Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 19 of 134

Czas się już wypełnił.

Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego,
zrodzonego z Niewiasty, zrodzonego pod Prawem,
aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu,
byśmy mogli otrzymać przybrane synostwo.
Na dowód tego, że jesteście synami, 
Bóg zesłał do serc naszych Ducha Syna swego,
który woła: «Abba, Ojcze!»
A zatem
nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem.
Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (
Ga 4, 4-7)

Pełnia czasu – już nic ważniejszego niż nadejście Chrystusa nie zdarzy się w historii. Jeśli można się zgodzić z Francisem Fukuyamą, że nadszedł koniec historii to właśnie w tym kontekście, a nie w związku z wyższością demokracji nad innymi ustrojami. Od wydarzenia w Betlejem historia, a z nią nasz, ziemski czas, kręci się wokół Osoby i Wydarzenia Jezusa, Syna Bożego. W związku z tym wszelkie nasze próby budowania na ziemi idealnych ustrojów, wspaniałych systemów społecznych, czy realizowania cudownych recept na szczęście według przepisów ułożonych przez wszelkiej maści ideologów – cała ta kolorowa i smutna zarazem zabawa śmiertelnych zbawców ludzkości nie ma najmniejszego sensu. Przypomina bezskuteczne próby czarodzieja Gandalfa z “Władcy Pierścieni”, który usiłuje wejść przez ukryte w skale drzwi do kopalń Morii, podziemnego królestwa krasnoludów. Brakuje mu tylko zaklęcia, jednego słowa, aby otworzyć tajemne wrota. Przypadkowo wypowiada je jeden z hobbitów, a słowo to brzmi: “mellon”, “przyjaciel”. Dla nas tym słowem, kluczem, wreszcie przyjacielem jest Chrystus – Zbawiciel.

Św. Jan Paweł II w 1979 r. w Polsce mówił, że Jezus:

…to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa.

Niegdyś odczytywaliśmy te słowa w kontekście ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej. Dziś zobaczmy w nich także głęboki sens duchowy. Człowiek, jak mówił święty papież:

Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa. I dlatego Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi.


Gdy oderwiemy rozumienie samych siebie od Chrystusa, wówczas pozostajemy ślepi i głusi na znaki czasów. Może dlatego błądzimy jak dzieci we mgle pośród – obiektywnie – zatrważających zdarzeń, jakie dzieją się dookoła nas.

Europę zalewa trzecia fala inwazji islamu. Tak pisał o tym historyk myśli politycznej, prof. Jacek Bartyzel:

Pierwsza, arabska, inwazja islamu (VII-VIII wiek) zniszczyła 4/5 ówczesnego chrześcijaństwa, kwitnącego na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce, opanowała nawet prawie całą Hiszpanię, a zatrzymać udało się ją dopiero za Pirenejami, z drugiej zaś strony pod murami Konstantynopola, a próba kontrofensywy ze strony chrześcijańskiego Zachodu w XI-XIII wieku ostatecznie się nie powiodła.

Druga, turecka, inwazja islamu (XV-XVII wiek) zdobyła Konstantynopol, opanowała całe Bałkany oraz większą część Węgier. Zatrzymali ją dopiero Jan Austriacki pod Lepanto, Jan III Sobieski pod Wiedniem i Eugeniusz Sabaudzki pod Zentą.

Trzecia inwazja na Europę, dokonująca się bez wystrzału teraz, opanowuje już główne stolice i całe mniejsze miasta, nie napotykając żadnego oporu i prawie nie znajdując już chrześcijan. Przeciwnie: rządy, które zdradziły swoje ludy, prześladują wyłącznie swoich własnych obywateli za nieśmiałe nawet słowa dezaprobaty. Gdzie więc ta inwazja się zatrzyma i czy w ogóle gdzieś się zatrzyma?

Czyż to nie znak wzywający do nawrócenia? Współczesny bicz boży na chrześcijan, którzy pozostawili jedyny klucz do zrozumienia samych siebie? Tak mówił o tym ks. prof. Robert Skrzypczak w jednym z wywiadów już w 2016 r.:

Inwazja Arabów na Europę stanowi analogię do inwazji Chaldejczyków na Ziemię Świętą w czasach proroków. Pan Bóg dopuścił, by Izraelitów ciemiężyły obce ludy. Miały być rodzajem bicza Bożego, wywołując przebudzenie Izraela.

Ale nie tylko na zewnątrz naszej katolickiej rodziny słychać pomruki nadciągającego potopu. Jeden z polskich hierarchów w zeszłorocznej homilii do młodzieży na Polach Lednickich wołał:

W centrum Kościoła ma stanąć człowiek. (…)  W dniu świętym chodzi o człowieka. W tej Eucharystii, którą przeżywamy, chodzi o ciebie. (Jezus) nie chce żeby szło o Niego. Kiedy my Go stawiamy w centrum, on sam się usuwa i mówi: “Ty masz być w centrum. O ciebie chodzi.” Chrystus nie dopomina się o chwałę. Chrystus nas nie zbiera tutaj po to, by nam powiedzieć “Patrzcie, jestem!”. On nas tu zwołuje po to, aby powiedzieć: jestem przy tobie (…) Jestem i tego uczę swój Kościół, by był skupiony na tobie

A przecież w centrum Kościoła jest Pan!

Chwały mojej nie oddam innemu. (Iz 48,11)

Pośrodku ciebie jestem Ja – Święty, i nie przychodzę, żeby zatracać. (Oz 11,8n)

Bogu, który jedynie jest mądry, przez Jezusa Chrystusa, niech będzie chwała na wieki wieków! Amen (Rz 16, 27).

Komentując te słowa hierarchy Debora Sianożęcka w książce “Palce Boga, stopy Miriam” pisze:

Czytając tę wypowiedź, człowiek, który prowadzi życie sakramentalne, czyta Pismo i zachowuje Tradycję Kościoła, nie ma najmniejszej wątpliwości, że „coś tu jest nie tak”. (…)

Dopiero w Jego „JESTEM” mogę odkryć moje „jestem”. Zamiana kolejności moim zdaniem jest niemożliwa, chyba że ktoś chce przeżyć mocne rozczarowanie, a nawet otrzeć się o śmierć. Ja ryzykować nie będę i nikogo nie zamierzam namawiać do adorowania swojego „ja jestem”. Poza tym adorowanie siebie samego, a nawet drugiego człowieka prędzej czy później się wyczerpie i stanie się nudne.

Skoro dla wielu katolików centrum życia i uwagi jest człowiek a nie Bóg, to co się dziwić, że jesteśmy świadkami nie tylko opustoszałych świątyń, ale nawet wyprzedawanych. Zjawisko musi być na tyle wielkie, że nawet Papieska Rada ds Kultury wydała w grudniu zeszłego roku dokument regulujący sposób postępowania w takim przypadku. Przy tej okazji, jak donoszą agencje:

Przewodniczący Rady kard. Gianfranco Ravasi, przyznał, że w dawniejszych czasach duża liczba kościołów była wynikiem pewnego kontekstu społeczno-kulturowego.

A może była wynikiem mocnej wiary, która w kulturze się właśnie wyrażała? Jeśli to, co widzimy w kinach, teatrach, galeriach czy w zdobyczach architektury (także sakralnej) jest niejako wypisem z wnętrza współczesnego człowieka, to ogarnąć może nas przerażenie…

Pod koniec listopada papież Franciszek podczas przemówienia skierowanego do członków Konferencji Episkopatu Włoch powiedział:

W ciągu ostatnich kilku lat wiele kościołów stało się zbędnych z powodu braku wierzących lub duchownych, czy zmieniającego się rozmieszczenia ludności w miastach i na obszarach wiejskich. Należy to przyjąć nie z niepokojem, ale jako znak czasu.

Słowa te trudno zrozumieć. Następca św. Piotra publicznie potwierdza opuszczenie wielu świątyń (nie mówi o kilku, nielicznych, czy niektórych, ale o wielu) i podkreśla, że nie ma powodu do niepokoju?! Oto jesteśmy świadkami wielkiej apostazji, już nie “milczącej apostazji człowieka sytego” (o której pisał Jan Paweł II w adhortacji “Ecclesia in Europa” w 2003 r.), ale apostazji głośnej, tysięcy,  a nawet milionów dusz ludzkich, a wikariusz Chrystusa zdaje się sankcjonować to zjawisko i uspokajać?! Od uspokojenia niedaleka droga do uśpienia…

Tak, doświadczamy dużego kryzysu. O. Adam Czuszel OSPPE we wspomnianej już książce “Palce Boga, stopy Miriam” pisze:

Mamy problem z dużym kryzysem, z zamętem, który zdaje się pogłębiać, a przecież Benedykt XVI pisał, że wszelkie kryzysy w Kościele są związane z kryzysem kapłaństwa. W 2009 roku w seminariach diecezjalnych w Polsce było 3732 kleryków, ale już w 2014 było ich 2851. To oznacza spadek w ciągu kilku lat o jedna czwartą!

I dodaje:

Nie ma co się łudzić – jeśli w seminariach zachodnich zrezygnowano w dużej mierze, lata temu, z sakramentu pojednania, z konfesjonałów i nagminnie przyjmowano komunię z pominięciem spowiedzi, jeśli się przyzwyczajało kleryków do tego, że mogą przyjmować Ciało Chrystusa, nie zważając na dziewiczość sumienia, stało się to, co widzimy: seminaria na zachodzie Europy świecą pustkami, a kapłani wydają się poronionymi płodami. Co będzie u nas?

Czy w związku z tym mamy się załamać? Bynajmniej! Właśnie dlatego, że jesteśmy zaniepokojeni powinniśmy na nowo odnaleźć Maryję i Jej Syna. Leży on w żłobie, jak pasza dla zwierząt. Jak pokarm dla nas.

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. (Łk 2, 16)

Bez tego pokarmu będziemy wiecznie głodni, wiecznie nieszczęśliwi, przepełnieni goryczą, a przecież nie o taką gorycz chodzi Panu Bogu. Już anioł przestrzegł św. Jana na wyspie Patmos, podając mu Boże Słowo:

«Weź i połknij ją, a napełni wnętrzności twe goryczą, lecz w ustach twych będzie słodka jak miód». (Ap 10,9)

Gdy spożywamy Pana, napełniamy się nadzieją i wiarą, że wszystko jest w Jego ręku. Nie pokładajmy nadziei w cudownych lekarstwach, fantastycznych lekarzach, obiecujących wiele politykach, czy nawet duchownych, choćby stali najwyżej. W ogóle nie pokładajmy ufności w człowieku. Mówi bowiem Pismo:

Lepiej się uciec do Pana,
niż pokładać ufność w człowieku.
Lepiej się uciec do Pana,
niżeli zaufać książętom. (Ps 118,8-9)

Bez kontaktu.

Jan pisze, dzieli się i głosi, to, co widział i słyszał. Z naciskiem zaznacza, że jest świadkiem Boga, którego dotykał. Podkreśla przy tym świadectwo swoich zmysłów, swego ciała – on wie, co działo się w jego obecności, komu towarzyszył i zaufał.

Jesteśmy ludźmi, których wewnętrzny kosmos dawno już zamienił się w bezradny chaos rozerwanych więzi, także i tych z samymi sobą. Nie mamy kontaktu z własnymi zmysłami, choć nieustannie przekarmiamy je coraz to mocniejszymi dawkami bodźców. Nie ufamy doświadczeniu, własnym słowom. Wypowiadane przez nas sądy są często zaprzeczeniem myśli. Tak bardzo nauczyliśmy się udawania, że nasz intelekt, ów najważniejszy dar, jakim obdarował nas Pan, kompletnie się zagubił tracąc kontakt z rzeczywistością.

Nie wiemy już czym jest to, czego dotykają nasze ręce, co słyszą uszy i co oglądają oczy.

Nie wiemy czego chcemy, co kochamy i komu służymy.

Nie wiemy, czego jeszcze trzeba, aby ujrzeć i uwierzyć, bo przecież tyle już było zdarzeń, które winniśmy – jak zapatrzona w Dziecię Niepokalana – rozważać i chować w sercu. Czy z któregoś coś zostało? Coś, na czym można się oprzeć? A jeśli, to co z tego doświadczenia jest przekazywalne?

Jan słyszał bicie serca Pana podczas Ostatniej Wieczerzy. Potem ujrzał to serce rozorane grotem włóczni rzymskiego żołdaka. My straciliśmy kontakt z własnym sercem, nie wiedząc do końca w jakim jest stanie.

Jednak nad tym bezładem ludzkich wnętrz jest Bóg i ludzie, którzy – jak umiłowany uczeń – Jemu zaufali, bo Go poznali. Jeśli nie możemy na sobie, to oprzyjmy się na nich.

To wam oznajmiamy, co było od początku,

cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce, bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione, oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i słyszeli, abyście i wy mieli łączność z nami. A mieć z nami łączność znaczy: mieć ją z Ojcem i z Jego Synem Jezusem Chrystusem. Piszemy to w tym celu, aby nasza radość była pełna. (1 J 1, 1-4)

Bez imprimatur?

Pierwotnym zadaniem Szczepana była pomoc w odciążeniu Apostołów, by mogli oni oddać się wyłącznie modlitwie i przepowiadaniu Słowa Bożego. Miał zajmować się – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – kwestiami charytatywnymi, zwłaszcza pomiędzy ubogimi z diaspory hellenistycznej. Jednak to właśnie Szczepan pozostawił po sobie największe kazanie zachowane w księdze Dziejów Apostolskich! Wsławił się także cudami, jakie Pan działał przez jego ręce – może były to uzdrowienia, może wypędzenia demonów, może wreszcie łaska przemiany ludzkich serc przez “słowo przekonywania”.

Można by powiedzieć, że pierwszy święty diakon nie miał kościelnego imprimatur na swoje homilie i katechezy, nikt go nie posłał do mówienia kazań, nie miał swoistej misji kanonicznej, ani odpowiedniego przygotowania. Sam w ogóle fakt, aby żyd wychowany w diasporze stawał w słowne szranki z fachowcami od Tory nie był może szczytem ówczesnej roztropności… Szczepan przecież miał tylko obsługiwać stoły!

Niektórzy zrzędliwie skomentują – oto jak się kończy, gdy ktoś wyrywny bierze się nie za swoje zadania… Tego typu zrzędliwe uwagi nawet dzisiaj często bywają słyszane, zwłaszcza wobec mocnych słów prawdy, jakie z rzadka (niestety) padają w przestrzeni publicznej z kościelnej ambony. O proroku zawsze można powiedzieć: “Po co on się odzywa? To nie jego specjalność naukowa. Czy ktoś go posłał do tego głoszenia?” Albo, gdy przepowiadanie Słowo ściągnie na przepowiadającego publiczną krytykę czy inne nieprzyjemne konsekwencje – a współczesna hierarchia kościelna też umie być nieprzyjemnie konformistyczna – do odcięcia się od kapłana włącznie, można nabrać wody w usta i udać, że danego człowieka nie ma i niemalże nigdy nie istniał. Przecież, jak dobrze wiemy, pewne poglądy są po prostu “niedopuszczalne”…

Szczepan głosił “niedopuszczalną”, jak na owe czasy i uszy słuchaczy, Prawdę Bożą z mocą, bo ta Prawda go przepełniała i nie mógł uciszyć w sobie jej głosu. Nie szukał taniej sensacji ani śmierci męczeńskiej. Uczynił coś, co dla wielu, także duchownych, jest nie do pojęcia – pozwolił się prowadzić Słowu bez kalkulacji i roztrząsania dokąd go to zaprowadzi. Nie potrzebował specjalnego pozwolenia ówczesnego Kolegium Apostolskiego, a świadectwo trwania przy Prawdzie przyniesionej przez Jezusa z Nazaretu widoczne było w czynach i właściwej Szczepanowi posłudze miłosierdzia. Całą kontrowersję wywołali “niektórzy z synagogi, zwanej synagogą Libertynów”, którzy jak mówi Pismo:

Nie mogli jednak sprostać mądrości i Duchowi, z którego natchnienia przemawiał. Podstawili więc ludzi, którzy zeznali: «Słyszeliśmy, jak on mówił bluźnierstwa przeciwko Mojżeszowi i Bogu». W ten sposób podburzyli lud, starszych i uczonych w Piśmie. Przybiegli, porwali go i zaprowadzili przed Sanhedryn. (Dz 6,10-12)

To ciekawe, że do dziś niektórzy z synagogi libertynów nie cierpią prostej prawdy Ewangelii i zgrzytają zębami na całą Europę, słysząc wciąż głoszone hasła, które w ich mniemaniu dawno już powinny spoczywać na śmietniku historii. Bóg jednak lubi nawet na śmietniku za miastem uczynić wielkie rzeczy. Czyż Golgota nie miała być, według niektórych, takim śmietnikiem?

Św. Szczepan zaprasza do bardziej szerokiego spojrzenia zarówno na kwestię napiętych relacji między charyzmatem a hierarchią, jak i do pogłębienia autentycznego zrozumienia wewnętrznego dialogu, jaki toczy się między człowiekiem a Duchem św. Jak się dać tak mocno poprowadzić Prawdzie? Jak poddać się działaniu Tego, „który mówił przez proroków” nie patrząc na bolesne konsekwencje jakie z tego wynikają? Jak być tak wolnym?

VII antyfona “O Emmanuel!”

O Emmanuelu,
nasz Królu i Prawodawco,
oczekiwany Zbawicielu narodów,
przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże!

Był rok 735 przed Chr. Król Achaz szalał. Z jednej strony zaatakowali go sąsiedzi z Samarii (Efraima) i Damaszku (władca bowiem nie chciał razem z nimi wystąpić zbrojnie przeciw Asyrii), z drugiej czuł już tchnienie groźnej asyryjskiej potęgi. Mimo symbolicznej wymowy własnego imienia (Achaz jest skrótem od wyrazu Jehoachaz, czyli “Jahwe trzyma”) władca czuł się w potrzasku. Co robić? Wtedy pojawił się prorok Izajasz świadomy powołania rodziny Dawidowej i wagi planów, jakie nad domem Dawida miał Bóg. Już sam fakt, że dynastia władców pochodzących od syna Jessego wciąż trwała, powinien być uznawany za cud. Królestwo bowiem po śmierci Salomona rozpadło się na dwie części – większy terytorialnie i silniejszy Izrael (ze stolicą w Samarii) oraz mniejszą Judę (ze stolicą w Jerozolimie), w której wciąż rządziła dynastia pochodząca od zabójcy Goliata.

Izajasz namawia więc zalęknionego Achaza, któremu dotąd nie po drodze było z Bogiem i Jego Prawem, do prowadzenia neutralnej polityki i oparcia się na wierze w Jahwe.

Jeszcze sześćdziesiąt pięć lat,
a Efraim zdruzgotany przestanie być narodem.
Jeżeli nie uwierzycie, nie ostoicie się. (Iz 7, 8b-9b)

Król wątpi. Nie jest pewien. Bardziej przemawiają do niego własne kalkulacje i strategie aniżeli przepowiednie Izajasza. Lata ofiar składanych bożkom zrobiły swoje w jego duszy. To Achazowi bowiem autor natchniony przypisuje wybudowanie posągu Molocha i składanie ofiar z dzieci, ba, nawet z własnego syna… Nisko upadła Dawidowa krew…

Bóg jednak wciąż jest gotów pomóc.

I znowu Pan przemówił do Achaza tymi słowami: «Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego, czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze!» Lecz Achaz odpowiedział: «Nie będę prosił, i nie będę wystawiał Pana na próbę».
Wtedy rzekł Izajasz:
«Słuchajcie więc, domu Dawidowy:
Czyż mało wam naprzykrzać się ludziom,
iż naprzykrzacie się także mojemu Bogu?
Dlatego Pan sam da wam znak:
Oto Panna pocznie i porodzi Syna,
i nazwie Go imieniem Emmanuel». (Iz 7,10-14)

Dlaczego król Achaz nie chce bożej pomocy? Czy dlatego, że nie wierzy proroctwu? A może dlatego, że się po prostu boi? Bowiem:

Straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga żyjącego. (Hbr 10,31)

Może Achaz ocenia Boga podług swoich wyobrażeń, na podobieństwo krwawych bożków, którym w głębi serca służy? A może swoista dwulicowość zbyt mocno weszła mu w krew, dlatego nie ufa prostocie Boga i Jego proroka? Achaz przecież obłudnie wymawia się od prośby o znak, powołując się na Boże Prawo zabraniające tego. Jest to jednak w królewskich ustach czysta hipokryzja, nie czci on bowiem Boga Jedynego! A może król zapomniał kim jest? Przestał wierzyć w swą tożsamość jako potomka Dawida, dziedzica dynastii, której Bóg złożył wielkie obietnice, dotąd nie zrealizowane.

Wtedy Achaz wysłał posłów do króla asyryjskiego Tiglat-Pilesera ze słowami: „Jestem twoim sługą i twoim synem. Przyjdź i wybaw mnie z ręki króla Aramu i z ręki króla izraelskiego, którzy stanęli przeciwko mnie”. (2 Krl 16, 7)

Jako dar hołdowniczy potomek Dawida i Salomona kazał ogołocić świątynię jerozolimską z wszelkiego srebra i złota i zawieźć królowi asyryjskiemu. Kazał też zniszczyć dotychczasowy ołtarz, wykonany według słów Pańskich, i wybudować nowy, na wzór ołtarzy Asyrii…

Proroctwo o Emmanuelu okazało się w ówczesnych realiach znakiem nieprzyjętym. Jednak przewyższało ono znaczeniem i wagą czasy króla Achaza i jego robaczywe sumienie. Bogu chodziło o coś więcej aniżeli dzieje i decyzje jednego władcy. Jak zwykle w dziejach narodu wybranego, historia, również ta, traktująca o zdradzie i duchowej niewierności, jest typem i zapowiedzią spraw większych. Achaz stał się typem grzesznika, człowieka uwikłanego w układy z grzechem, słabością i szatanem. Kogoś służącego duchowej potędze, z którą mierzyć się można jedynie mocą Pańską. Ucieleśnieniem tej mocy jest Emmanuel. Syn narodzony z Dziewicy. Żywy znak obecności Boga pośród swego ludu.

A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: „Bóg z nami”. (Mt 1, 22-23)

W sytuacji zagrożenia, czy to przychodzącego z zewnątrz, czy też przeżywanego wewnątrz siebie, wspomnij na Izajaszowe proroctwo, na znak Emmanuela, Boga z nami, na Jego uniżenie i nieustanną Obecność w Słowie i Sakramencie. Nie poddawaj się demonom rozpaczy, które wymuszają śmierć twoich więzi i relacji. Nie oddawaj tych, którzy cię kochają bożkom manipulacji, presji, szantaży emocjonalnych i własnego chłodu. Nie buduj bałwochwalczych posągów opierając się na ludzkich wrażeniach i kulcie emocji. Pan chce darzyć cię łaską. Pan chce cię prowadzić i wielokrotnie już dawał temu dowód.

Co będziesz za chwilę świętować, jeśli nie ucieleśnienie obietnic Pańskich? One wciąż są aktualne.

Zaufaj im.

A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata! (Mt 28,20)

Koniec Adwentu.

Co tak naprawdę będziemy świętować 25 grudnia? Już nawet nie pytam o choinki, Mikołaja, czy karpia w galarecie, ale głębiej – co świętujemy, my, przychodzący na Pasterkę, chcący ocalić stare tradycje, chodzący do spowiedzi (może co kilka miesięcy, może co pół roku, a może co kilka tygodni czy nawet dni) i przyjmujący Komunię (j. w.). Co świętujemy?

A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich! Z ciebie wyjdzie dla mnie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od początku, od dni wieczności. (Mi 5,1-2)

Świętujemy uniżenie, ukorzenie, umniejszenie się.

Świętujemy najbardziej owocną małość świata. Życiodajną.

Sformułowanie „Betlejem Efrata” znaczy tyle co „płodny dom chleba”. Było ono miastem ważnym w historii narodu wybranego. Tam urodził się Dawid, tam też, jeszcze przed nim, zmarła przy porodzie Rachela, żona patriarchy Jakuba. Miejscowość z taką sławą powinna coś znaczyć, jednak z czasem podupadła sława Dawidowego rodu, a z nią sława Beth Lehem. Może o tobie też mówili – „Dobrze się zapowiada”, a potem, wyszło, tak… zwyczajnie… niepozornie… Znakiem naszego świętowania jest nieudane miasto i – po naszemu – nieudane życie. Takie do końca „nie takie, jak trzeba”. Nawet kiedy już Mesjasz przyszedł – będziemy o tym czytać za kilka dni – oni, ci z Betlejem, nie przyjęli Go. Sama bowiem małość nie wystarcza, chrześcijaństwo nie jest religią zwykłych wyrzutków, odrzuconych i tych „na peryferiach”, trzeba jeszcze posłuszeństwa Panu.

«Oto idę, aby spełnić wolę Twoją». (Hbr 10,8)

Uniżenie Boga jest zaproszeniem do pokory i ogołocenia, do bycia najmniejszym. Owa małość nabiera jednak sensu dopiero w podporządkowaniu się Panu, na wzór Syna Bożego, który uniżył się ze względu na wolę Swego Ojca. Na wzór młodziutkiej Miriam, ukrytej w cieniu nazaretańskich domów, której ziemskie życie niewiele znaczyło w oczach ówczesnego świata.

Nie chciej więc znaczyć. Nie chciej potwierdzać siebie w oczach innych. Nie chciej być perfekcjonistą – chciej być święty!

« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑