektórych kopiach tego fragmentu reakcja Chrystusa charakteryzuje wyraz „rozgniewawszy się” a nie „zmiłowawszy się”. Tę ostatnią wersję przyjęła Biblia Tysiąclecia, a za nią tłumaczenie liturgiczne, z którego korzystamy. Czyżby więc Jezus się rozgniewał? Może i coś w tym jest, skoro już za chwilę, nawet nasza wersja przypomina o surowym tonie Pana, a dosłowniejsza o zgromieniu nowo uzdrowionego. Czy w spojrzeniu Jezusa może być i litość i gniew?

A gdyby trąd był owocem tego z czym walczy Mesjasz, a na co tak mocno kładzie akcent św. Marek? Wszak w drugiej Ewangelii Jezus od namaszczenia Duchem św. podczas chrztu w Jordanie idzie niszcząc dzieła diabła i przywracając stworzeniu jego pierwotną wartość. Uzdrawia, naprawiając skażona naturę. Wypędza demony, przypominając gdzie ich miejsce. Naprawia relacje międzyludzkie. A gdy uwalniał ludzi od ich szatańskiego ciężaru, czyż nie mógł mieć w oczach tej iskry gniewu, która z mocą rozbłyśnie podczas oczyszczenia świątyni? Czyż Pan nie mógł gniewać się na diabelską matnię w której znalazł się trędowaty, nie tylko poszkodowany na ciele, ale także pogrzebany za życia i pozbawiony wszelkiej nadziei? Wręcz pobrzmiewa w tle tej sceny głuchy pomruk z głębi pustyni, dalekie echo ryku lwa, dotkniętego do żywego, gdy ktoś niszczy jego dzieci.

Jednocześnie powyższa scena kojarzy mi się z Janowym opisem wesela w Kanie Galilejskiej. W obydwu wypadkach Jezus nie kwapi się zbytnio, aby uczynić cud. Tak jakby zwlekał, nie był pewien, lub wręcz nie chciał naruszyć praw świata stworzonego. Jakby mówił: potem, po zmartwychwstaniu, wtedy wybije godzina. W Kanie to Maryja prowokuje cud, w naszym fragmencie to sam Jezus ulega sobie samemu. Powoduje Nim gorący gniew przeciwko złu i litość nad człowiekiem. Jeśli tak jest w istocie, to dotykamy jakiejś przedziwnej i wykraczającej poza nasze pojmowanie tajemnicy serca Boga żywego. Jakże wielką wartość mamy w Jego oczach…

Jeśli Bóg tak reaguje na trąd każdej duszy, która do Niego przyjdzie…

Jeśli i dzisiaj można liczyć w ten sam sposób na Jego działanie…

Niepojęte…

Św. Paweł zachęca w mocnych słowach, aby uwierzyć, aby pozbyć się przewrotności serca. Wychodzi na to, że Bogu miła jest postawa trędowatego. Przebić się przez tłum, nie zważać na zasady i prawa, ale upaść przed Nim i zaapelować do nienawiści wobec zła i miłości do człowieka. To rodzaj szczególnie bezczelnej modlitwy, ale i szczególnie skutecznej. to rodzaj ogromnego zaufania, na jakie się nie zdobywamy, za bardzo wierząc naszym zmysłom i doświadczeniu.

No to do roboty. Łap za boskie kolana i – jeśli zżera Cię trąd, czyniąc wnętrze trupim – proś.

Proś!

On nie odmówi!

Środa I tygodnia Okresu Zwykłego

Środa, 12 I 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 2, 14-18
Ponieważ dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy przez całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.
EWANGELIA Mk 1, 29-39
Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę. Gorączka ją opuściła i usługiwała im.
Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.
Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: „Wszyscy Cię szukają”. Lecz On rzekł do nich: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Św. Marek mógłby dzisiaj pracować w jakiejś gazecie – nadawałby się do pisania newsów, a jeszcze bardziej do dobitnych reportaży. Nie ja to pierwszy wymyśliłem, uczciwie przyznaję, już jakiś biblista (nie pomnę kto) nazwał styl drugiego ewangelisty reporterskim. To prawda, szybkie opisy, skrótowe obrazowanie, oddawanie istoty sprawy poprzez obraz, lapidarność. To się świetnie czyta i wiele można u Marka zobaczyć. Nie jest może takim poetą i teologiem co Jan, ani zręcznym pisarzem jak Łukasz, ale dla kogoś kto chce zobaczyć Jezusa „w akcji” Ewangelia według św. Marka będzie przystępna lekturą. Zwłaszcza, że stanowi ona spisaną opowieść Piotra Apostoła. Może temu właśnie zawdzięcza ów specyficzny, momentami szorki ton. Przy odrobinie wyobraźni można by ujrzeć sędziwego Rybaka o sękatych dłoniach, jak wiernym w Antiochii, czy Rzymie opowiada o tym, co widział i słyszał… Już przypomina mi się Quo Vadis i Sienkiewiczowskie opisy mów Piotrowych… Aż słychać świerszcze…

Wróćmy do dzisiejszego tekstu ewangelicznego.

Wyraźna reporterskość tego fragmentu pozwala „zobaczyć” Chrystusa w trzech jakby odsłonach Jego aktywności, przy czym chodziłoby tu o aktywność w miłowaniu. Jezus kocha miłością czynną. Nie rozprawia o swej miłości, nie (jedynie) wygłasza kazań o rozmaitych jej aspektach, ale tę miłość czyni. W ten sposób pokazuje trzy drogi miłości dla nas.

Najpierw widzimy Jezusa zanurzonego w świat relacji. Jakub, Jan, Andrzej, Szymon. Chora teściowa. Dom. Być może w tym miejscu Jezus zatrzymywał się zwykle, tam jadał, tam nocował. Uzdrowienie teściowej nie jest tu jakimś niezwykłym cudem, raczej Marek próbuje nam ukazać pewna codzienność tej sceny. Oto Rabbi pośród swych bliskich. On chce się cieszyć światem zdrowych, normalnych relacji. Gdy On jest w tym świecie, w naszych poplątanych spotkaniach z ludźmi (zwłaszcza tymi mieszkającymi pod jednym dachem), wówczas zaczyna w nim panować miłość wyrażająca się przez służbę. Już uzdrowiona teściowa wstaje i usługuje domownikom.

Swoją drogą to też znamienne, że nie robi sobie wolnego, nie biegnie do sąsiadek na ploty, nie przedłuża „chorobowego”, lecz po prostu bierze się do roboty. Jakie to naturalne! A jakie trudne dla wielu…

Następnie Jezus uzdrawia u drzwi. Chodzi tu o bramę miasta, miejsce skupiające życie danej miejscowości, taką swoistą galilejską agorę. Chrystus nie spędza wieczoru tylko z najbliższymi. Dopuszcza do siebie także innych. Nie zamyka się w ciepełku domowego ogniska, przy miłej kolacyjce z uczniami i usłużną teściową Piotra. Daje siebie tym, którzy potrzebują, którzy cierpią. Znamienne, że nie naucza wówczas lecz uzdrawia i wypędza złe duchy. W ten sposób przywraca stworzeniu zachwianą przez grzech równowagę. Jakby naprawia to, co zostało „przez zawiść diabła” zepsute, wydawałoby się bezpowrotnie. Choć słońce zaszło, choć noc (tradycyjnie uważana za porę złych mocy), choć jakby nie ten czas –  Jezus działa przywracając nadzieję załamanym. Każdy, kto znalazł się w tamtym miejscu, otrzymał na nowo, to, czego przez zło został pozbawiony. Nie ma barier dla miłości Jezusa. Warto o tym pamiętać we wszystkich naszych „nie umiem”, „nie mogę”, „to niemożliwe”, „nie dam rady”, „to nie jest dobry czas”…

Wreszcie Pan, po całym dniu pracy, wstaje „gdy jeszcze było ciemno”, aby spotkać się z Ojcem. Jeśli tak wyglądał każdy dzień Jezusa, to jakiś hardcor… Działanie na najwyższych obrotach w porze najmniej do tego stosownej, kilka godzin snu a potem wczesnoporanna modlitwa… Nawet Apostołowie nie nadążali, co – przyznaję – nieco mnie pociesza…

Modlitwa Jezusa, to lekcja miłości do Boga. Podkreślenie tej niezwykłej relacji, jaka łączy Ojca i Syna. Wydaje się, że wzajemny kontakt jest niezbędny Im jak powietrze. Jest to spotkanie intymne, w zasadzie jeszcze nocą, poza ciekawskimi spojrzeniami uczniów. Niezwykłe! Początek dnia w spojrzeniu pełnym miłości i akceptacji… Piszę te słowa mając świadomość że dla wielu z nas (świadomie używam pierwszej osoby liczby mnogiej) to czysta abstrakcja. Może głęboko schowana tęsknota. Miłość jak niezastąpiona do życia jak woda! Dzień i wszelka aktywność poprzedzona zanurzeniem się w ramionach Ojca! Stad te siły! Stąd też decyzja, aby iść do innych ludzi. Bo przecież miłość chce się dawać. Nie ma tu innej motywacji, aniżeli ta, wynikająca z ojcowskiego spojrzenia. Nie chcesz tak?

Trzy reporterskie obrazki. Trzy spojrzenia na miłość. Bliscy, potrzebujący i Ojciec. To prawda, co pisze św. Paweł w pierwszym czytaniu. Chrystus upodobnił się do nas, ale jednocześnie wyniósł to, co nasze, co ludzkie, co przyrodzone do wyżyn nieba – do Ojca. Do Jego miłości. Teraz cała sztuka polega na tym, aby to wszystko, co nasze, na nowo z Jego rąk otrzymać. Pod Ojcowskim spojrzeniem…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑