Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: luty 2011 (Page 5 of 6)

Wtorek V tygodnia Okresu Zwykłego

Wtorek, 8 II 2011 r.

I CZYTANIE Rdz 1, 20 – 2, 4a
Po stworzeniu światła Bóg rzekł: „Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba”. Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: „Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi”. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień piąty.
Potem Bóg rzekł: „Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, gady i płazy, i dzikie zwierzęta według ich rodzajów”. I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich gadów i płazów. I widział Bóg, że były dobre.
Wreszcie Bóg rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim gadem i płazem”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad każdym gadem i płazem”. I rzekł Bóg: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się rusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona”. I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień szósty. W ten sposób zostały ukończone niebo i ziemia oraz wszystkie zastępy stworzeń.
A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; w tym bowiem dniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał stwarzając.
Oto są dzieje początków po stworzeniu nieba i ziemi.
EWANGELIA Mk 7, 1-13
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieumytymi rękami. Faryzeusze bowiem i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?” Odpowiedział im: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was obłudnikach, jak jest napisane: «Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad, podanych przez ludzi». Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie”. I mówił do nich: „Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować. Mojżesz tak powiedział: «Czcij ojca swego i matkę swoją» oraz: «Kto złorzeczy ojcu lub matce, niech śmiercią zginie». A wy mówicie: «Jeśli kto powie ojcu lub matce: Korban, to znaczy darem złożonym w ofierze jest to, co by ode mnie miało być wsparciem dla ciebie», to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca ni dla matki: I znosicie słowo Boże przez waszą tradycję, którąście sobie przekazali. Wiele też innych tym podobnych rzeczy czynicie”.

Żyjemy obwarowani milionem niemożności oraz własnych zwyczajów, opartych jedynie na swoistym sposobie myślenia. Osądy, poglądy, zdania, opinie – każdy dźwiga własny plecak po brzegi wypełniony takimi ocenami rzeczywistości, które (de facto) mocno ograniczają rozpoznawanie prawdy. Jednocześnie uważamy, że mamy stuprocentowe prawo „do własnego zdania”. A co z prawdą? Ja mam swoją, ty masz swoją, a on jeszcze inaczej uważa… Każdy przecież po swojemu widzi świat, ludzi, zdarzenia i Boga. A skoro tak, to już nie możemy wszystkiego zrobić, by osiągnąć, może i obiektywne dobro. Trzeba by wówczas złamać ileś własnych (i cudzych) intelektualnych ograniczeń. Więc się nie da. Stąd tak często dobrowolnie rezygnujemy z czegoś – bo się nie da.

„Znosicie słowo Boże przez własną tradycję…”

Rozwód? Przecież nie da się z nią (nim). Aborcja? Nie umiem żyć inaczej niż dotąd. Rozwiązłość? Każdy ma swoje potrzeby, z których nie sposób zrezygnować. Zdrada? Mężczyzna musi. Kobieta ma prawo. Lenistwo? Na siłę nic nie zrobię. Kariera po trupach? Jestem tego wart. Kłótnia? Jak przyznam rację stracę wartość.

A przecież, Ten, który stworzył nas jako Swoje ukochane dzieci, wyposażone (na Jego obraz) w rozum i wolną wolę, dał nam też światło w Swoim Słowie. Nie tylko „wpuścił” nas w życie ale włożył do rąk mapę drogi z zaznaczonymi ostrymi zakrętami i dziurami. Uporczywie próbujemy przekonywać się nawzajem, że owa mapa to tylko jedna z wielu propozycji tego, jak jechać. A do tego niedokładna.

„Znosicie słowo Boże”

Nie dowierzamy Jego drogowskazom. Nie dowierzamy miłości, sile modlitwy, przebaczenia. Nie wierzymy, że jest jedna prawda, bojąc się podporządkowania jej i temu, kto ją głosi. nie widzimy, że prawdą jest Ten, który za nas został zabity. Na miejsce tej prawdy kładziemy nasze półprawdy, ćwierćprawdy, g… prawdy. Im wierzymy bardziej.

Co z tego wyniknie?

Poniedziałek V tygodnia Okresu Zwykłego

Poniedziałek, 7 II 2011 r.

I CZYTANIE Rdz 1, 1-19
Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
Wtedy Bóg rzekł: „Niechaj się stanie światłość”. I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy.
A potem Bóg rzekł: „Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich”. Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem. I tak upłynął wieczór, a po nim poranek, dzień drugi.
A potem Bóg rzekł: „Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha”. A gdy tak się stało, Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem.
Bóg widząc, że były dobre, rzekł: „Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona”. I stało się tak. Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień trzeci.
A potem Bóg rzekł: „Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata, aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią”. I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień czwarty.
EWANGELIA Mk 6, 53-56
Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go poznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie, jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy do osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby choć frędzli u Jego płaszcza mogli się dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

Dzisiaj Pan Jezus pokazuje się jako Wielki Naprawiacz.

Przechodzi przez swój ogród, jakim jest ziemia i przywraca popsutej przez grzech naturze jej stan pierwotny. Oto znowu stworzenie staje się dobre. Może jeszcze nie do końca, może ciągle potrzeba jeszcze tego elementu, dzięki któremu wszystko ma swoją nazwę – człowieka. Dlatego tez Pan zaczyna od naprawy synów człowieczych, od odwrócenia porządku śmierci i rozkładu. A świat, stworzony słowem Przedwiecznego, jęczy i wzdycha, oczekując – jak napisze Paweł – objawienia się synów Bożych. Czyli – ludzi, którzy potrafią korzystać ze swej wolności. Czyli – tych, którzy biegną za dobrem i gotowi są choćby „frędzli u płaszcza” się dotknąć, byle je osiągnąć. Dla siebie i dla innych.

Pan Jezus (może po prostu Zbawiciel, lepiej to brzmi niż użyty na początku neologizm teologiczny) daje się dziś poznać w swoich dziełach.

Ciekawi mnie, kto w to dziś uwierzy. Kto dzisiaj zada sobie ten trud, aby przybiec, przynieść kogoś na noszach przed Niego, czy złapać się Jego płaszcza? Kto uwierzy w owo „dzisiaj”…

V Niedziela Zwykła

Niedziela, 6 II 2011 r.

I CZYTANIE Iz 58, 7-10
To mówi Pan: „Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwróć się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pana iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzecze: «Oto jestem!» Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”.
II CZYTANIE 1 Kor 2, 1-5
Bracia, przyszedłszy do was, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej.
EWANGELIA Mt 5, 13-16
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.

„Wy jesteście” – czyli kto? Ja? Ty? O kogo Mu chodzi? Tak trudno zdać sobie sprawę z tego, że Jezus mówi do mnie. Trudno, bo trzeba by przyjąć, że mam coś, co jest ważne dla innych, dla świata. A cóż ja mogę mieć, prócz swoich wad i słabości. Oczywiście, to może i miło brzmi, może i łechce pychę, ale jakieś to takie… Ja?

Jezus mówi do swoich uczniów. Dzisiejszy fragment Ewangelii jest puentą Błogosławieństw i początkiem Mateuszowego Kazania na Górze. Trochę niefortunnie reforma liturgiczna przecięła obydwie perykopy, stąd jakby gubimy kontekst. A przecież sól ziemi i światło dla świata to ci, którzy chcą iść drogą Błogosławieństw. To ludzie obmyci Krwią Baranka, umocnieni namaszczeniem Ducha, utwierdzani przebaczeniem Ojca. Mogą, rzecz jasna, stanąć w pół drogi, wówczas będą solą zwietrzałą, bez smaku, zdatną jedynie do wyrzucenia.

„Wy jesteście” – przekonuje mnie Jezus. A ja widzę w sobie niewiele smaku czy blasku. Doświadczam częściej rozmaitych odmian półmroku, gradacji szarości, widzę nieostro samego siebie i często wolę nie widzieć innych. Jak mam znaleźć w sobie tę sól, o której On mówi? Gdzie jest ukryta ta esencja, jakość, istota mojego chrześcijaństwa. Nie widzę jej na co dzień. Często pytam – czego wiec mam robić więcej? Modlić się? Służyć? Umartwiać? Pewnie tak, ale czy to o to Mu chodzi?

Nakarm głodnego, daj ubranie bezdomnemu, nie odwracaj się od potrzebującego. A gdzie oni są?

Pytanie brzmi: dlaczego ich nie widzisz? Potrzebujący są wszędzie, ale nie zawsze tacy, na jakich masz ochotę.

Sól ziemi jest słaba, jest jej mało, jest niepozorna i niezbyt przebojowa. Nie objawia się w blasku reflektorów, czy pośród wielkich tego świata. Łatwo można nią wzgardzić. Niewiele jest pomiędzy politykami, parlamentarzystami, a momentami wydaje się nawet, że i hierarchowie jakoś tacy niesłoni. Godna pogardy, niezbyt praktyczna sama w sobie, mało tolerancyjna szczypta… Zaufać temu czemuś w sobie?

W bojaźni i z wielkim drżeniem…

A jednak pełna mocy. I wiem o tym, za każdym razem, gdy pozwolę jej zaistnieć, gdy zaufam sile światła i soli, jakie tkwi we mnie. W jakiś przedziwny sposób zbiega się to z mocą krzyża, który jest skandalem tysiącleci. Jednemu i drugiemu trzeba uwierzyć. Od tego zależy nie tylko mój dobry humor, świadomość, że coś tam jest mi dane, ale świat cały – i to nie jest przenośnia. Nie tylko w znaczeniu świadectwa, które dajemy, jako chrześcijanie. Jest coś więcej. O tym mówił Abraham, gdy (w iście semickim duchu) spierał się z Bogiem, aby ocalić Sodomę. O tym pisała św. Faustyna, gdy przypominała o potrzebie istnienia dusz wybranych. Ten, choćby słaby, smak ziemi i światło jest znakiem dla Pana – kochamy, jesteśmy, bądź miłosierny.

Nie tylko dla mnie.

Wspomnienie św. Agaty, dziewicy i męczennicy

Sobota, 5 II 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 13, 15-17. 20-21
Przez Jezusa składajmy Bogu ofiarę czci ustawicznie, to jest owoc warg, które wyznają Jego imię. Nie zapominajcie o dobroczynności i wzajemnej więzi, gdyż cieszy się Bóg takimi ofiarami. Bądźcie posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli, ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą zdać sprawę z tego. Niech to czynią z radością, a nie ze smutkiem, bo to nie byłoby dla was korzystne.
Bóg zaś pokoju, który na mocy krwi przymierza wiecznego wywiódł spomiędzy zmarłych Wielkiego Pasterza owiec, Pana naszego Jezusa, niech was uzdolni do wszelkiego dobra, byście czynili Jego wolę, sprawując w was, co miłe jest w oczach Jego, przez Jezusa Chrystusa, któremu chwała na wieki wieków. Amen.
EWANGELIA Mk 6, 30-34
Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu.
Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili.Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum i zdjęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.

Kocham ten realizm Ewangelii – wypocznijcie nieco! Pan Jezus nie jest oderwanym od ludzkiej doli nadczłowiekiem, herosem, czy lepszą wersją Buddy. On zna słabość ludzkiego ciała i wie, co jest potrzebne Jego uczniom. Jak często o tym zapominamy, pełni strachu, że za chwile On zażąda od nas czegoś tak trudnego, że w piety nam pójdzie. Jak mocno (i głupio) wierzymy, że Pan na niebiosach co chwilę obdarza swoich wybranych jakimś nieszczęściem z tym większą satysfakcją o ile widzi większe ich zmęczenie i obciążenie! Jak bardzo wymagamy też od siebie i innych umiejętności przyjmowania takich chwil, jak szczególnie wartościowych darów – im gorzej tym lepiej, mówią niektórzy.

Odpocznij. Masz do tego prawo.

Choć może Apostołowie nie nawrócili wszystkich mieszkańców Galilei, nie uzdrowili wszystkich chorych i nie wypędzili wszystkich demonów z dusz dzieci Izraela, to jednak Pan widzi ich zmęczenie i udręczenie. Czy zasłużyli na ten odpoczynek? Czy wykonali wszystko co chciał Nauczyciel? Pewnie nie. Należało im się? Po naszemu pewnie nie. A jednak On wie, czego im trzeba.

Odpocznij.

Ale pamiętaj, że jest pewna subtelna granica między odpoczynkiem a lenistwem. Łączy się ona z egoizmem i miłością. Gdy stanie obok drugi człowiek potrzebujący ciebie – słowa, czasu, pomocy – zatroszcz się o tę jego potrzebę. Skoro Bóg zatroszczył się o ciebie… I pamiętaj, że On wie czego ci trzeba, więc ty też otwórz oczy, zobacz „tłum”, daj ogarnąć się miłosierdziu i rozdaj, to co masz.

Co masz robić? To, co jest miłe w Jego oczach. Tylko i aż.

Piątek IV tygodnia Okresu Zwykłego

Piątek, 4 II 2011 r.

I CZYTANIE Hbr 13, 1-8
Niech trwa w nas braterska miłość. Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę. Pamiętajcie o uwięzionych, jakbyście byli sami uwięzieni, i o tych, co cierpią, bo i sami jesteście w ciele. We czci niech będzie małżeństwo pod każdym względem i łoże nieskalane, gdyż rozpustników i cudzołożników osądzi Bóg.
Postępowanie wasze niech będzie wolne od chciwości na pieniądze: zadowalajcie się tym, co macie. Sam bowiem powiedział: „Nie opuszczę cię ani pozostawię”. Śmiało więc mówić możemy: „Pan jest wspomożycielem moim, nie ulęknę się, bo cóż może mi uczynić człowiek?”
Pamiętajcie o swych przełożonych, którzy głosili wam słowo Boże, i rozpamiętując koniec ich życia, naśladujcie ich wiarę. Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki.
EWANGELIA Mk 6, 14-29
Król Herod posłyszał o Jezusie, gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: „Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w nim”. Inni zaś mówili: „To jest Eliasz”; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: „To Jan, którego kazałem ściąć, zmartwychwstał”.
Ten bowiem Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał.
Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mnie, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”. Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?” Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”.
Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swojej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.

Dziś czytania kapitalnie się uzupełniają. Paweł mówi jak ma być, a Ewangelia pokazuje skutki tego jak jest, gdy nie jest jak trzeba.

Rodzina Heroda jest grupą ludzi połączonych wszystkim tylko nie miłością. Gdy się zabierze miłość (rozumianą, jako bezinteresowny dar z siebie) ze wzajemnych międzyludzkich odniesień, wówczas powstaje hybryda zazdrości, pożądliwości, lęków i manipulacji. Warto zrobić sobie rachunek sumienia dorosłych ludzi – co mną kieruje w codziennych kontaktach z najbliższymi? Jakie miejsce zajmuje Bóg i jego Słowo w naszej rodzinie? Czy przez pomyłkę nie oszukujemy samych siebie jakąś pseudo religijnością, czysto sformalizowaną, lub oderwaną od jakichkolwiek obiektywnych kryteriów. Dość łatwo przecież, zwłaszcza osobom posiadającym pewną wewnętrzną wrażliwość, stworzyć sobie indywidualną duchowość. Można się modlić, chodzić do kościoła, ale nigdy nie spotkać Boga i Jego woli. W innym wypadku przejawem takiej, oderwanej od żywej wiary religijności będzie zabobonny lek przed wszystkim, co zakrawa w naszej wyobraźni na posiadające tajemniczą moc. Wówczas ludzie, rośliny, gwiazdy, przedmioty (zwłaszcza jakoś poświęcone) stają się niemalże boskim punktem odniesienia. Niekoniecznie będziemy się z tym do końca liczyć, ale będą wywoływać lęk i wyrzuty sumienia. Jak u Heroda.

Czy obraz życia chrześcijańskiego kreślony przez Pawła w pierwszym czytaniu nie jest zbyt idealny? Widzimy ludzi gościnnych, pełnych miłości, spieszących na pomoc ludziom zniewolonym, nie związanych chciwością, ufającym Bogu. Uff. Za piękne, chciałoby się powiedzieć…

Jednakże ów obraz nie jest celem samym w sobie. To nie do obrazu, choćby najpiękniejszego życia, mamy się dopasować. To Chrystus jest punktem odniesienia dla dzieci Bożych. To Jego śladami mamy iść. Nie swoich pożądliwości i chorych oczekiwań, lecz po znakach Jego miłości dojdziemy do stworzenia domu, w którym wszytko będzie na swoim miejscu.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑