Światło życia

Blog ks. Jacka Gomulskiego

Page 54 of 134

WIELKA SOBOTA

Sobota, 7 IV 2012 r.

Ś W I Ę T E   T R I D U U M   P A S C H A L N E

CZYTANIE Oz 6, 1-2

Chodźcie, powróćmy do Pana. On nas zranił i On też uleczy, On to nas pobił, On ranę zawiąże. Po dwu dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie i żyć będziemy w Jego obecności.

Na razie trwa cisza.

Grób zatoczony głazem, pod nim siedzą strażnicy leniwie odliczający godziny do momentu, aż ktoś odwoła ich z tak dziwnego posterunku. Piją, grają w kości, śmieją się w głos z żydowskich zabobonów. Czyż zmarły może powrócić do życia? Zdarzyło się to kiedyś? W końcu zabity został porządnie, solidnie, po rzymsku! Wzruszają ramionami, żłopią łapczywie przynoszący orzeźwienie po ciężkiej pracy moszcz winny i czekają zmiany.

Apostołowie pochowani po kątach Wieczernika cicho pochlipują zastanawiając się czy jutro można już uciekać do siebie – do sieci, do domów, może do rodzin. Już teraz przezywają wstyd i odrzucenie, jakie może stać się ich udziałem, gdy pokażą się na oczy w rodzinnych stronach. Będą jak synowie marnotrawni, wracający po długiej nieobecności. Zaraz, to On mówił tę przypowieść… On… I z przerażaniem myślą o zimnym ciele ukrytym na zboczu Golgoty. Przecież oni mogli leżeć tam obok Niego. Mogli – a może powinni? I znów cicho pozwalają płynąć łzom.

W jednym z domostw nieopodal bramy wiodącej na Górę Oliwną, w pustej sali, siedzą dwie niewiasty. Jedna, wyraźnie młodsza, ale o bardziej zniszczonej twarzy tępo wpatruje się w księżycowe niebo za oknem. Druga, starsza, ale o twarzy jakby czystszej, bardziej niewinnej (choć zaznaczonej nieludzkim cierpieniem, które w postaci dwu bruzd wyrzeźbiły ślady wokół Jej ust) porusza ustami, jakby zmawiała bezgłośną modlitwę. W dłoni trzyma bezwładną rękę młodszej towarzyszki. Trzyma mocno, jakby z nadzieją. Czeka.

Nad wapienną skałą która niczym biały ślad śmierci straszy pośród ciemności nocy unoszą się aniołowie. Coraz bardziej zniżając swój lot zbliżają się do jaskini zamkniętej głazem. Uśmiechając się delikatnie na myśl o śmiesznych pomysłach synów człowieczych, którym wydaje się, że potrafią zamknąć Wszechmocnego w dziełach rąk ludzkich, bądź tworach natury, otaczają zwartym kręgiem wykuty w skale Grób.

Czekają.

WIELKI PIĄTEK MĘKI PAŃSKIEJ

Piątek, 6 IV 2012 r.

Ś W I Ę T E   T R I D U U M   P A S C H A L N E

Męka  naszego  Pana  Jezusa  Chrystusa  według  św.  Jana  (J 18, 1 – 19, 42)

Zdrada Judasza

To powiedziawszy Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. Także i Judasz, który Go wydał, znał to miejsce, bo Jezus i uczniowie Jego często się tam gromadzili. Judasz, otrzymawszy kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów, przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią.
A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: Kogo szukacie? Odpowiedzieli Mu: Jezusa z Nazaretu. Rzekł do nich Jezus: Ja jestem. Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc rzekł do nich: Ja jestem, cofnęli się i upadli na ziemię.
Powtórnie ich zapytał: Kogo szukacie? Oni zaś powiedzieli: Jezusa z Nazaretu. Jezus odrzekł: Powiedziałem wam, że Ja jestem. Jeżeli więc Mnie szukacie, pozwólcie tym odejść.
Stało się tak, aby się wypełniło słowo, które wypowiedział: Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś.

Mimo godziny ciemności to Jezus jest panem sytuacji. Jan nie wspomina w swoim opisie o Judaszowym pocałunku. To Jezus sam pyta odważnie zgraję żołdaków: „Kogo szukacie?”, jakby chcąc tym pytaniem dotrzeć także do nas, zatrzymanych na krawędzi mroku i światłości. My także wolimy światło naszych lamp i pochodni, zastępnik światła naturalnego, byle nie korzystać z blasku, jaki daje Światło Świata. Przypomina nam Pan, jak i przypomniał Żydom, że to On jest tożsamy z Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba, z owym JHWH, który objawił się Mojżeszowi i wyprowadził Lud Wybrany z niewoli egipskiej ku Ziemi Obiecanej. Mimo, że za chwile mieli Go pojmać, padli na twarze przed majestatem, jaki bił ze słów Boga w ludzkiej postaci.

Mimo mroku, Jezus panuje nad swoimi prześladowcami, objawia im swą boska istotę, oraz – jako Pasterz Dobry – troszczy się o swych uczniów. Potwierdzają się w Ogrójcu – mimo nieludzkiej męki, mimo trwogi, mimo pokus, mimo potu krwawego – słowa Pana, który mówił, że nikt życia mu siła nie zabiera, ale On sam je daje, z własnej, pełnej miłości, woli.

Chrystus jest Panem, nawet w największym zagrożeniu.

Twoim Panem.

Reakcja Piotra

Wówczas Szymon Piotr, mając przy sobie miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos. Na to rzekł Jezus do Piotra: Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec?

Piotr jak zwykle nic nie pojmuje z działań swego mistrza. Jego czyn jest jakby dalekim echem wyrzutów, jakie robił Jezusowi pod Cezareą Filipową. Mimo dobrych chęci obronienia Pana (a także i siebie) przed cierpieniem, nie umie odkryć planu boskiej miłości. Jeszcze nie poznał zasady życiodajnej śmierci. Nie wie, że ziarno wrzucone w ziemię, musi najpierw obumrzeć, aby mogło dać owoc.

W dobrej woli człowiek może nie zauważyć działań Boga. Trzeba, jak Jan, wsłuchać się w Jego serce, aby pojąć Jego ścieżki.

Bliżej ci do Jana, czy do Piotra?

Przed Annaszem i Kajfaszem.

Wówczas kohorta oraz trybun razem ze strażnikami żydowskimi pojmali Jezusa, związali Go i zaprowadzili najpierw do Annasza. Był on bowiem teściem Kajfasza, który owego roku pełnił urząd arcykapłański. Właśnie Kajfasz poradził Żydom, że warto, aby jeden człowiek zginął za naród.
A szedł za Jezusem Szymon Piotr razem z innym uczniem. Uczeń ten był znany arcykapłanowi i dlatego wszedł za Jezusem na dziedziniec arcykapłana, podczas gdy Piotr zatrzymał się przed bramą na zewnątrz. Wszedł więc ów drugi uczeń, znany arcykapłanowi, pomówił z odźwierną i wprowadził Piotra do środka. A służąca odźwierna rzekła do Piotra: Czy może i ty jesteś jednym spośród uczniów tego człowieka? On odpowiedział: Nie jestem. A ponieważ było zimno, strażnicy i słudzy rozpaliwszy ognisko stali przy nim i grzali się. Wśród nich stał także Piotr i grzał się.
Arcykapłan więc zapytał Jezusa o Jego uczniów i o Jego naukę. Jezus mu odpowiedział: Ja przemawiałem jawnie przed światem. Uczyłem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie zaś nie uczyłem niczego. Dlaczego Mnie pytasz? Zapytaj tych, którzy słyszeli, co im mówiłem. Oto oni wiedzą, co powiedziałem. Gdy to powiedział, jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: Tak odpowiadasz arcykapłanowi? Odrzekł mu Jezus: Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?
Następnie Annasz wysłał Go związanego do arcykapłana Kajfasza.

Jezus konfrontuje się ze światem intryg, podłości i życiowych niekonsekwencji, jaki uosabiają dwaj arcykapłani. Św. Jan podkreśla prawość Nauczyciela z Nazaretu, zgodność Jego słów i czynów, a także otwartość Jego nauki. „Nie mam nic do ukrycia” – zdaje się mówić Jezus – „przemawiałem jawnie”. Świat konformizmu nie wytrzymuje prawdy. Policzek, jaki wymierza Jezusowi sługa Annasza, jest dowodem pewnego współuczestnictwa w ciemności. Negatywnymi bohaterami tej sceny nie są tylko arcykapłani, choć na pewną pełnią rolę swego rodzaju zworników systemu. To świat sług, cichych i głośnych popleczników kolaborującej władzy, nieuczciwych sędziów, czy zgadzających się na nieprawość elit społecznych. Dla nich wszystkich Rabbi z Nazaretu jest zagrożeniem. Podważa istniejące status quo – nawet nie to polityczne, co o wiele bardziej to duchowe, polegające na ułożeniu się z własnym grzechem i wiecznym kompromisie z prawdą.

Komu służysz? Jakiemu arcykapłanowi?

Zaparcie się Piotra.

A Szymon Piotr stał i grzał się. Powiedzieli wówczas do niego: Czy i ty nie jesteś jednym z Jego uczniów? On zaprzeczył mówiąc: Nie jestem. Jeden ze sług arcykapłana, krewny tego, któremu Piotr odciął ucho, rzekł: Czyż nie ciebie widziałem razem z Nim w ogrodzie? Piotr znowu zaprzeczył i natychmiast kogut zapiał.

Gdyby Ewangelie były jedynie zapisem wyobrażeń i pobożnych życzeń pierwotnego Kościoła, wówczas na pewno nie byłoby w nich tego gorszącego fragmentu. Oto pierwszy pośród apostołów, ten, któremu Pan nakazał utwierdzać braci w wierze i paść Jego owce – tchórzy przed służebna dziewką i paroma sługusami.

Jak wielka musiała być rozpacz Piotra, jak olbrzymi jego lęk – o siebie, a może o dzieło Pańskie. A może to po prostu kompletne nie zrozumienie tego, co działo się na jego oczach spowodowało tak haniebne zachowanie. Wszak nie uciekł z Ogrójca gdzieś, hen, na zaułki Jerozolimy, ale poszedł z Janem za pojmanym Nauczycielem na dziedziniec arcykapłański. Może liczył w cichości serca na to, ze zebrany potajemnie Sanhedryn uwolni Rabbiego? Może myślał, ż Jezus wybroni się przed złym losem, w końcu tyle razy wychodził cało z potyczek słownych z faryzeuszami? Może spodziewał się jakiegoś spektakularnego cudu, który przekona elitę Izraela? A tymczasem, im więcej chrusty wypalało się w ogniskach na dziedzińcu, tym bardziej z przerażaniem Piotr uświadamiał sobie absurdalność sytuacji i grozę wisząca w powietrzu. Wobec takiej grozy, lepiej się schować, Abu dosięgła każdego, kto nieopatrznie wystawi się na jej działanie. Piotr nie chciał zdradzić, chciał być przezorny i rozsądny. Może (zważywszy jego popędliwy charakter) pierwszy raz w życiu, wolał najpierw pomyśleć, a potem dopiero działać. Tymczasem przekombinował i znowu nie pojął planu Boga.

Czy dajesz dojść do głosu Panu i Jego planom, czy też słuchasz własnych pomysłów i zamierzeń?

Wydany w ręce pogan

Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać, lecz aby móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i rzekł: Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi? W odpowiedzi rzekli do niego: Gdyby to nie był złoczyńca, nie wydalibyśmy Go tobie. Piłat więc rzekł do nich: Weźcie Go wy i osądźcie według swojego prawa. Odpowiedzieli mu Żydzi: Nam nie wolno nikogo zabić.
Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć.

Pobożni ludzie, będący jednocześnie autorytetami w dziedzinie religii i moralności, dbający o prawa swojego narodu, a więc także i patrioci, oddają jednego ze swych braci w ręce człowieka, którym gardzą, w ręce poganina. Wydają go w jednym celu – aby wydał wyrok śmierci na Nauczyciela z Nazaretu. W pewien sposób starsi Izraela chcą się posłużyć Piłatem do swoich celów, jest on dla nich narzędziem, które zastosują, aby sobie nie pobrudzić rąk. To prawda, że nie mogą oficjalnie wydać wyroku śmierci i potrzebują do tego zatwierdzenia, wydanego przez rzymskie władze. Ale gdyby chcieli zakończyć sprawę Jezusa własnymi siłami, to raczej nie mieliby po temu większych trudności. Wszystkie systemy władzy wszystkich czasów mają na to swoje sposoby. Wówczas jednak niechęć tłumu (którego się obawiali) spadłaby na nich jak klątwa, czego wolą uniknąć. Lepiej, aby cała ewentualna złość ludzka spadła na Piłata, którego i tak synowie Izraela nienawidzą.

Manipulując drugim człowiekiem i czyniąc go narzędziem swoich interesów stajesz w jednym szeregu z sędziami Jezusa.

Dwa Królestwa.

Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa rzekł do Niego: Czy Ty jesteś Królem żydowskim?
Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?
Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?
Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd.
Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem?
Odpowiedział Jezus: Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.
Rzekł do Niego Piłat: Cóż to jest prawda?

Tak, Jezus jest Królem, ale Jego panowanie nie jest podobne do żadnego panowania ziemskiego władcy. Jezus nie włada mieczem, strachem, manipulacją, szantażami (nie tylko emocjonalnymi), czy przekupstwem. Orężem Chrystusa ma być prawda, i tylko ci, którzy są z prawdy zrozumieją prawo rządzące w tym Królestwie. Nie pojmie tych praw Piłat, który zna jedynie prawo siły – takiej, czy innej. Nie pojmą tego prawa ci, którzy uznają za jedynie skuteczne zasady relacji międzyludzkich kłamstwo, manipulację, czy zastraszenie.

Choć Królestwo Jezusa nie jest z tego świata, ma jednak ten świat, na jakim obecnie jesteśmy, przemieniać. Królowi potrzebni są słudzy – inni aniżeli słudzy przemijających władców ziemi. Potrzebni są ci, którzy pojmą prawo prawdy i miłości, oraz zechcą upodobnić się do Mistrza i Pana i – tak jak On – złożą samych siebie w ofierze.

Które Królestwo świadomie chcesz wybrać – Piłatowe, czy nie z tego świata?

Klęska sprawiedliwości.

To powiedziawszy wyszedł powtórnie do Żydów i rzekł do nich: Ja nie znajduję w Nim żadnej winy. Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego więźnia. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla żydowskiego? Oni zaś powtórnie zawołali: Nie tego, lecz Barabasza! A Barabasz był zbrodniarzem.

Oto paradoks – pełen niezaprzeczalnie dobrych chęci rzymski urzędnik wpada w pułapkę własnej przebiegłości. W procesie Jezusa ponoszą fiasko wszelkie ludzkie metody dyplomacji i polityki. Są niczym zarówno wobec agresji i nienawiści, wobec misterium ludzkiej woli przeżartej złem, ale także nie znaczą nic wobec woli Boga i Jego szalonej decyzji miłowania człowieka. Piłat okazuje się być bezsilnym przy całej swej władzy i kompletnie nieskutecznym funkcjonariuszem Rzymu. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że staje się on ofiarą systemu, któremu służy, a który to system okazuje się być konstruktem anty ludzkim.

Komu służysz? Jakiemu systemowi?

Król wyszydzony.

Wówczas Piłat wziął Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: Witaj, królu żydowski! I policzkowali Go.

Ot, tyle może zrozumieć z królewskości Syna Bożego poganin – błazenadę i drwinę z rojeń pogardzanego człowieka i narodu. Korona cierniowa i purpurowy płaszcz (zapewne jakaś żołnierska peleryna) to przecież atrybuty śmieszności, wykpienia. Podobnie zachowują się dzisiaj ci, którzy kpią z krzyża, czy przebierają się za papieża, lub biskupów na przeróżnych manifestacjach. Tyle rozumieją z kościoła, co żołdacy sprzed dwóch tysięcy lat z Jezusa. Żałosne.

A co ty rozumiesz z czynów Twojego Boga?

Ecce Homo

A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy.
Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: Oto Człowiek.
Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!
Rzekł do nich Piłat: Weźcie Go i sami ukrzyżujcie! Ja bowiem nie znajduję w Nim winy.
Odpowiedzieli mu Żydzi: My mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym.

Jakaś nieziemska nieustępliwość zamyka serca żydowskiego establishmentu. Podczas gdy Piłat staje na krawędzi śmieszności, rodacy Jezusa jawią się rzeczywiście jako dzieci ojca kłamstwa. Spełnia się to, co powiedział o nich swego czasu Pan, gdy próbowali Go ukamienować. I tak, jak wówczas odwoływali się do godności Abrahamowych dzieci, tak teraz zasłaniają się Prawem, interpretując je według pragnień swego serca. W tym momencie zostało zdeptane wszystko, co może chronić człowieka przed nim samym. Prawo staje się jedynie narzędziem, miłość ustępuje ślepej żądzy, a religia przyjmuje postać strażnika wygodnych schematów. Znika natomiast godność człowiecza, oraz bojaźń boża.

Popatrz, czy w swej codzienności nie czynisz karykatury z bożego prawa i nie sprowadzasz swej wiary do zasad służących jedynie twojej wygodzie?

Obawy Piłata

Gdy Piłat usłyszał te słowa, uląkł się jeszcze bardziej. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: Skąd Ty jesteś? Jezus jednak nie dał mu odpowiedzi.
Rzekł więc Piłat do Niego: Nie chcesz mówić ze mną? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzą Ciebie ukrzyżować?
Jezus odpowiedział: Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry. Dlatego większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie.
Odtąd Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi.

Prokurator rzymski jawi się jako człowiek zapędzony w kozi róg. Zaczyna być chwiejny, miotany lękiem – zarówno przed pogróżkami Żydów, jak i tajemniczym milczeniem Jezusa. Nauczyciel z Nazaretu musiał, mimo pobicia i zmęczenia, zrobić na Piłacie mocne wrażenie, skoro ten poczyna traktować Jezusa z niemalże zabobonnym lekiem. Św. Jan nie wspomina o snach Piłatowej żony, ale pasowałby w tym miejscu jakiś rodzaj magicznej, czy naturalnej religijności, tak charakterystycznej dla tamtych (a może i dzisiejszych) czasów. Cechą konstruktywna takiego myślenia jest lęk, który staje się motywacją ludzkich zachowań. Piłat, co prawda próbuje ów lęk przykryć pewnością siebie, ale jest ona pustym dźwiękiem i czczą przechwałką, którą demaskujejedno zdanie Skazańca.

Czy kieruje tobą lęk? Przed czym, lub kim? A może twój strach jest nieustannym towarzyszem życia, zrodzonym z braku odkrycia kim jesteś w oczach Boga?

Wyrok

Gdy więc Piłat usłyszał te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata. Był to dzień Przygotowania Paschy, około godziny szóstej. I rzekł do Żydów: Oto król wasz! A oni krzyczeli: Precz! Precz! Ukrzyżuj Go!
Piłat rzekł do nich: Czyż króla waszego mam ukrzyżować? Odpowiedzieli arcykapłani: Poza Cezarem nie mamy króla.
Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano.

Stało się.

Naród Izraela, ustami swych arcykapłanów wyrzekł się Króla, Pana Zastępów, zrywając po raz kolejny przymierze z Bogiem swych przodków. Naród Izraela obrał na jedynego władcę Cezara, odcinając się tym samym od duchowego dziedzictwa. Odtąd Pan przestaje władać w Izraelu, czego widomym potwierdzeniem stanie się, już za czterdzieści lat, zburzenie świątyni.

Oto, jak łatwo można wyrzec się łaski i chwały. Przypomina się starotestamentalna scena z Jakubem i Ezawem, w której miska soczewicy staje się cenniejsza od błogosławieństwa. Jednak w tym przypadku nikt nie oszukiwał arcykapłanów, nikt ich nie mamił, nikt nie stosował wobec nich podstępów. Bóg jawnie przemawiał przed światem, ale – równie jawnie – został odrzucony.

Na czym polega Twoje dziedzictwo?

Intronizacja

Zabrali zatem Jezusa. A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa.

Droga krzyżowa w opisie św. Jana, jaki cała Męka, jest historia królewskiej intronizacji Jesusa. Ewangelista nic nie wspomina o pomocy Cyrenejczyka, czy nawet o tym, że dwaj skazańcy towarzyszący Jezusowi, byli łotrami. Tutaj urastają oni do rangi świty Króla, który sam staje do śmiertelnych zapasów. Pojawia się jednak termin Golgota, wskazujący zarównona geograficzne miejsce poza murami Jerozolimy, jak i na symboliczne znaczenie owego tronu, na jakim zatriumfuje Mesjasz. Śmierć Jezusa zwycięża przecież grozę miejsca czaszek.

Oto Bóg króluje z Krzyża!

Titulus

Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski. Ten napis czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: Nie pisz: Król Żydowski, ale że On powiedział: Jestem Królem Żydowskim. Odparł Piłat: Com napisał, napisałem.

Tak po ludzku, to owa tabliczka na krzyżu Jezusa, jest jedynym zwycięstwem (nieco ironicznym) rzymskiego prokuratora. Z pewnością nie przez pomyłkę Piłat kazał tak właśnie ująć swój wyrok i winę Nazarejczyka. Jednocześnie ów poganin stał się mimo woli prorokiem, gdyż napisał prawdę – Jezus rzeczywiście jest Królem. I choć napis (zwany w ikonografii titulusem) głosił, ze ukrzyżowany skazaniec jest władcą jedynie Żydów, to przecież napisany był w trzech popularnych ówcześnie językach. Tym samym królowanie Jezusa stało się dostępne dla całego ówczesnego świata, a nie tylko dzieci narodu wybranego, który to naród przed chwilą odżegnywał się od swego dziedzictwa.

Czy Jezus jest twoim Królem? W jaki sposób Jego panowanie działa w twoim życiu?

Całodziana szata

Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza po części; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć.
Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a los rzucili o moją suknię. To właśnie uczynili żołnierze.

Czyż to dzielenie szat jeszcze nie umarłego Jezusa nie przypomina tego, co my czynimy na co dzień poprzez nasz brak wzajemnej miłości i troski o Jego Ciało, jakim jest Kościół? Nawet bez domniemania złej woli, nawet starając się o jakiś rodzaj dobra – tak jak je widzimy – w pewien sposób powierzamy przypadkowi losy Jezusowej Oblubienicy. Oczywiście, że przypadkami powoduje boska opatrzność, ale w przypadkach miesza również działanie Złego. Zwłaszcza, gdy pozostawienie czegoś przypadkowi równoznaczne jest ze zwalnianiem się z odpowiedzialności za swoje miejsce w Kościele i rolę, jak z owym miejscem się wiąże. Gdzieś w tle pobrzmiewa również jakąś postać uzurpacji i pytania „do kogo ma należeć” to dzieło, ta wspólnota, ta parafia, ta diecezja, ten Kościół. A przecież należy do Chrystusa!

Na czym polega twoja odpowiedzialność za Kościół – szatę i Oblubienicę Pana?

Matka

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

Św. Jan ukazuje wydarzenia Męki niejako uzupełniając opisy pozostałych ewangelistów. Chrystus w oczach Jana doskonale panuje nad wydarzeniami, co prawda wchodzi w nie, przeżywa mękę, cierpi i jest wyszydzany, ale jednocześnie porządkuje rzeczywistość, nie pozostawia nic przypadkowi i rozporządza czymś, co można nazwać Jego dziedzictwem. Także i w tej scenie, konający Pan powierza swoją Matkę uczniom (których tu uosabia uczeń umiłowany) oraz uczniów Matce. Zawiązuje się w ten sposób przedziwna wspólnota miłości i wzajemnych zobowiązań. Widzimy tu nie tylko zwykła troskę o najbliższe sobie osoby, ale także pewien rodzaj duchowego zawierzenia. Trosce Maryi jest powierzony Kościół (prawdziwa rodzina Jezusa) a trosce Kościoła – Maryja. Jednocześnie to Maryja jest znakiem Kościoła – Niewiasty i Oblubienicy – odtąd owa Małżonka Baranka ma się troszczyć o wszystkich, którzy staną się umiłowanymi uczniami Mesjasza. Ci uczniowie zaś będą odpowiedzialni za losy Kościoła.

Gdzieś w tym wszystkim jesteśmy i my, uczniowie słabi i grzeszni. Do nas także dociera głos z wysokości Krzyża. Spojrzenie Króla w koronie cierniowej spoczywa i na naszych sercach, a z nich przechodzi na stojącą obok Niewiastę. Jesteśmy Jej dziećmi. Jesteśmy Jej opiekunami.

Na czym to – dla ciebie – polega?

Krew i woda

Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda.
Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.

Badania naukowców ukazują w jaki sposób było możliwe tak wielkie zgromadzenie płynu i krwi. Ponoć było to wynikiem biczowania, dźwigania ciężaru krzyża i śmierci poprzez uduszenie. Nie to jest jednak najważniejsze, bo przecież dla każdego z nas, żyjących po objawieniach św. siostry Faustyny, najistotniejszy w tym opisie jest znak Bożego Miłosierdzia, rozpoznawalny dla wszystkich widzących słynny obraz z podpisem „Jezu, ufam Tobie!”.

Ufam, że umarłeś za mnie.

Ufam, że z krzyża boje źródło życia.

Ufam, że przebaczasz.

Ufam, że kochasz.

Ufam, że największy skandal świata, jakim była niewinna śmierć Bożego Syna jest największą szansą dla mojego życia.

Ufam.

Pragnę.

Pogrzeb

Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz ukrytym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. A Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i obwiązali je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania.
A na miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu.

Ponad sto funtów mirry i aloesu to duża ilość jak na pogrzeb galilejskiego cieśli i wędrownego nauczyciela. Józef z Arymatei i Nikodem musieli widzieć w Mężu z Nazaretu kogoś więcej, aniżeli zwykłego mędrca. Choć może lękali się stanąć murem z Jezusem podczas nocnego procesu w pałacu arcykapłana (może ich tam nie wezwano, znając przychylność obydwu dostojników dla skazańca) to teraz wypełniają swe powołanie. Ryzykując dobre imię Józef idzie do Piłata, a Nikodem nie żałuje pieniędzy, aby uczcić człowieka, o którym może nawet pomyśleli, że mógł być oczekiwanym Mesjaszem. To ciekawe, że obaj nie rezygnują ze swej powinności mimo śmierci Jezusa, choć powinna ona być dla nich dowodem przegranej Nazarejczyka. Przecież, w myśl popularnych w Izraelu przesądów, człowiek którego spotyka hańba takiej śmierci jest automatycznie przeklęty przez Boga. Albo więc Józef i Nikodem oczekiwali zmartwychwstania (zgodnie z zapewnieniem Jezusa) albo byli ludźmi – wbrew temu, co zwykł się mówić o ich tchórzostwie – wielkiego serca i kultury.

Sto funtów wonności, jakimi obłożono ciało Pana podkreślają wystawność i królewskość Jezusowego pochówku. Oto Król, pośród woni pachnideł, zostaje złożony w ogrodzie, oczekując na poranek zmartwychwstania. Grób jest świeżo wykuty w skale, godzien Ciała Syna Bożego. Ciała, które – jak szczegółowo zaznacza naoczny świadek tamtej pospiesznej ceremonii – zostaje obwiązane płótnami. Nie sposób w tej wzmiance zobaczyć odwołania do materii, jakie znamy dzisiaj jako Całun Turyński, sudarion z Oviedo, czy chusta z Manopello.

W ogrodzie rajskim człowiek zrzekła się natury królewskiej. W ogrodzie na stoku Golgoty Król ma wyzwolić naturę ludzką.

Nastała cisza oczekiwania…

WIELKI CZWARTEK WIECZERZY PAŃSKIEJ

Czwartek, 5 IV 2012 r.

Ś W I Ę T E   T R I D U U M   P A S C H A L N E

I CZYTANIE Wj 12, 1-8. 11-14
Bóg powiedział do Mojżesza i Aarona w ziemi egipskiej: „Miesiąc ten będzie dla was początkiem miesięcy, będzie pierwszym miesiącem roku. Powiedzcie całemu zgromadzeniu Izraela tak: «Dziesiątego dnia tego miesiąca niech się każdy postara o baranka dla rodziny, o baranka dla domu. Jeśliby zaś rodzina była za mała do spożycia baranka, to niech się postara o niego razem ze swym sąsiadem, który mieszka najbliżej jego domu, aby była odpowiednia liczba osób. Liczyć je zaś będziecie dla spożycia baranka według tego, co każdy może spożyć. Baranek będzie bez skazy, samiec, jednoroczny; wziąć możecie jagnię albo koźlę. Będziecie go strzec aż do czternastego dnia tego miesiąca, a wtedy zabije go całe zgromadzenie Izraela o zmierzchu. I wezmą krew baranka, i pokropią nią odrzwia i progi domu, w którym będą go spożywać. I tej samej nocy spożyją mięso pieczone w ogniu, spożyją je z chlebem niekwaszonym i gorzkimi ziołami.
Tak zaś spożywać go będziecie: Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w waszym ręku. Spożywać będziecie pospiesznie, gdyż jest to Pascha na cześć Pana. Tej nocy Ja przejdę przez Egipt, zabiję wszystko pierworodne w ziemi egipskiej od człowieka aż do bydła i odbędę sąd nad wszystkimi bogatymi Egiptu. Ja, Pan. Krew będzie wam służyła do oznaczenia domów, w których będziecie przebywać. Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską. Dzień ten będzie dla was dniem pamiętnym i obchodzić go będziecie jako święto dla uczczenia Pana. Po wszystkie pokolenia w tym dniu świętować będziecie na zawsze”.
II CZYTANIE 1 Kor 11, 23-26
Ja otrzymałem od Pana to, co wam przekazuję, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: „To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę”. Podobnie skończywszy wieczerzę, wziął kielich mówiąc: „Kielich ten jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę”. Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie.
EWANGELIA J 13, 1-15
Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.
W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany.
Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: „Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?” Jezus mu odpowiedział: „Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później to będziesz wiedział”. Rzekł do Niego Piotr: „Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał”. Odpowiedział mu Jezus: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną”. Rzekł do Niego Szymon Piotr: „Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę”. Powiedział do niego Jezus: „Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy”. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: „Nie wszyscy jesteście czyści”.
A kiedy im umył nogi, przywdział szaty, i gdy znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: „Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem”.

Wszystko się miesza. Jak w życiu. I diabeł, i miłość, i smutek, i pragnienie bliskości, i decyzja ludzka.

Wielki Czwartek to ostatnia chwila przed wejściem w ból i cierpienie, które będzie się zdawało nie mieć dna. Już za chwile zostanie opuszczony, rozsypia się więzi z bliskimi, a furia nieprzyjaciół zapanuje nad sprawiedliwością. Już za chwilę jeden z uczniów Go wyda a drugi się zaprze, chroniąc siebie i pozwalając, by strach stał się większy od miłości. Już za chwilę reszta apostołów pochowa się po kątach wieczernika, aby przetrwać mękę swego nauczyciela.

Ciemność czeka, niecierpliwa momentu, aż nastaje godzina jej panowania.

Ale jeszcze, póki można, póki ta chwila nie nadeszła, Pan pozostawia najcenniejsze dary, w których On sam jest obecny. Eucharystię, której obecny jest poprzez Ciało i Krew. Kapłaństwo, w którym obecny jest poprzez posługę sakramentalną grzesznych ludzi. Przykazanie miłości, w którym obecny jest, gdy jego uczniowie służą sobie nawzajem. Jakby ostatnim rzutem na taśmę, Jezus obdarza dwunastu i swoim słowem, i obecnością, i nakazami, i znakami, i lekcją służby. Choć ma świadomość ich wad, słabości i lęku, nie zraża się tymi przywarami, nie poddaje się myśli, że ten testament wieczernikowy, może być zaraz zdeptany. Jezus ma nadzieję, Jezus ufa – nie tyle apostołom, ale łasce Boga. W obliczu końca i piekła samotności, Syn wierzy, że Ojciec nie zawiedzie, że dopomoże słabej ludzkiej woli, że nie zostawi słabej trzódki, że – właśnie w słabości – ukaże Swą moc.

Zrobić wszystko, co do nas należy. Obronić w sobie nadzieję. Ocalić, co tylko można. A potem wejść w ciemność…

Rozpoczyna się czas panowania zła.

Jak się okaże, panowania pozornego.

DROGA KRZYŻOWA 2012

Tu będzie nieco inaczej. To ja zapraszam Ciebie, Jezu. Pójdź ze mną. Nadaj sensu mojej drodze, upadkom i otchłani. Ty wiesz czym jest ludzka samotność i rozpacz. Chcę Ci pokazać każdy przystanek, jaki uczyniło w moim życiu cierpienie. Przemień je w chwałę, nawet, jeśli wydaje mi się to kompletnie nierealne.

Ale dla Ciebie, Cierpiący i Zmartwychwstały Boże, nie ma nic niemożliwego.

STACJA I

Skazany

Niech jęk pojmanych dojdzie do Ciebie; mocą Twojego ramienia oszczędź na śmierć skazanych. (Ps 79, 11)

Jestem skazany.

I choć nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem do końca niewinny, to spora część wyroku, jaki na mnie ciąży, nie jest moim wyborem, ani skutkiem moich win. Dźwigam w sobie pytania, które boję się wypowiedzieć. Wolę uciec w poczucie klęski, w rozpacz, w lęk przed nieuchronnym – przed pustką, jaka wessie mnie bezpowrotnie.

Kto mnie skazał?

Kto stoi za tym wyrokiem?

Kto umywa ręce, odwracając głowę od konsekwencji własnych decyzji, nie patrząc na skazańca?

Czyj grzech wisi nad moją głową, przez którą przebiegają pełne zawstydzenia myśli?

Dlaczego mam wciąż dźwigać w sobie przekleństwo, którego nie wybrałem? Wszyscy odwracają się ode mnie, idą ku sobie, ku sprawom ważniejszym aniżeli nieuchronność mego losu. Czyż mogę ich za to winić? Jestem sam, tu na placu prokuratorskim, gdzie diabeł przebrany w togę Piłata nakazuje mnie chłostać gradem oskarżeń.

Jezu!

Czy mam prawo teraz choć trochę pomyśleć, że jesteś blisko? Że ból, jaki czuję, łączy mnie z Tobą? Wiem, że jest on niczym w porównaniu do Twej niewinnej Męki. Lecz daj mi choć promyk nadziei, że nie jestem tu sam. Że ten ślad na lithostros zostawiła Twoja stopa.

I skoro skazuje mnie los, grzech innego, życie, czy nawet mój grzech – Ty mnie ocal.

STACJA II

Krzyż

 Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. (Łk 14, 27)

Każą iść. I choć wiem, dokąd ta droga prowadzi, to wolałbym jeszcze tak stać w miejscu. Boję się ciężaru, jaki włożą mi na barki. Mam w uszach te słowa o potędze Krzyża, o jego mocy, o poświęceniu, o miłości – i jeszcze bardziej się lękam. Wiem też, że każdy krok będzie dodawał mi ciężaru. Wiem, że częściowo sam jestem sobie winien. Wiem, że nie ucieknę przed tym. Wiem.

Niektórzy mówią – nie zastanawiaj się, po prostu idź; nie myśl, nie zagłębiaj się, nie analizuj. Idź. Tak trzeba.

Nie umiem.

Nie chcę krzyża. Wolałbym uciec.

Momentami tylko, przez krótkie chwile, wydaje mi się, że widzę krwawy ślad na ziemi. Jaśniejący ślad.

I choć nie jestem godzien, chcę przez moment stać się Uczniem.

Jezu!

Nie zostawiaj mnie w tym miejscu, gdy wydaje mi się, że ciężar przygniata mnie do ziemi.

Nie zostawiaj mnie, gdy marzę o śmierci, o ucieczce.

Niech widzę Twoje ślady.

Niech wiem, że jesteś.

STACJA III

Pierwszy Upadek

Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości! (Rz 11, 12)

Był taki moment, gdy wiedziony pokusą po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z własnego grzechu. Nie było miejsca na wykręty, na ucieczki, na wymówki. Brutalna prawda o poszukiwaniu szczęścia poza Bogiem, zabolała, ale i jednocześnie dodała (paradoksalnie) odwagi w owych poszukiwaniach. Czy, gdybym znał skutki owych eksperymentów, to powtórzyłbym je raz jeszcze?

Nie wiem…

A teraz potykam się sam o siebie. O emocje, o pragnienia, o egoizm – bogata jest ta droga w tego typu ostre kamienie.

Może więcej rozumiem, może jestem „bogatszy w doświadczenia” – cóż z tego, skoro nie potrafię jednego i drugiego zaprząc do dobra…

Jezu!

Ty upadałeś pod ciężarem tego, co ja wybieram.

Podnosiłeś się, podczas gdy ja często wolę trwać na ziemi.

Podnieś mnie.

Uzdrów z tego głupiego przekonania, że grzech jest jedyną przestrzenią wolności w moim życiu i jedynym szczęściem, na jakie zasługuję!

Zbierz mnie w całość, gdy się rozsypuję.

 STACJA IV

Matka

Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. (J 19, 27)

Jakieś czułe spojrzenie. Jakaś troska. Jakiś odruch miłości.

Tylko czemu nie przyjmuje tego do siebie, czemu odwracam głowę, czemu lękam się zalewającej serce fali słodyczy. Jakbym bał się, że ta fala mnie rozsypie, a i tak przecież ciężko.

Czy nie lepiej zamknąć oczy i serce, by iść dalej.

Przecież nie wierzę bym zasługiwał na ten moment – choć go pragnę.

– Maryja zatrzymuje się patrzy smutno, uważnie, aby od tej chwili iść obok. Będzie podnosić z upadków, będzie czuwać, będzie cierpliwie czekać, będzie milczeć. Poda różaniec, nauczy jego siły, pokaże miejsca na drodze, gdzie mniej kamieni. Po prostu – będzie.

Jezu!

Dziękuję Ci za Jej obecność. Dziękuję za Jej milczenie i pokorę. Dziękuję za spojrzenie, które wychwytuje potrzebę mojego serca.

I gdyby jeszcze mogła mnie nauczyć jak kochać! Jak uwierzyć, że kochać mogę i mogę miłości doświadczać!

 

STACJA V

Szymon

Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. (Ap 3, 17)

Dlaczego mi pomaga? Jaki ma w tym interes? Po co mu targanie moich ciężarów, gdy tyle ma spraw własnych? Takie zadanie sobie wymyślił? Kolekcjonuje czyny własnej doskonałości? Kazali mu? Przymusili? Sam z siebie przecież by tego nie czynił…

Kocha?

Kogo? Przecież, że nie mnie. Jeśli to dla mnie, to zobaczycie wszyscy, ze za chwile będzie miał dosyć. Ja przecież na żadną pomoc nie zasługuję. Żaden człowiek nie ubrudzi rak dla mnie.

Że zbyt mocno w to wierzę? W końcu ileś osób się o to postarało.

Zostaw. Bez łaski.  Pójdę sam.

Jezu!

Widzisz jaką moc ma przekleństwo braku miłości. Jestem podejrzliwy wobec każdego człowieka, który wychodzi do mnie z gestem życzliwości. Ty przyjąłeś pomoc Szymona, chociaż został zmuszony do wzięcia Twego Krzyża. Ty masz serce szerokie, otwarte, ja – jestem małoduszny, nie widzący zbyt wiele poza własnym cierpieniem. A jakiekolwiek porzucenie mnie, choćby nieświadome i najmniejsze jest dla mnie jak potwierdzenie odwiecznej prawdy – nie zasługujesz…

Uratuj mnie z tej choroby!

Przekonaj o miłości!

STACJA VI

Weronika

Odpowiedziała Rut: Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż: gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem. (Rt 1, 16)

Nie sądzę, żeby wiele rozumiała z tego, co tu się dzieje, co dzieje się we mnie. Porusza mnie to, że się mnie nie boi, że podchodzi śmiało, że nie zrażają jej kolce, ani obraz maszkary, jaki stanowię w tej chwili. Ona ma dar – nie zatrzymuje się na tym co zewnętrzne, szuka głębiej. Wielu, na przykład ja sam, tego nie potrafi. Czyżby starała się zrozumieć? Czyżby nie odrzucała zbyt łatwo tego pośmiewiska jakim jestem? Czyżby jej – zależało? Czyżby widziała w mojej twarzy obraz Innego i tak mocno uwierzyła w ten wizerunek, że jest gotowa zaryzykować odrzucenie?

Nie odrzucę jej. Mam wrażenie, że jest szczera w swym porywie. W swej… miłości?

Jezu!

To pięknie brzmi: „widzieć w bliźnich Twój obraz”. Trudno mi zdobyć się na gest Weroniki. Nie umiem się przebijać do drugiego człowieka. Boje się ran, jaki może mi zadać. Dlatego nie podchodzę, omijam, odwracam wzrok.

Posyłaj do mnie liczne Weroniki, abym w ten sposób nauczył się miłości. A jeśli może nie uda mi się wejść na ten poziom bycia z kimś drugim, to chociaż – przez ich świadectwo – przekonaj mnie, że miłość istnieje.

STACJA VII

Drugi Upadek

Lecz opieka faraona będzie dla was zawstydzeniem, a pohańbieniem ucieczka w cień Egiptu. (Iz 30, 3)

Leżeć, leżeć, nie wstawać. Tak mi dobrze. Wszystko gdzieś znika, nie ma trudu, nie ma samotności, nie ma bolesnych ran, nie ma oczekiwań innych ludzi. Jest pustka, ale to błoga pustka. Nie czuję nic. Nikt nie krzyczy, a przynajmniej niczego nie słyszę. Nikt nie chce niczego ode mnie. Nikt mnie nie upokarza.

Nie podnoście mnie, nie szarpcie. To jedyny spokój jaki mam – leżeć w tym gnojowisku drogi. Wiem, że to nierealne. Nie róbcie mi wyrzutów, bo co uczyniliście, bym odnalazł pokój gdzie indziej?

Niech to trwa. Nic nie jest w tym momencie ważne, tylko to, że mogę leżeć. Nic to, z krew sączy się z odwiecznych ran. Grunt, że jest dobrze.

Jezu!

Znasz to uczucie? Jeśli tak, to proszę – zrozum mnie. A wtedy wstanę. Bo przecież dlatego upadam czasami, gdyż zdaje mi się, że nigdzie indziej nie dostanę tej chwili ciszy. Tak, to głupie, myśleć, z grzech cię zrozumie. Więc, wołam do Ciebie, powiedz, że rozumiesz tę nędzę jaka jestem ja, grzesznik.

STACJA VIII

Płacz Niewiast

Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! (Łk 23, 28)

Jestem odcięty od płaczu. Nie porusza mnie. Nie rozumiem go. Doszukuję się w nim jakiegoś fałszu, nieprawdy, przesady. Zwłaszcza, jeśli ma to być płacz nade mną. Łatwiej przyjąć milczącą obecność Matki, czy wypełnione próbą zrozumienia spojrzenie Weroniki. A ten szloch, ta histeria, te emocje – nie, nie chcę. Mam poczucie zanurzenia się w grzęzawisko, każdy krok, pośród tych głosów, wydaje mi się moim ostatnim. Tak jakbym miał już zaraz zapaść się. Mimo bólu, jaki mi stale towarzyszy – jest on bezpieczniejszy „na zimno”, bez poruszeń.

Mam ochotę zawołać – Nie płaczcie nade mną…

Jezu!

Szloch kobiet na Twój widok wynikał ze współczucia. Nie chciałeś go, bo ważniejsze było, aby zwróciły uwagę na siebie, na przyszłość swoją i swych dzieci. Mój lęk przed płaczem jest zupełnie czym innym. Wyzwól mnie z niego. Spraw, abym umiał w nim ujrzeć czyjąś troskę, przejęcie, a może nawet…

STACJA IX

Trzeci Upadek

Zacząłem więc ulegać zwątpieniu z powodu wszystkich trudów, jakie podjąłem pod słońcem. (Koh 2,20)

A może to wszystko nie ma sensu? Po co się męczyć, szarpać, przekraczać? Po co zawracać głowę Bogu i ludziom? Po co nieustannie zgadzać się na kompromisy między ciałem a duchem? Jeśli mnie skazano, to niech już teraz dopełni się wyrok, co zmieni te kilka kroków? Czy musi się dopełnić jakaś miara mojego cierpienia? Tylu ucieka, tylu wybiera życie bez tej szamotaniny, zadowalając się zwykłym, ludzkim ciepełkiem. Może to i wybór namiastki, może to i upadek – ale znika na wpół żałosna walka o konsekwencję. Może trzeba sobie powiedzieć, że miłość jest niemożliwa, że po tylu zdradach (i tych własnych, i tych uczynionych przez kogoś) nie ma co się wygłupiać, że nie warto silić się na zaufanie.

Nie rób z siebie widowiska, odpuść – szepce ktoś…

Jezu!

Pokusa jest zbyt silna. Mów do mnie. Niech nawet cisza przemawia Twoim Głosem. Bo blisko jest chwila, gdy zaneguję do końca miłość i wszystko, co z nią się wiąże. A przecież nie mogę zanegować Ciebie. Nie chcę żyć w wiecznym rozdarciu między tym, co wiem, a tym, co doświadczam. Nie chcę, by w mej duszy po trochu rozkładał się trup rozpaczy. Pomóż! Podnieś mnie!

STACJA X

Obnażenie

Podobnie arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie drwili między sobą i mówili: Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. (Mk 15,31)

Boję się tych ciekawskich spojrzeń uważnie taksujących każdy milimetr zbitego ciała, i jeszcze bardziej zbitej duszy. Nienawidzę pseudo litościwych uśmiechów, zainteresowanych jedynie podkreśleniem swej wyższości i nieskazitelności. Nie zniosę obłudnej troski tych, którym się wydaje, że mogą mnie teraz opisać, „zrozumieć”, ocenić i zamknąć w pudełeczku z odpowiednią etykietką. Obcość ludzkich słów sprawia, że obijam się o niewidzialny mur. Nie chce więc odkrywać poranionego serca. Tyle razy dawano mi pić koktajl z upokorzeń, że wolę, aby wszyscy myśleli, z jestem pysznym gburem, zajętym jedynie własnymi sprawami. Wystarczy, że Matka zna prawdę, a z nią tych kilka osób, którym będzie zależało, aby zrozumieć.

Jak bolą te puste spojrzenia… Jak bolą te mądre teorie…

Jezu!

Przyjąłeś upokorzenie i wściekło-taksujący dotyk spojrzeń tłumu. A byli to ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno wołali – „Hosanna!”. Nie uciekłeś przed złośliwością i małością innych. Wiesz, że tak nie umiem. Nie chcę pytań, spojrzeń, i gotowych recept na szczęście. Ale, jeśli mam zostać obnażony, to pozwól, że razem z Tobą. Nie wiem jak, nie wiem, czy zasługuję – ale daj mi nie być wtedy sam.

Jakże chcę wierzyć, że mnie rozumiesz…

STACJA XI

Przybicie

Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości; jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje. Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci. Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców. Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości. A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; (Ps 22, 15-18)

Jestem zdany na łaskę i niełaskę innych. Unieruchomiony. Jak sparaliżowany. Nie wiem, co boli bardziej – ból fizyczny, który jest stałym towarzyszem, czy ten wewnętrzny – samotności, odrzucenia i wymuszonej bierności…

Nie panuję nad niczym. Nie słucha mnie moje ciało, nie posłuchają ludzie, nie słuchają emocje. Mam świadomość, że każdy, kto na mnie patrzy wie o mnie wszystko, i to od tej strony, której zwykle się nie pokazuje. Znają moje słabości, moje grzechy, choćby te najbardziej wstydliwe, moje myśli, moje pomyłki życiowe i błędy. I nie ma w ich oczach wyrozumiałości, raczej potwierdzenie: „Tak, przegrałeś wszystko. Nic ci się nie udało. Nic nie osiągnąłeś. Tyle zmarnowanych lat, przegapionych szans, zniszczonych ludzi. Wszystko to twoja wina.” A ja nawet nie umiem zaprzeczyć. Nie wiem jak. A oni biorą to za milczącą zgodę swych oskarżeń.

Jezu!

Szatan nawet na krzyżu kusił Cie rozpaczą i poczuciem przegranej. Wiem więc, że rozumiesz te chwile, gdy podobna (choć nieporównywalnie mniejsza) pokusa ma dostęp do mojego serca. Pomóż mi wówczas. Przyjdź z nadzieją. Nie wydawaj mnie na pastwę tych myśli. I gdy ja już nic nie mogę, gdy jestem pozbawiony możliwości uczynienia jakiegokolwiek gestu, poślij swoich aniołów, aby uczynili, to czego jestem pozbawiony.

Tak pokornie wydałeś się w obce i nieczułe ręce… Nieosiągalne…

STACJA XII

Śmierć

A właśnie za wszystkich umarł Chrystus po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. (2 Kor 5,15)

Chyba chciałbym.

Są takie momenty, gdy wyobrażam sobie tę chwilę.

Znikł by wówczas pozbawiony nadziei świat i życie, w którym zaginęła perspektywa na szczęście. Wiem jednak, ze to tęsknota za radykalna ucieczką, o tyle głupią, że dającą w zamian (być może) wieczność rozpaczy. Ironiczny żart złośliwego szatana.

Łatwiej myśleć o takim nagłym zniknięciu, aniżeli o powolnym umieraniu, a zwłaszcza o powolnym, rozłożonym na raty obumieraniu. Nie umiem stawać się ziarnem rzuconym w ziemię, które musi obumrzeć, nie umiem już czynić tego dla kogoś. Może kiedyś były takie momenty, gdy łatwo było mi zapomnieć o sobie, ale teraz, patrząc na zgliszcza, tego co łączyło mnie z innymi – po co mam obumierać? Czy to ma sens?

Jezu!

Kochasz, nie patrząc na to, czy ktoś Twoją miłość przyjmuje, czy odrzuca. To ostatnie boli, ale jednocześnie nie zamyka Twego serca. Jesteś nieustanną decyzją na wyniszczenie, na umieranie, dla dobra Twych uczniów. Ponawiasz każdego dnia swoją Ofiarę na ołtarzach całego świata. Jakbyś chciał mi wyryć w sercu to wołanie: „Warto się spalić!”

STACJA XIII

Zdjęcie z Krzyża

Teraz, odpoczynek! Dajcie wytchnąć strudzonemu! (Iz 28, 12a)

Skończyło się wszystko, co najbardziej bolesne. Zapanowała cisza.

Nie znam tego uczucia. Znam ciszę przed burzą, ten świdrujący niepokój przeczuwający, że coś zaraz się stanie. Nie wiem jednak czym jest pokój spełnienia. Zawsze przecież co jest nie tak – we mnie, w innych, w sprawach do załatwienia. Zawsze czegoś brakuje. Nawet jak nie przezywam swego braku, czy swego skazania, to cos jest nie w porządku. A tu? Nieznane mi miejsce, gdzie jakby coś się zamyka i zamiera w powietrzu przesyconym spokojem.

Zachodzące słońce, wyciągnięte ramiona Matki. Czułość, której nie czuję.

I spokój.

Jezu!

Daj mi kiedyś dojść do tej chwili. Gdy przeminie ból. Gdy poznam czym jest pokój serca. Gdy doświadczę łez miłości. Gdy bezwładne ciało z ufnością powierzy się kochającym dłoniom.

Tylko proszę. Niech to stanie się jeszcze za życia, a nie po śmierci…

STACJA XIV

Grób

Szeol i Otchłań są jawne dla Pana, o ileż bardziej serca synów ludzkich. (Prz 15, 11)

Wiem, że leżę w grobie. Dookoła ciemność, pustka i cisza.

Mój grób to miejsce, do którego wycofuję się gdy po raz kolejny wiem, że trudniej przeżywać kolejne dni, aniżeli oddzielić się ciężkim kamieniem od innych i świata. Bo po co mam żyć? Dla kogo mam się zmagać z Krzyżem, z wyrokiem ciążącym nad moim życiem, z kamieniami, na które upadam, z ludzkimi krzykami i samotnością. Grób sprawia, że znikają wątpliwości, pytania, pragnienia. Wchłania mnie i wsysa kusząca otchłań.

Jest zimno i pusto.

Jestem sam. Nic nie czuję.

Jest pusto.

Jezu!

Wierzę, że zstąpiłeś do otchłani – nie tylko po to, aby wyprowadzić na wolność praojców, ale także, aby zatknąć w miejscu największego ludzkiego nieszczęścia i zimnej samotności swój znak. Wierzę, że tam, gdzie króluje rozpacz utraconych szans jest już ślad Twojej przebitej stopy. Wierzę, że w moim grobie pod kamieniem cichego smutku, jest pamiątka Twej Obecności.

Byłeś tam przede mną.

Bądź tam ze mną.

Czwartek V tygodnia Wielkiego Postu

Czwartek, 29 III 2012 r.

I CZYTANIE Rdz 17, 3-9
Abram padł na oblicze, a Bóg tak do niego mówił: „Oto moje przymierze z tobą: staniesz się ojcem mnóstwa narodów. Nie będziesz więc odtąd nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów. Sprawię, że będziesz niezmiernie płodny, tak że staniesz się ojcem narodów i pochodzić będą od ciebie królowie. Przymierze moje, które zawieram pomiędzy tobą a Mną oraz twoim potomstwem, będzie trwało z pokolenia w pokolenie jako przymierze wieczne, abym był Bogiem twoim, a potem twego potomstwa. I oddaję tobie i twym przyszłym potomkom kraj, w którym przebywasz, cały kraj Kanaan, jako własność na wieki, i będę ich Bogiem”.
Potem Bóg rzekł do Abrahama: „Ty zaś, a po tobie twoje potomstwo przez wszystkie pokolenia, zachowujcie przymierze ze Mną”.
EWANGELIA  J 8, 51-59
Jezus powiedział do Żydów: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki”.
Rzekli do Niego Żydzi: „Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy, a Ty mówisz: «Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki». Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?”
Odpowiedział Jezus: „Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: «Jest naszym Bogiem», ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy kłamcą. Ale Ja Go znam i słowo Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień, ujrzał go i ucieszył się”.
Na to rzekli do Niego Żydzi: „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?”
Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem”. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni.

Co mi obiecujesz, Panie?

Abrahamowi obiecałeś potomstwo liczne, jak gwiazdy niebieskie. Długo musiał czekać, aby otrzymać zadatek Twego przyrzeczenia w postaci Izaaka. A i wtedy pokazałeś mu, że Tyś jest Panem ludzkich losów. Nie zobaczył jednak za swych ziemskich dni wypełnienia obietnicy, choć – jak zaświadczył to Twój Syn – dane mu było tajemne widzenie. Może tak tylko ujrzał dzień Syna Bożego – i uradował się. Jednak życie patriarchy było wypełnione cierpieniem, które bywa ceną wiary konsekwentnej.

Przed taką wiarą konsekwentnie uciekam, a Ty mnie do niej nieubłagania zawracasz, nawracasz.

Żydom Syn Twój obiecał życie wieczne, jeśli tylko będą trwać przy nauce miłości. Przy Jego, a więc i Twojej nauce. Obawiam się, Panie, że ze mną jest gorzej, aniżeli z nimi. Bo dla nich obietnica ta miała pewną wartość. Oburzyli się, ze składa ją zwykły syn cieśli. Poruszyli się. Mnie zaś (a jak sądzę i wielu mi podobnym) obietnica ta po prostu nie porusza.

Czyżbym tracił wiarę, Panie, Boże Abrahama?

A może tak marny ze mnie materiał na Twego ucznia? Trudności i cierpienia, jakie przynosi życie, wydają mi się nie do uniesienia. Błądzę w gąszczy pytań i wątpliwości. Dobija mnie samotność i poczucie opuszczenia. Nie tylko nie mam wiary sędziwego patriarchy, ale nawet jego zwykłej, naturalnej siły, wyrobionej w tysięcznych dniach wędrówek po pustyni, czy w walce o swoich.

Co więc mi obiecujesz? Ojcostwo? Wieczny żywot?

„Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni…”

« Older posts Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑