Blog ks. Jacka Gomulskiego

Miesiąc: lipiec 2013 (Page 2 of 2)

Notatki Rzymskie III

Pomnik oddania

Z wielu świątyń odwiedzonych dzisiaj, pozwolę sobie opisać tylko jedną. Dawno już chciałem ją zobaczyć, gdyż intrygowała mnie zawsze złota figura Odkupiciela, widoczna znad dachów dworca Termini.

Kościół Najśw. Serca Pana Jezusa – Sacro Cuore di Gesu.

Znajduje się przy Via Marsala, nieopodal dworca Termini. Z daleka wyróżnia się wieńczącą świątynię złotą statuą Chrystusa wskazującego na Swe Serce. Widok ten zauważą wszyscy, którzy wychodząc z budynku dworcowego, bądź poszukując miejskiego autobusu, będą patrzeć nie tylko sobie pod nogi, ale także dookoła. W końcu św. Paweł zachęca, aby szukać tego, co w górze.WP_001091

X. Smoczyński (który zresztą tłumaczy tytuł świątyni jako Najsłodszego Serca Jeuzsowego, ciekawe czemu w polszczyźnie katolickiej Serce „Najsłodsze” zostało zamienione na „Najświętsze”, mam wrażenie, że to nie jest to samo – chyba, że X. Smoczyński się pomylił) wyjaśnia, że ten kościół jest rezultatem poświęcenia włoskich diecezji Sercu Jezusa w 1871 roku.  Szybko pojawiła się myśl, gorliwie podchwycona przez biskupów, aby wybudować w sercu chrześcijańskiego świata swoiste wotum. Już siedem lat po akcie poświęcenia, dzięki ofiarom wiernych, wmurowano kamień węgielny, a w 1887 Leon XIII oddał gotowy już kościół zgromadzeniu Salezjanów. Na konsekracji był obecny sam don Bosko, którego determinacji ten kościół zawdzięcza swe istnienie; pokój w którym wówczas  mieszkał zrekonstruowano i można go oglądać na tyłach bazyliki, a nawet odprawić w nim Mszę św.

Kościół stoi na ruinach dwóch wielkich kompleksów starożytności – koszar gwardii pretoriańskiej, oraz Term Dioklecjana. Pretorianie zaczęli obozować w tym miejscu za czasów Sejana, potężnego prefekta za rządów cesarza Tyberiusza.  Zburzył ich budynki Konstantyn Wielki, chcąc ukarać gwardię za to, że stanęła w bitwie na moście Muliwijskim po stronie jego rywala – Maksencjusza. Przejmuje myśl, że w chwili, gdy pretorianie budowali w tym miejscu swoje koszary, w dalekiej Galilei nauczał Ten, którego figura góruje dziś nad tą okolicą.

Bogate, eklektyczne, trójnanwowe wnętrze, przedzielone szeregiem granitowych kolumn, kryje szereg ołtarzy. I tak od prawej strony: 1. Wnęka z figurą i obrazem Piusa IX – na burzliwy koniec jego pontyfikatu nałożyła się budowa tej świątyni-wotum. 2. Ołtarz św. Marii Domeniki Mazarello, współzałożycielki salezjanek. 3. Ołtarz św. Franciszka Salezego. W transepcie po prawej stronie ołtarz  św. Józefa (bardzo ciekawy obraz o małych może zaletach artystycznych, ale za z rzadkim ujęciem ikonograficznym św. Józefa stojącego przed Maryją, któremu anioł ofiarowuje symbolizujący Kościół model Piotrowej bazyliki), po lewej zaś Madonny z Dzieciątkiem. Dalej po lewej stronie 1. Ołtarz św. Jana Bosko wyobrażonego na obrazie z Dominikiem Savio. 2. Ołtarz św Anny, przedstawionej w centrum obrazu z Maryją obok i św.  Joachimem za plecami. 3. Kaplica Chrztu Jezusa z wolno stojącym ołtarzem, na którym umieszczono apokaliptycznego Baranka. Za nim płaskorzeźba Chrztu Pańskiego.

Na uwagę zasługuje dość toporny w formie świecznik pod paschał, będący jednocześnie wodotryskiem. Jak sądzę jest to połączenie świecznika z chrzcielnicą, dość niefoortunne, trzeba przyznać. Zwłaszcza, że paschał plastikowy a woda wyschłą…

Żal tylko, gdy się widzi (w przejściu wieńczącym prawą nawę) relikwie (tej miary, co Krzyża św.) wrzucone do gablotki między dawne paramenty i szaty liturgiczne. Wydawało mi się, że cząstka ciała czy nawet szaty bł. Michała Rua (pierwszego następcy św. Jana Bosko) czymś się różni od biskupiej mitry, czy ornatu. Szkoda, że ojcowie salezjanie tego zbytnio nie rozumieją.

Opisując tę świątynię X. Smoczyński konkludował: „Przy tym kościele jest ogromny zakład salezjański, w którym przeszło sześćset dzieci ubogich uczy się poznawać i kochać Pana Boga, a nadto uczy się rozmaitych rzemiosł.” Naprawdę ksiądz prałat miał talent do uchwycenia istoty rzeczy. Dziś wielu (nie tylko ateistów, ba – nie tylko świeckich katolików) opisując taką szkołę z chęcią odwróciło by kolejność dziedzin…

 

Notatki Rzymskie II

Żal…

1.    Wchodziłem właśnie do wspomnianej wczoraj bazyliki San Lorenzo In Damaso, gdy dotarła do mnie trudna wiadomość o tragicznej śmierci Ewy, mojej przyjaciółki z dawnych lat. Utonęła. Osierociła dwójkę małych dzieci.

Znałem ją jako osobę głęboko wierzącą, choć nieustannie szukającą prawdy i Boga. Wiem, że wiele zawierzyła w swoim życiu Chrystusowi i z wielu trudności ją wyprowadził – często przez cierpienie. Jej życie jest ilustracją słów Pisma o Bogu, który człowieka wybawił z dołu zagłady i kałuży błota, aby postawić na skale. Bezpośrednia, prosta i szczera. Bezkompromisowa, jeśli chodziło o rzeczy najważniejsze. Ofiarna. Silna.

Żal.

2.    Pielgrzymując po Wiecznym Mieście i przyzywając wstawiennictwa każdego napotkanego świętego, przypominałem sobie nasze wspólne rozmowy sprzed lat, czy dawne wędrówki ulicami warszawskiej Woli. Śmialiśmy wtedy, że już jesteśmy za starzy na takie łażenie po nocy i pogaduchy, ale wydawało nam się, że póki jeszcze stać nas na takie spędzanie czasu, to może jeszcze nie jest tak źle. Wspominałem ślub Ewy i jedyne (chyba) późniejsze odwiedziny. I śmierć – najpierw jej babci, potem mamy. A teraz…

3.    Trudno zrozumieć, czemu odchodzi z tego świata ktoś, kto – po ludzku sądząc – ma jeszcze tyle do zrobienia. Wychować dzieci, wspierać męża, dawać innym świadectwo wierności Ewangelii. Trudno to pojąć, trudno uchwycić w tym jakąś bożą pedagogię.

Spojrzałem na dzisiejsze czytania, wierząc w moc Słowa, w łaskę przybliżania nas do tego, co dalekie. W księdze Wyjścia zobaczyłem Mojżesza powoływanego do niechcianej misji, a w Ewangelii Jezusa uwielbiającego Ojca za Dobrą Nowinę objawioną ludziom prostego serca. Tak. To na pewno było o niej… Do tego dołożyłbym jeszcze fragment, który – jak mi napisała znajoma – pojawił się na modlitwie, w gronie wspólnoty, do której należała Ewa. Mówi o sprawiedliwym człowieku, który, choćby przedwcześnie odszedł – znajdzie odpoczynek. Zabrany, aby „złość nie odmieniła jego duszy”, oraz by odsłonił głupotę „żyjących bezbożnych”, którzy nie pojmują dlaczego Pan zachował bezpiecznym sprawiedliwego.

Cóż… Mój rozum może i pojmuje, ale serce nie nadąża a wola wzdraga się przyjąć.

4.    Resztę dnia spędziłem w bazylice Świętego Krzyża Jerozolimskiego, wybudowanej na fundamentach pałacu św. Heleny, matki Konstantyna Wielkiego, która odnalazła w Jerozolimie relikwie Męki Jezusa – Krzyż, gwoździe, ciernie oraz tabliczkę wiszącą nad głową Pana, czyli titulus. W zakończeniu lewej nawy znajduje się wejście do położonej dwa piętra wyżej kaplicy Świętych Relikwii, zbudowanej w czasach Il Duce. Może i stylistyka wnętrza nie zaprasza zbytnio do modlitwy, ale bliskość najcenniejszych pamiątek chrześcijaństwa pomaga w zmaganiu się z pytaniami o tajemnicę Krzyża i cierpienia.Może, gdybym miał wiarę na miarę św. Filipa Nereusza, to umiałbym odnosić się do śmierci z pogodą widząc w niej jedynie przejście do bezpośredniego bycia z Tym, który mnie kocha. Nie mam takiej prostoty, ani takiej wiary. Ufam tylko, że śmierć nie jest kresem, że Ewa, Grzesiek, moi dziadkowie, kilku kolegów z klasy, ks. Kwiecień, i wielu wielu innych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Ufam, że – jeśli Pan ujrzał ich życie nienaganne – mogą się za nami wstawiać, kochając także i tam.

Ale po ludzku – żal.

Niech Pan ma w Swej opiece jej rodzinę.

Notatki Rzymskie I

Chichot św. Filipa

W jednym z rzymskich kościołów znajdują się dwa epitafia. Dolna część owych ciemnych, marmurowych tablic ozdobiona jest  – cóż za niefortunne określenie, ale niech będzie – podobizną ludzkich czaszek, taki wanitatywny motyw, w sam raz na epitafium. Jedno tylko zadziwia patrzącego – obie czaszki sprawiają wrażenie radośnie uśmiechniętych.

1.         Wręcz szczerzą swe szczerbate szczęki jakby chciały powiedzieć – Wszystko to marność, więc ciesz się pan z tego! Nie wiem komu poświęcone są owe tablice. Wiem tylko, że kilka metrów od nich spoczywają szczątki św. Filipa Nereusza, radosnego Apostoła Rzymu. Tylko on może patronować rozbawionym czaszkom, gdyż sam był człowiekiem pełnym pogody a nawet nieco kpiącego dowcipu. Odsyłam tutaj przecudnego filmu o św. Filipie z 1984 roku (nie mylić z nowszą produkcją, również niezłą, ale pozbawioną owego lekkiego a zarazem nieco ludowego humoru okraszonego nutą mądrości filipiańskiej ze starszego dzieła) poprzez który przewija się cała plejada świętych kontrreformacyjnego Rzymu ze św. Teresą z Avila, Janem od Krzyża, Franciszkiem Ksawerym, czy Karolem Boromeuszem włącznie. Choć wszyscy oni noszą  miano Filipowych przyjaciół to szczególne miejsce w życiu Don Filippo zajmował św. Ignacy Loyola i to właśnie kontrast między surowym i poważnym Baskiem a rubasznym prostaczkiem Nereuszem jest szczególnym smaczkiem filmu. WP_000864

2.         Chodząc dzisiaj po Chiesa Nuova (tak nazywa się świątynia wybudowana przez św. Filipa w Wiecznym Mieście) oraz po miejscu spoczynku Loyoli, czyli kościele Il Gesu zacząłem podejrzewać, że twórcy filmu trafnie podkreślili specyficzne cechy obu świętych. O ile jednak Ignacy zaakceptowałby pewnie teatralny barok wnętrza najważniejszego miejsca dla jezuitów, gdzie oddaje się cześć zarówno Założycielowi, jak i św. Franciszkowi Ksaweremu, to Nereusz na widok złoceń i przepychu głównej nawy Chiesa Nuova parsknąłby śmiechem. W głównym ołtarzu pysznią się obrazy samego Rubensa, cenny kruszec kapie ze stiuków a sama kaplica z relikwiami świętego i  – pięknym skądinąd – obrazem Guido Reniego ukazującym natchnionego św. Filipa, daleka jest od prostoty założyciela oratoriów. Można jednak odnaleźć w tej przestronnej i wielkiej świątyni filipowe ślady. Najpierw w wianuszku kaplic otaczających główną nawę – ciemne, skromne, tak mało „rzymskie” w swojej prostocie. Patrząc na daty powstania obrazów umieszczonych w kaplicach zdałem sobie sprawę, że kilka z nich musiało powstać za życia świętego –  „Wniebowstąpienie”, „Zesłanie Ducha świętego”, czy „Nawiedzenie” pędzla Barocciego. Przed tym ostatnim obrazem, jak wyjaśnił nieoceniony X. Smoczyński w swoim przewodniku sprzed przeszło stu lat, św. Filip spędzał długie godziny na modlitwie. Próbowałem odnaleźć coś nadzwyczajnego w tym przedstawieniu spotkania Maryi z Elżbietą. Nie wiem. Czy to dlatego, ze kaplica jest niezbyt oświetlona, czy to ja byłem zmęczony lotem z Warszawy i przebijaniem się przez popołudniowy Rzym,  czy też nie zawsze świętość wiąże się z nadzwyczajnością (a z estetycznym pięknem sztuki tym bardziej) – nie zauważyłem tego „czegoś” co mogło przyciągnąć oczy Nereusza. Nieco rozczarowany wstałem z kolan, gdy mój wzrok padł na ironicznie „uchachane” czaszki… Poczułem się nieswojo, jak zawsze, gdy wydaje mi się, że ktoś nieco ze mnie kpi… Filip Nereusz ponoć powtarzał: „Bądżcie dobrzy, jeśli potraficie”. Dzisiaj mi powiedział, uśmiechając się wraz z czaszkami: „Złap mnie, jeśli potrafisz”. Chyba mi nie wychodzi…

3.         Wyszedłem z Chiesa Nuova ścigany delikatnym chichotem, starając się nie zwracać uwagi na wygłupy świętych i marmurowych ozdób z epitafiów. Uszedłem kilka kroków i poszukując przystanka autobusowego stanąłem przed wczesnorenesansowym budynkiem podpisanym imieniem Aleksandra VI, osławionego Borgii, któremu przypisuje się większość występków tego świata. Tam roześmiany Apostoł Rzymu, prosty i ubogi, a tu następca Piotra – tyran, rozpustnik, a nawet ponoć kazirodca. Rzym jest rzeczywiście miastem pełnym kontrastów! Oczywiście nie wierzę do końca w mroczną legendę Borgii i gotów jestem przypisać jej powstanie marketingowi politycznemu papieża Juliusza II, czyli kardynała della Rovere, śmiertelnego wroga Borgiów (nawiasem mówiąc w tamtych czasach to dopiero mieli PR – do dziś mity o Aleksandrze VI i jego dzieciach dobrze się mają).  Stojąc pod tym wielkim budynkiem zdałem sobie sprawę, że jest to słynny pałac wicekanclerza, wybudowany przez Borgię a potem ofiarowany po zwycięskim konklawe kardynałowi Sforzy. Wielu twierdzi, że ów pałac był zapłatą za głos przy wyborze na papieża. Zapominają jednak, że pałac był wybudowany jako kancelaria Państwa Kościelnego i wiązał się z urzędem, a nie z osobą. Obszedłem budynek dookoła utwierdzając się w tym jakże symbolicznym obrazie – od grobu świętego prostaczka do pałacu mrocznego polityka Borgii – tym bardziej, że minąłem małą trattorię z imieniem Lucyfera na wystawie.  Zmącił moją żądną symboli teorię pełny napis na fryzie, który odczytałem dopiero po obejściu całej budowli. Dokładnie nie tyle napis, co wspomniany w nim jako fundator kardynał Rafael Riario, nepot Sykstusa IV. Niby epoka ta sama, ale postać jakby inna… Nie jest to więc pałac Borgii? – rozczarowałem się, znowu słysząc chichot z Chiesa Nuova. – Tak to jest, gdy zbyt „mistycznie” i symbolicznie podchodzi się do budynków i ludzi.

4.         Na pocieszenie okazało się, że w pałacu mieści się, niczym w cennej szkatule, pierwsza chronologicznie bazylika pod wezwaniem św. Wawrzyńca – San Lorenzo In Damaso. Oczywiście – o ironio szkieletów – ponieważ w Rzymie nic nie jest takie na jakie wygląda, obecny kościół San Lorenzo powstał na ruinach pierwotnej bazyliki, czyli jest młodszy aniżeli świątynia wybudowana nad grobem diakona męczennika. Ale i tak to odkrycie wynagrodziło mi Nereuszowe kpinki.

W drodze powrotnej zaś spotkałem gromadkę wietnamskich turystów, mówiących po włosku, a ubranych w koszulki z napisem „Polska”… I jak tu nie chichotać?

Newer posts »

© 2026 Światło życia

Theme by Anders NorenUp ↑